Powstanie warszawskie w literaturze pięknej

          Polskie powstania narodowe, w tym i powstanie warszawskie, są ważnym tematem dla literatury polskiej. Pisarze polscy nie tylko utrwalali pamięć o narodowych insurekcjach, ale też budowali ich trwającą przez lata legendę, sprawiającą, iż owych powstań nie możemy już sobie wyobrazić inaczej niż tak jak zostały one pokazane na kartach narodowych arcydzieł. I tak na przykład powstanie listopadowe widzimy przez pryzmat "Reduty Ordona" i "Śmierci Pułkownika" Adama Mickiewicza oraz dramatów Stanisława Wyspiańskiego, "Warszawianki" i "Nocy listopadowej", a obraz powstania styczniowego kształtuje w nas do dzisiaj proza Stefana Żeromskiego: "Echa leśne", "Rozdzióbią nas kruki i wrony", czy "Wierna rzeka". Podobnie było w przypadku powstania warszawskiego, które do dzisiaj zdążyło obrosnąć ogromną literaturą.
          Pierwsze teksty dotyczące powstania zaczęły powstawać, niemalże równo z jego wybuchem. Mowa tutaj o poezji powstańczej, która na bieżąco, wraz z rozwojem walk towarzyszyła powstańcom. Wszyscy znamy wiersze takie jak "Elegia o chłopcu polskim", "Pokolenie", "Wyroki", "Z głową na karabinie" czy "Modlitwa do Bogarodzicy" Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, czy "Wczorajszemu", "Temu, który przyjdzie", "Wezwanie", "Przed odejściem" Tadeusza Gajcego, czy działających na emigracji Władysława Broniewskiego, który przebywał w Palestynie Jana Lechonia osiadłego w Stanach Zjednoczonych czy Kazimierza Wierzyńskiego, który emigrował od Francji, poprzez Portugalię, Brazylię do Stanów Zjednoczonych.

          Temat powstania podejmowały też stosunkowo liczne zapisy w dziennikach wybitnych polskich pisarzy, przywołam tutaj świadectwa Marii Dąbrowskiej, Karola Irzykowskiego, czy Andrzeja Bobkowskiego, którzy na gorąco notowali swe wrażenia na temat powstania, przy czym o ile dwaj pierwsi patrzyli na nie od wewnątrz, przebywali bowiem wówczas w walczącym mieście, to Andrzej Bobkowski patrzył na powstanie z zewnątrz. Patrzył z ogromnym krytycyzmem na polską emigrację - Andrzej Nowakowski w artykule "Żyć, po prostu żyć. Przypomnienie Andrzeja Bobkowskiego" - przywołuje słowa pisarza, krytykujące polskie społeczeństwo emigracyjne - Z niezwykłą łatwością, jakby mimochodem, rozprawia się ono ze stereotypem "Polski umęczonej" oraz "inteligenta wyobcowanego", który na obczyźnie cierpi za Polskę. Nic z tych rzeczy! Sam Bobkowski powiada wprost: "Bądźmy szczerzy, ale tak naprawdę: emigracja to nie ucieczka dla Polski, ucieczka od Polski, od grobów, od nieszczęść, od ciągłych próżnych wysiłków". Ta wbrew pozorom wcale niejednoznaczna myśl stanowi też najlapidarniejsze ujęcie poglądów autora na temat polsko-romantycznej tradycji. [28]
          Jak powszechnie wiemy literatura poświęcona powstaniu warszawskiemu jest bardzo bogata. Magdalena Rakowska w pięćdziesiątą rocznicę wybuchu powstania warszawskiego opracowała selektywną bibliografię utworów podejmujących temat powstania. W swojej monografii ujęła poezje, dramaty i epickie utwory traktujące o wydarzeniach związanych z powstaniem. Utwory zebrane przez Magdalenę Rakowską jak pisze we wstępie do bibliografii Janina Helec - "wyzwalają najwięcej uczuć (...) kilkadziesiąt dni walk w okupowanej stolicy, gehenna jej mieszkańców, bohaterstwo małych i dorosłych żołnierzy, ich powstańcze mogiły ... wszystko to porusza wyobraźnię, pociąga oceny historyczne." [17]
          Bibliografia Magdaleny Rakowskiej jak już wspomniałam podzielona została na trzy działy - "Poezja i dramat", "Powieść i opowiadanie" oraz "Wspomnienia i pamiętniki". W mojej analizie wykorzystam informacje z dwóch ostatnich działów, skupiając się na powieści i pamiętnikach. Spośród powieści przywołanych przez Magdalenę Rakowską warto wymienić chociażby powieść Bogdana Czeszko "Pokolenie", w której autor opowiada o życiu młodzieży warszawskiej w czasach okupacji. Ukazuje również ich walkę w powstaniu warszawskim. Henryk Diner - "w czasie wojny oficer Armii Krajowej w zbeletryzowanej formie przedstawia dziej jednego z wielu bezimiennych bohaterów konspiracji i powstania warszawskiego" [29], w utworze "Patrząc na warszawską Nike". Wśród pozycji zgromadzonych przez Magdalenę Rakowską znalazło się "Kamienne niebo" Jerzego Krzysztonia - "obraz przeżyć sześciorga bohaterów w przywalonej zwałami gruzu piwnicy" [29] - powieść ta stała się podstawą scenariusza filmu "Żołnierze wolności". Bibliografia Magdaleny Rakowskiej jest bardzo bogata, jak bogata jest twórczość powstańcza.
          Warto wspomnieć chociażby takie nazwiska, przywołane przez autorkę jak: Lesław Bartelski, Maria Dąbrowska, Kazimierz Kąkol, Maria Kuncewiczowa, Władysław Bartoszewski, Mieczysław Fogg, Danuta Kaczyńska, Aleksander Kamiński Stanisław Komornicki, Zofia Nałkowska czy Michał Wojewódzki ze swoim pamiętnikiem dziennikarza - "W tajnych drukarniach Warszawy 1939-1944", o którym we wstępie tak pisze Zbigniew Załuski: "Książka, (...) przenosi nas w dawno minione, okrutne i dumne czasy wojny i okupacji, okupacyjnego, niepodległego życia i nieprzerwanej walki Polaków z najeźdźcą hitlerowskim. Jest ona pamiętnikiem, zapisem ludzkiego losu jednostkowego i reportażem swoistym, bo jakby opowieścią sąsiedzką o poznanych losach kolegów, przyjaciół i nieznanych wówczas współpracowników; jest też popularnym i jedynym dotąd opracowaniem historycznym dziejów podziemnego drukarstwa AK w Warszawie. (...)" [42] To tylko kilka nazwisk tych autorów, dla których pamięć o powstańczych dniach, znalazła odzwierciedlenie w ich twórczości literackiej. Nie wymieniłam tutaj nazwisk tych autorów, których utwory stanowią bibliografię podmiotową mojej analizy, nazwiska te znajdą miejsce w dalszym tekście.
          Spośród bardzo bogatej bibliografii powstanie warszawskiego, ja wybrałam pięć książek, których autorzy z różnorodny sposób, każdy z innej perspektywy ukazują powstanie.

          Wśród książek, których treść posłuży mi do interpretacji powstania znalazły się: "W rozwalonym domu" Jana Dobraczyńskiego, "Kolumbowie rocznik 20" Romana Bratnego, "Pamiętnik z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego, "Młodego Warszawiaka zapiski z urodzin" Jerzego Stefana Stawińskiego i "Kinderszenen" Jarosława Marka Rymkiewicza.
          Prawdziwy "wysyp" dzieł literackich - jak pisze Maciej Urbanowski - poświęconych powstaniu warszawskiemu nastąpił oczywiście po 1945 roku, przy czym - jak się wydaje - mieliśmy do czynienia z dwiema co najmniej, a może nawet trzema, falami, w jakich pojawiały się utwory na ten temat. Z pierwszą falą mieliśmy do czynienia tuż po wojnie. Ukazują się wówczas pierwsze opowiadania i powieści pisane świeżo pod wrażeniem niedawnych wydarzeń, zwykle przez ich uczestników, często w obozach jenieckich, jak to było w przypadku powieści Jana Dobraczyńskiego [10] "W rozwalonym domu", czy opowiadań Witolda Zalewskiego ("Śmiertelni bohaterowie", czy "Broń"). Owe utwory rodziła zwykle chęć uczczenia "tych, co zginęli, i tych, co przeżyli" [12], jak zaznaczał w przedmowie do swej powieści Dobraczyński, a więc danie wyrazu temu, co Kazimierz Wyka w odniesieniu do całej literatury wojennej określił mianem funkcji solidarnej pamięci, w tym wypadku z ofiarami i bohaterami powstania. [39]
          Publikacji literackich na temat Powstania było tuż po 1945 tak wiele, iż Zbigniew Florczak, uczestnik sierpniowo-wrześniowych bojów, przestrzegał na łamach londyńskich "Wiadomości": "Tworzy się literatura o powstaniu, czasem szczera, przeważnie podła. Fenomenalne wydarzenie, zdawałoby się - raz na zawsze skończone w czasie, odżywa w ludzkiej pamięci. (...) Wybucha dziś powstanie warszawskie w głowach i zalewa je powodzią atramentu. Czytałem już kilka niewydanych powieści, wydanych i niewydanych nowel o powstaniu i zatrważającą ilość wierszy, świadczących, że literatura nasza nie przestała być, jak to się mówi, ściśle narodowa. Poeci ławą przy powstaniu, wawrzyn ich nęci, a w ogóle wydaje się im, że tak trzeba." [14]
          Pierwsza fala zamiera około roku 1948, kiedy to w naszym kraju postępuje sowietyzacja, której "przeszkadzała" rodząca się w tym okresie legenda związana z powstaniem warszawskim. Stąd też niewiele utworów, które w okresie stalinowskim podejmowały tematykę powstańczą. Jeżeli takie dzieła się pojawiały ("Pokolenie" Bohdana Czeszki, czy "Człowiek nie umiera" Kazimierza Brandysa), to ukazywały one powstanie z ówczesną propagandową wykładnią, która obowiązywała w okresie PRL-u. Jedyną szansą przedstawienia tematu, było pisanie zgodnie z obowiązującą propagandą, stosując się do ograniczeń cenzuralnych. Jak pisze Gawin - "ograniczenia cenzuralne powodowały [wówczas], że jedynym możliwym sposobem przedstawienia tego tematu była akceptacja podstawowego dla propagandowej wersji wydarzeń rozróżnienia na bohaterskie "doły" nieodpowiedzialną "górę".
          Sposób realizacji tej oficjalnej linii mógł się oczywiście różnić w szczegółach, jednak pozostawał paradygmatem obowiązującym. Ewentualnie - tak, jak w "Kanale" nie mówiono o "górze" w ogóle." [15] Dariusz Gawin - pisze również, o zatarciu aspektu politycznego powstania, przedstawiano tylko czyn bohaterskiej walki ludności cywilnej - "(...) w oficjalnym obrazie powstania dominował wymiar bohaterskiej walki i martyrologii ludności cywilnej, zniknął zaś wymiar polityczny Powstania, co sprzyjało temu, iż przekształcało się ono w tragiczny, bohaterski symbol, pozbawiony jednak precyzyjnych konturów, nakreślonych wyraźną kreską faktów (...)" [15]

          Druga fala tekstów tematycznie związanych z powstaniem, przypada na tak zwany przełom październikowy. Ta druga fala tekstów powszechnie została uznana, za tą przywracającą prawdę o powstaniu. Symbolicznym utworem drugiej fali, jest powieść Romana Bratnego [7] "Kolumbowie Rocznik 20", pisana w latach 1955-1956, wydana w roku 1957, która do 1989 roku doczekała się dwudziestu trzech wydań i statusu lektury szkolnej, a dodatkowo została w 1970 spopularyzowana serialem telewizyjnym wyreżyserowanym przez Janusza Morgensterna.
          Drugim ważnym autorem owej drugiej fali literatury poświęconej powstaniu warszawskiemu był Jerzy Stefan Stawiński [36], autor wydanych w 1956 roku opowiadań "Godzina W", "Węgrzy" oraz "Kanał"- opowiadania wydrukowanego przez Jarosława Iwaszkiewicza na łamach miesięcznika "Twórczość", jak wiadomo - stał się on - podstawą scenariusza głośnego filmu Andrzeja Wajdy z 1957 roku, nagrodzonego Srebrną Palmą na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes. "Utwór ukazywał końcowy tragiczny epizod powstania warszawskiego - wycofywanie się oddziałów powstańczych kanałami Starego Miasta. Po cierpieniach w drodze, po śmiertelnych ofiarach dostali się wprost w ręce okupanta, oczekującego już na nich u wylotu kanału." [37] "Węgrzy" z kolei stali się podstawą niemniej głośnego filmu Andrzeja Munka "Eroica" z 1958 roku, zbierającego laury na festiwalach.
          W latach 60-tych, pojawiały się utwory, w których eksponowano temat powstania warszawskiego, ale dopiero z początkiem roku 1970, kiedy to Miron Białoszewski [2] wydał "Pamiętnik z powstania warszawskiego", dokonało się jakby ukoronowanie problematyki powstańczej. Jak pisze Zbigniew Jarosiński - "Pamiętnik z powstania warszawskiego" - został przyjęty z pogardliwą niechęcią przez krytyków uważających się za strażników kombatanckich ideałów, bo wydał się im nazbyt cywilny i niebohaterski. Szybko jednak wzbudził entuzjazm krytyki fachowej, a także zyskał znaczną popularność wśród czytelników. Dziś nikt nie kwestionuje jego rzadkiej artystycznej i dokumentalnej wartości." [19] Powstanie zostało tutaj ukazane w zupełnie inny sposób niż dotychczas, ale o tym mowa w dalszej części rozdziału.

          Wyróżnione trzy fale literatury traktującej o powstaniu warszawskim, miały związek z obowiązującą cenzurą polityczną PRL-u, z jej narastającą i słabnąca siłą. Bywały takie okresy, kiedy władze komunistyczne niechętnie odnosiły się do drukowania "powstańczych" książek, zapewne dlatego, że strona radziecka obawiała ukazania przez pisarzy zachowania władz komunistycznych wobec powstania i powstańców. O tym, że podejmowanie samego tematu powstania było przez pisarzy traktowane jako swego rodzaju wyzwania rzucone władzy świadczyć może zapis w "Dzienniku" Marii Dąbrowskiej, która rozpoczynając w 1951 roku bardzo obszerny rozdział swych "Przygód człowieka myślącego" opisującego perypetie swych bohaterów w powstańczej stolicy, notowała: "Obrabiam - całkiem niecenzuralnie - rozdział o powstaniu." [9]
          Maria Dąbrowska w pełni zdawała sobie sprawę, że nie ma szans na publikację. W jej tekście brak odpowiednich, akceptowanych przez cenzurę wykładników wspomnieniowego charakteru powstania. Pisarka - jak pisze Zbigniew Jarosiński - "uwypuklała przede wszystkim patriotyzm i ofiarność cywilnych mieszkańców Warszawy. To było również ich Powstanie, wspierali je swoim cichym, cierpliwym heroizmem, który zaprawiony był bólem, jaki przynosi śmierć najbliższych i ciągle trwającą nadzieją rozbudzoną przez wywieszane w pierwszych dniach biało-czerwone flagi." [19]
          Jak pisze Dariusz Gawin - temat powstania był kłopotliwy dla pisarzy nie tylko z przyczyn politycznych, ale i ze względu na spory wokół samego wydarzenia. Pojawiły się dwie strony - pierwsza mityczna - broniąca powstania i druga realistyczna - krytykująca zryw. Miało to jak pisze Gawin nie lada konsekwencje estetyczne: "Zarzuty o niezgodność romantycznej poetyki literackiej i pokrewnej jej poetyki publicystycznej do opisu i ogarnięcia doświadczenia Powstania Warszawskiego, prowokowały do poszukiwań innego stylu myślenia, innego języka pozwalającego wyjść poza dychotomię romantyzm-realizm. Języka, w którym można opisać Powstanie jako doświadczenie o wyjątkowym charakterze, przekraczające horyzont wszelkich możliwych analogii. Los Warszawy, choć dawał się umieścić w ramach logiki powstań narodowych, przerastał je przecież pod każdym względem - dość powiedzieć, że w 1944 roku zginęło więcej ludzi, niż we wszystkich wcześniejszych powstaniach razem wziętych." [15]
          Należy bowiem pamiętać, iż ci, którzy chcieli podjąć temat powstania warszawskiego, stawali przed zadaniem opisania czegoś, co w gruncie rzeczy nie miało precedensu w naszych dziejach. Powstanie - jak przypomina m. in. Jacek Trznadel - "było największą i najdłuższą w dziejach polskich wojen bitwą, która przy tym toczyła się na oczach, a nawet we współdziałaniu największej w historii liczby uczestników - milionowego miasta. Powstanie Warszawskie było też największa porażką w dziejach Polski w ogóle, porażką polityczną, ale też materialną - w jego wyniku uległo zniszczeniu jedno z największych miast w Europie. Trzeba też pamiętać, że liczba ofiar Powstania dwukrotnie przekroczyła liczbę ofiar Hiroszimy, a dodana do wcześniejszej liczby ofiar eksterminacji żydowskiej ludności miasta wzrasta do 50% populacji. Zagładzie uległa warszawska młodzież i inteligencja." [38]
          Wyjątkowość takiego wydarzenia, jakim niewątpliwie było i jest powstanie warszawskie, zmusza piszącego o nim, aby szukał nowych narzędzi pracy, nowych metod pisarskich do przedstawienia historycznych wydarzeń. Tak o tych trudnościach w doborze słów - pisze Kazimierz Brandys w "Mieście niepokonanym": "Te ostatnie miesiące, gdy ginęło miasto i waliła się nadzieja, miały osobliwą chronologię, odmienną od wszystkich poprzednich. Nie zachowałem w pamięci właściwego następstwa nocy, dni i tygodni. Czas skłębił się tam i stłoczył w szarych kamiennych wąwozach, przez które przelewał się huk, ogień i dym, ognia i ludzi - i natchnąć ją siłą męki, której me pióro nie dźwignie." [5] Podobne stanowisko - braku doboru odpowiednich słów do wydarzeń powstańczych, wyznaje Miron Białoszewski w "Pamiętniku z powstania warszawskiego": "(...) A jeżeli mało piszę o wrażeniach. I zwyczajnym językiem wszystko. Tak jakby nigdy nic. Przez dwadzieścia lat nie mogłem o tym pisać. Chociaż tak chciałem. I gadałem. O powstaniu. Tylu ludziom. Różnym. Po ileś razy. I ciągle myślałem, że mam to powstanie opisać, ale jakoś przecież o p i s a ć. A nie wiedziałem przecież, że właśnie te gadania przez dwadzieścia lat - bo gadam o tym przez dwadzieścia lat - bo to jest największe przeżycie mojego życia, takie zamknięte - że właśnie te gadania, ten to sposób nadaje się jako jedyny do opisania powstania." [3]

          Białoszewski, Bratny, Dobraczyński i Stawiński byli naocznymi świadkami powstania, a nawet jego uczestnikami, czy - jak w przypadku trzech ostatnich - żołnierzami. Jest to o tyle ważne, że literatura o powstaniu warszawskim to w dużej mierze literatura pisana przez uczestników powstania, była więc literaturą świadectwa, co ma duże znaczenie w kontekście przywoływanych na początku mojego rozdziału dzieł poświęconych powstaniu listopadowemu czy styczniowemu, których autorzy nie brali udziału w opisywanych przez siebie wydarzeniach. Jedną z konsekwencji tego stanu rzeczy jest to, iż literatura na temat powstania warszawskiego ma często charakter autobiograficzny.
          Dyskusje o racjach powstania i jego szansach powodzenia czy tez klęski, zarówno w historii jak i literaturze pięknej - przez cały okres PRL miały zawsze podtekst polityczny. Była to dla literatury sytuacja bardzo niekorzystna, ponieważ jeśli dotykała problemu powstania, nieuchronnie wplątywała się w kontekst polityczny. Do roku 1990, do czasów przemian politycznych w Polsce obowiązywała cenzura, zatem książki traktujące o powstaniu również przechodziły przez jej sito. Tak stało się między innymi z powieścią Aleksandra Ścibora-Rylskiego - "Pierścionek z końskiego włosia", utwór napisany w początku lat siedemdziesiątych, złożony do wydawnictwa, odrzucony przez cenzurę, doczekał się swojego wydania dopiero po śmierci autora w 1991 roku. Autor nakreślił w powieści niezwykle gorzką i ponurą wizję powstania.
          Wraz z upadkiem komunizmu, zmieniło się również spojrzenie na wiele aspektów historycznych, w tym i na powstanie warszawskie. Wśród utworów traktujących o powstaniu znajduje się "Kinderszenen" Jarosława Marka Rymkiewicza [30]. Autor wraz ze swoja książką dołącza do grona tych pięciu autorów, których utwory stanowią bibliografię podmiotowa moich rozważań na temat powstania warszawskiego.

          W 1946 roku ukazuje się powieść Jana Dobraczyńskiego "W rozwalonym domu". Jej autorowi w "Małej Encyklopedii Powszechnej" poświęcono jedynie czterowierszową notatkę, podającą pięć tytułów jego książek i lakoniczne określenie: "powieściopisarz i działacz katolicki, związany z grupą PAX" [25]. "W rozwalonym domu" jest książką o powstaniu warszawskim. Jak sam pisarz - kreśli w przedmowie do powieści - "pomysł powieści narodził się w zimnym, wilgotnym i głodnym obozie jenieckim w Bergen - Blesen, w którym znalazłem się na początku października 1944 roku. (...) W Bergen było ciasno, zimno głodno - ale w Bergen żyło się dalej w atmosferze powstania. (...) Zwłaszcza wieczorami jeńcy zbierali się i snuli wspomnienia. Ich opowiadania, zespolone z własnymi doświadczeniami, budziły potrzebę pisania. Pomysł powieści narodził się szybko." [11]
          Książka Dobraczyńskiego nie zawiera "całej prawdy" - jak stwierdza sam autor, przedstawia jeden z tysięcy obrazów powstańczych, obraz doświadczeń własnych ludzi z najbliższego otoczenia. Powieść "W rozwalonym domu" to wielopłaszczyznowy obraz wydarzeń wojennych. Opowiada przed wszystkim o harcerzach, którzy walczą z hitlerowskim okupantem, o ich zmaganiach ze strachem, głodem czy walką o przeżycie kolejnego dnia. Pisze - wreszcie o ich religijności, o nadziei, wierze i miłości. Dobraczyński należał do nurtu religijnego w literaturze, stąd duży nacisk kładł na sprawy związane z moralnością, odwagą, ofiarnością. Bohaterowie "rozwalonego domu" - nie są wyidealizowani" przez niego - "(...) odważni, ofiarni. Trochę naiwni, wierzący w przyszłość (...) Znali gniew, ale nie znali nienawiści. Chcieli zabijać, aby zwyciężać, a w nieprzyjaciołach nie dostrzegali żywych ludzi. Dojrzewali szybko. Umierali jeszcze szybciej. Nie zdążyli zaznać dekompozycji moralnej, jaka dokonuje się w człowieku nawet podczas najbardziej świętej z wojen." [11]
          Bohaterowie powieści - młodzi ludzie - katolicy, ufni i ofiarni, którym śmierć zagląda w oczy na każdym kroku, wierzą z dziecięcą ufnością w zwycięstwo nad okupantem. Ta najokrutniejsza z wojen pochłonęła wiele tych "najlepszych istnień". Ksiądz Marek - jeden z bohaterów powieści rozmyśla w mroku nocy, w huku wystrzałów o rzeczywistości, która go otacza - "(...) tyle istnień... tyle istnień... Dotychczas szafowali lekkomyślnie krwią, pełni słonecznego zapału (...). Po wczorajszym dniu zapału już zabrakło. Ginęli ludzie uczciwi - jak Mucha, zawodzili wodzowie - jak Wacław i Krak. Zawodził człowiek... Człowiek nie mógł przezwyciężyć ucisku przemocy." [11] Dobraczyński pokazuje również zwątpienie, zachwianie się owej wiary, załamanie, ze uda się przezwyciężyć tę nędzę, skoro jak pisze dalej - "ci najlepsi umierają. Cóż będzie ze społeczeństwem, którego dzieci wyginą?" [11] Myśli księdza Marka stanowią pewnego rodzaju filozoficzne pytania o egzystencję, sens walki, życia, śmierci. Są to pytania o to, jaka będzie Polska wówczas, gdy to wszystko się skończy, czy przyjdzie upragniona wolność.
          Ludzka bezradność, samotność, rozpacz, niepokój przeplatają się z entuzjazmem i radością wówczas, gdy uda odnieść się chociażby najmniejszy sukces. Bohaterom w codziennych zmaganiach z trudami życia w ogarniętej powstaniem Warszawie towarzyszy modlitwa. To właśnie w niej odnajdują spokój, wsparcie i siłę do dalszej walki. Ksiądz Marek odprawia msze, modli się o człowieka, woła do Boga słowami litanii, która niewiadomo skąd się wzięła i zdobyła sobie od razu tysiące serc.

          "Miłosierdzie Boże, wyrazie największej potęgi Jego - ufamy Tobie...
          Miłosierdzie Boże, ogarniające wszechświat cały - ufamy Tobie..."
[11]

          W modlitwie Księdza Marka było coś uspokajającego, dającego poczucie bezpieczeństwa, co prawda chwilowego, ale jednak.
          W powieści pojawia się również pytanie o sens ludzkiego cierpienia. Magdalena pyta o sens cierpienia - Ksiądz Marek - uważa, że ból - cierpienie, są jak miłość. W odpowiedzi na pytania Magdaleny - rodzą się kolejne - czy można uciec od bólu i cierpienia.? - "gdzie kończy się miłość, tam zaczyna się ból. Gdzie kończy się ból, tam się zaczyna miłość..." [11] Zatem życie ludzkie to "plątanina" - cierpienia i miłości, życia i śmierci, nadziei i beznadziei. Według Księdza Marka człowiek, nie może posiąść miłości bez doznania uczucia cierpienia. Uważa, że "cierpienia muszą przyjść. Są one bowiem naszą drogą, naszą już teraz jedyną drogą." [11]
          Śmierć młodych ludzi - kilkunastoletnich, którzy ginęli rozrywani przez niemieckie działa, odcisnęła na towarzyszach walk ogromne piętno. Trwale zapisywały się obrazy konających, mogił kopanych na prędce, krzyży z brzozowych patyków. Młodzi ludzie z czasem godzili się ze śmiercią - tłumacząc sobie, że tak miało być, taka była wola Boga. Gdy na kartach powieści umiera Krzyś - widać spokój i pogodzenie się z losem młodego powstańca. W odpowiedzi na pytanie Księdza Marka mówi: "Zdaje się, kipnę...proszę ojca..." [11] Ciężko było młodemu chłopcu odejść z tego świata - ze spokojem jednakże odpowiada na słowa księdza, iż "Bóg tak chce" - pewnie tak chce "(...) szkoda mi trochę... myślałem, że zobaczę jak szwaby wieją (...)". [11] Umierający w bólu Krzyś nie myślał o niczym innym jak o wolnej Polsce, o triumfie Polaków. Po chwili modlitwy księdza Krzyś już nie żył. "Zgasł nieoczekiwanie, jak gaśnie zdmuchnięta świeca". [11] W kieszeni nieżyjącego chłopca znaleziono święty obrazek. Świadczyło to o wspominanej już kilkakrotnie religijności młodych powstańców. Dla nich staropolska maksyma Bóg-Honor-Ojczyzna była swoistego rodzaju duchowym przewodnikiem.
          Nastaje chwila bezradności, właśnie wtedy ksiądz każe ufać, każe ufać Magdalenie, którą ogarnia strach - "Niech pani ufa! Niech pani mówi Bogu, że Mu ufa ślepo, bezwzględnie. Niech pani ani na chwilę nie wątpi w Boże miłosierdzie!" [11]
          Wraz z końcem powstania na zgliszcza swojego domu powraca Magdalena, towarzyszy jej ksiądz. Harcerze z otoczonego przez Niemców miejsca odchodzą kanałami. Magdalena stoi spokojnie. Jest w niej owa ufność boża, gdy patrzy na swój dom, pełna bólu po śmierci Stefana.
          Powieść Dobraczyńskiego utrzymana w duchu religijności, pokazuje czytelnikowi, że w trudnych chwilach, gdy wydawałoby się, iż nadzieja umiera, nie powinniśmy umierać wraz z nią. Wręcz przeciwnie, powinniśmy ufać, wierzyć, że po cierpieniu następuje ukojenie. O religijności utworu Dobraczyńskiego świadczą liczne zwroty bohaterów - "Bóg zapłać" [11], modlitwa nad zwłokami zmarłej dziewczyny, czy przedmioty związane z religijnością, palącą się świecą przy zmarłej, książeczka do nabożeństwa, święte obrazki.
          Dobraczyński będąc pisarzem o orientacji katolickiej, silnie zaangażował się w politykę, stając po stronie władz PRL. Kolaboracja w stanie wojennym, kiedy stanął na czele Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, pozostawiła na nim niezmazane ślady jego zniewolenia, jednak trzeba pamiętać, że autor przeżył jeszcze za życia swój czyściec, będąc zepchniętym w latach dziewięćdziesiątych na literacki i społeczny margines tak mocno, że dzisiaj jako pisarz praktycznie nie istnieje.
          Jeżeli chodzi o styl i język utworu, to Dobraczyński realizuje tradycyjny wzorzec narracyjny, służący przedstawieniu fabuły zabarwionej elementami sensacji i opartej na wydarzeniach historycznych. Rozwiązania problemów etycznych w powieściach Dobraczyńskiego cechuje zwykle stereotypowość wynikająca ze schematycznie pojmowanej katolickiej myśli etycznej i społecznej, co z jednej strony przyniosło pisarzowi sporą poczytność, z drugiej wywołało polemiczne reakcje krytyki, również bliskiej mu ideowo.
          Powstanie u Dobraczyńskiego to przede wszystkim walka, walka harcerzy, podziemia, młodych kilkunastoletnich dziewcząt i chłopców. Walka, w której często ponosili najwyższą cenę - jak Hanka. Opowiada o trudach dnia codziennego, pokazuje miłość, która przeplata się ze śmiercią. Wreszcie prezentuje zwykłe ludzkie słabości, wahania, rozterki i dylematy. Począwszy od tych najprostszych jak brak odpowiedniej ilości amunicji do walki z najeźdźcą - "(...) ale jak człowiek ma cholera, tylko jedną filipinkę (...) położył dłoń na granacie (...) gdybym rzucił ślepo za mur, nie wiem czybym Niemcom co zrobił. A z czym bym potem szedł na barykadę." [11]
          "W rozwalonym domu" Jana Dobraczyńskiego to nie jedyny jego utwór traktujący o powstaniu, bo jak pisze Zygmunt Lichniak - "tuż po wyjściu z płonącego miasta, ledwo do Bergen-Blesen dotarłszy - kończy "Agonię Mokotowa". Inne opowiadania, przedstawiające obraz powstania warszawskiego i losów ludzi, zdającychy w tej ogniowej próbie trudny egzamin. Równie szybko zajmuje się tematem jeszcze nie ostygłym: "Miłosierdzie" powstało w roku 1947, "Strzały za horyzontem" w 1949." [25]
          Jan Dobraczyński był pasjonatem notowania najbliższej historii, owa pasja - jak dalej pisze cytowany powyżej - Zygmunt Lichniak, "każe mu towarzyszyć losom ludzkim tuż po zakończeniu wojny, w czasie gdy wielu jeszcze było nią śmiertelnie zarażonych, a część wyrzucona burzą wojenną poza granice kraju - nie od razu umiała odnaleźć drogi powrotnej." [25]
          Twórczość Jana Dobraczyńskiego to przede wszystkim twórczość pisarza, który podejmuje rozrachunek z wojną. W owym bolesnym rozrachunku towarzyszy mu wnikliwa analiza wartości, poglądów i postaw ludzkich. Poprzez taką analizę próbuje dotrzeć do źródeł sił, które pozwalają człowiekowi odnosić zwycięstwo nad samym sobą, nad złymi mocami, które chcą podeptać jego człowieczeństwo, zszargać jego godność.
          Kazimierz Koniewski tak napisał o Janie Dobraczyńskim - "bez najmniejszej przesady rzec można, że Jan Dobraczyński jest jednym z "problemów" polskiej literatury dnia dzisiejszego. (...) Krytyk literacki - choćby najbardziej niechętnie do jego twórczości nastawiony nie może przejść obojętnie obok pisarza, który z takim impetem wszedł na arenę literacką. (...) Jest to bodaj jedyny demonstracyjnie i nieustannie katolicki powieściopisarz polski. Katolickość jego powieści i publikacji jest jawna, prosta i namiętna. (...) Wszystkie te względy sprawiają, że powieściami Dobraczyńskiego należy się bliżej zainteresować i spróbować określić ich miejsce we współczesnej literaturze polskiej." [23]
          Dobraczyński jako pisarz skrajnie katolicki sięga głęboko w strefę ludzkiej egzystencji, stara badać się ludzkie zachowania i odruchy w sytuacjach tak ekstremalnych i nienormalnych jak wojna. W tym czasie ludzkie zachowania bywają często niezrozumiałe i nie łatwo je wyjaśnić w sposób racjonalny, stąd próba wytłumaczenia ich poprzez wiarę. Dobraczyński kreśli psychologiczny portret człowieka, jego odruchy w czasie, w którym rozum często odmawia posłuszeństwa, kiedy wartości krzyżują się z antywartościami, kiedy dzień jest nocą, a noc dniem.
          Według Zygmunta Lichniaka - "powieści Dobraczyńskiego mogą budzić i budzą rozliczne zastrzeżenia natury estetycznej i formalnej, artystycznej i psychologicznej, ale na pewno jednak nie są to powieści demoralizujące, na pewno nie są to rzeczy artystycznie złe." [25]
J          an Dobraczyński to pisarz prosty, żarliwy i katolicki. Snujący w pewnym sensie filozoficzne rozważania nad życiem i śmiercią, nad nadzieją, wiarą i miłością. Nad wszystkim tym co stanowi dekalog chrześcijanina. Z powieści przemawia do czytelnika pewnego rodzaju spokój, szczerość, głęboka wiara i uczciwość, wydaje się to paradoksem wiedząc, że tematem przewodnim utworu jest wojna. Zofia Starowieyska-Morstinowa, mówiąc o Janie Dobraczyński, stwierdza, że jest on "pisarzem uczciwym. Wprawdzie czasami przesłania mu świat wizja cudza, ale tam, gdzie widzi sam, zawsze ma odwagę i swoją wizję, swoja prawdę wypowiedzieć (...)." [34]

          Po październiku 1956 roku szybko przybyło utworów przedstawiających powstanie, warto tutaj wspomnieć chociażby "Opowiadania różne" (1957) Jerzego Pytlakowskiego, "Pejzaż dwukrotny" (1958) Lesława Bartelskiego, "Autoportret z rubinem" (1959) Zbigniewa Florczaka czy "Sławę i chwałę" (1962) Jarosława Iwaszkiewicza - utwór wyjątkowy, bo przesycony jak pisze Zbigniew Jarosiński - niewiarą w sens powstania. Do tego cyklu należy również powieść Romana Bratnego "Kolumbowie rocznik 20". Problematyka przeżyć i doświadczeń pokolenia wojennego żywo obchodząca Romana Bratnego od najwcześniejszych początków jego twórczości mogła być poddana obiektywnej analizie i kompleksowemu przemyśleniu dopiero po październikowych wydarzeniach 1956 roku. Zadecydowały o tym przede wszystkim warunki polityczne, udaremniające próby podjęcia tematyki akowskiej. "Trylogia powieściowa o losach warszawskiej młodzieży '44 została wydana w 1957 roku, w Warszawie, ukazuje się mimo, iż pełno w niej treści niewygodnych dla komunistów, może udało się oddać powieść w ręce czytelników z racji "odwilży".
          Autor "Kolumbów..." znalazł się wśród najwybitniejszych przedstawicieli pokolenia urodzonego w pobliżu 1920 roku. Pokolenie to stanowiło pierwszą po ponad wiekowym okresie niewoli generację Polaków, która doszła do pełnoletniości w warunkach własnego, niepodległego państwa. Na książce Bratnego wychowują się kolejne pokolenia-roczniki młodzieży. Jak pisze Zbigniew Jarosiński - "pod względem literackim jest mierna, a losy powstańców zbyt łatwo wpisane są w schemat młodzieżowej, zuchwałej przygody, w której ginie zawsze ktoś inny. Przy tym jednaka w swoim trzecim tomie, jako pierwsza - i na długo jedyna w literaturze - starała się ukazać represje i szykany, które spotykały młodzież akowską po wojnie." [19]
          "Kolumbowie..." to pierwsza powieść podejmująca problem młodzieży akowskiej - jak pisze Witold Nawrocki "ukazująca znakomicie atmosferę życia i walki w latach okupacji oraz powstania, niezwykłe natężenie przeżyć towarzyszące egzystencji w kraju podbitym i walczącym, wzbudziła olbrzymie zainteresowanie (...). Była portretem uczuć pokolenia, obrazem środowiska konspiracyjnego, opowieścią o biografii wewnętrznej generacji." [26]
          Powieść Romana Bratnego pokazuje jej środowiska, atmosferę i realia, życie mieszkańców, utrwalając zwłaszcza charakterystyczne koleje poszczególnych losów, style życia i sylwetki psychologiczne młodych żołnierzy. Ukazuje ich waleczność, ofiarność, solidarność, patriotyzm, ale i gorycz, strach dezorientację po klęsce powstania.
          Roman Bratny podzielił swoja powieść na trzy części, tworząc trylogię. Pierwszy tom pod tytułem "Śmierć po raz pierwszy" ukazuje walkę młodzieży polskiej - Kolumba, Jerzego, Zygmunta, Antka, Olego, Basika, Malutkiego z okupantem w Warszawie. Ci młodzi ludzie tak jak współczesna młodzież - gra w piłkę. "Piłka wystawiona idealnie nad siatkę. (...) za późno ścięcie? Piłka oddana miękko tuż za siatkę myli grających, dotyka ziemi" [6], chodzi do kawiarni, kocha i chce być kochaną, ale w zupełnie innych realiach. Jednakże to zwyczajna młodzież, zwykli dziewczęta i chłopcy, którzy chcieli dorastać w wolnej i niepodległej ojczyźnie. Dlatego nie godząc się z losem podejmują walkę z wrogiem, jest to walka na różne sposoby, czy to w partyzantce, harcerstwie, Kedywie, małym sabotażu, czy poprzez podziemne życie kulturalne i tajne nauczanie. Młodzi ludzie - skupiają się wokół pisma "Prawda i Naród", co może wskazywać, że najbliższymi prototypami bohaterów swojej powieści Roman Bratny uczynił młodzież z grupy skupionej wokół konspiracyjnego pisma warszawskiego "Sztuka i Naród".
          Powieść Bratnego jest dziełem literackim. Korzysta więc z prawa fikcji, niemniej pozostaje w bliskich związkach z autentycznymi wydarzeniami okupacyjnej stolicy. Do rzeczywistości historycznej odsyłają również informacje o zamachach i akcjach odwetowych.
          Tom drugi pod tytułem "Śmierć po raz drugi" przedstawia tą samą młodzież warszawską, w czasie walk powstańczych. Tom kończy się fragmentem przemówienia Tadeusza Bora-Komorowskiego, głoszącego kapitulację walczącej stolicy: "Walka nasza w stolicy, pod ciosami śmierci i zniszczenia z takim uporem przez nas prowadzona, wysuwa się na czoło sławnych czynów bojowych żołnierza polskiego podczas tej wojny dokonywanych (...) Dokumentujmy nią moc naszego ducha i naszego umiłowania wolności. Jakkolwiek nie udało się nam uzyskać militarnego nad wrogiem zwycięstw, bo ogólny rozwój wypadków wojennych na naszych ziemiach nie ukształtował się w ciągu tych dwóch miesięcy walk dla nas pomyślnie, to jednak te dwa miesiące boju o każdą piędź ziemi, ulicy i muru Warszawy dokonały swego zadania politycznego i ideowego (...) Postanawiam dalszą walkę przerwać. Wszystkim żołnierzom dziękuję (...)" [6]
          Drugi tom powieści Romana Bratnego jest jednym z najpełniejszych obrazów literackich powstania warszawskiego. Od porywających, optymistycznych pierwszych jego dni przez narastające znużenie i osłabienie zarówno oddziałów powstańczych, jak i ludności cywilnej, do tragicznego finału. Kapitulacji w pierwszych dniach października 1944 roku.
          Bohaterami zarówno pierwszego, drugiego i trzeciego tomu jest wspomniana już warszawska, młodzież "pokolenia Kolumbów", młodzież wywodząca się z warszawskiej inteligencji. Młodzież pełna entuzjazmu, siły, pogody ducha, walki, zapału, ale jednocześnie młodzież, która stara się każdy dzień, walczy z głodem, pragnieniem, śmiercią, strachem. Młodzież, która po wojnie próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, rzeczywistości, która nie przypomina tej przedwojennej.
          Swoją uwagę skupię przede wszystkim na drugiej części "Trylogii", analizując zmagania bohaterów w powstańczej walce z Niemcami. Dzień po dniu młodzież zmaga się z okupantem - jest "wielki dzień. (...) Nie słabnie trwająca już od tygodni radość z oczywistej klęski wroga." [6]. I nadchodzi oto oczekiwany dzień - 1 sierpnia 1944 roku, godzina "W", może tuż przed, jak pisze Roman Bratny - "(...) na ulicy normalny ruch. Jakaś mama pcha wózek. W tramwaju zwykły tłok." [6] Tylko młodzież inna niż zwykle "jedzie tramwajem pokolenie niefrasobliwe na rozprawę najkrwawszą w dziejach narodu." [6] Bratny opisuje poruszenie towarzyszące warszawskim ulicom tuż przed godziną 17, wspominanego powyżej dnia 1 sierpnia 44, pokazuje ludzi, którzy niby zwyczajnie, a jednak w pewnego rodzaju podnieceniu przemykają warszawskim brukiem, kryjąc po kurtkami, płaszczami w torbach i plecakach broń. Przed godziną "W" nikt z tych, w których było tyle zapału i nadziei jeszcze nie wiedział co będzie później, jaki będzie los Warszawy, los Polaków. Zygmunt wydaje rozkaz - "Zaczynamy. Czwarta pięćdziesiąt pięć wychodźcie. Rozdajcie opaski. Zadania bez zmian. (...) Ludzie nerwowo wciągali opaski nie wypuszczając z ręki peemów i karabinów. Dopiero w tej chwili spostrzegł, że wszyscy nie wiedząc czemu, porwali za broń". [6]
          Ileż w tych młodych ludziach było woli walki, ileż nadziei, chociaż brakowało wszystkiego począwszy od amunicji, " (...) 106 Kompania Wojskowej służby Ochrony Powstania, której dowódca stał przed Jerzym uzbrojona była jedynie w dwie gwiazdki swego dowódcy, wycięte z puszki po konserwach," [6] skończywszy na środkach opatrunkowych dla rannych w boju o najwyższe dobro, o wolność. Ludność cywilna tych młodych - bohaterów walczącej stolicy, traktowała jako wybawienie, jak dar, który zwalczy zło - "w bramie rzuciło się na nich kilkudziesięciu rozdygotanych, płaczących z radości ludzi. Dotykali opasek. Krzyczeli coś chórem. (...)" [6]
          Młodzi powstańcy odnosili sukcesy, udawało im się zdobywać kolejne skrawki wolnej od Niemców Warszawy, gdzie zaraz na wietrze łopotała biało-czerwona flaga, pojawiał się napis, plakat ośmieszający faszystów, wielbiący Polaków, ktoś namalował kotwicę, inny powiesił swastykę. Wśród dymów i zgliszczy unosił się radosny śpiew powstańczych oddziałów.
          Za swoje poświęcenie młodzież, została doceniania, nie tylko przez wdzięczną - jeszcze na tym etapie - walk ludność Warszawy, ale i przez swoich dowódców. Cała okolica słyszała, mówiła o palonym czołgu, kilkunastu zabitych na Kruczej Niemcach, z tej racji Olo ze swoimi, został wezwany do kwaterującego na Żurawiej dowódcy kompanii, w ciągu kilku minut Olo dowiedział się, że staje się żołnierzem Armii Krajowej Okręgu Warszawskiego "Narew", otrzymał legitymację, gdzie "wśród dużych liter "W" i "P", wyrósł koroniasty orzeł" [6], wraz z legitymacją. Olo objął dowództwo drużyny szturmowej, która skoncentruje pięćdziesiąt procent stanu broni kompanii. Właśnie w takich chwilach, w chwilach radości, powracały jak bumerang wspomnienia tych, których zabrało żniwo śmierci, wzruszony Olo, z trudem wydusił - "Wypisać by taką dla naszego Antka" - wspomniał poległego i nagle przyszło mu na myśl, że nie wiedzieć ilu z jego plutonu podzieliło już los zabitego." [6]
          Każdy dzień spośród 63 krwawych dni powstania, dla Olego, Jerzego, Zygmunta, Kolumba, był ciężką próbą, nie tylko przeżycia i walki z wrogiem, ale przede wszystkim próbą osobowości, charakteru, wiary i nadziei, również miłości i poświęcenia. Każdy z tych dni to lęk, nie tylko o własne życie, ale o życie matki, ojca, rodzeństwa, przyjaciół, towarzyszy broni. I znów bombardowanie, ucieczka do piwnic, huk, grzmot, walący się tynk i cisza, przerywana jedynie cichym łkaniem i modlitwą.
          Powstanie trwa. Niezłomna postawa młodych ludzi powoli się wypala, brak broni, żywności, śmierć kolegów, przygniata, powoduje pustkę, myśli kołaczą się wśród prostych pytań - Po co to wszystko? To wszystko nie ma sensu! Nie damy rady? Na oczach niezłomnych dotąd bohaterów - padają wszystkie ich marzenia, nadzieje - pierwsza załamała się drużyna "Wilka". W chwili, gdy zginął zabity serią z czołgowego działa dowódca, zdziesiątkowany, osierocony oddział wycofuje się, przychodzi chwila zwątpienia, na szczęście nie trwa długo. Młodzi ludzie rozumieją, że trzeba poderwać się do walki, iść naprzód, pomimo, że ciężko, że strach.
          Młodzi ludzie pocieszenia szukali w modlitwie, gdy już wszystko umiera, wiara pozostaje. Na kawałku wolnej Warszawy - "pogodna sygnaturka zadzwoniła nad różowymi stromymi dachami Starówki gdzieś od strony świętojańskiej katedry." [6] Niteczka i Dębowy idą ulicami Starówki - Ona - pracuje już w fabryce butelek samozapalających w dwupiętrowych piwnicach Fukiera na Starym Mieście, spacerując, kierując się w stronę dźwięku sygnaturki, napotykają ludzi siedzących na tobołkach, walizkach - "ludzi, którzy parowali jeszcze dymem i strachem, obcym tu i nieprawdopodobnym." [6] To uciekinierzy z ognia Woli. Dębowy w ciszy rozmyślał - jak to możliwe - jedno miasto - ci sami ludzie - a jakże dwa różne światy, dwa oblicza tej samej wojny - "Wola tam i Starówka tu to zupełnie jak przed rokiem powstanie w getcie i my. Jakby to nie były sąsiednie bez mała ulice, lecz obce światy." [6] Wreszcie docierają do kościoła, mieszając się z nacierającym tłumem ludzi. Dębowy, który sceptycznie podchodził do spraw wiary, po raz pierwszy odczuwa w kościele uniesienie. "Chóralny śpiew podniósł wysokie stropy kościoła: Przed Twe ołtarze zanosim błaganie: Ojczyznę, Wolność racz nam wrócić Panie..." [6] Pieśń wypełnia umysły i serca ludzi zgromadzonych wokół ołtarza, wśród śpiewu słychać płacz, szepty, okrzyki. Dębowy poczuł jedyny w swoim życiu przypływ ogromnej, ślepej wiary, która chłonął całym sobą. To wiara i nadzieja dawała siłę do walki, do walki jakże nierównej chciałoby się rzec niesprawiedliwej, ale walki o wolność.
          Podczas dwóch miesięcy krwawych zmagań z okupantem młodzi ludzie cieszyli się otrzymując informację o zdobytych, kolejnych punktach strategicznych w stolicy "Elektrownia jest nasza" [6], czy "zdobyte więzienie na Daniłowiczowskiej, pałac Blanka, Archiwum Akt Dawnych" [6], czuli rozgoryczenie, żal słysząc - "szpital Maltański - padł (...) Nieprzyjaciel wali wzdłuż Wolskiej, Chłodnej, Ogrodowej. Morduje i podpala. Zgrupowanie "Chrobry" puściło "Wronią." [6] Cieszyły sukcesy, które rozbudzały nadzieję, każdy skrawek ojczystej ziemi wydartej z rąk Niemców był na wagę złota, stawał się wielkim zwycięstwem. Jednakże z dnia na dzień sukcesów było coraz mniej, a gorycz porażek napływała do ust, dręcząc uporczywie serca i umysły młodych, wydawałoby się niezłomnych Polaków.
          Z niecierpliwością nasłuchiwali kolejnych komunikatów, meldunków o uszczuplającej się warszawskiej ziemi, która pozostawała jeszcze w rękach powstańców. Z uwaga śledzili audycje "Błyskawicy" i przemówienia dowódcy Armii Krajowej. Przed orędziem - z głośników usłyszeli tony "Warszawianki". Po chwili, "(...) popłynęły wyraziste, spokojne, z godnością rzucone słowa: W powstaniu warszawskim dokonało się zjednoczenie wszystkich Polaków bez różnicy stronnictw i warstw społecznych. Z cierpień, krwi i bohaterstwa Warszawy, z przelewu krwi bojowników konspiracji, żołnierzy AK, rodzi się Nowa Polska. Żadna moc nie zdoła nam narzucić rządu i ustroju, którego nie zechce naród." [6] Ostatnie słowa dowódcy uświadomiły słuchającym, że nie tylko Niemcy są zagrożeniem dla wolności suwerenności naszej ojczyzny, że wróg, czeka za Wisłą, że faszyzm, to tylko jedna z przeszkód, jaka stanęła na drodze polskości. Zaczęli zdawać sobie sprawę, że Armia Czerwona, która 17 września 1939 roku wbiła Polakom nóż w plecy, jest nie mniejszym wrogiem dla niepodległości naszej ojczyzny niż Niemcy.
          Powstanie powoli dogasa, jak pisze Roman Bratny - "Rynek Starego Miasta jest ogromnym, poharatanym lejem po wybuchu tysięcy bomb, pocisków, miotaczy min, dział kolejowych. (...) Na dnie karterów tu i ówdzie leżą jeszcze tu i ówdzie leżą jeszcze cielska niewypałów. W ciemności ludzie suną wzdłuż wypalonych kamienic, szczerzących ruiny ku granatowemu niebu, drgającemu milionem gwiazd". [6] W tym plastycznym obrazie - podąża resztka plutonu - idą w milczeniu - Zygmunt, Jerzy i Kolumb. Śmierć zbiera żniwo - "Dębowego - Niteczka powlokła do szpitala, ale wyglądało, że to już na nic. Odłamek, jak gwóźdź, w tyle czaszki." [6] Wraz ze śmiercią Dębowego umarła miłość Niteczki i jego - płomienna, ufna i świeża miłość, przerwana w brutalny sposób, jednym strzałem, jednym odłamkiem.
          Zmęczeni, kiedy nie ma już nadziei, opuszczają Starówkę, poruszają się wśród gruzów, pośród tlących się rumowisk, korytarzami piwnic, kanałami, idą przed siebie. Idzie Jerzy, który prowadzi za rękę ślepego Zygmunta, za nimi podąża Malutki, Jagiełło i wielu innych. Wychodzą z ukrycia, kierując się go Ogrodu Saskiego, opanowanego przez Niemców, chcąc przedostać się na ulicę Królewską, gdzie stacjonują Polacy. "Uformowani w trójki - niemiecki szyk marszowy - ubrani w ciężkie zdobyczne hełmy, esesmańskie panterki, będą iść górą, jawnie, jako niemiecki oddział." [6] Idą dumni, wyprostowani, tylko Zygmunt nic wie, co dzieje się wokół, słyszy jedynie niemieckie ostrzeżenia, że tam po drugiej stronie są stanowiska bandytów. Za kilka metrów pada okrzyk - polskie słowa: "Radosław Starówka nie strzelać!" [6] Dopiero wówczas do Niemców dociera, że puścili wolno powstańczy oddział. Wybucha strzelanina. Wśród strzałów zawierusza się Zygmunt, ślepego z opresji ratuje Jerzy.
          Kolumb przebywa w szpitalu, widzi śmierć, strach, beznadzieję. Czeka na Zygmunta i Jerzego, ale oni nie przychodzą. Niteczka wraz z Kolumbem ewakuują się kanałami, którymi przeszło dwa tysiące rannych ze Starówki. W kanałach ludziom brodzącym w wodzie, ściekach, smrodzie, depczącym po ciałach, towarzyszy ogromny strach, strach przed wykryciem przez Niemców ich drogi. Niteczka i ranny Kolumb docierają szczęśliwie do Śródmieścia.
          Młodzi "Kolumbowie" stają w obliczu druzgoczącej klęski powstania. Są świadkami mordu rannych w szpitalu, nielicznych sanitariuszki ratują "ukłuciem w rękę". Masakry dokonywali Ukraińcy. Strzały mieszały się z rykiem mordowanych. To była rzeź. Rzeź jakich wiele przeżyła Warszawa w czasie nazistowskiej okupacji.
          Ostanie chwile Niteczki i towarzyszącego jej Kolumba w piwnicy - Bratny opisuje w sposób realistyczny. Niteczka chcąc chronić Kolumba zostaje brutalnie zgwałcona i zakatowana przez pijanych esesmanów. Kolumbowi nie pozostaje już nic oprócz obojętności i głuchej ciszy.
          Bohaterowie Romana Bratnego są narwani, walczą z wrogiem uczestniczą w akcjach bojowych, boją się śmierci, ale są gotowi z nią zmierzyć się w każdej chwili. Boją się, że nie podołają, że im zabraknie odwagi?
          Tom trzeci - "Życie" - ukazuje losy bohaterów, którym przyszło żyć w nowej rzeczywistości. Gdzie najdziwniejsze było poczucie bezpieczeństwa, pomimo, że bezpieczeństwa nie było. Jerzy i Olo trafili zaraz po kapitulacji powstania do obozu pracy, po pewnym okresie dołącza do nich Kolumb - razem zmagają się z trudami obozowej rzeczywistości. Po opuszczeniu jenieckich baraków zmuszeni są wybrać życie na emigracji. Udając się do krajów Zachodniej Europy. Nieliczni pozostali w Polsce, gdzie próbowali żyć w nowym ładzie społecznym.
          Po powstaniu i po wojnie ich losy będą charakterystyczne dla wielu powojennych dróg - jak pisze Witold Nawrocki - jakie stały otworem przed byłymi żołnierzami Armii Krajowej. Wspominany Jerzy i Olo włączyli się w nurt przemian społeczno-politycznych w kraju poprzez "Głos Pokolenia" usiłowali rozładować konflikty generacji akowskich kombatantów, co Jerzy przypłacił życiem, poległ z rąk własnych towarzyszy broni. Kolumb stał się międzynarodowym aferzystą i handlarzem bronią i niestety nie zdołał już usłyszeć zapowiadanej przez warszawskie radio audycji Jerzego. Pogadanka o wzmożeniu czujności zamknęła mu niewątpliwie drogę powrotu do ojczyzny; Zygmunt, postać najbardziej tragiczna, odepchnięty i znieważony odchodzi w podziemie, stojąc na czele bandy krwawo rozprawiającej się ze zwolennikami nowego ustroju.
          Roman Bratny przedstawia tutaj położenie byłych żołnierzy Armii Krajowej. Po zakończeniu II wojny światowej kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy Armii Krajowej wywieziono w głąb Rosji, kilkadziesiąt tysięcy osadzono w polskich więzieniach. Nieznana jest liczba zamordowanych w obławach, skrytobójczo w śledztwie czy z wyroku. Prawdopodobnie komuniści zabili więcej akowców po wojnie niż Niemcy podczas powstania. Nie znamy dokładnej liczby zabitych - gdyż pamięć o tych i innych wydarzeniach, jak chociażby Katyń - którego sprawę Bratny również porusza w "Kolumbach", były latami zacierane. W swoim artykule zatytułowanym "Wielkie polowanie" [6] Andrzej Kaczyński - pisze o prześladowaniach akowców w Polsce Ludowej.
          Powieść Romana Bratnego wydana w 1957 roku, jest to fakt nie lada zaskakujący, bo niemalże na każdej stronicy można odnaleźć informacje "niewygodne" dla ówczesnej ekipy rządzącej w Polsce. Jest jak już wspominałam mowa o zamordowanych polskich jeńcach wojennych w Katyniu "(...) po lekturze katyńskich relacji podniosłeś, człowieku, pełne trupiej mazi oczy i absurdalna hałaśliwa zieleń, aż bolała. Przerażający ludzki świat nie miał nad nią żadnej władzy. Od jesieni na murach trwałą potyczka. Napis "PPR" - przerabiano na "P-łatne P-achołki R-osji". Teraz po Katyniu, zazieleniły się na murach wąskie paski z takim właśnie napisem." [6] Bratny pisze o złych Polakach szmalcownikach, o złych Polkach, które zadają się z niemieckimi żołnierzami. Również jest wiele o Polskim antysemityzmie. Przejmująca jest scena ludzi złorzeczących i żartujących z bojowników żydowskich w czasie agonii powstania w getcie. Bohaterowie, tytułowi "Kolumbowie", muszą odpowiedzieć jednocześnie na kilka podstawowych pytań, których odpowiedzi bardzo często nie sposób pogodzić ze sobą. Dodatkowym czynnikiem komplikującym życie jest potrzeba zaufania i wybaczenia. W jaki sposób zaufać drugiemu, przyjacielowi - a potrzeba zaufania jest nieunikniona, i nie związywać się, bo przecież w każdym momencie można zginąć zostać zdradzonym?

          Reasumując, powieść Bratnego jest nie tylko autobiograficznym dokumentem wojennych i powojennych lat, lecz także literackim świadectwem pokolenia Kolumbów, pokolenia, którego młodość przypadła na tak trudny czas. Pisarz, mimo iż niektórzy zarzucają mu brak polotu i swobody właściwych pisarzowi, doskonale ukazał uczucia i emocje bohaterów, którzy nie szli na śmierć z uśmiechem na twarzy i przekonaniem o słuszności własnej decyzji, lecz byli nękani zwątpieniem, dręczeni problemami materialnymi, gnębieni świadomością, iż są tylko bezwolnym narzędziem w walce narodów. W pamięć zapada ich gorzkie i ironiczne przekonanie: "Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń." [4]
          Od strony fabularnej powieść Romana Bratnego wydaje się powieścią epicką, ale to tylko pozory, owe wątpliwości wyjaśnia cytowany już Witold Nawrocki - jego zdaniem "(...) dzieło jest zawieszone pośrodku pomiędzy poetyką, której ukoronowaniem mogłaby być wielka kreacja epicka i niechęcią lub też niemożnością wzniesienia się na szczyty epizmu." [26]
          Bratny rygorystycznie troszczy się o plastyczność swojego utworu, precyzyjnie naśladuje opisy, natomiast niechętnie podchodzi do elementów dyskursywnych, koncepcji filozoficznych. Roman Bratny stworzył powieść pokoleniową, której wzór ukształtował się już w dziewiętnastym wieku.
          Ogromny wpływ na kształt trylogii Romana Bratnego miała historia, na którą złożyła się walka z okupantem, przeciwstawienie się nieludzkiemu porządkowi ustalonemu przez hitlerowców. Bratny jak prawie wszyscy pisarze jego pokolenia, nie zaakceptował okupacji przez drwinę lub groteskę, lecz poprzez mit tragicznej generacji. "Tak uczynili również Zalewski i Czeszko, Konwicki i Machejek, dla wszystkich właśnie młodość jawiła się jako szalona i bohaterska część polskich dziejów, tragiczna i ofiarna, jako czas ideowej jasności i ostrych wyborów. Oni zaś sami byli we wspomnieniach dwudziestoletnimi młodzieńcami (...) poetami czującymi dotkliwie własną odmienność i samotność, (...) powstańcami, żyjącymi mocno, choć krótko." [26]
          Za sprawą powieści Romana Bratnego otrzymaliśmy portret pokolenia z jego wielkimi cnotami. Liryczny pamiętnik formacji duchowej młodzieży, która w dziejach naszego narodu zajęła miejsce odrębne i jakże ważne.
          "Kolumbowie rocznik 20" jest powieścią, która w sposób niezwykle precyzyjny i realistyczny, niekiedy można by rzec naturalistyczny oddaje obraz wojennej i powojennej rzeczywistości naszej stolicy. Roman Bratny kreśląc poszczególne, jednostkowe losy powieściowych bohaterów, rysuje losy całego narodu, kładzie nacisk na uczucia, które towarzyszą społeczeństwu w chwilach radości i smutku, śmierci i życia, sukcesu i porażki.

          Poeta Miron Białoszewski sięgnął po pióro prozatorskie i nakreślił bardzo wartościowy obraz powstania warszawskiego w utworze zatytułowanym "Pamiętnik z powstania warszawskiego". Utwór został wydany w 1970 roku. Autor zaczął pisać tę książkę w 1967 r., czyli dwadzieścia trzy lata po upadku powstania. Jest to opowieść o zagładzie Warszawy podczas powstania, prowadzona z perspektywy cywila. Autor nazywa powstanie warszawskie "drugim", oddając hołd "pierwszemu" - powstaniu w getcie żydowskim. Miron Białoszewski ukazał Warszawę powstańczą oglądaną z pozycji ludności nie biorącej udziału w walkach. Z perspektywy tłumu osób starszych i kobiet, dzieci, tłumu ściśniętego do schronów i piwnic, ulegającego panice, czasem w obronie własnej, w obawie przed zemstą okupanta - wrogiego nawet wobec powstańców.
          W "Pamiętniku z powstania warszawskiego" - przypomina Stanisław Burkot - "mamy do czynienia ze świadomym wyborem, zamiarem artystycznym, z przemyślną konstrukcją, a więc dziełem należącym do literatury pięknej, nie zaś prywatnym zapisem, utrwaleniem biegu życia autora." [8]
          "Pamiętnik..." sugestywnie odsłania dramaturgię ludności cywilnej okupowanej stolicy. Ich dni wypełnione są uporczywym ratowaniem, tego co można jeszcze ocalić ze zgliszczy, gaszeniem pożarów, budowaniem barykad, wyprawami po wodę pitną i jedzenie, chronieniem się przed nalotami w piwnicach. Wśród zagrożeń braku wszystkiego, niepewności jutra, tworzyła się nowa, prowizoryczna egzystencja.
          Utwór Mirona Białoszewskiego - jak już wspominałam - wydany w 1970 roku, został przyjęty z niechęcią, wręcz pogardą przez krytyków, z kręgów kombatanckich ideałów. Współcześnie - jak dalej pisze Jarosiński, - "nikt nie kwestionuje jego rzadkiej artystycznej i dokumentalnej wartości." [19]
          "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest relacją autora, spisaną z pozycji cywila, który z grupą podobnych sobie mimowolnych uczestników historycznych wydarzeń, usiłuje ocalić swoje życie w sytuacji ostatecznego zagrożenia. Miron Białoszewski w "Dodatku" do jednego z wydań "Pamiętnika..." określa swój utwór jako "historię wspólnego życia na tle możliwości śmierci." [3]
          Warto zwrócić uwagę, iż Białoszewski pisał swój "Pamiętnik..." przeszło dwadzieścia lat po wybuchu powstania warszawskiego, co narrator wielokrotnie podkreśla. "Będę szczery, przypominający sobie siebie tamtego w fakcikach, może za dokładny, ale za to tylko prawda będzie. Teraz mam czterdzieści pięć lat, po tych dwudziestu trzech latach, leżę na tapczanie cały, żywy i wolny w dobrym stanie i humorze, jest październik, noc, 67, Warszawa znów ma milion trzysta tysięcy mieszkańców. Miałem siedemnaście lat, kiedy raz się położyłem do łóżka i pierwszy raz w życiu usłyszałem artylerię. (...) I to był chyba 2 września 1939 roku. Miałem wtedy rację, że się bardzo przeraziłem." [3] Autor relacjonuje wysiłek, który mu towarzyszył przy próbach wiernego odtworzenia przeszłości - jak pisze - "(...) bo mówią, że się nie da opowiedzieć tego co się przeżyło. Tymczasem wiemy o wszystkim tylko z opowiadań i z obrazów. Nawet wiemy, ze dwa razy więcej. Bo wiemy jeszcze o wszystkim, czego nie było, bo zostało wymyślone przez tych, którzy przypisują rzeczywistości pewną niedogodność albo niewydolność. Ja jej nie przypisuję." [3] Książka Białoszewskiego jest nie tylko dokumentem, ale również książką o pisaniu pamiętnika, o żmudnej rekonstrukcji dat, nazwisk, nazw ulic dzielnic, wydarzeń sprzed ćwierćwiecza. Rekonstrukcją bez ubarwiania i zacierania, bez kłamstwa, jakim karmiła nas PRL-owska cenzura przeszło pięćdziesiąt lat.
          Jak już wspominałam - Miron Białoszewski jest zarówno narratorem - jak i uczestnikiem wydarzeń 1944 roku. Nie wyróżniał się niczym spośród rzeszy cywilnej ludności spowitej w ogniu Warszawy. Miał 22 lata, w przeciwieństwie do swojego pokolenia - "pokolenia Kolumbów", nie należał do żadnej organizacji zbrojnej czy konspiracyjnej. Nie dokonuje niczego wielkiego. Nie zapisuje się w historii jakimś pamiętnym czynem. Nie ma nawet takich aspiracji ani marzeń. Dla Mirona powstanie warszawskie, to nie heroiczna walka, budowanie barykad, dla niego to walka o każdy kolejny dzień, spędzony w piwnicach, schronach. Dla niego to walka o przeżycie, o zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych.
          Białoszewski oprócz własnych emocji i przeżyć, pokazuje też doświadczenia, przeżycia i emocje zbiorowości - ludności cywilnej, która towarzyszy mu w dniach zagłady miasta. Szczegółowo opisuje bytowanie w piwnicach, kanałach, schronach, codzienne czynności nastawione na zaspokojenie podstawowych potrzeb, strach, głód i śmierć bezbronnych cywilów a także stopniową - dzielnica po dzielnicy, ulica po ulicy - śmierć miasta. Białoszewski opisuje - relacjonuje 63 dni, dzień po dniu powstania warszawskiego - czas od 1 sierpnia 1944 roku do 2 października, a także tydzień po upadku powstania - od 2 do 9 października.
          Głównego bohatera - Mirona poznajemy w dniu 1 sierpnia 1944roku, w mokry, niesłoneczny i nie za ciepły wtorek. 1 sierpnia to w pamięci Mirona święto słoneczników - wychodzi ze swojego domu przy ulicy Chłodnej 40, po chleb do kuzynki na ulicę Staszica. Dzień jest ruchliwy, widać zatłoczone tramwaje, wśród ludności panuje jakieś dziwne podniecenie. Nie ma jeszcze godziny "W" - Staszek i Miron idą do Ireny - koleżanki z tajnego uniwersytetu, na którym studiował polonistykę narrator "Pamiętnika...". Tuż po przekroczeniu progu mieszkania Ireny, na Chłodnej 24, słychać działa i krzyk - "Hurraaa... Powstanie - od razu powiedzieliśmy sobie, tak jak i wszyscy w Warszawie" [3] Pierwsza powstańczą noc Białoszewski spędził na Woli, gdzie od razu zaczęli pojawiać się uciekinierzy. Następnego dnia wraca do domu, by wraz z rodziną przenieść się na Ogrodową. Każdy dzień powstania to dzień pełen bohaterstwa, ale i cierpienia, rozpaczy. Młodzi żołnierze walczą, ale brak im broni. Cywile starają się pomagać, budują barykady, wyrywając płyty z chodników, bruki z ulicy, gotują jedzenie, ale jest im coraz ciężej. Brakuje wody i żywności. Dzień za dniem podobny do siebie, nasłuchiwanie, ucieczka do schronu i cisza. I coraz to nowe informacje - radosne "wacha zdobyta (...) Chłodna była wolna. Cała we flagach (...) wyległy tłumy do robienia barykad," [3] ale i smutne, druzgoczące "Ukraińcy idą od Woli i rżną. I palą na stosach! Pańska zbombardowana, Prosta zbombardowana!" [3] Co dzień widać pożary, trupy, miasto, które popada w ruinę, ludzi, którzy w popłochy uciekają przed kolejną łapanką, rozstrzelaniem gdzieś na skwerze, pod murem budynku czy dziedzińcu fabryki.
          Kiedy Wola pada Miron przedostaje się na Stare Miasto, tutaj znajduje schronienie u swojego przyjaciela Swena, który wraz z rodziną koczuje w piwnicy. Jak relacjonuje - "Wpadliśmy po pachnących betonem, cegłami i niewykończeniem schodach do głębokich piwnic z grubymi murami. Cisza. I zapach zaduszonej pralni. (...) szara otchłań ze świecami na ołtarzyku z Matką Boską (...)" [3] Rozpoczyna się kolejna egzystencja w schronie, kolejne długie dni i nieprzespane noce, w oczekiwaniu na życie lub śmierć. Dni wypełnione zwyczajnymi czynnościami.
          Panował względny spokój. Ludzie wychodzili z piwnicy po jedzenie do sióstr, do okolicznych kościołów, aby tam szukać pokrzepienia, inni szukali informacji o swoich bliskich. Około 13 sierpnia - jak pisze Miron - "Spadły bomby. Na stare Miasto. (...) Trafiły w jakiś ogromny zbiornik z benzyną. Był potworny wybuch. Iluś ludzi zginęło". [3] I znów strach, zwątpienie, a jednocześnie radość, że to nie ja - ja żyję. Pytanie krążące w głowie, dlaczego ocalałem, ja spośród tysięcy.
          Krzepiące były relacje, mówiące o kolejnych ulicach, dzielnicach trzymanych przez Armię Krajową. Działała łączność, wydawano prasę powstańczą - było dużo drukarni - Akowskich, Alowskich, Palowskich. Łączniczkami były przede wszystkim dziewczyny, albo mali chłopcy, którzy przemieszczali się kanałami ściekowymi czy burzowymi, bezpiecznie do czasu, kiedy to Niemcy nie odkryli powstańczego sposobu łączności - wówczas hitlerowcy odkrywali włazy i rzucali w dół granaty albo - zakładali cały wylot drutem kolczastym, a na tych drutach zawieszali granaty.
          Do piwnic, tworzących cały system korytarzy, pomieszczeń przeniosło się życie dzielnicy. Tłoczyły się w nich tysiące ludzi próbujących zdobyć żywność, dyskutujących, modlących się. Swen prowadził modlitwy przy ołtarzu, stworzonym w piwnicy, na te okoliczność Miron i Swen napisali aktualną litanię:

          "Od bomb i samolotów - wybaw nas, Panie,
          Od czołgów i goliatów - wybaw nas, Panie,
          Od pocisków i granatów - wybaw, nas Panie,
          Od miotaczy min - wybaw, nas Panie,
          Od pożarów i spalenia żywcem - wybaw, nas Panie,
          Od rozstrzelania - wybaw, nas Panie,
          Od zasypania - wybaw, nas Panie."
[3]

          Po bombardowaniach dwudziestego dnia powstania, bohaterowie poszukują nowego schronienia. Z piwnicy na Starym Mieście ewakuowało się około trzystu pięćdziesięciu ludzi. Swen z matką, którą narrator darzy wielkim szacunkiem, jak swoją rodzoną matkę, Miron udają się ulicami Starówki w poszukiwaniu miejsca do egzystencji. Ponieważ kościół Sakramentek był już pełny, zatrzymują się w piwnicy Izby Rzemieślniczej przy ulicy Miodowej 14. Z desek cegieł i robią prowizoryczną kuchnię, podstawowe sprzęty, z trudem zdobywają, kończy się żywność, woda, a uchodźców wciąż przybywa. I znów czekanie, wypełnione grą w brydża, konkursem literackim. Miasto jest coraz bardziej zrujnowane, przybywa rannych i zmarłych. Ludzi ogarnia zwątpienie, bo tracą bliskich i sami żyją w panicznym strachu, że zostaną przysypani przez gruzy.
          Kolejne powstańcze dni tym razem w Śródmieściu, tutaj docierają kolejne informacje dopalającego się powstania - "Powiśle zbombardowane! Powiśle się kończy! Niemcy na Powiślu!" [3] Po raz kolejny strach, popłoch, latanina, panika. Znów wędrówka na Nowogradzką i Wilczą w poszukiwaniu schronienia. Dni w schronie dłużyły się niemiłosiernie, panowała głucha cisza, przerywana jedynie odgłosem wyjącej "krowy", nadlatujących samolotów, walących się gruzów.
          Kolejno upadają dzielnice Warszawy - "Powązki - tu wiem mało (stracone chyba 4 sierpnia), Wola - wiadomo, co z Ochota, Mokotów. Czerniaków - wiadomo. Po kapitulacji Żoliborza - 30 września była pogoda - upał. Zostało tylko Śródmieście" [3]. Umierają ludzie i umiera Warszawa. Miasto po powstaniu to morze gruzów. Pan Szu odprawiał w napięciu "Godzinki" na zakończenie powstania. Ludzie wychodzą na ulice ze wszystkich zakamarków. Bohater idzie ze Swenem ulicą Jasną, wokół pustka, gruzy, ludzie przemykający ukradkiem. W nocy słychać jeszcze strzały. Rankiem 2 października 1944 roku. "Kapitulacja. Koniec powstania. Ogłoszone. (...) Do 9 października ma być pusto. Całe miasto. Powstańcy składają broń. Ludzie zdolni do pracy będą rozwożeni na roboty do Rzeszy. Niezdolni i jedyni opiekunowie dzieci rozwożeni będą po Guberni" [3]. Niemcy wywożą mieszkańców Warszawy na roboty. 11 listopada narrator z ojcem po miesiącu pracy jako pomocnicy murarza uciekają do Częstochowy. Pierwszą osobą z powstania, jaką narrator zobaczył w Częstochowie, była mama Swena, ujrzał także jego samego. Do Warszawy wrócił w lutym 1945 roku.
          Białoszewski wyznał, że bardzo długo nie czuł się na siłach opisać swoich powstańczych dziejów, ale wciąż na ten temat "gadał" i wreszcie kiedyś te "gadania" przelał na papier. Narracja "Pamiętnika..." wzorowana jest na wypowiedzi ustnej, mnóstwo w niej dygresji, luźnych skojarzeń, wyrazów z mowy potocznej, onomatopei, równoważników zdań. Jednym słowem jest to język zwykłego, człowieka, który nieoczekiwanie stał się świadkiem, obserwatorem i uczestnikiem dramatycznych wydarzeń, relacja pozbawiona jest patosu i wielkich słów. W relacji Mirona Białoszewskiego brak jest tradycyjnej narracji, zabieg ten ma naśladować rozpad świata wartości. W "Pamiętniku..." panuje językowy chaos, urwane zdania, wspominane już - naśladowanie mowy potocznej, neologizmy, mają dopomóc wierniej odwzorować dni powstańczej zawieruchy. Nowatorską cechą tej książki jest całkowite pozbawienie bohaterów heroizmu. Ludzie są tylko autentycznymi ludźmi, herosi, bohaterowie walczą gdzieś obok. Zapamiętywanie przez Białoszewskiego najdrobniejszych szczegółów - jak chociażby cena strzyżenia - prowadzi do swoistego widzenia świata, rzeczywistości widzianej jakby oczyma dziecka. Gdzie mówi - pisze się tylko prawdę - pozostając w sprzeczności z obowiązującymi narodowymi mitami.
          Wracając do ukazania przez Mirona Białoszewskiego bohaterów "Pamiętnika z powstania warszawskiego", to oprócz jednostkowego, indywidualnego - jak już wspominałam przedstawienia postaci - autor obrazuje także bohaterów zbiorowych - Niemców, Żydów - przedstawionych we wspomnieniach z czasów getta, walczących powstańców i zbiorową, szarą masę ludności stolicy. Wśród tych zbiorowości na plan pierwszy wysuwają się cywilni mieszkańcy stolicy, którzy skupiają się przede wszystkim na przetrwaniu powstańczego koszmaru. Rozumieją potrzebę walki, ale dotkliwie odczuwają wszelkie braki i zagrożenie życia. Niektórzy załamują się, zwłaszcza kobiety oczekują, że powstańcy poddadzą się, by przerwać pasmo nieszczęść. W razie potrzeby starają się angażować w pomoc walczącym przez zdobywanie dla nich pożywienia, opatrywanie rannych, budowanie barykad. Ich udziałem są codzienne porcje strachu o życie własne i bliskich, problemy bytowe oraz czekanie na koniec koszmaru.
          Powstańcy to grupa ludzi w różnym wieku zaangażowanych bezpośrednio w działania wojenne oraz wspomagających tych, którzy walczą z bronią w ręku, podejmując dodatkowe zadania: organizacją łączności i opieką medyczną. W ramach tej zbiorowości mieszczą się również harcerze - młodzi łącznicy przemykający kanałami oraz chłopcy zapalający czołgi butelkami z benzyną. Powstańcy byli najbardziej narażeni na śmierć, ale - mimo utraty kolejnych dzielnic i ludzi - garnęli się do nich nowi ochotnicy. Widać ich przemykających chyłkiem pod barykadami, wzywających cywilów do różnych zadań, organizujących przejścia kanałami, opiekę szpitalną i pracę łączników.
          Niemcy zostali przedstawieni jako bezwzględni, dobrze przygotowani do walki, realizujący swoje zamiary do końca. Podczas segregacji pokonanej ludności działający według przyjętych zasad, konsekwentni, pozbawieni uczuć i skrupułów. Wermachtowcy pilnujący pochodu ludzi to żołnierze uśmiechnięci, dający Polkom wyrwane na pobliskich polach warzywa - ukazani przez autora z elementem życzliwości i sympatii. Zważywszy na całościową sytuację dogorywającej Warszawy, opinia dotycząca Niemców nie może być przychylna.
          Los Żydów jest tu ukazany głównie we wspomnieniach z potwornego czasu likwidacji warszawskiego getta. Autor poświęca im uwagę w uogólnionych refleksjach o cierpieniu, masowej zagładzie, konieczności ukrywania się, jeżeli zdołali przetrwać Wielką Akcję. Na przykładzie losów Stefy widać, ile trzeba było zabiegów, by ocalić własne życie w świecie, gdzie Żydzi skazani byli na zagładę - "(...) Babu Stefa była naszą sublokatorką do wiosny 44 roku. Półgodzina. (...) dostaliśmy mieszkanie na Chłodnej, po Żydach, bo przedtem tam było getto, mur getta stał w poprzek Chłodnej między Wronią a Towarową, getto trochę zmniejszyli, bo getto ciągle zmniejszali." [3] Stefa znała dobrze niemiecki, otrzymała papiery po zmarłej Zosi Romanowskiej i gdyby nie przypadek niefrasobliwej sąsiadki zostałaby u nas do końca. Losy Stefy potoczyły się jak - na Żydówkę - pomyślnie - ocalona z Gęsiówki, po upadku powstania trafiła do Głogowa, skąd dzięki zarobionym pieniądzom emigruje do Szwecji a stamtąd do Ameryki gdzie pozostaje już do końca swych dni.
          Pojęcie holocaustu i sytuacji Żydów w Polsce było dla Mirona Białoszewskiego aktywną sferą jego świadomości, toteż jak pisze Wacław Lewandowski w artykule "Stacja: Żydzi do mnie" - "(...) tematem ważnym i ośrodkiem poetyckiej wyobraźni autora "Mylnych wzruszeń" jest świadomość, że był to koniec narodu" [24]. Przedstawiona w "Pamiętniku z powstania warszawskiego" śmierć getta to jeden z tematów - i jak pisze dalej Wacław Lewandowski - "obsesji, ważny rys osobowości twórczej poety." [24] Postawa Białoszewskiego dotycząca spojrzenia na naród żydowski i jego krzywdy znalazła kapitalne odbicie w jego twórczości, czego przykładem może być wymieniony powyżej "Pamiętnik z powstania warszawskiego" - "właśnie tu mówi poeta o najważniejszym przeżyciu - o powstaniu, o śmierci miasta, i tu właśnie artykułuje przekonanie, że owo najważniejsze przeżycie było zaledwie repliką, powtórzeniem czegoś, co już się dokonało." [24]
          Tragedia narodu żydowskiego podczas II wojny światowej nie podlega dyskusji, znamy wszechobecne liczby zabitych, zamęczonych w obozach koncentracyjnych. Żydzi podobnie jak i Polacy stanęli do nierównej walki z okupantem wzniecając w roku 1943 powstanie w getcie, które tak jak i powstanie warszawskie zakończyło się klęską, niszcząc rzesze ludzkich istnień. W 1943 roku cześć Warszawy - ta za murami getta umarła, swoistego rodzaju powtórzeniem jest śmierć tym razem całego miasta w październiku roku 1944.
          "Pamiętnik z powstania warszawskiego" Mirona Białoszewskiego jest książką o szczególnym znaczeniu dla twórczości Białoszewskiego, dla współczesnej literatury polskiej, dla budowania ogólnej wiedzy o powstaniu przez nowe pokolenia Polaków.
          Wydarzenia powstania warszawskiego zapisały się nie tylko w pamięci Białoszewskiego, ale przede wszystkim w jego sercu. Pisarz mówi o zdarzeniach z 1944 r. jako o największych przeżyciach w całym jego życiu. Ślad powstania - doświadczenia śmierci, bombardowań, wiecznej tułaczki w ukryciu i strachu, przejście kanałami z rannym na plecach - wszystko to nie pozwala Białoszewskiemu milczeć. Dzięki temu autor odkrywa nowy sposób wyrazu - prozę. Odtąd tomy narracyjne zastąpią tomiki poetyckie. Białoszewski ujawnia się jako opowiadacz historii. "Na tę historię - jak pisze Zbigniew Jarosiński - nakłada się tragedia umierającego miasta, rozkruszania się jego materialnego kształtu." [19] Jak podaje Białoszewski "Rozłupane kamienice. Nadbudówki. Po ileś pięter. Rozłupane na piony. W ukosy. Puste. Z wapna, trzcin, desek, cegieł. Strasznie tego dużo. Z tego była cała Warszawa. (...) Jak trafiło, to tryskało. Dom po domu. Wisiały dziury po balkonach." [3]
          Obraz popowstańczej Warszawy był przerażający, nic nie ocalało z urokliwego miasta, może jedynie jego duch, serce nieujarzmionego miasta, które chciało żyć, pomimo całego dramatyzmu, pomimo całego zła, jakie przyszło po 1945 roku. Warszawa dźwignięta z gruzów rękami narodu żyła, pełnią życia, nie zapominając jednakże o krwi jej synów przelanej w walce z okupantem.
          Dla świadomości historycznej Polaków "Pamiętnik z powstania warszawskiego" przysłużył się odświeżoną wizją powstania. Autor, sam cywil i uczestnik zdarzeń, pokazał nie walkę na barykadach i heroiczne znoszenie tortur w niemieckich więzieniach. Mironowi nie chodzi o odejmowanie komuś zasług. Autor upomina się natomiast o szarych, zwykłych ludzi, którzy znaleźli się w piekle walczącej, ale ginącej powoli Warszawy.
          Niezwykłość, pewnego rodzaju inność ksiązki Białoszewskiego ma związek z jego językiem - o czym już pisałam. Miron Białoszewski należał do pokolenia Nowej Fali, [27] jej przedstawiciele (między innymi Julian Kornhauser, Adam Zagajewski, Stanisław Barńczak, Ryszard Krynicki, Leszek Szaruga) udowadniali, że to nie my panujemy nad językiem, ale język nad nami, postulowali, że poetyka formacji ma być podporządkowana dyrektywie realizmu -, należy "mówić wprost" - stąd duże nowatorstwo językowe w "Pamiętniku..." Białoszewski jako "lingwista" prowadzi swoistego rodzaju grę z językiem, sprowadza uwagę czytelnika na język mówiony a nie pisany, ma to ścisły związek z upodobaniem autora do - wspominanym już - spraw codziennych, szczegółowym opisem otaczającej rzeczywistości, drobiazgowością opisów. Jak pisze Stanisław Barańczak w książce -"Język poetycki Mirona Białoszewskiego" - "(...) Pamiętnik Białoszewskiego jako na poły dokumentarny przekaz autobiograficzny, byłby on wbrew wszelkim zasadom, nawiązaniem do konwencji gatunkowej raczej dziennika intymnego niż pamiętnika: dziennik bowiem zmniejsza do minimum dystans czasowy między narracją a wydarzeniami, a co jeszcze ważniejsze posiada właśnie wąski horyzont narracyjny." [1]. Stanisław Barańczak podkreśla wspominane już nowatorstwo językowe wprowadzone przez Mirona Białoszewskiego. W taki właśnie sposób - drobiazgowy, często fragmentaryczny, o luźnym charakterze - kreśli obraz powstańczej Warszawy, odwzorowuje najdrobniejszy szczegół, dzięki czemu czytelnik może wtopić w mury piwnic, słyszeć huki wystrzałów czy czuć pożogę pożarów, odczuwać głód, strach, niepokój.
          Również sam gatunek - pamiętnik, którym operuje Miron Białoszewski jest gatunkiem, który w sposób niezwykle obrazowy i realistyczny oddaje tragizm powstańczej Warszawy. Jak pisze na ten temat Maria Janion - "Białoszewski zajmuje w swej powstańczej prozie postawę świadka, współczującego, (...) reprezentuje większość cywilnej ludności Warszawy. Dwieście tysięcy, które legły pod gruzami i tych, którzy musieli ją opuścić po kapitulacji." [18]
          Pamiętnik Białoszewskiego - jak pisze Andrzej Waśkiewicz "jest prowokująco antyheroiczny. Nie dlatego, że nie pojawiają się tu sceny walki. Pojawiają się, ale na tym samym planie, co sceny codziennego bytowania, owa "organizacja" przedmiotów, rzeczy, produktów żywnościowych. Aby przeżyć. Narrator nie wartościuje. Mówi tak było". [40]
          Utwór Mirona Białoszewskiego rzeczywiście nie ukazuje bezpośrednich scen walki z Niemcami, mówi o nich nie opisując ich. Relacjonuje to co stało się po walce, opisując sukcesy, porażki, krajobraz miasta, liczbę zabitych. Autor skupia się na opisach nie starć z okupantem, ale na naturalistycznym wręcz ukazaniu codziennych zmagań cywilów z ogarniętej powstańczą zawieruchą stolicy.
          Kazimierz Wyka buduje interesującą konstrukcję krytyczną dotyczącą "powstania warszawskiego" - jego zdaniem utwór ma dwóch narratorów. Pierwszy z nich, naiwny jak Nikifor, notuje skrupulatnie to, co zapamiętał, tak jak leci, bez jakiegokolwiek dystansu. Stąd przysłowiowa siekanina zdań, konstrukcje słowne, osobliwe, często niepoprawne, ale chwytające za serce. Drugi z narratorów patrzy na powstanie z dystansem, porządkuje fakty i wrażenia: "(...) najwspanialsze stronice M.B. powstają, kiedy dokonywa się zmieszanie tych obydwu postaci. Kiedy Nikifor zaprzeczony posługuje się stylistyka Nikifora pierwotnego, ale dla wysokich celów pisarskich i celów świadomych. Tak giną w omawianym pamiętniku kościoły Nowego i Starego Miasta - Sakramentki, Dominikanie, Katedra, tak płonie dom Pod Czterema Wiatrami. Ginęliśmy, a wraz z nami ginęły zabytki, gdzieś powiada M.B. Dokonywa się to w sposób najbardziej przejmujący kiedy Nikifor, rdzenny warszawianin, przemawia przez pamięć, aż patologicznie dokładną." [41]
          "Pamiętnik z powstania warszawskiego" jest utworem terapeutycznym, pewnego rodzaju aktem samooczyszczenia, ale również odzyskaniem prawa do mówienia o sprawach ważnych, w imieniu swoim, jak i tych, którzy ponieśli ofiarę życia podczas II wojny. Zgadzam się ze stwierdzeniem Kazimierza Wyki, że "Pamiętnik..." można postawić na jednej szali, zrównać z opowiadaniami Tadeusza Borowskiego, czy "Innym światem" Gustawa Herlinga Grudzińskiego, bądź "Medalionami" Zofii Nałkowskiej - nie tylko w sensie podobieństwa tematycznego, gdyż wszystkie wymienione utwory traktują w mniejszym lub większym stopniu o wydarzeniach wojennych, ale przede wszystkim z tego względu, iż są świadectwem jednego z najbardziej ekstremalnych doświadczeń w dziejach polskiego narodu.

          Jerzy Stefan Stawiński [36] w wydanej w 1977 roku książce "Młodego Warszawiaka zapiski z urodzin" ukazuje losy młodego Warszawiaka - Jurka - świeżo upieczonego maturzysty, który obchodzi swoje siedemnaste urodziny. Jest dzień 24 września 1938 roku - w tym dniu rozpoczyna się akcja powieści Stawińskiego. W dniu siedemnastych urodzin syna - ojciec zaprasza go na kolację do eleganckiego lokalu, tam przedstawia synowi swoją czwarta żonę, niewiele starszą od samego Jurka. Ojciec składa wówczas Jurkowi propozycje wyjazdu na studia do Włoch, jednakże Jerzy ma inne plany - chce podjąć naukę w Szkole Podchorążych Łączności w Zgierzu. Decyzje tę popiera nastrojami w społeczeństwie, gdzie dużo mówi się o wojnie.
          Rozmowa upływa w optymistycznym nastroju. Rok później 24 września 1939 roku Jurek świętuje już swoje osiemnaste urodziny w okupowanej Warszawie. Ze starszym szeregowym Karczewskim oraz szeregowcem Walczakiem pod silnym obstrzałem naprawiają przerwaną linię telefoniczną pomiędzy gmachem Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowej na Targowej a Zamkiem Królewskim. Z gałęzi ulicznego drzewa chłopiec zdejmuje kolorową papużkę, która uciekła z pobliskiego ZOO. Wieczorem ofiarowuje ją swojej młodej macosze Jadźce. Wizytę u ojca na Mokotowie zakłócają odgłosy walk o pobliską Królikarnię. Jadźka nie może pogodzić się z tym, że mąż w ostatniej chwili zrezygnował z opuszczenia kraju wraz z przedstawicielstwem General Motors.
          Ojciec Jurka, jak zwykle pełen humoru i pozornego cynizmu, zbywa ją żartami; wspomina planowany wyjazd syna na Sorbonę. Wracając na służbę Jurek poznaje Teresę - swoją późniejszą miłość. W dniu 22 urodzin Jurek mieszka z babcią na Żoliborzu, pracuje w Urzędzie Skarbowym jako kontroler. Zapewnia mu to swobodę w poruszaniu się po mieście, chroni przed łapankami, przynosi także niezłe, choć często niezupełnie uczciwe dochody, które zasilają konspiracyjną kasę. Wracając z kontroli spotyka łączniczkę Teresę, która zawiadamia go, że gestapo aresztowało Albina, posiadacza "ukaefki" własnej produkcji. Oddziałowi grozi "wsypa". Jurek kontaktuje się ze swym wypróbowanym druhem z września 1939 - Karczewskim. Wieczorem odwiedza ojca, który podkpiwając z gderania Jadźki i nieszczęśliwej miłości syna do Teresy wznosi toast za jego wyjazd za rok na Sorbonę.
          24.IX.1944. - Pięćdziesiąty szósty dzień Powstania na Mokotowie i dwudzieste trzecie urodziny porucznika Jerzego "(...) te urodziny znowu przypadły w niedzielę, jak przed pięciu laty, w 1939 roku. Obudziłem się w piwnicy tuż po szóstej rano i dokoła jeszcze dźwięczała cisza (...) dziś jest pięćdziesiąty dzień powstania (...) dzisiaj są też twoje urodziny (...) wszystkiego najlepszego panie poruczniku (...)" [35] Toczą się ciężkie walki o utrzymanie Królikarni. Powstańcy mają dużo broni, lecz brakuje ludzi zdolnych do jej obsługi. Podczas sprawdzania przerwanej łączności zostaje ciężko ranny sierżant Karczewski. Jurek z narażeniem życia przenosi przyjaciela do prowizorycznego szpitala. Spotyka tu chorego ojca, którym troskliwie opiekuje się żona. I tym razem nie chciał opuścić Warszawy. Niezadowolona Jadźka wyciąga jednak resztki koniaku; spełniają tradycyjny toast za studia na Sorbonie. Wieczorem. w powstańczej piwnicy, Jurek i Teresa biorą ślub. "(...) ksiądz był siwy i bardzo stary, (...) popatrzył na nas uważnie (...) "tak" Teresy było ciche, ale stanowcze. W ten sposób kończyła się moja pięcioletnia, nie spełniona miłość. W czasie obrzędu dom zatrząsł się kilkakrotnie, ale już nikt na to nie zwracał szczególnej uwagi. Pocałowałem Teresę bardzo mocno. (...)" [35]
          "Przed wyjściem powróciłem do salonu pochyliłem się nad Teresą i pocałowałem ją w usta. Otoczyła ma głowę ramionami i długo nie chciał mnie puścić, jakby to miał być nasz ostatni pocałunek." [35] To niestety był ostatni pocałunek - Jurek ruszył do walk o Królikarnię - Teresa zeszła do kanałów. Nigdy się już nie spotkali.
          Autor prezentuje cztery kolejne lata i jeden dzień z życia Jurka, który obchodzi kolejne swoje urodziny. Pierwsze przypadają na okres przedwojenny, kolejne trzy to piekło okupacyjne. W powieści ukazane są uczucia, które towarzyszyły młodym ludziom miłość i strach, śmierć i życie, szczęście i niedola, które przeplatają się wzajemnie. Stawiński podzielił utwór na cztery części, z których każda opowiada o innym dniu urodzin "Młodego Warszawiaka". Stawiński ukazał swoistego rodzaju tragizm młodych ludzi, których najlepsze lata przypadły na okres II wojny światowej.
          Książka Stawińskiego cieszyła się ogromnym powodzeniem, z tego względu kilkakrotnie ją wznawiano niestety, nie były to edycje kompletne: cenzura w PRL uniemożliwiała jakiekolwiek wzmianki o prawdziwej historycznej roli ZSRR, a nawet wyrzuciła z pierwszego wydania książki samo nazwisko Stalina. Jak pisał Stefan Stawiński - w edycji z 2006 roku "Zapisek z urodzin młodego warszawiaka" - "W obecnej wersji umieściłem wszystkie "niecenzuralne" dla PRL fragmenty. Choć postacie w "Zapiskach" są fikcyjne, jest to najbardziej autobiograficzna z moich książek i narrator przemawia przeważnie moim głosem." [35]

          Wszystkie powyżej analizowane utwory w mniejszym lub większym stopniu dostały się pod nóż komunistycznej cenzury, inaczej było z książką Jarosława Marka Rymkiewicza [31] "Kinderszenen", książka ukazała się w 2008 roku i wzbudziła ogromne dyskusje. "Kinderszenen" to nic innego jak eseistyczny zbiór tekstów o II wojnie światowej, o powstaniu warszawskim i dzieciństwie autora. Tytuł książki Rymkiewicz zaczerpnął z cyklu miniatur fortepianowych Roberta Schumanna, sceny z pokoju dziecięcego, słodkie, niewinne beztroskie marzenia i wydarzenia widziane oczyma dziecka. U Rymkiewicza - gorzkie, ponure i okrutne doświadczenia okresu II wojny światowej. Rymkiewicz opisuje lata niemieckiej okupacji oczami siebie samego sprzed ponad sześćdziesięciu lat.
          ""Kinderszenen" znają prawdopodobnie nawet ci, którzy nie mają najmniejszego pojęcia o istnieniu Roberta Schumanna znają przynajmniej, bo kiedyś słyszeli, numer 7 tego cyklu, cudne "Marzenie", jedno z najsłynniejszych dzieł muzyki europejskiej. Kto to słyszał, ten nie zapomni, nawet jeśli tej niemieckiej słodyczy nie polubi, jeśli wyda mu się ona słodko podejrzana" [32] - pisze Rymkiewicz w przedmowie. Pisarz wybrał ten tytuł nieco przewrotnie, bo jego wspomnienia z dzieciństwa podczas okupacji bynajmniej nie są słodkie.
          "Moja opowieść jest szczątkowa - składa się z kawałków, fragmentów, odłamków, które rozleciały się, gdy nastąpił wybuch. Jeśli ta opowieść ma jakiś temat i jakiegoś bohatera to z całą pewnością jej bohaterem nie jest chłopiec, którym wtedy byłem, a tematem nie są jego wojenne przeżycia. Tematem i bohaterem tej opowieści jest może los, który ulokował mnie wtedy (jak wszystkich moich polskich rówieśników) na skraju życia, ale postanowił, że przeżyję" [32] - pisze Rymkiewicz.
          Rymkiewicz opisuje rzeczywistość okupacji i powstania przez szczegóły, często znaczące tylko w oczach dziecka, którym wówczas był. Przed oczami czytelnika przesuwają się więc obrazy skrzyń pełnych kłębiących się raków na hali przy Koszykowej, lodowisko w Alei Róż, fascynujące dzieci modne wówczas lisie kołnierze ze szklanymi oczami i zwisającymi łapkami.
          Ciekawa jest historia żółwi greckich, które pojawiły się w dużych ilościach w Warszawie w 1941 roku, co potwierdzają inne relacje, m.in. Tomasza Łubieńskiego. Jedna z teorii o ich pochodzeniu głosi, że polscy handlarze, którzy wykupywali od skorumpowanych niemieckich kolejarzy całe transporty żywności, trafili przypadkiem na pełny wagon tych gadów wiezionych do Berlina na puszki dla żołnierzy. Wiele dzieci w Warszawie dostało w tym czasie żółwia greckiego, Rymkiewicz i jego siostra także. "(...) wydarzyło się to w kwietniu lub w maju 1943 roku, stając się posiadaczem żółwia, nie mogłem oczywiście, a nawet nie musiałem posiadać jakiejś wiedzy na temat żółwi. Od dziecka, które dostaje w prezencie żółwia, trudno przecież wymagać, żeby znało żółwie sposoby życia oraz żółwie obyczaje." [32]
          Rymkiewicz pokazuje też zmiany w języku, jakim mówiono o powstaniu warszawskim na przestrzeni 60 lat. Wspomina, że podczas powstania dla wszystkich było jasne, że walczą z Niemcami, ale już po kilku latach okazało się, że byli to "naziści", występujący także pod nazwą "faszyści". Rymkiewicz jest zwolennikiem powrotu do pierwotnego nazewnictwa. Pokazuje również krążące w okresie PRL-u opinie dotyczące samego faktu historycznego, jakim było powstanie. "Czy Powstanie Warszawskie" poniosło klęskę? Tak właśnie nauczono nas (ludzi z mojego pokolenia) myśleć - że to była straszliwa klęska, potworna katastrofa, zapaść historyczna, może nawet już jej koniec lub zapowiedź końca. Uczyli tego komuniści, czemu trudno się dziwić, bo to było w ich interesie - upowszechnianie myśli o tym, że Polacy ponieśli klęskę i to taką, z której się już nie podniosą (...) ale przyszła nareszcie chwila, kiedy wszyscy (czy prawie wszyscy) uznali, że Powstanie to była wielka klęska narodowa. Nie tylko wielka, ale największa, bo coś takiego w dziejach polskich nigdy się nie zdarzyło. Tysiące trupów i zniszczone miasto - i wszystko na marne. To przekonanie (choć teraz może trochę przesłonięte przez zasłonę chwały, którą rzucono na gruzy i trupy) nadal się utrzymuje. Ale czy to była klęska ?" [32] - pyta dalej Rymkiewicz.
          W wywiadach udzielanych prasie Rymkiewicz wynosił powstanie warszawskie pod niebiosa, nazywając je najważniejszym wydarzeniem w dziejach Polski, a nawet posuwając się do twierdzenia, że trwa ono do dziś. Taka opinia z pewnością dziwi każdego, kto widzi powstanie warszawskie jako pozbawiony sensu zryw, który przyniósł tylko rzeź ludności warszawskiej i zniszczenie tego niegdyś pięknego miasta. Takie spojrzenie na powstanie jest bardzo pragmatyczne i nie jest ono złe, jest w nim nawet sporo racji. "Faktem bowiem jest, że powstanie było źle przygotowane, nieprzemyślane, a jeżeli było czymś podyktowane, to nie chłodnymi kalkulacjami, ale raczej zalatującą towiańszczyzną ideą, by chwycić broń, złożyć w polu ofiarę z krwi, a Pan Bóg zajmie się resztą" [16] - jak pisze Marcin Gryglik, w artykule "Kinderszenen" - " Krwawa dziura zamiast dzieciństwa". Powstanie warszawskie jak dalej pisze Gryglik - było szaleństwem - "Powstanie Warszawskie z różnych powodów, często propagandowych - przedstawiano jako wielki wybuch szaleństwa". [16] "Tak" - przytakuje Rymkiewicz - "powstanie warszawskie było szaleństwem. Ale dzięki temu szaleństwu jesteśmy dziś autentycznymi Polakami, a nie pozbawionym tożsamości podnarodem, który wyróżnia jedynie używany język i fakt zamieszkiwania tego, a nie innego miejsca na ziemi." Jak dalej traktuje o owym szaleństwie Rymkiewicz - "(...) szaleńcze Powstanie, było tylko odpowiedzią na szaleństwo, wobec którego stanęli, z którym musieli się zmierzyć i któremu musieli sprostać (…) To szaleństwo, na które Polacy odpowiedzieli swoim szaleństwem (...) Szaleństwo Polaków było odpowiedzią na szaleństwo Niemców. To znaczy na szaleństwo mordowania, w które z niezrozumiałych przyczyn popadali niemieccy mordercy." [16] Rymkiewicz zatem usprawiedliwia, a nawet pewnym rodzaju gloryfikuje szaleństwo powstania - "(...) na szaleństwo mordowania Polacy musieli odpowiedzieć swoim szaleństwem - jeśli chcieli nadal istnieć na kuli ziemskiej." [16]
          Wracając do samego eseju - nie jest to autobiografia, raczej jej wycinek, a jeszcze precyzyjniej urywek, albo wręcz urywki. Każdy z nich, jako osobny rozdział, jest wspomnieniem z dzieciństwa, mini esejem wojennym, rozważaniem o historii i jej wpływie na teraźniejszość. Wszystkie części scala jeden powracający wątek - wybuch czołgu-pułapki 13 sierpnia 1944 r. przy ulicy Kilińskiego na Starym Mieście w Warszawie. Zginęło wtedy kilkaset osób beztrosko otaczających czołg, radosnych ze zdobycia niemieckiego wozu pancernego, nie wiedzących, że za chwilę nastąpi katastrofa.
          Tak zwany czołg - pułapka - jak pisze na łamach "Rzeczypospolitej" Mariusz Komacki - to "miejsce uświęcone krwią 500 powstańców i mieszkańców Starówki poległych 13.08.1944 od eksplozji czołgu z podstępnie założonym przez wroga materiałem wybuchowym." [22] Tablica o tej treści, ustawiona przy ulicy Kilińskiego 3 jeszcze w latach 50., upamiętnia jeden z najtragiczniejszych epizodów obrony Starówki funkcjonujący w powszechnej świadomości jako wybuch tzw. czołgu pułapki. Tymczasem pojazd, który eksplodował, nie był ani czołgiem, ani pułapką, choć przez przypadek nią się stał. W ataku na barykadę na ulicy Podwale wróg zastosował nową, nieznaną powstańcom broń - ciężki transporter ładunków ze specjalnie w tym celu sprowadzonego do Warszawy 302 Batalionu Pancernego. Pojazd ten przewoził 500 kg materiału wybuchowego w zamocowanym na pancerzu pojemniku. Podjeżdżając pod cel, kierowca lub operator zdalnie sterujący transporterem zwalniał zaczep ładunku, który zsuwał się po pochyłym pancerzu. W tym momencie automatycznie uruchamiał się zapalnik czasowy umożliwiający wycofanie pojazdu w bezpieczne miejsce.
          Kierowca "czołgu", który wbił się w barykadę na Podwalu, nie zdołał uruchomić mechanizmu zwalniającego ładunek. Niemcy prawdopodobnie liczyli na przypadkowe zainicjowanie wybuchu przez powstańców, nie znających konstrukcji pojazdu. Dowództwo Batalionu "Gustaw" prawidłowo oceniło zagrożenie, w związku z czym zabroniono zbliżać się do pojazdu do czasu jego zbadania przez przeszkolonego pirotechnika. Jednak na skutek euforii z powodu zdobycia pojazdu wprowadzono go w głąb polskich pozycji. Przy pokonywaniu małej barykady przy ulicy Kilińskiego kierujący transporterem prawdopodobnie przypadkowo spowodował wyczepienie ładunku, uruchomienie zapalnika czasowego i eksplozję o olbrzymiej sile. Zginęło ponad trzysta osób spośród powstańców i ludności cywilnej. Jedynym zachowanym śladem tamtych wydarzeń jest fragment gąsienicy transportera ładunków wybuchowych, pochodzący być może z tego egzemplarza, który uległ eksplozji przy ulicy Kilińskiego. Jest wmontowany w ścianę katedry św. Jana Chrzciciela przy ulicy Dziekania i opatrzony błędnym podpisem: "Gąsienica niemieckiego czołgu-miny "Goliat", który podczas Powstania Warszawskiego w 1944 r. zburzył część murów Katedry." [22]
          Wokół tego wydarzenia Rymkiewicz snuje swoje rozważania. Wszystko dzieje się przy ulicy Kilińskiego w Warszawie, na Starym Mieście. Trwa Powstanie Warszawskie i za chwilę nastąpi straszna eksplozja zdobytego przez powstańców małego transportera niemieckiego, który naszpikowany materiałem wybuchowym spowoduje masakrę wśród żołnierzy i ludności cywilnej. Rymkiewicz krąży - tak jak ów pojazd - wokół wydarzenia, zbliża się do niego, porównuje relacje i świadectwa tych, którzy ocaleli i widzieli ten koszmar, stara się ustalić rzeczywisty przebieg wypadków.
          Jedna z relacji o wybuchu czołgu-pułapki - przytoczona przez Rymkiewicza to słowa Hanny Malewskiej - pisarki: "dzieci, kobiety otaczają czołg (...) widać dopiero co zdobyty (...) naraz - ale nawet we wspomnieniu to nie wydaje się już rzeczywiste. Ten wybuch, wstrząs. (...) Kto ocalał, jeszcze nie wie, nie rozumie co to? Potem nie chce wierzyć. (...) Czołg podrzucony przez Niemców z ładunkiem bomby tonowej eksplodował - oblepiony prawie kobietami i dziećmi. Tam, pod murem - siniejące nóżki dziecięce, obok siebie, jak urwane nóżki lalki. (...)" [32] Okrucieństwo Niemców jest tutaj zarówno dla relacjonujących tamte okrutne zdarzenia, jak i dla samego Rymkiewicza rzeczą niezrozumiałą. Uderza wielka bezwzględność oprawców, brak jakichkolwiek odruchów ludzkich.
          Helena Gliwic - również naoczny świadek wybuchu - wspomina widok, jaki ukazał się jej oczom - "(...) zwały trupów - strzępy ciał, rozrzucono na ulicy - wszystko zbrukane do II piętra. Ludzie palili się żywcem. (...) spostrzegłam naga kobietę, pełzającą po ulicy - palącą się." [32] Krystyna Wizówna - Łyczywkowa podobnie jak jej poprzedniczki w sposób równie realistyczny, relacjonuje wydarzenia z 13 sierpnia 1944 roku - "Zostały tylko szczątki ludzkich ciała, zmasakrowanych w okropny sposób: ręce i nogi od siły wybuchu przelatywały na podwórza Wąskiego Dunaju. Zginęli nie tylko stojący blisko czołgu, ale i ci którzy przyglądali się z okien balkonów i bram, a nawet ci, którzy spokojnie siedzieli w głębi mieszkań. Niemożliwością było rozpoznanie osób. Zresztą wszystkie te części ciał zbierano w prześcieradła i wrzucano do wspólnego dołu." [32] Relacje świadków przytoczonych przez Rymkiewicza w "Kinderszenen" są makabryczne, przerażają czytelnika swą obrazowością, jednocześnie w sposób bardzo naturalistyczny ukazują tragizm powstańczego miasta i jego ludności.
          "Kinderszenen" jest książką o okrucieństwie i niewinności. Rekonstrukcja przeżyć i odczuć kilkuletniego dziecka, które z jednej strony przechodzi przez wszystkie typowe dla tego wieku fazy rozwoju osobowości, a z drugiej strony pobiera przyspieszony kurs dorosłości, przynosi relację pełną zaskoczeń. Natłok i nadmiar obrazów okrutnych to tutaj coś oczywistego. Zachowania, które graniczą wprost z zanikiem współczucia i miłosierdzia znajdzie czytelnik na każdej nieomal stronie. "W tym sensie jest to książka ponura, ciężka i przygnębiająca. Ale Rymkiewicz nie jest pisarzem katastroficznym. Dla niego śmierć ma w sobie zalążek życia. W tej książce śmierć, jej bliskość - można nawet rzec: codzienność - wyznacza jakiś naturalny porządek, który niewiele ma wspólnego z pomnażaną przez wieki kulturą, uczącą harmonijnego współżycia między ludźmi." [21]
          Czy jednak nasz świat musi być budowany na ofiarach? Czy naród, aby był naprawdę narodem, musi przechodzić przez taki straszny oczyszczający ogień? To są kolejne ważne pytania, jakie z lektury tej książki płyną.
          Rymkiewicz posługuje się miejscami chłodnym, oczyszczonym z emocji, językiem analizy. Warto jednak pamiętać w trakcie lektury, że to tylko jeden z wariantów, jedna z możliwości opowiedzenia i scalenia tych wszystkich wątków. Rymkiewicz próbuje bowiem uchwycić w serii przedstawionych tutaj zdarzeń szczegółowych to, co ma charakter ogólny, co stanowi o istocie historii. A ta nigdy nie była prostą fabułą. "Kinderszenen" trzyma czytelnika w napięciu właśnie dlatego, że konstrukcja opowieści przypomina konstrukcję fugi. Uciekające i powracające motywy, kontrapunkty, tematy ujęte na różnych poziomach wariacyjnych zmuszają odbiorcę do wysiłku i skupienia, porywając zarazem do szaleńczej pogoni wyobraźni i rozumu. Książka Rymkiewicza - "niezależnie od pochwalnych czy krytycznych ocen, proponuje ważny klucz do rozpoznania postaw współczesnych Polaków. Tej książki nie da się po prostu zignorować, pominąć lub zlekceważyć. Krótko mówiąc, warto zastanowić się nad przesłaniami Rymkiewicza, nad jego wizją losu, grą przypadków i nad wzrastającą w tej grze naszą wspólną pamięcią. Inaczej nie da się przetrwać." [21]
          "Kinderszenen" napisane jest językiem klarownym, kolejne fragmenty odtwarzane przez autora to jakby okruchy pamięci, rozsypane po wybuchu pocisku.
          Szaleństwo Polaków jakim było dla wielu powstanie warszawskie było odpowiedzią na szaleństwo Niemców. Rymkiewicz w "Kinderszenen" na każdym kroku ukazuje owe szaleństwo, które ogarniało Niemców w powstańczej stolicy. Autor stawia pytania o instynkty, którymi kierowali się Führer, Frank i niemieccy grenadierzy oraz inni mordercy, wydając rozkaz zrównania Warszawy z ziemią. Zastanawia się, do jakiego stopnia zostali opętani szaleństwem śmierci i zabijania. Pytania o sens wojny, walki, śmierci przeplatają się ze wspomnieniami małego chłopca, dla którego wydawałoby się, iż śmierć kota z babcinego majątku, niewiele się różni od śmierci człowieka, ale to tylko złudzenie. Dziecko jest w stanie przeżywać więcej niż niejeden dorosły. Rozumie, czuje i pamięta okrutne obrazy, które towarzyszyły mu od najmłodszych lat.
          Rymkiewicz kreśli w swojej książce obraz naiwnego Polaka i złego Niemca i konsekwentnie twierdzi, że: "za szybko i za łatwo przebaczyliśmy Niemcom. W historii są takie rzeczy, których się nie przebacza - nigdy, bo nie ma powodu, żeby przebaczać. Hierarchowie Kościoła i premierzy kolejnych polskich rządów nie powinni o tym zapominać - żeby przebaczać, trzeba mieć upoważnienie; nie od Boga, bo Bóg nie ma tu nic do rzeczy, lecz od Polaków, a takiego upoważnienia nikt nikomu nie udzielił i nie udzieli." [33]
          W książce Rymkiewicza żarliwy patriotyzm miesza się z głębokim pesymizmem autora. Powstanie było potwierdzeniem godności narodu polskiego, udowodnieniem, iż nie jest on tylko szarą masą, która pokornie godzi się antyludzkie zachowania okupanta. Dla Rymkiewicza powstanie warszawskie stanowi jeden z wielu dziejowych epizodów walki Polaków z Niemcami, jednakże epizod ten jest największym i najważniejszym.
          Książka Rymkiewicza oprócz problemów czysto historycznych, porusza przede wszystkim głębokie filozoficzne rozważania dotyczące sensu śmierci i życia, wiary, nadziei, walki, obłędu i szaleństwa. Stawia pytania o instynkty, którymi kierowali się zarówno Polacy jak i Niemcy. Twardo i konsekwentnie używa sformułowania Niemcy, a nie naziści, co jest pewnego rodzaju prowokacją intelektualną. Za cenną i godną uwagi uznał książkę Rymkiewicza filozof Dariusz Karłowicz, który powiedział, "że jest ona świadectwem niezwykłej intelektualnej odwagi." [13] Jego zdaniem, autor "Kinderszenen" wraca do pytania o zagrożenia, które mogą płynąć ze strony Niemiec.

          Podsumowując.

          Wszystkie książki, które omówiłam w powyższym tekście w różny sposób pokazują powstańczą rzeczywistość z 1944 roku. Autorzy przedstawili odmienny punkt widzenia powstania, na co miały wpływ bądź to osobiste przeżycia związane z tym wydarzeniem, bądź orientacja polityczna, czy "nożyce cenzury". Jedyną prawidłowością, która towarzyszy interpretowanym pozycją książkowym są ich bohaterowie. Przede wszystkim są to ludzie młodzi, którzy dopiero co wkraczają w dorosłe życie, niestety lata ich młodości przypadały na szaleńcze czasy II wojny światowej. W przypadku "Kinderszenen" bohaterem jest nawet małe dziecko, które zapamiętuje krwawe obrazy, będące w przyszłości koszmarem sennym, który wydarzył się naprawdę.
          Powstanie warszawskie jak widzimy - nadal jest atrakcyjnym tematem literackim - nie jest to rzecz jasna temat prosty. Nadal istnieje wiele kontrowersji dotyczących powstania. Utwory, które przywołałam powyżej, jakże różne w swoim ujęciu tematu, a to ze względu na stosunek pisarza do tematu, a to na styl pisania, wreszcie na gatunek literacki za pomocą, którego autor przedstawił wydarzenia, ukazują tragizm zarówno samych powstańców jak i ludności cywilnej. Pokazują śmierć, ból, strach, ale jednocześnie nadzieję, miłość i wiarę w sens tego całego "szaleństwa Polaków", które jak już wspominałam - było jedynie odpowiedzią na całe to szaleństwo Niemców.
          Czy temat powstania w literaturze - będzie się rozrastał? - odpowiedzi na to pytanie udziela Zbigniew Jarosiński - "Nie sądzę" - twierdzi - "Osobliwym rysem prozy jest to, że niektóre z doświadczeń wojennych przedstawiane są prawie wyłącznie przez pisarzy, którzy sami przez nie przeszli (...) Pokolenie powstańców już odchodzi. Oczywiście w pewnym momencie tematyka wojenna zostanie jako przynależna do zakresy prozy historycznej - a dotąd bynajmniej nie jest tak odczuwana." [19]
          Niestety muszę się zgodzić z twierdzeniem Zbigniewa Jarosińskiego, tematyka powstania w literaturze pięknej ulega stopniowemu zacieraniu. Proces ten ma związek ze wspominanym już - pokoleniem powstańców czy naocznych świadków, którzy odchodzą. Dla młodych twórców temat ten jest mało komercyjny i przestarzały. Uważam, że powinno być inaczej, przecież każdy naród powinien propagować i kultywować swoją historię, bez względu na to jak jest ona oceniania przez społeczeństwo. Przyszłe pokolenia powinny poznać prawdziwą historię swojego państwa, nie tylko z podręczników do historii, ale również z literatury pięknej, gdzie fikcja literacka miesza z prawda historyczną, tworząc niepowtarzalna mozaikę przeżyć dla czytelnika.

Anna Górzyńska


          Bibliografia
          1. S. Barańczak, Język poetycki Mirona Białoszewskiego, Wrocław 1974, Wyd. Dolnośląskie
          2. M. Białoszewski [w:] Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny, PWN, Warszawa 2000
          3. M. Białoszewski, Pamiętnik z powstania warszawskiego, Wyd. Spółdz., Warszawa 1970
          4. T. Borowski, Pieśń [w:] Antologia poezji polskiej, pod red. J. Polanickiego, SARA, Warszawa 2001
          5. K. Brandys, Miasto niepokonane. Opowieść o Warszawie, KiW, Warszawa 1948
          6. R. Bratny, Kolumbowie rocznik 20, PIW, Warszawa 1987
          7. R. Bratny [w:] Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny, PWN, Warszawa 2000
          8. S. Burkot, Miron Białoszewski, Wyd. Szk. i Pedagog., Warszawa 1992
          9. M. Dąbrowska, Przygody człowieka myślącego, Bibl. Literat. XXX-lecia, Warszawa 1970
          10. J. Dobraczyński, Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny, PWN, Warszawa 2000
          11. J. Dobraczyński, W rozwalonym domu, KAW, Warszawa 1987
          12. J. Dobraczyński, Przedmowa [w:] tegoż, W rozwalonym domu, KAW, Warszawa 1987
          13. "Dyskusja o książce J. M. Rymkiewicza" [w:] ksiazki.wp.pl/tytul,Dyskusja-o-ksiazce-Rymkiewicza-iKinderszeneni,wid,12477,wiadomosc
          14. Z. Florczak, Lustro błędu, "Wiadomości" 1947, nr 4 [w:] Spór o Powstanie. Powstanie Warszawskie w powojennej publicystyce polskiej 1945-1981, Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2004
          15. D. Gawin, Powstanie Warszawskie w powojennej publicystyce polskiej 1945-1981, Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2004
          16. M. Gryglik, Kinderszenen - "Krwawa dziura zamiast dzieciństwa [w:] "Wiadomości 24.pl." aktualizacja: 2008-11-29 21:09:59
          17. J. Helec, Wstęp [w:] Powstanie warszawskie w literaturze pięknej oprac. M. Rakowska, Wojew. Bibl. Publ. im. S. Grochowiaka w Lesznie, Leszno 1994           18. M. Janion, Wojna i forma [w:] Literatura wobec wojny i okupacji, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 1976
          19. Z. Jarosiński, Powstanie warszawskie w literaturze pięknej [w:] Powstanie warszawskie w historiografii i literaturze, Inst. Bad. Literac. Warszawa 1996
          20. A. Kaczyński, Wielkie polowanie, "Pamięć powstania 44", sierpień 2007
          21. W. Kaliszewski, Jarosław Marek Rymkiewicz "Kinderszenen", "Wyspa" nr9/2009
          22. M. Komacki, Tak zwany czołg pułapka, "Rzeczpospolita" nr 178 z dn. 02.08.2003
          23. K. Koźniewski, Dorobek pisarski Jana Dobraczyńskiego, "Twórczość" nr 9 /1947
          24. W. Lewandowski Stacja; Żydzi do mnie [w:] A. Świrek "Z gatunkiem czy bez. O twórczości Mirona Białoszewskiego, Wyż. Szk. Pedagog, im. T. Kotarbińskiego, Zielona Góra 1997
          25. Z. Lichniak, Szkice do portretu Jana Dobraczyńskiego, PAX, Warszawa 1962
          26. W. Nawrocki, Bratny, Ag. Autor. i Zjednocz. Księg., Warszawa 1972
          27. Nowa Fala [w:] Wielki Leksykon Literatury Polskiej, Wyd. Dolnośląskie, Wrocław 2005
          28. A. Nowakowski, Żyć, po prostu żyć. Przypomnienie Andrzeja Bobkowskiego, "Dekada Literacka" nr 37, 1992
          29. M. Rakowska, Powstanie warszawskie w literaturze pięknej, Wojew. Bibl. Publ. im. S. Grochowiaka w Lesznie, Leszno 1994
          30. J.M. Rymkiewicz [w:] Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny, PWN, Warszawa 2000
          31. J. M. Rymkiewicz, [w:] Encyklopedia PWN
          32. J. M. Rymkiewicz, Kinderszenen, Sic, Warszawa 2008
          33. J. M. Rymkiewicz, "Krwawa dziura" Wywiad dla Gazety Wyborczej, "Gazeta Wyborcza" z dn. 22.09.2008
          34. Z. Starowieyska-Morstinowa , Narrator niewyczerpany , [w:] "Kalejdoskop literacki", Warszawa 1955
          35. J. S. Stawiński, "Młodego warszawiaka zapiski z urodzin", Czytelnik, Warszawa 1977
          36. J. S. Stawiński [w:] Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny, PWN, Warszawa 2000
          37. M. Stępień, A. Wilkoń, Historia Literatury Polskiej w zarysie, PWN, Warszawa 1980
          38. J. Trznadel, Powstanie warszawskie. Hamlet w historii, Nowa, Warszawa 1989
          39. M. Urbanowski, Powstanie warszawskie w literaturze polskiej (rekonesans), [w:] Ośrodek myśli politycznej dn. 30. marca 2006 roku [w:]www.omp.org.pl/index.php?module=subjects...510...
          40. A. Waśkiewicz, Twórczość Mirona Białoszewskiego, Rożak, Gdańsk 1994
          41. K. Wyka, Miron Białoszewski, "Autograf", 1990
          42. Z. Załuski, Wstęp [w:] M. Wojewódzki, W tajnych drukarniach Warszawy 1939-1945, PIW, Warszawa 1976


Copyright © 2010 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.