Impresja Joanny Rawik na temat obchodów 76. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego


Romantyczni 44


          Na szczycie czerniakowskiego Kopca imponujący w swoim ogromnie pomnik w kształcie słynnego znaku PW, przy nim wojskowy poczet. Na razie z głośnika opowieści o wydarzeniu przeplatane piosenkami. Ludzi sporo, przeważają młodzi. Atmosfera niezwykła, uroczysta, zarazem swojska, sympatyczne rozmowy towarzyskie z całkiem obcymi, jeden z nich ofiaruje nam wodę mineralną. Widać w dole chaotyczny lasek, dalej miasteczko Wilanów. Zmierzch przechodzi łagodnie w noc, w miasteczku zapalają się światła. Na górze, wokół pomnika świecą reflektory, blisko nas delikatnie pobłyskują dwa drony, większy i mniejszy.

          Punktualnie o 21. po stosownej zapowiedzi w głośnikach rozbrzmiewa hymn Rzeczypospolitej w wykonaniu chóru i orkiestry Centralnego Zespołu Wojskowego. Powoli, dostojnie biało czerwona flaga wznosi się na wysoki maszt. Wszyscy zebrani śpiewamy całe cztery zwrotki, zdumiewająco czysto jak na przypadkowe zgromadzenie, co świadczy o subtelnej jakości uczestników. Potem liczne delegacje, uroczyście wymienione składają wieńce w przejmującej ciszy. Nad Kopcem niebo czyste i jasne. W takiej chwili trudno uświadomić sobie grozę wydarzeń sprzed 76 lat. Dowiaduję się, że Kopiec usypano z gruzów zniszczonej Warszawy, podobnie jak wzgórze szczęśliwickie oraz wały nieistniejącego już Stadionu Dziesięciolecia.

          Ceremonia na Kopcu była uwieńczeniem uroczystości, w jakich brałam udział w sobotę 1 sierpnia 2020 r. w kilku miejscach. Między innymi na wolskim Cmentarzu Powstańców, na Powązkach Wojskowych oraz przy Pomniku AK na ulicy Wiejskiej.

          W rocznicowych uroczystościach powstańczych brałam udział po raz pierwszy w moim długim życiu. Dlatego czuję potrzebę opisania swoich wrażeń. Pozostają we mnie silne i niespodziewane. Urodziłam się w innym kraju, wojnę przeżyłam wśród Niemców. Nie widziałam ani jednego żołnierza, na moją głowę nie spadła ani jedna bomba. Wojnę poznałam później za pośrednictwem literatury i filmu. Myślałam o jej tragizmie jak o zjawisku abstrakcyjnym, nie całkiem zrozumiałym, a nawet zupełnie niepojętym.

          I teraz po wszystkich latach przeżytych w Polsce, mojej drugiej Ojczyźnie rozmawiam z Przyjacielem, którego przodkowie uczestniczyli w Powstaniu Warszawskim, a brat jego ojca zaginął bez śladu w pierwszym dniu. Nazajutrz po uroczystościach, w debacie radiowej pada pytanie: dlaczego Polacy ciągle powtarzają te same błędy, te same szaleństwa? W roku 1831, 1863, a potem w 1944 rzucają się w walkę z góry skazaną na klęskę? Na moje pytanie Przyjaciel odpowiada bez chwili namysłu: - Jak to? To polski romantyzm! I zrozumiałam w jednej chwili ducha narodu, jego piękno, szalone, nieokiełznane, które przemówiło do mnie już w dzieciństwie strofami Mickiewicza i Słowackiego, potem Wyspiańskiego. Przemówili do mnie, kiedy jeszcze nie znałam dobrze języka polskiego! Zrozumiałam dopiero znacznie później, jak bardzo różni się polski romantyzm od swoich pobratymców we Francji i w Niemczech. Powaliła mnie na nowo potęga POEZJI.

          Już w trakcie sobotnich uroczystości Przyjaciel zauważył ze smutkiem, jak słaba frekwencja jest wszędzie tego roku. - Wiesz, dawniej były w tych wszystkich miejscach tłumy! Jednak strach przed wirusem jest w ludziach tak silny, że wolą siedzieć zamknięci w swoich domach, bezpieczni od zarazy? Poczułam coś więcej niż smutek. Jak to możliwe, gdzie ten polski szalony duch? Czy zwycięża go strach o marne jestestwo ludzi dożywających swych lat? Lęk, że prędzej opuszczą ten ziemski padół? Strach pomyśleć, ale tamci młodzi romantyczni roku 1944 może niepotrzebnie walczyli. Dla kogo? Bardzo mi ich żal.

          Nie opuszcza mnie ta myśl i bardzo mi przykro, że tak zamykam swoje wrażenia z kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

1 sierpnia 2020 r.

Joanna Rawik





Copyright © 2020 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.