Powstańcze relacje świadków

Powstańcze wspomnienia Henryka Stanisława Łagodzkiego

Bocian, Orzeł i Moneta





Henryk Stanisław Łagodzki,
ur. 15.07.1927 w Warszawie
żołnierz Armii Krajowej
ps. "Hrabia", "Orzeł"
zgrupowanie "Chrobry II", 1 batalion, 2 kompania, 1 pluton
Stalag IV b, nr jen. 305785





         Jest połowa września 1944 r. Budynek ul. Pańska 108 został przez ostatnie ataki mocno zniszczony. Czołgi zza barykady na ul. Prostej prawie całkowicie zniszczyły oficynę budynku od strony podwórza. Front budynku jest mniej uszkodzony. Spalony budynek obok barykady na Prostej uniemożliwiał ostrzeliwanie frontu budynku od Wroniej. Tylko pociski zapalające powodowały liczne pożary, które natychmiast w zarodku zostały gaszone przez całą załogę i cywili, którzy ukrywali się w piwnicach. Granaty z granatników zniszczyły natomiast dość mocno pomieszczenia na II piętrze, gdzie mieściły się nasze posterunki od ul. Pańskiej, Wroniej i Prostej.
         Na wysokości II pietra, od ul. Prostej został wybity w ścianie szczytowej otwór obserwacyjny o wymiarach 60x60 cm. Z tego punktu można było bez trudu obserwować ruchy nieprzyjaciela wzdłuż ul. Prostej aż do Grzybowskiej i dalej. Obserwowaliśmy również barykadę na Prostej, której do końca nie udało się przeciwnikowi przekroczyć. Obok barykady stał czteropiętrowy budynek, w którym mieszkał nasz kolega Zenek Sobota. Walczący w naszym zgrupowaniu. Budynek ten jak i inne wzdłuż ul. Prostej został spalony w pierwszych dniach powstania. Od pierwszego dnia powstania nasze linie obronne znajdowały się na linii ul. Towarowej lecz trudno je było utrzymać bo po drugiej stronie Towarowej był teren niezabudowany i nieprzyjaciel bezkarnie ostrzeliwał i niszczył wszystkie obiekty z dział. Była to tzw Syberia.. Linia obronna powstała więc wzdłuż ul. Wroniej od Pańskiej do Chłodnej. Tu było łatwiej utrzymać posterunki i bronić zagrożonych odcinków.
         Punkt obserwacyjny mimo wielkiego zniszczenia nadal spełniał swoje funkcje, należało jednak zachować maksymalną ostrożność. Niemcy za wszelką cenę chcieli zniszczyć punkty obserwacyjne.
         Z tego właśnie posterunku obserwacyjnego mnie i "Monecie" udało się uratować barykadę uprzedzając odpowiednio wcześnie przed atakiem czołgów i próbą rozebrania małej barykady przez przypędzoną siłą ludność cywilną. Strzały ostrzegawcze zmusiły cywili do cofnięcia się pod ścianę budynku. Żadne krzyki i rozkazy esesmanów nie zdołały zmusić ich do kontynuowania prac przy rozbiórce. Niemcy mieli bardzo utrudnione zadanie, nie mieli gdzie bezpiecznie się schować. Wszyscy cywile padli wtedy na ziemię i udawali zabitych. W pierwszej chwili byliśmy z "Monetą" przerażeni, myśleliśmy, że pozabijaliśmy bezbronnych Polaków. Wtedy do akcji wkroczyli niemieccy fizylierzy ukryci za dwoma czołgami. Jeden z czołgów udało się unieruchomić niszcząc gąsienicę i podpalając czołg. Z punktu obserwacyjnego zdołaliśmy powiadomić dowództwo o niebezpieczeństwie przedarcia się nieprzyjaciela.
         Wtedy nie udało się rozbić punktu obserwacyjnego. Teraz po kilku dniach względnego spokoju znów zaczęło się piekło. Na ul. Wroniej przy Łuckiej ustawił się czołg i ostrzeliwał nasze posterunki po stronie wschodniej. Powoli zaczął się wstrzeliwać w naszą szczytową ścianę. Była to duża odległość i pociski nie miały dość siły by przebić gruby mur. Ostrzał prowadzony był systematycznie z małymi przerwami chyba na posiłki: śniadanie, obiad. Cała ściana była podziurawiona raz koło razu. Postanowili zrobić z nią to samo co z oficyną budynku Pańska 108, podbić od góry a następnie od doły aby całość się zawaliła.
         Czołg na szczęście nie mógł podjechać bliżej bo by natychmiast został zniszczony przez naszych kolegów. Wypady w stronę czołgu następowały dość często. Na Łuckiej i Grzybowskiej występowały trudności. Teren był odkryty, stojące tam parterowe drewniane domy były spalone.
         Cały czas jesteśmy na posterunku. Obserwujemy czołg. Gdy widzimy moment wystrzału z działa szybko wycofujemy się na pobliską klatkę schodową, która jest bezpieczna i usytuowana niedaleko. Widzimy dokładnie, w którą stronę jest skierowana lufa czołgowa, szczególnie gdy strzelają w jedno miejsce, chcąc rozbić gruby mur. Wybijają powoli pociskami dziurę nad naszym otworem obserwacyjnym. Sytuacja jest groźna, w każdej chwili możemy zginąć. Nie dajemy jednak za wygraną, bez przerwy informujemy przez dwóch łączników co się dzieje.
         Nastąpiła chwila przerwy. Przez lornetkę obserwujemy poczynania wroga. Podjeżdża drugi czołg. Ten pierwszy wycofuje się, widocznie załoga się zmęczyła lub zabrakło jej amunicji o czym świadczy dłuższa przerwa w ostrzeliwaniu. Nie mamy z Tadeuszem wątpliwości, że teraz jednym strzałem przebiją nadwątloną ścianę. Zastanawiamy się dlaczego do tej pory nie udało im się umieścić pocisku w otworze obserwacyjnym. Prawdopodobnie na początku źle obliczyli odległość, nie chciało im się jej korygować i bili potem raz za razem w jedno miejsce.
         Zgrzyt gąsienic. Słychać jak przesuwają lufę. Szybko wycofujemy się w bezpieczne miejsce. Następuje wybuch ale pocisk uderza obok, co stwierdzamy wracając na stanowisko. Znów mała korekta działa, za chwilę na pewno nas trafi. Wycofujemy się. I stało się. Pocisk przebił nadwątloną ścianę i zburzył ścianę czołową między pokojami. Pokój wypełnił się pyłem i gruzem. Nie można wejść aby ocenić skutki zniszczenia. Co chwila padają nowe pociski. Przebijają coraz to dalsze ścianki działowe siejąc zniszczenie. Nie możemy jednak z "Monetą" opuścić posterunku. Jest to bardzo ważny i wysunięty punkt obserwacyjny.
         Mimo zniszczeń punkt ten, przeniesiony później na parter, zachował się aż do kapitulacji powstania. Spotkało nas w nim jeszcze wiele innych przygód.
         Po przebiciu ściany frontowej pociski z działa nadal niszczyły dalsze pokoje aż do ul. Pańskiej. W chwilach spokoju, gdy Niemcy jedli obiad, mogliśmy ocenić zniszczenia i umocnić posterunek, zabezpieczając się przed odłamkami dębową szafą. Umieściliśmy ją trochę z boku gdzie była gruba ściana. Utrudniało to niestety trochę obserwację.
         Mogliśmy teraz z bliska obserwować pociski z działa czołgowego przelatujące przez wybity otwór. Było to widowisko bardzo niebezpieczne ale zarazem ciekawe i fascynujące. Tylko młodzi chłopcy mogli sobie na to pozwolić. Nie mogło to jednak trwać zbyt długo. Zadawaliśmy sobie sprawę z niebezpieczeństwa jakie nam groziło bo nie każdy pocisk przelatywał obok nas nie dotykając ścian naszego pokoju. Gdy odłamki cegieł zaczęły nas ranić, usunęliśmy się. Postanowiliśmy schronić się do wielkiej dębowej szafy, która miała nas chronić przed odłamkami i równocześnie umożliwić obserwację. Gdy zapanował na pewien czas spokój z wielkim trudem przesunęliśmy szafę.
         Wszystkie nasze punkty obserwacyjne były pod kontrolą. Co jakiś czas z dowództwa zgrupowania przysyłano oficera na kontrolę naszego posterunku, który następnie meldował o jego przydatności. Tym razem przyszedł na posterunek kontroler znany i doświadczony. Był to ppr. "Bocian" (nazwisko nieznane). Stanął w drzwiach i pilnie obserwował posterunek. Powoli wygramoliliśmy się z szafy i zameldowaliśmy o stanie posterunku i zniszczeniach, które sam też zauważył. Powiedzieliśmy dlaczego siedzimy w szafie bojąc się odłamków latających po całym pokoju. Nie był tym zaskoczony.
         W tym momencie usłyszeliśmy chrzęst gąsienic i prawie równocześnie poszliśmy do wybitego otworu aby zobaczyć co się dzieje z czołgiem. Zajmował pozycję. Obaj z "Monetą" staliśmy tak aby nie mógł nas zobaczyć nieprzyjaciel. Z "Bocianem" było jednak inaczej. Nie usłuchał naszych wskazówek by odsunąć się dalej. Stanął wprawdzie z boku ale wróg na pewno widział jego błyszczące oficerki. Nic się na razie nie działo Co jakiś czas słychać tylko było pojedyncze wystrzały. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że oprócz ostrzału czołgowego Niemcy będą nas polować również z karabinów. Jak się później okazało słyszane przez nas strzały były kierowane w stronę innych posterunków. Nieprzyjaciel pilnie nas obserwował i na pewno zauważył, że ktoś się porusza w wybitym pociskami otworze. Zaczął się wstrzeliwać. Oficer inspekcyjny nie zachowywał się ostrożnie mimo naszych licznych ostrzeżeń i pilnie obserwował przez lornetkę ruchy nieprzyjaciela i zmianę pozycji czołgu informując nas zwięźle co się dzieje. Stwierdziliśmy, że widocznie wie ci robi a my jesteśmy po prostu przewrażliwieni. Po pewnym czasie stwierdził, że na linii wroga nic się nie dzieje i odszedł ze stanowiska. Wyszliśmy na klatkę schodową i zaczęliśmy rozmawiać o sytuacji na naszym odcinku, który był ciągle zagrożony. Cały czas obserwowaliśmy jednak na zmianę czołg i jego otoczenie. Nastąpiła cisza. Po chwili rozmowy z "Bocianem" zmieniłem "Monetę" i dalej obserwowaliśmy przedpole. Nagle zauważyłem samochód, który zbliżał się do czołgu od strony il. Grzybowskiej. Zatrzymał się a z czołgu wyszli czołgiści i zaczęli naradzać się z oficerem z samochodu. Ja cały czas informowałem "Bociana" co się dzieje. Rozmowa Niemców trwała krótko, może 10 minut i samochód odjechał. Zostawili jednak żołnierza, który wszedł do budynku Wronia 33. Miał ze sobą lornetkę , w jednym ręku miał karabin a w drugim skrzynkę. Wiedzieliśmy, że w tym budynku jest posterunek niemiecki, nie było więc w tym fakcie nic szczególnie dziwnego.
         Nagle usłyszeliśmy zgrzyt gąsienic. Czołg poruszał się w miejscu, powoli się cofał i po chwili skręcił w Grzybowską w kierunku Towarowej i zniknął nam z oczu. "Bocian" po otrzymaniu ode mnie tej relacji jeszcze raz podszedł do stanowiska i z boku ostrożnie obserwował przedpole. Stwierdził, że panuje spokój. Stwierdził, że pójdzie naradzić się z dowódcą i wróci do nas. My mieliśmy nadal prowadzić obserwację. Korzystając z chwili spokoju przesuwaliśmy ciężką dębową szafę w kierunku drzwi wejściowych. Z boku wybiliśmy w niej mały otwór obserwacyjny na wprost otworu wybitego w murze. Szafę ustawiliśmy tak by nie zasłaniała wybitego pociskami muru, to znaczy lekko z boku. Aby prowadzić obserwację musieliśmy wychylić się w lewo. Można było również obejść szafę i obserwować jak dawniej ale wtedy przez wybity pociskiem otwór widać było nogi. W międzyczasie przyniesiono nam obiad. Po pewnym czasie powrócił z dowództwa "Bocian". Zaskoczyliśmy go zmianą jaką zastał, widać że nie był zadowolony z tego co zobaczył. Wytłumaczyliśmy mu przyczyny zmian i pokazaliśmy, że wprawdzie w trudniejszych warunkach ale można utrzymać ten posterunek.
         Dyskutowaliśmy nad różnymi wariantami. Nic się nie działo i dlatego poczuliśmy się bezpieczni i zaczęliśmy lekceważyć zasady bezpieczeństwa. Chodziliśmy po całym pokoju, zapominając, że możemy być pilnie obserwowani. Gdy przechodziliśmy przez pokój w stronę okien od ul. Wroniej, por. "Bocian" stanął trochę z boku ale na wprost wybitego otworu. Wtedy padł jeden strzał, ledwie go usłyszeliśmy z "Monetą". Zobaczyliśmy jak powoli por Bocian osuwa się na podłogę i mówi, że nie ma nogi. Szybko podbiegliśmy do niego i widzimy, że leży na boku, jest w pełni przytomny i mówi, że urwało mu nogę. Nie wierzymy, buty są całe, tylko jak go unieśliśmy to jakoś dziwnie ciągnął za sobą lewą nogę.
         Był całkowicie przytomny, zacisnął zęby z bólu. Powoli skierowaliśmy się w stronę klatki schodowej. Musieliśmy zejść z drugiego piętra. Nieśliśmy go ostrożnie i powoli. Widać było ból na jego twarzy. Nie skarżył się ale cały czas powtarzał, że stracił nogę. But był cały, nie widać było żadnego uszkodzenia. Dotarliśmy do parteru. Tu stała skrzynka na której posadziliśmy por. "Bociana". Wtedy on wyjął z kieszeni nóż i powiedział, żebym przeciął cholewę buta. Wtedy zobaczyliśmy mały otwór z zewnętrznej strony buta. Przeciąłem skórę buta i wtedy stopa z kawałkiem łydki upadła na podłogę. Był to straszny widok. W naszych oczach pojawiło się przerażenie. Była to kula dum-dum. W bucie rozerwała nogę i nie wyszła na zewnątrz.
         W międzyczasie "Moneta" powiadomił sanitariuszki, które natychmiast przybiegły z noszami. Dziwne ale prawie wcale nie było widać krwi. Jeszcze na górze "Bocian" powiedział żebyśmy podwiązali mu nogę powyżej kolana. Znaleźliśmy kawałek materiału i związaliśmy nogę zaciągając mocny węzeł. Może dlatego oderwana noga nie krwawiła. Por. "Bocian" był dla mnie bohaterem, który w tak wielkim nieszczęściu był przytomny, nie rozpaczał, nie krzyczał i jeszcze kierował nami jakby to nie o niego chodziło. Pomogliśmy z "Monetą" ułożyć por. "Bociana" na noszach. Było to trudne bo nosze były ustawione na parterze klatki schodowej, która była zasypana gruzem tak, że trudno się było przecisnąć. Na zewnątrz noszy nie można było wynieść bo znów rozpoczął się ostrzał naszej oficyny. Widocznie czołg znów podjechał i kontynuował swoje dzieło zniszczenia. Jeszcze serdecznie pożegnaliśmy się z "Bocianem". Podziękował nam za pomoc i przestrzegł byśmy uważali i nie powtórzyli jego błędu.
         Wzięliśmy jeszcze nosze i pomogliśmy przenieść je z rannym biegiem przez pełne gruzu podwórze. Dopiero przy drugiej klatce schodowej sanitariuszki wzięły nosze i poprzez korytarze piwniczne zaniosły ppr. do szpitala. Nogę z butem położyliśmy obok rannego, który z zaciekawieniem oglądał krwawiąca stopę z połową łydki. Stwierdził, że dostał kulą dum-dum, która zgruchotała kość łydki. Nie spotkałem drugiej osoby o tak jasnym umyśle w tak dramatycznej chwili a miałem wiele po temu okazji. Gdy opowiadałem bezpośrednio po zdarzeniu dowódcy ppr "Kosowi" Lechowi Kobylińskiem dosłownie nie wierzył, że "Bocian" zachował się tak bohatersko. Pobiegliśmy z "Monetą" z powrotem na posterunek. Zastaliśmy tam wielkie zniszczenia. Pociski bardzo poważnie naruszyły mury i strop, który częściowo się obsunął. Szafa była jednak nienaruszona, przez zawalony strop widać było mieszkanie piętro wyżej. Postanowiliśmy jednak kontynuować służbę obserwacyjną. Trzeba było ostrożnie przesunąć szafę, która trochę wystawała zza rozbitej ściany. Na przedpolu ciągle coś się działo. Czołg znów stał na ul. Wroniej, widać było żołnierzy niemieckich chyba szykujących się do ataku. Po dłuższej obserwacji stwierdziliśmy, że Niemcy tylko zebrali się przed budynkiem ale w jakimś innym celu bo przedtem zawsze kierowali się w stronę Grzybowskiej. Czołg stanowił jedynie osłonę przed ostrzałem powstańców z ul. Łuckiej. Jego zadanie nie zmieniło się jednak. Miał zniszczyć dom, w którym znajdował się nasz punkt obserwacyjny. Niemcy czuli się bezkarnie, nikt do nich nie strzelał. Bo od strony barykady na ul. Łuckiej była wielka przestrzeń. Stojące tam drewniane parterowe domy były już dawno spalone i nie było możliwości w dzień zaatakowania wroga bez strat własnych.
         Przesłaliśmy meldunek do dowództwa, że nieprzyjaciel przygotowuje się do zniszczenia naszej placówki. Kazano nam trwać na posterunku jak najdłużej i meldować o wszelkich poruszeniach przeciwnika. Nie trwało to długo. Czołg ustawił się z zaczął strzelać podobnie jak to czynił z ul. Prostej kiedy niszczyli oficynę reduty Pańska 108.
         Sytuacja zaczęła się powtarzać. Pociski padały teraz znacznie wyżej. Słychać było jak walą się ściany. My jednak jak na razie czuliśmy się bezpiecznie w naszej dębowej szafie. Po pewnym czasie zaobserwowaliśmy, że pociski uderzają poniżej nas na poziomie I piętra. Nastąpiła chwilowa przerwa w ostrzale. Usłyszeliśmy znów zgrzyt czołgowych gąsienic rwących kamienny bruk jezdni.
         Myśleliśmy, że zrezygnowali z dalszego ostrzeliwania ale myliliśmy się sromotnie. Czołg ruszył do przodu a za nim zobaczyliśmy sylwetki fizylierów w hełmach. Czołg przejechał kilka metrów, minął ul. Łucką i zatrzymał się za rogiem tak, że z polskiej barykady był słabo widoczny bo przesłaniały go spalone mury kamienicy Łucka 21. Niemieccy fizylierzy skryli się za czołgiem i ostrzeliwali polską barykadę. Czołg obniżył lufę i zaczął strzelać naruszając szczytową ścianę naszej kamienicy.
         Sytuacja stawała się groźna, wszystko się trzęsło, szafa z nami poruszała się, sufit w naszym pokoju zaczął się walić. Trwaliśmy na posterunku. W krótkich chwilach wolnych od ostrzału jeden z nas wyskakiwał z szafy i oceniał sytuację. Meldunków już nie przesyłaliśmy, dowództwo wiedziało, że nastąpił ostateczny atak i sami czuli się zagrożeni. W każdej chwili obrońcy barykady mogli być ostrzelani. Słychać było wybuchy i coraz większe wstrząsy. Szafa zaczęła się niebezpiecznie przesuwać. Postanowiliśmy jednak trwać do końca. Baliśmy się tylko, że szafa zacznie być zbyt widoczna i jeden celny pocisk zakończy naszą służbę.
         Przybiegł do nas plutonowy "Żbik" i rozkazał nam natychmiast zejść z posterunku. Wiedział, że na nic się zda nasze poświęcenie. Niemcy nie przestaną ostrzału do chwili aż zawali się cała kamienica i tak też się stało.
         Prosiliśmy żeby jeszcze trochę pozostać, że mury wytrzymają, ale się przeliczyliśmy. Mury wytrzymały ale stropy nie. Runęła reszta stropu III piętra, szafa została przywalona, nie można było otworzyć drzwi. Gdy udało się nam je trochę uchylić wszędzie było biało i czerwono od pyłu, który unosił się gęsto w powietrzu. Postanowiliśmy poczekać aż pył opadnie ale pociski coraz mocniej wstrząsały murami i pył jeszcze zgęstniał. Nic nie było widać, przeczekiwanie nas zgubiło.
         Naraz pocisk uderzył tuż obok i szafa poczęła się zsuwać w dół. Była to ostatnia chwila by wyskoczyć ale nie zrobiliśmy tego. Jeszcze jeden pocisk i cały strop razem z szafą i nami w środku runął piętro niżej. Było to jednak szczęśliwe lądowanie. Szafa była cała. Tylko jeden bok odpadł, tak że mogliśmy wydostać się na zewnątrz.
         W pierwszej chwili nie wiedzieliśmy co się stało i kiedy znaleźliśmy się dwa metry niżej na kupie gruzu i desek. Pociski padały nadal, nic nie było widać. Słychać było tylko latające odłamki. Pytaliśmy siebie czy żyjemy. Żyliśmy i nie byliśmy ranni, żaden odłamek nas nie znalazł. Po omacku, na czworakach, zdezorientowani ratowaliśmy się ucieczką z zagrożonego miejsca. Gdy wydostaliśmy się na klatkę schodową usłyszeliśmy za sobą straszny rumor, to strop pierwszego piętra nie wytrzymał i runął razem z szafą na parter. Jak później to zobaczyliśmy włosy stanęły nam dęba. Podziurawiona pociskami szafa leżała roztrzaskana w stercie gruzu i desek. Mieliśmy niesamowite szczęście przy naszej młodzieńczej głupocie, przecież w każdej chwili znacznie wcześniej mogliśmy zginąć. Już od pewnego czasu wiadomo było, że nic nie uratuje naszego posterunku
         Po dotarciu na klatkę schodową i przyjściu do siebie stwierdziliśmy, że takie widocznie było przeznaczenie. Podbiegli do nas koledzy i "Żbik". Nie mogli nas poznać, twarze i całe ciała białe od pyłu i kurzu, zaschnięte gardła ale cali i zdrowi.
         To była wielka przygoda, patrzyliśmy śmierci prosto w oczy. Widzieliśmy jak pociski z działa czołgowego wylatują z lufy w naszym kierunku i przelatując dosłownie kilka centymetrów od naszych głów wybuchają w sąsiednich pokojach. Czuliśmy ich podmuch. Tkwiliśmy na miejscu zdając sobie sprawę, że w każdej chwili możemy zginąć. Baliśmy się jedynie ciężkiego zranienia, tak jak się to stało z por. "Bocianem". Ale i ta przestroga nie poskutkowała.
         "Żbik" przy pomocy kolegów pomógł nam w przejściu w bezpieczne miejsce. Byliśmy osłabieni ale cali i zdrowi. Sanitariuszki zajęły się nami i odprowadziły na kwaterę przy ul. Pańskiej 104 gdzie była woda. Mogliśmy się umyć i doprowadzić do porządku. Po krótkim odpoczynku spożyliśmy suty posiłek. Przyszedł do nas dowódca kompanii por. "Kos". Wysłuchał naszego sprawozdania i serdecznie nam podziękował za odwagę i poświęcenie dla odpowiedzialnej służby.
         Poinformował nas, że teraz punkt obserwacyjny został przeniesiony na parter i jest dobrze zabezpieczony i zamaskowany. Jak się później dowiedzieliśmy, czołg który zostawił po sobie tyle zniszczeń został przez powstańców zdobyty i spalony. Gdy opadły emocje, "Moneta" i ja pomyślelismy o naszym ciężko rannym ppr. "Bocianie" i postanowiliśmy go odwiedzić. Ppr. "Bocian" został przeniesiony do szpitala przy ul. Śliskiej 51 gdzie dokonano operacji usunięcia zanieczyszczeń i zabezpieczenia pogruchotanych kości. Dopiero na drugi czy trzeci dzień udało się nam odwiedzić "Bociana". Ucieszył się na nasz widok. Nie widać było w jego zachowaniu poczucia nieszczęścia jakiego go spotkało. Przestrzegał nas byśmy uważali na siebie i byli ostrożni. Gdy opadły wszelkie emocje i było trochę czasu zastanawiałem się dlaczego tkwiliśmy tak uporczywie na posterunku. Przecież dowódca ppr :Kos" powiedział, że punkt obserwacyjny trzeba zlikwidować. Niemcy dokładnie o nim wiedzą i ostrzeliwują starają się go zniszczyć. My prosiliśmy, żeby punkt jeszcze utrzymać i dlatego tak się to przedłużyło. Każdy następny przelatujący pocisk mógł być tym ostatnim. Tylko młodzi w naszym wieku mogli pozwolić sobie na takie lekceważenie życia. Nie baliśmy się śmierci, baliśmy się tylko trwałego kalectwa.
         Los już wcześniej dawał znaki. Trzeciego dnia powstania byłem dwukrotnie ranny, następnie zasypany przy ratowaniu kolegów w zbombardowanej kwaterze na ul. Śliskiej 50. Dwa tygodnie później w tymże budynku zostałem postrzelony w lewą nogę (kule noszę w niej do dnia dzisiejszego).To wszystko nie oduczyło ani mnie ani kolegi od brawury i lekceważenia życia.
         Po zbombardowaniu przez działa kolejowe (krowy, szafy) naszego kwatermistrzostwa na ul. Śliskiej 50 zostało ono przeniesione na Sienną 61. Tu po zejściu ze służby mogliśmy względnie wypocząć, umyć się, odwiedzić znajomych.
         Przy ul. Śliskiej 62 była przedtem bóżnica żydowska. Teraz został tu zorganizowany szpital będący filią szpitala przy Śliskiej 51. W szpitalu tym leżał mój kolega Kazik Szerowiński "Reszka", który został ciężko ranny w brzuch przy ataku na koszary przy ul. Ciepłej w połowie sierpnia 1944 r. Trzech nas przyjęło pierwszego dnia postania nowe pseudonimy. Ja miałem w konspiracji pseudonim "Hrabia". Wspólnie z Tadeuszem i Kazikiem postanowiliśmy mieć wspólny pseudonim. Rzuciliśmy w górę monetę. W zależności od tego jak padnie to będzie mój pseudonim. Ukazał się orzeł i tak zostałem "Orłem", Kazik "Reszką" o Tadeusz "Monetą". Pierwszym rannym 2-krotnie, niegroźnie byłem ja, a teraz "Reszka" został ciężko ranny w brzuch. Odwiedzaliśmy go z Monetą i pocieszaliśmy się, że wyjdzie z tego i znów będziemy razem. Teraz został jeszcze ciężko ranny Bocian a my dwaj pozostali czuliśmy się wręcz winni.
         Wszystkie wolne chwile spędzaliśmy odwiedzając rannych kolegów i tylko od czasu do czasu udało się mnie odwiedzić ukochanych rodziców w piwnicy domu przy ul. Łuckiej 14. Całe życie mieszkańców tego domu przeniosło się do piwnic. Mieszkańcy wykopali na podwórzu studnię, tak że wody nie brakowało. Budynek, w którym mieszkaliśmy był prawie na linii frontu. Nie było tu bezpiecznie. Budynki 22. 20, 18 były systematycznie niszczone. Uszkodzony był również mocno budynek 14, lecz my z "Monetą" mimo wielkiego zagrożenia nocowaliśmy dwukrotnie w naszym mieszkaniu na IV piętrze, o czym nie wiedzieli rodzice.
         "Bocian" nie przebywał długo w szpitalu. Zwolnił się z niego na własną prośbę. Jak się później dowiedzieliśmy razem z Reszką został ewakuowany po kapitulacji z całym szpitalem z Warszawy. Niestety nie pamiętam nazwiska tego bohaterskiego oficera, którego zachowałem w swej pamięci.
         Po kapitulacji 5 października 1944 r. naszego zgrupowania na ul. Żelaznej z całym dowództwem poszliśmy do niewoli. Na pl. Kercelego zdaliśmy broń. Tu ostatni raz widziałem się z moim starszym bratem Kazimierzem "Salamandrą", który został rozstrzelany przez Niemców.
         Przez Ożarów i obozy jenieckie Lamsdorf, Mühlberb, Brockwitz wróciłem do Warszawy w 1945 r.

Henryk Stanisław Łagodzki


      Henryk Stanisław Łagodzki,
ur. 15.07.1927 w Warszawie
żołnierz Armii Krajowej
ps. "Hrabia", "Orzeł"
zgrupowanie "Chrobry II", 1 batalion, 2 kompania, 1 pluton
Stalag IV b, nr jen. 305785





Copyright © 2005 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.