Powstańcze relacje świadków

Harcerskie losy





Stanisław Sieradzki ,
ur. 14.09.1921 r. Iłowo k/Działdowa
sierż. pchor. Armii Krajowej ps. "Świst"
zgrupowanie AK "Radosław"
pluton "Felek" kompania "Rudy" batalion "Zośka"



         Jestem synem ziemi Działdowskiej, gdzie przed wojną zdałem maturę i od 1932 r. byłem harcerzem. W 1939 r. byłem drużynowym 75 Pomorskiej Drużyny Harcerzy im. Ks. Józefa Poniatowskiego. Tuż przed wybuchem wojny - tydzień, 6 dni, zwijałem obóz harcerski, którego byłem komendantem, w granicach Lubawy, niedaleko ówczesnej granicy z Prusami wschodnimi. I muszę powiedzieć, że udawało nam się nad samą granicą organizować ogniska harcerskie, którym bardzo chętnie przysłuchiwali się Niemcy zza granicy. Wtedy już wyczuwałem, że zbliża się dla naszego kraju, dla naszego narodu jakieś nieszczęście. Z zachowania niektórych Niemców można było wywnioskować, iż są aroganccy i przygotowani do agresji. Nie zdołałem wtedy dowieźć swojego majątku obozowego do domu, do Działdowa. Byłem ewakuowany do miejscowości Włodawa nad Bugiem i tam cały mój harcerski majątek przepadł w dniu 17 września 1939 r. kiedy to Armia Czerwona wkroczyła na nasze tereny.
         Wracałem w mundurze harcerskim do Działdowa i w okolicach Góry Kalwarii po przejściu Wisły zatrzymany zostałem przez żołnierzy niemieckich i osadzony w więzieniu w Górze Kalwarii - w sadach, gdzie drzewa stanowiły punkty graniczne dla poszczególnych grup jeńców. Potem wywieziono mnie w okolice Królewca do obozu jenieckiego. Po 5-6 miesiącach znalazł się tam oficer Niemiec, który zapytał jaki rodzaj broni reprezentuje mój mundur. Odpowiedziałem, że to nie jest rodzaj broni ale mundur harcerza polskiego, mundur polskiego skauta.
         - "Co wobec tego robicie w obozie jenieckim?"
         - -"Zapytajcie tych co mnie tu zaprosili."
         Wkrótce zostałem wyrzucony z tego obozu na roboty, najpierw rolnicze. W czerwcu 1941 r. w czasie pierwszej ucieczki do Warszawy zostałem schwytany przez żandarmerię na dworcu kolejowym w Olsztynie, wtedy Allenstein. Dzięki znajomości języka niemieckiego udało mi się ich oszukać. Twierdziłem, że nie uciekam do Polski ale przyjechałem z Polski i szukam roboty. Tak zagadałem Niemców, że mi uwierzyli i dali pracę w gazowni miejskiej w Olsztynie - do czerwca 1942 r. Wtedy udała mi się druga ucieczka. Zjawiłem się w Warszawie i już w sierpniu 1942 r. spotkała mnie zaszczytna propozycja, czy chciałbym zacząć bawić się w harcerza. Odpowiedziałem, że nie muszę zaczynać, bo już od 1932 r. jestem harcerzem. I w ten sposób zacząłem swoją działalność w Szarych Szeregach. Trafiłem do hufca Wola.

         W 63 rocznicę akcji pod Arsenałem chciałbym opowiedzieć o odbiciu Janka Bytnara "Rudego". W tym czasie kiedy Janek został aresztowany żyliśmy normalnym życiem tajnego harcerstwa Szare Szeregi. Przypomnieć tu należy, że decyzja o przejściu harcerstwa do konspiracji nastąpiła 27 września 1939 r., w przeddzień kapitulacji Warszawy przed niemiecka przemocą - kapitulacja była 28 września. Na ul. Noakowskiego Rada Harcerstwa Polskiego postanowiła, że harcerstwo rozpoczyna działalność konspiracyjną. Wśród zebranych wtedy na Radzie był Aleksander Kamiński, Stanisław Broniewski, Helenka Danielewicz. Był tam też aktywny harcerz z Poznania Florian Marciniak, który wkrótce był znany pod pseudonimem "Nowak". Stało się. Harcerstwo przeszło do konspiracji i 6-7 miesięcy później przybrało nazwę kryptonim - Szare Szeregi. Nazwa ta ma związek z kolorem mundurków dziewczęcych, a że tych szeregów było sporo - nazwa była jak najbardziej adekwatna.
         Szare Szeregi w Warszawie działały w czterech hufcach, przy czym konstrukcja całego związku nie odbiegała wcale od struktury poprzedniej. Główna Kwatera to była Pasieka, chorągwie to były Ule, hufce to były Roje, drużyny to były Rodziny. Pod takimi kryptonimami działało konspiracyjne harcerstwo. Rojów w Warszawie było cztery. Najbardziej prężniy był na pewno Rój "CR" czyli Centrum, którego komendantem był Tadeusz Zawadzki ps. "Zośka". Drugi hufiec to "Sad" czyli Mokotów. Komendantem hufca był Janek Bytnar ps. "Rudy". Hufiec Wola, do którego miałem zaszczyt należeć to Rój "WL", którego komendantem był Antek Kopałka ps. "Antek z Woli" i wreszcie hufiec czwarty Rój "BR" - Praga, dowodzony przez Henryka Ostrowskiego ps. "Henryk".
         Te cztery hufce Szarych Szeregów robiły piękną robotę. Oczywiście nie we wszystkich akcjach i działaniach Ula "Wisła" czyli chorągwi warszawskiej mogłem brać udział, ale wielu, wielu ludzi poznałem, z wieloma obcowałem osobiście, przy wielu doświadczyłem jak wierni byliśmy naszemu ślubowaniu w Szarych Szeregach.
         W domu przy ul. Żelaznej tuż przy Srebrnej, na strychu złożyłem dwa palce na krzyżu harcerskim w dłoni mojego drużynowego Jurka Zakrzewskiego ps. "Wąsik" i powtarzałem: "Ślubuję na Twoje ręce pełnić służbę w Szarych Szeregach, do rozkazów organizacyjnych się stosować, tajemnic organizacyjnych dochować, nie cofnąć się przed ofiarą życia."
         Ta część ostatnia mówi wszystko - jest zrozumiała i przejmująca. Widziałem w czasie okupacji jak chłopcy byli wierni temu ślubowaniu a szczególnie widziałem kolegów poległych w Powstaniu Warszawskim, często aby ratować bliźniego.
         Hufiec Wola nie był tak aktywny jak Praga, Centrum czy Mokotów, ale też w nim parę ładnych postaci wyrosło, które widzę w Powstaniu Warszawskim w bohaterskim działaniu.
         Dnia 14 lutego 1943 r. komendant hufca Praga Henio Ostrowski zawiera związek małżeński z Walentyną Hornówną. Wybrali wspólne życie, chcieli się tym życiem cieszyć, a wypadło im radości tylko miesiąc. Gdy byli już małżeństwem, na ul. Osiecką 31, gdzie mieszkali, przyjechał jakiś krewny z ostrowskiego, z ziemi kieleckiej, który chciał bardzo zaimponować Heniowi jak to on działa w podziemiu. Było to bardzo nieładne, jak dzisiaj o tym myślę, tak nie wypadało. Żołnierz podziemia nie powinien tak głośno krzyczeć, chwalić się tym, że walczy z Niemcami, że ma za pasem rewolwer. Przyjechał z lubelskiej ziemi z rewolwerem za pasem, kto to słyszał.
         No i ten krewny sprowokował Henia, który też się przyznał, że działa w konspiracji. W tym czasie przygotowywał on materiały do akcji wysadzenia mostu kolejowego w Czarnocinie i materiały te miał ukryte w taboreciku z otwieranym denkiem. Sprowokowany pochwalił się temu wariatowi:
         - "O zobacz, my też działamy - most wyleci w powietrze."
         I to spowodowało nieszczęście. Krewny wracał do pociągu, gdzieś na Powiślu został zatrzymany przez żandarmów. Wykryli rewolwer za pasem i chłopak trafił w ręce gestapo na Pawiaku. Skutek był taki, że żandarmeria i gestapo zawitali na ul. Osiecką 31. Wiedzieli gdzie stoi taboret, wiedzieli jak go otworzyć. Zabrali oboje młodych małżonków. Wala trafiła zaraz do Oświęcimia a Henio przechodził ciężkie śledztwo w al. Szucha w Warszawie. Henio mógł przewidzieć, że w każdej chwili może nastąpić nieszczęście. Niestety zapomniał o tym 17 marca 1943 r. W kieszeni miał notesik, w którym była malutka notatka - Al. Niepodległości 159 m. 63.
         I Niemcy nie pytali nawet Henia co ten adres znaczy. A adres ten to było mieszkania młodego człowieka, Janka Bytnara ps. "Rudy", komendanta hufca Szarych Szeregów.


Janek Bytnar "Rudy"

         23 marca 1943 do mieszkania przy Al. Niepodległości przybyło sześciu gestapowców. Zabrali z niego wszystkich w nim obecnych: ojca pana Stanisława Bytnara oraz syna Janka. Na szczęście nie było tej nocy w domu pani Zdzisławy Bytnarowej, matki Janka, i jego o pięć lat młodszej siostry Danusi, która jedyna z tego grona żyje do tej pory. Obie panie uniknęły nieszczęścia. Danusia była u swojej nauczycielki na ul. Hożej na tajnym nauczaniu. Przegapiła godzinę policyjną, została na noc i to ja uratowało. Pani Bytnarowa była zaś w okolicach Nowego Miasta, gdzie uczyła dzieci w tajnym nauczaniu na poziomie szkoły powszechnej - podstawowej. I tam dowiedziała się o nieszczęściu jakie nastąpiło w ich domu. Danusia natomiast w dniu , w którym zostali aresztowani obaj mężczyźni z jej rodziny wracała do swego mieszkania na drugim piętrze. I piętro niżej dobrzy sąsiedzi zaprosili ją do swego mieszkania i ostrzegli przed tym co się stało: w nocy Niemcy zabrali tatę i Janka. W mieszkaniu natomiast siedzi dwóch gestapowców i czeka na następne ofiary. Nie chodź Danusiu na górę.
         Nie muszę mówić co ta dziewczyna przeżywała. Z płaczem pojechała do Tadeusza Zawadzkiego - komendanta hufca Śródmieście i kolegi z Liceum Batorego Janka Bytnara sprzed wojny. Ci dwaj chłopcy byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni. I o tej przyjaźni Danusia wiedziała. Pobiegła na ul. Koszykową do budynku Politechniki Warszawskiej gdzie mieszkał z rodziną pan Józef Zawadzki, ojciec Tadeusza, wykładowca na Politechnice. Zapukała do drzwi, wpuścił ją do mieszkania pan profesor Zawadzki. Kiedy znalazła się w przedpokoju wybuchła strasznym płaczem. Nie wyobrażam sobie dziś, co ta dziewczyna musiała wtedy przeżywać.
         Płacz usłyszał znajdujący się w swoim pokoiku Tadeusz. Wyszedł do przedpokoju. Danusia padła w jego ramiona i płacząc mówiła o nieszczęściu jakie spotkało jej rodzinę. Tadeusz wtedy, mogę tak śmiało powiedzieć, tylko dla uspokojenia dziewczyny, chwycił ją za ramionka, potrząsnął i powiedział:
         - "Danka, przestań, przecież my go jeszcze dzisiaj będziemy odbijali."


Tadeusz Zawadzki "Zośka"

         Przecież Tadeusz nie wiedział gdzie jest "Rudy", jak go można odbijać. Jeżeli nawet jest na Pawiaku, tak jak wszyscy nasi patrioci, to z tego Pawiaka odbić kogokolwiek nie było takie proste. Ale chciał ją podtrzymać na duchu. I słusznie.
         Za tą myślą Tadeusza poszły działania zmierzające do przeprowadzenia akcji odbicia Janka z łap Niemców. W tym momencie zwrócił się do Tadeusza młody człowiek - Konrad Okolski ps. "Kuba", syn dyrektora szpitala im. Dzieciątka Jezus przy ul. Nowogrodzkiej. Ten właśnie "Kuba", późniejszy mój dowódca plutonu w batalionie "Zośka" na 4-5 tygodni przed aresztowaniem Janka sam był aresztowany i był więźniem Pawiaka. Schwytany został na Saskiej Kępie w czasie jakiejś strzelaniny, w której nie brał udziału. Niemcy nie mieli na niego bezpośrednich dowodów, tak więc był traktowany trochę ulgowo. Do tego doszły znaczące walory w złocie i brylantach, oferowane komu trzeba przez pana doktora Okolskiego. "Kuba" został zwolniony przed aresztowaniem Janka.
         I to był pierwszy gest ze strony losu, który pozwolił na to aby myśleć poważnie o przeprowadzeniu akcji Arsenał. "Kuba" był przewożony na śledztwo z więzienia na Pawiaku przy ul. Dzielnej do gmachu gestapo przy Al. Szucha 23, gdzie obecnie znajduje się Ministerstwo Edukacji Narodowej. "Zośka" wraz z "Kubą" przeszli trasę przejazdu samochodu przewożącego więźniów z Pawiaka na Szucha i z powrotem cztery razy już 23 marca 1943 r. "Zośka" działał już pierwszego dnia po aresztowaniu "Rudego".
         Poznał trasę przejazdu samochodu-więźniarki i szukał miejsca, w którym można by przedsięwziąć tak poważną akcję, pierwszą w Warszawie. Akcji zbrojnej na taką skalę jeszcze Warszawa nie przeżyła. Dlatego propozycja przeprowadzenia jej wymagała przemyślenia i zgody dowódcy oddziałów dyspozycyjnych Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej. Pan major Jan Kiwerski ps. "Oliwa", "Dyrektor", "Łucki" wysłuchał propozycji "Zośki" i wypowiedział jedno słowo:
         - "Trzaskać!"
         To słowo usłyszał Tadeusz 26 marca, kiedy pan major wrócił z wizytacji oddziałów Armii Krajowej w terenie. Wszystko co powiedział "Kuba" było bardzo przydatne w przygotowaniu akcji. "Zośka" działał bardzo konkretnie i szybko. Wiedział bowiem z doświadczenia "Kuby" jak smutne i bolesne chwile przeżywa w śledztwie w więzieniu na Pawiaku jego kolega, przyjaciel Janek Bytnar "Rudy".
         Rano o dziewiątej więźniowie ładowani byli do więźniarki w więzieniu na Pawiaku. Było ich 25 na platformie. Siedząc na ławkach mieli prawo patrzeć tylko przed siebie w kierunku szoferki. Spoglądając za siebie aby zobaczyć dokąd jadą mogli się spotkać ze strzałem gestapowca, których dwóch siedziało w więźniarce przy wejściu na platformę. Poza kierowcą na przedzie w szoferce siedziało jeszcze dwóch następnych gestapowców. Czterech gestapowców i piąty kierowca.
         Najlepszym miejscem do przeprowadzenia akcji wydawało się być skrzyżowanie i skomplikowane połączenie ulic Bielańskiej z ulicą Długą i ulicą Nalewki w kierunku ulicy Dzielnej.
         Tam pędząca więźniarka, która pokonywała trasę z Alei Szucha przez Aleje Ujazdowskie, Krakowskie Przedmieście, Królewską, plac Marszałka, Bielańską do ulicy Długiej, musiała na tym skrzyżowaniu przyhamować. I ten moment postanowił wykorzystać "Zośka" do skutecznego uderzenia na więźniarkę.


Plan sytuacyjny akcji pod Arsenałem

         Aby przeprowadzić taką akcję "Zośka" przygotował dobry zespół. Wybrał 28 chłopaków, z których wszyscy znali osobiście Janka "Rudego" i wszyscy byli gotowi nie cofnąć się przed ofiarą życia. Wszyscy, 28 wybranych zostali zapoznani z akcją i przypadającym na każdego z chłopaków zadaniem bojowym.

    
Skrzyżowanie pod Arsenałem



         Najważniejszą częścią tej atakującej młodzieży była grupa ataku. Dowodził tą grupą organizator akcji "Zośka" Tadeusz Zawadzki. Do grupy ataku dobrał on 13 chłopaków, którzy zdolni byli do wszystkiego. Ta trzynastka została podzielona na 4 sekcje atakujące samochód. Wszystkie cztery sekcje były rozstawione wzdłuż ulicy Nalewki od ul. Długiej do ul. Dzielnej do zakrętu w kierunku Powiśla.
         Sekcja pierwsza była dowodzona przez Janka Rodowicza ps. "Anoda". Miał on 4 chłopaków, jednym z nich był Tadeusz Chojko. Chłopcy ci mieli za zadanie obrzucić więźniarkę butelkami z benzyną. Półlitrowe butelki oklejone kopertą z chemikaliami, które po stłuczeniu się szkła łączyły się z benzyną i następowało samozapalenie. Okazało się, że ta sekcja miała najpoważniejsze zadanie i najważniejsze w czasie tej akcji.
         "Zośka" przewidywał, że może coś nie wyjść, że zdenerwowani chłopcy mogą rzucić butelkami za daleko lub za blisko i przytomny kierowca umknie dalej w ulice Nalewki. Parę metrów dalej stała następna, trzyosobowa, sekcja o nazwie "Sten-1" dowodzona przez Maciej Bittnera, syna przedwojennego generała WP. Maciek Bittner, zresztą jak wszyscy inni uczestnicy akcji był uzbrojony w rewolwer, broń krótką za pasem. Sekcja była wyposażona w pistolet maszynowy Sten -produkcji angielskiej, który mieliśmy ze zrzutów. Pierwsza sekcja miała za zadanie ostrzelać załogę szoferki więźniarki, ale tylko pod kątem prostym do kierunku jazdy, aby ogień nie zahaczył o głowy siedzących na platformie więźniów. Ostrożność - chłopcy mieli rozkaz zrobić to bardzo precyzyjnie.
         Ale "Zośka" przewidywał, że i tu może wystąpić jakaś nieprzewidziana przeszkoda np. zacięcie Stena i samochód ucieka dalej. Wtedy natrafi na następną 3 osobową sekcję :Sten-2" pod dowództwem Jurka Gawina ps. "Słoń". "Słoń" miał zadanie podobne do sekcji poprzedniej z możliwością strzelania pod innym kątem do szoferki. Tadeusz zakładał, że więźniowie po pierwszych wybuchach butelek, granatów i strzałach będą szukać schronienia kładąc się na podłodze w więźniarce. Jeżeli tak, to można było ryzykować strzelanie nad ich głowami.
         Gdyby i tu coś nie wyszło, na zakręcie w ul. Dzielną stała czwarta 3-osobowa sekcja dowodzona przez Macieja Aleksego Dawidowskiego ps. "Alek".
         Tych 13 chłopaków czekało na sygnał. Sygnał ten miał nadejść od ludzi, którzy tę więźniarkę znali. Przy rogu ulicy Bielańskiej przy pl. Teatralnym stał obserwator znający ten samochód - "Kuba". "Kuba" widząc, że więźniarka się zbliża, po upewnieniu się że jest to więźniarka a nie np. samochód z margaryną, miał przejść przez ulicę Bielańską w miejscu gdzie teraz jest kościół dla twórców a z drugiej strony miał wtedy przejść przez Bielańską Witek Bartnicki ps. "Wiktor". Ten zdjęciem przykrycia głowy dawał sygnał dowódcy akcji, który stał przy samej Długiej obok Tadeusza. Wtedy Tadeusz miał dać znak do rozpoczęcia akcji, wydawania broni, wyjmowania pistoletów maszynowych.
         Istniała jednak jeszcze inna możliwość. Janek "Rudy" mógł nie wracać z przesłuchania do więzienia. Zdarzały się bowiem przypadki, że zmaltretowany, nieprzytomny więzień był wrzucany do piwnicy w Alei Szucha. Tam po przenocowaniu, jeżeli rano wrócił do przytomności, został zabierany z powrotem na górę w celu kontynuowania śledztwa. Było to dodatkowe utrudnienie. Ktoś musiał stwierdzić, że w dniu wyznaczonym do przeprowadzenia akcji - 26 marca, Janek po całodziennym śledztwie będzie załadowany do więźniarki na Szucha.
         Trzeba to było ustalić. Było to zadanie dla pracownika zakładów cukierniczych Wedla Zygmunta Kaczyńskiego, po wojnie przewodniczącego Rady Miasta Warszawy. Zygmunt Kaczyński miał zgodę dyrektora fabryki Wedel przy ul. Zamojskiego na dorabianie na handlu czekoladą. I "Wesoły" pozwalał sobie proponować czekoladę Niemcom nawet w Alei Szucha. O tym dowiedział się "Zośka" i dał mu zadanie:
         - "Słuchaj, musisz stwierdzić jak żyje tam "Rudy" i czy 26 marca będzie ładowany do więźniarki aby być przewiezionym do więzienia na Pawiaku".
         I Zygmunt z walizeczką z czekoladą w ręku łaził po korytarzach na Szucha. Zdarzyło mu się nawet, że na drugim piętrze wszedł po zapukaniu do pokoju 228, spoza którego drzwi słyszał uderzenia i jęki. Tu słowo wyjaśnienia. Śledztwo "Rudego" prowadzili dwaj gestapowcy Lange i Schultz, którzy męczyli Janka 4 dni. Bili go, jeden dębowym kijem, drugi łańcuchem. Kiedy padał na podłogę z krzesła albo stojąc, Niemcy skakali na niego z biurka albo kopali go po jamie brzusznej lub po zebrach. Skutek był taki, że Janek miał złamanych sześć żeber, z których jedno pod prawym ramieniem przebiło się przez skórę. I do tego w ostatnim dniu śledztwa, 26 marca, Janek "Rudy" przechodził najstraszniejsze rzeczy, których ja jako istota żyjąca nie potrafię sobie po prostu wyobrazić. Jeden z gestapowców, Lange albo Schultz, chwytał po kolei palce ręki Janka i młotkiem wbijał gwóźdź pod paznokcie.
         - "Przyznaj się - puścimy cię do domu".
         Ale "Rudy" nie powiedział nic, nie cofnął się przed ofiarą życia. W czasie tych czterech ciężkich, okrutnych dni nie powiedział Niemcom niczego, niczego. Pech jednak chciał, Ze w jego piwnicy w Al. Niepodległości pod węglem Niemcy znaleźli materiały obciążające, tak że Janek nie mógł się tłumaczyć, że nie należy do organizacji i o niczym nie wie. Ale tej organizacji i ludzi z niej nie zdradził.
         Nadszedł dzień 26 marca. Na górze Al. Szucha, na drugim piętrze, spaceruje z czekoladkami Zygmunt "Wesoły". Wszedł do pokoju, w którym usłyszał jęki. Ujrzał na podłodze Janka "Rudego" i stojących nad nim dwóch katów, z młotkiem, z gwoździami. Przeprosił, chciał wyjść.
         - "Nie, nie, to wypadek przy pracy, no wiecie. Was haben Się? Co Pan ma?. Co Pan chciał?".
         "Wesoły" otwiera walizeczkę i proponuje im czekoladki. Robił to zresztą nie pierwszy raz, tylko nie w czasie śledztwa. Niemcy wybrali sobie te czekoladki, tym razem wyjątkowo za darmo. Za to, że wszedł do tego pokoju, Niemcy dostali czekoladki za darmochę. W nagrodę Zygmunt miał doskonały wgląd w sytuację. Janek "Rudy" był zbity, skrwawiony, twarz opuchnięta, włosy zlepione krwią. Wyglądał strasznie.
         Potem Zygmunt widział z okna drugiego pietra jak Janka nieprzytomnego, na kocu, układają na podłodze więźniarki. Tę wiadomość musiał jak najszybciej przekazać na miejsce akcji pod Arsenał, aby przygotowani tam chłopcy wiedzieli, że mają przed sobą cel uderzenia i mogą uwolnić "Rudego" Janka Bytnara.
         Przy ul. Długiej 36/38 była kawiarenka - polska, zaufana. W tejże kawiarence, przy telefonie, dyżurował Andrzej Wolski ps. "Jur". Czekał na wiadomość telefoniczną, którą miał mu przekazać Zygmunt Kaczyński. Zygmunt po upewnieniu się, że Janek jest załadowany do więźniarki miał wyjść z gmachu gestapo al. Szucha i przejść do polskiej, również zaufanej, cukierenki na ul. Koszykowej 6 i stamtąd telefonicznie przekazać wiadomość, że Janek jedzie. Wiadomość miała być oczywiście przekazana szyfrem. W tej wypowiedzi miały paść zdania, że worki z cukrem jada do fabryki Wedel, co znaczyło, co znaczyło że wśród przewożonych więźniów znajduje się Janek "Rudy".
         Andrzej Wolski miał małą przygodę, bo kiedy telefon zadzwonił właściciel próbował zrobić mu awanturę. "Jur" wyciągnął wtedy zza pasa rewolwer. "Panie, niech Pan nie przeszkadza." Właściciel uspokoił się, dobrze że był to dobry Polak, patriota jak się później okazało. Zygmunt ma zamiar ruszyć w kierunku Koszykowej ale pomyślał, że może mu się to nie udać. Samochód będzie szybszy i minie miejsce akcji zanim on zadzwoni. Musi przekazać telefoniczna informację jakoś szybciej, już, natychmiast.
         Wychodząc z gmach Szucha zatrzymał się przed wartownikiem, w walizeczce miał jeszcze 4 czekoladki. Otwiera walizeczkę.
         - "Panie Wachmeister, a może Pan - koniec, już więcej nie mam".
         Żandarm oczywiście chwycił te czekoladki, zapakował.
         - "Ile płacę?".
         - "To w prezencie, Panie Wachmeister, w prezencie. Dziś zrobiłem dobry interes, ale jednocześnie mam tutaj dzisiaj wrócić z czekoladą, z całą walizką. Panowie oficerowie na górze prosili, żebym wrócił z nowym zapasem czekolady. I tę wiadomość, że idę do fabryki na Zamojskiego musze przekazać, żeby fabryka nie zamykała magazynu z czekoladą."
         No i wachmeister mówi:
         - "Proszę bardzo, niech Pan gada."
         Zygmunt dzwoni do Andrzeja na Długą i zaczyna słowami trochę innymi niż miał mówić.-
         - "Panie dyrektorze, chciałbym Panu powiedzieć, że wracam do fabryki bo muszę wziąć jeszcze zapas czekolady".
         Andrzej wtedy zdębiał. Jeszcze teraz kiedy o tym opowiadał nie krył wzburzenia. Jaki dyrektor, jaki magazyn z czekoladą. Nie to miał usłyszeć. No ale wreszcie Zygmunt powiedział i to:
         - "Panie dyrektorze, przy okazji też chciałem panu powiedzieć, że worki z cukrem na ciężarówce jada do fabryki, Dziękuje Panie Dyrektorze".
         I odłożył słuchawkę, nie potrzebował już biec na ul. Koszykową.
         A Andrzej opuścił kawiarenkę i podszedł do stojących dowódców akcji Stacha Broniewskiego ps. "Orsza" i "Zośki" Tadeusza Zawadzkiego. "Orsza" dowodził całą akcją bo poza wcześniej wymienionymi 13 uczestnikami ataku były jeszcze grupy ubezpieczające od strony Starego Miasta przy pl. Krasińskich, od strony getta przy ul. Przejazd i od strony pl. Teatralnego dla ewentualnego przeciwdziałania Niemcom stąd uderzającym.


Grób "Orszy" w kwaterze Szarych Szeregów

         Od strony Powiśla nie potrzebne było jakieś specjalne ubezpieczenie, bo tym ubezpieczeniem była sekcja Alka Dawidowskiego. I ta właśnie sekcja tuż przed rozpoczęciem akcji dokonała pierwszego uderzenia na Niemców. Więzienie na Pawiaku opuścił z kobietą oficer gestapowiec, który szedł w kierunku Alka. Zbliżył się aby zakończyć życie. Do kobiety chłopcy nie strzelali. Sekcja nadal pełniła swoją służbę a kobieta wróciła do więzienia na Pawiaku.
         Samochód podjeżdża, przyhamowuje, skręca z ulicy Bielańskiej w prawo w ulice Nalewki. Na tym zakręcie kierowca oczywiście przyhamował. I w tym momencie na szoferkę spadły butelki rzucone rękami chłopców Janka "Anody"., skutecznie. Jeden z Niemców, paląc się, opuścił szoferkę. Wyskoczył z samochodu i został zastrzelony przy próbie ucieczki. Kierowca stracił panowanie nad kierownicą i palił się nachylony do przodu. Siedzący obok gestapowiec też się zapalił. Pozostało dwóch konwojentów siedzących przy wejściu na platformę. Jeden próbował uciekać z lewej strony i skierował swe kroki na ulicę Przejazd. Oczywiście chłopcy z sekcji Maćka Bittnera załatwili go, daleko nie uciekł. A do gestapowca siedzącego po prawej stronie platformy z pistoletem gotowym do strzału chłopcy walili jak w kaczy kuper. W pewnym momencie jeden z więźniów krzyknął: "Nie strzelajcie, oni są już dawno gotowi". Niemiec siedział zabity.
         Do samochodu więźniarki zbliżył się nasz samochód prowadzony prze Jerzego Zborowskiego ps. "Jeremi". Do więźniarki podbiegł jako pierwszy Eugeniusz Koecher, przyszły dowódca plutonu "Alek" w kompanii "Rudy" batalionu "Zośka". Opuścił klapę, zrzucił nieżyjącego Niemca i do więźniów padły słowa:
         - "Ludzie, rodacy, jesteście wolni. Uciekajcie wszyscy ulica Długą w kierunku Starego Miasta."
         Mieli przebiegać obok obecnego muzeum. I wielu z nich to zrobiło.
         Pomyślcie sobie, co przeżywa Tadeusz Zawadzki, gdy wszyscy więźniowie wyskoczyli z samochodu, na podłodze leży nieprzytomny Janek "Rudy" a przy szoferce, po prawej stronie w kąciku, oparta o ścianę siedziała zabita więźniarka. Tą więźniarką była pani Helena Siemieńska, siostra matki Tadeusza Zawadzkiego. Co ten chłopak musiał przeżywać, nie potrzebuje mówić. Musiało to być straszne przeżycie. Był dowódcą ataku, przeprowadzał tak wielką akcję.
         Z samochodu wysiadła też jakaś młoda dziewczyna, więźniarka która usiadła przy zabitej i oświadczyła głośno, że ona nie będzie uciekać. Ona ma matkę na Pawiaku, ona chce wrócić z powrotem. Po skończeniu akcji Niemcy załadowali ją z powrotem na Pawiak, po to żeby po kilku dniach zastrzelić dziewczynę.
         A Janek "Rudy" został przeniesiony do naszego samochodu do "Jeremiego". Ułożono go na tylnym siedzeniu, gdzie leżał już ciężko ranny Tadeusz Krzyżewicz ps. "Buzdygan", który trafiony został przez policjanta granatowego w jamę brzuszną i jako pierwszy ranny trafił do naszego samochodu. Potem został przewieziony do szpitala.


    

         Po skończonej akcji wszyscy uczestnicy wycofali się w kierunku Starego Miasta, W samochodzie, do którego włożono ciało nieprzytomnego Janka na przednim siedzeniu obok kierowcy usiadł Tadeusz. I Tadeusz zobaczył wtedy rękę Janka zwisającą nad podłogą, chwiejącą się bezwładnie, z czarnymi przebitymi paznokciami. Co "Zośka" wtedy przezywał nie muszę mówić. Przeżywał wtedy straszne chwile.
         Zmaltretowany Janek został przewieziony na ul. Ursynowską do mieszkania państwa Mirowskich, rodziców "Oracza" i "Bolka". "Bolek" to Stefan Mirowski, po wojnie przewodniczący ZHP. Po wielu latach, w latach 90-tych Stefan był uczestnikiem Konferencji Światowego Skautingu w Oslo. Tam na wieść, że polskie harcerstwo jest przyjmowane do skautingu międzynarodowego z silnego wzruszenia dostał ataku mięśnia sercowego. Mirowski z Oslo wrócił do kraju w trumnie.
         W czasie wycofywania się spod Arsenału na Stare Miasto trafiony został również pociskiem Alek Dawidowski, dla którego odtransportowania chłopcy zatrzymali jakiś niemiecki samochód. Kierowcę, żołnierza Wehrmachtu wprowadzili do bramy na ul. Długiej i "Alek" został szczęśliwie odwieziony na Żoliborz. Potem trafił w ręce lekarzy na dalsze leczenie.
         Pan doktor Andrzej Trojanowski zajmował się odbitym, chorym, zmaltretowanym Jankiem "Rudym". Opieka ta trwała 4 dni od 26 do 30 marca 1943. Stan Janka był straszny. Nie zwiastowało nic, że się tego chłopaka uratuje. Chyba drugiego dnia doktor Trojanowski wyszedł do przedpokoju, gdzie siedział Tadeusz i wypowiedział do niego te słowa:
         - "Zośka". Stan Janka jest beznadziejny. Ma zmiażdżoną wątrobę i śledzionę, 6 żeber złamanych, jedno wyszło przez skórę. Twarz obita, kopana, zlana krwią. Włosy posklejane krwią. Jedyny ratunek to przewiezienia Janka do szpitala. Może w szpitalu..."
         To było zrozumiałe, bo przecież w warunkach domowych na ul. Ursynowskiej nie można było ratować chorego w takim stanie.
         Wobec tego, 30 marca czterech chłopaków ze Stefanem Mirowskim na czele z udziałem "Zośki" przewiozło Janka do szpitala na ul. Płocką, zaufanego polskiego szpitala. Czekał tam na niego profesor Manteufel. Chłopcy ułożyli Janka na stole operacyjnym, zajęli miejsca na krzesełkach w korytarzu i czekali na wyniki pierwszych badań lekarskich i ewentualnych decyzji o dalszym leczeniu Janka. Po kilkunastu minutach wychodzi z sali pan profesor Manteufel i kieruje swoje kroki do "Zośki". Znali się. "Zośka" usłyszał wtedy nie słowa pociechy ale słowa bólu.
         -"Tadeusz. Za późno. Przywieźliście trupa. "Rudy" nie żyje."
         Tegoż dnia zmarł również Alek Dawidowski. Ratowano dalej Tadeusza Krzyżewicza, ten jednak też zmarł 2 kwietnia. I akcja, chociaż się udała, chociaż odbito tylu więźniów, chociaż były takie stosunkowo niewielkie straty z naszej strony, nie przyniosła efektu. Janek nie odzyskał wolności w całym tego słowa znaczeniu.
         Tu chciałbym powiedzieć o swych wrażeniach, którymi podzielił się z nami "Zośka", z chwil jakie spędził z "Rudym" na ul. Ursynowskiej. Janek był w większości nieprzytomny. A gdy był przytomny potrafił powiedzieć do "Zośki":
         - "Tadek, jak szczęśliwy jestem, że umieram wolny. Że nie umieram w tych łapach, pod tym kijem, pod tym łańcuchem."
         Tadusz próbował go uspakajać.
         - "Tadeusz, ja wiem co mnie czeka. Jeszcze raz oświadczam. Cieszę się, że umrę wolny."
         To o Janku "Rudym" mówi wiele.
         Należy tu wspomnieć jeszcze jedną postać z ostatniej sekcji Granaty" Alka Dawidowskiego. Członek tej grupy Hubert Leng, najmłodszy uczestnik akcji, 19 latek, w momencie wycofywania się spod Arsenału wystrzelał z broni krótkiej wszystkie naboje i wskoczył do którejś z bram na ul. Długiej, pod 29a a może 31. Tam w bramie ładował nowe pociski do bębna. W tym momencie wpadł do bramy człowiek w cywilnym ubraniu i zaproponował Hubertowi, że ukryje go w swojej restauracji.
         - "Chodź chłopak, tu cię Niemcy złapią, chodź do mnie."
         Hubert wszedł do tej restauracji i dostał się w łapy Niemców, którzy go aresztowali. Po akcji został przewieziony w Aleję Szucha. Tam przeszedł ciężkie śledztwo. Ile dni to śledztwo trwało, jak zakończył życie i gdzie został pochowany - nie wiemy. Wiadome jest natomiast, że tym rzekomym zbawcą Huberta był volksdeutsh, Niemiec w Polsce urodzony Enrst Sommer, właściciel tej restauracji. Łobuz, bo gdyby wtedy Hubert po załadowaniu broni pobiegł dalej, żyłby.
         Z dotychczasowej treści opowiadania wiecie już wszystko o naszych stratach. A ze strony Niemców. Zabity został przez sekcję "Granaty" oficer SS po wyjściu z więzienia. Zginęło 4 gestapowców - obsługa więźniarki. Zginął kierowca ciężarówki. Zginęło 2 polskich granatowych policjantów, którzy strzelali do naszego Tadzia Krzyżewicza. Zginęło 3 urzędników Arbeitsamtu przy ul. Długiej 34, było rannych około 10 Niemców. Straty ze strony Niemców były więc duże.
         Po śmierci Janka Bytnara "Rudego" zaistniał problem co z jego pogrzebem. Tadeusz, przy wielkiej współpracy Mirowskiego, a szczególnie jego brata "Oracza" uczynił wszystko aby załatwić miejsce spoczynku dla Janka na kwaterze Dowborczyków na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w pustej niewykorzystanej kwaterze A-20 położonej po prawej stronie Alei Głównej. Janek został tam pochowany.


Grób Janka Bytnara "Rudego"

         Na ul. Ursynowskiej Jankowi było dane ujrzeć jeszcze przed śmiercią matkę. Pani Zdzisława Bytnar dowiedziała się w Nowym Mieście o tragedii i sytuacji w jakiej znajduje się Janek. Przybyła do Warszawy. Do mieszkania przy ul. Niepodległości 159 obie panie, matka i córka nigdy nie wróciły do końca wojny. Gestapo obserwowało to mieszkanie.
         A pani Bytnarowa została doprowadzona przez "Zośkę" do mieszkania na ul. Ursynowską. Przed wejściem do pokoiku gdzie leżał Janek pani Bytnarowa usłyszała jeszcze ciepłe słowa Tadeusza:
         - "Mamo, uczyń wszystko aby Janek nie ujrzał Twoich łez matczynych. On jest przejęty, tak psychicznie zdruzgotany, że jeśli jeszcze ujrzy Ciebie płaczącą, może nastąpić katastrofa."
         - "Dobrze synku, nie będę płakała."
         Pani Bytnarowa wprowadzona do pokoju siedziała na krześle przy Janku i praktycznie ból nie pozwalał jej przemówić do swego dziecka. Janek próbował mamę zagadywać. Matka odpowiadała i wreszcie sama zadała pytanie:
         - "Jasiu, ja wiem, nic nie mów. Ja widzę wszystko, widzę jak bardzo ciebie Synku męczyli. Ale Synku powiedz mamusi co cię najbardziej boli?"
         Wtedy "Rudy" pokazał mały palec u prawej dłoni, jedyny nie przedziurawiony gwoździem.
         - "On mnie Mamo boli najbardziej."
         No i potem wyobraźcie sobie, matka nie może być na pogrzebie na Powązkach. Wszystko odbywa się w sposób tajny. Dodam, że część cmentarza od strony ul. Powązkowskiej zajęta była pod groby zabitych Niemców. Nasza kwatera A-20 na szczęście była miejscem spoczynku następnych naszych chłopców, którzy zginęli w czasie okupacji a szczególnie w czasie Powstania Warszawskiego.

    
Kwatera 20A Szarych Szeregów na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach


         Po akcji pod Arsenałem wszyscy wycofali się na Starówkę. Tam zaczęli się liczyć i stwierdzili, że nie ma Huberta. Zaczął działać nasz wywiad. Co się stało? Wszedł do bramy. Co się w tej bramie z nim stało. Dochodzenie w restauracji. Stwierdzono, że z restauracji wyjechał samochodem w Aleje Szucha. No i zapadła decyzja, że pan Erwin Sommer musi dostać w łeb. Nie tylko on. 5 maja 1943 r. na ul. Mokotowskiej 6 dostał w łeb gestapowiec Schultz, który najczęściej bił Janka kijem dębowy. 26 maja na placu Trzech Krzyży dostał w łeb Lange, który bił Janka łańcuchem i wbijał mu gwoździe pod paznokcie a 18 lipca 1943 na peronie dworca w Józefowie koło Otwocka dostał w łeb Ernst Sommer, volksdeustch, który był winien śmierci Huberta Lenga.
         Panem Sommerem zajęto się szczególnie. Nasz wywiad ustalił, że łobuz ukrywa się nie w Warszawie w restauracji, a w Józefowie. Obserwowano posiadłość otoczoną wysokimi drzewami i krzewami, z której pan Sommer nigdy nie wychodził. Ale przyszedł feralny dla niego 18 lipca. U pana Sommera odbyło się wielkie przyjęcie, z wódą, z okrzykami, strzelaniem z pistoletów. Sommer był na tyle trzeźwy aby odprowadzić swoich kumpli żandarmów i gestapowców na dworzec do pociągu ale na tyle pijany, że zawiódł go instynkt samozachowawczy. Kiedy pociąg z całą pijaną hałastrą odjechał podszedł do niego Maciek Bittner i wykonał na nim wyrok śmierci. Dostał w łeb.

         Tadeusz był przebiegiem akcji tak zniszczony, że poprosił o urlop od pracy w konspiracji. Zamieszkał w Zalesiu Dolnym koło Piaseczna, gdzie wracał do równowagi psychicznej. Przeżywał strasznie to odejście Janka, te słowa profesora Manteufla w szpitalu, chciał być od tego daleko. Ale nie próżnował. Siedząc w Zalesiu pisał pamiętnik o przyjaźni z Jankiem, o planowaniu akcji pod Arsenałem, o przeprowadzeniu samej akcji. W czerwcu 1943 wrócił mniej więcej do równowagi i ten notatnik przekazał Aleksandrowi Kamińskiemu. A za miesiąc pojawiło się pierwsze wydanie "Kamieni na szaniec", którego autorem był Juliusz Górecki, był to pseudonim Aleksandra Kamińskiego. Późniejsze wydania były rozszerzane o dalsze akcje zbrojne, których było sporo.
         Tadeusz chyba przeczuwał, że zostało mu niewiele czasu i te wspomnienia powinny trafić w pewne ręce.20 sierpnia 1943, w miesiąc po ukazaniu się pierwszego wydania "Kamieni na szaniec" Tadeusz Zawadzki był uczestnikiem akcji pod Sieczychami, maleńkiej wioseczce 15-16 km za Wyszkowem. Była tam strażnica urządzona na bezprawnej granicy pomiędzy Prusami Wschodnimi a Generalną Gubernią, krajem dla zniewolonych Polaków. Spośród 59 uczestników tej akcji on jeden dostał postrzał w serce i zginął na miejscu. Ale zostały po nim wspomnienia.


Grób Tadeusza Zawadzkiego "Zośki"

         Po jego śmierci, 1 września 1943 r. zapadła decyzja, że najstarszy szczebel Szarych Szeregów Warszawskie Grupy Szturmowe przekształcony został w Oddział Specjalny "Jerzy" Komendy Głównej Armii Krajowej. Wtedy dwaj nasi przyjaciele: Andrzej Romocki ps. "Morro" i Andrzej Kuroszowski ps. "Długi" zgłosili prośbę do władz, żeby ten nowo utworzony batalion otrzymał kryptonim "Zośka". Istnieje rozkaz z 1 września 1943 r., w którym por. harcm. Ryszard Białous ps. "Jerzy" postanowił o powołaniu do życia batalionu harcerskiego "Zośka". W tym batalionie miałem zaszczyt pełnić służbę.

         Kiedy słuchacie opowieści ponad osiemdziesięcioletniego dziadka musicie pamiętać, że Staszek "Świst" nie zawsze miał siwe włosy. W 1939 r. zdał egzamin do liceum ogólnokształcącego. W 1944 założył na grzbiet mundur polskiego żołnierza. W mundurze tym paradował przez trzy miesiące przed powstaniem w lasach Puszczy Białej koło Wyszkowa. Na 3 dni przed powstaniem wróciłem do Warszawy. Przeżyłem Powstanie, byłem 3 razy ciężko ranny, cudem ocalony. Ocalony również z późniejszych przygód w Polsce Ludowej, kiedy to w sierpniu 1953 r. przypadło mi patrzeć na moja matkę siedzącą w sadzie i słuchającą słów sędziego:
         - "Skazuje się oskarżonego Stanisława Sieradzkiego za przestępstwa określone dekretem z października 1944 dla szczególnie niebezpiecznych dla Polski Ludowej na karę śmierci."
         Co ja wtedy przeżywałem, na co musiałem patrzeć. Matkę jakby obrzucił łyżką mąki. Z szatynki zrobiła się siwiutka. A ja wiedziałem, że za chwile padną słowa:
         - "Na podstawie amnestii z roku 1947 karę śmierci zamienia się na wyrok 15 lat pozbawienia wolności".
         Z tego 8 lat wypadło mi odpoczywać w "sanatoriach" Polski Ludowej, w tym 7 lat we Wronkach.
         I żeby był już komplet z tym więzieniem. W czerwcu 1956 r. siedzę już 7 i 1/2 roku. Zostaję wezwany do gabinetu naczelnika więzienia. Przywitał mnie pan prokurator, przedstawiciel Generalnej Prokuratury z Warszawy. Rozmawiał ze mną dwie godziny, zwracał się do mnie słowami:
         - "Panie Sieradzki".
         Trudno było mi to zrozumieć, bo ciągle słyszałem:
         - "Ty bandyto, ty faszysto, zgnijesz tu".
         A tu pan prokurator:
         - "Panie Sieradzki".
         Po dwóch godzinach wstaje, podaje mi rękę.
         - "Panie Sieradzki. Wracam do Warszawy i stawiam wniosek o zwolnienie pana z więzienia. Nie ma podstaw do przebywania pana w więzieniu."
         A głównym powodem potraktowania mnie jako wroga Polski Ludowej było dwukrotne pojawienie się w towarzystwie moich kolegów Zośkowców na wypoczynkach narciarskich w 1945 r. w Zakopanem i 1946 r. w Szklarskiej Porębie. Tam bandyci wyjeżdżali kontynuować wrogą robotę przeciw Polsce Ludowej.
         Od czerwca do października 1956 r. cały czas czekam na obiecaną decyzję wyjścia do domu, do kochanej mamy. Matkę , nota bene, miałem bardzo dzielną. Brała udział w strajku dzieci wrzesińskich. Kochana matka, uczyniła mnie licealistą, uczyniła mnie harcerzem. Ona najbardziej na mnie czekała.
         Tymczasem w październiku, podczas gimnastyki porannej przy oknie z kratami poczułem silne ukłucie w lewej części klatki piersiowej. Walnąłem na beton, wylała się woda z miednicy przygotowanej do mycia. Trafiłem do szpitala więziennego we Wronkach. Tam niestety miałem nieszczęście trafić w ręce złego lekarza, przychodzącego spoza więzienia. Orzekł on, że jestem po zawale mięśnia sercowego i kazał leżeć bez ruchu na łóżku. Wyleczę się jeśli będę do tego dążył i bardzo się starał. Zacząłem się stosować do jego wskazówek.
         W końcu listopada wchodzi do więziennej izby szpitalnej strażnik funkcjonariusz.
         - "Który z was Sieradzki?".
         Podniosłem rękę, byłem słaby, dusiłem się. Lewe płuco jak gdyby nie pracowało.
         - "Wstawajcie, wychodźcie na korytarz, ubierajcie się. Idziecie do naczelnika."
         - "Ja mam zakaz wstawania z łóżka. Leżę tu już miesiąc, nie podnosiłem się z niego. I nie wstanę, panie oddziałowy."
         Za parę minut przychodzi ważniejszy strażnik, przodownik.
         - "Sieradzki, dlaczego nie chcecie wstawać?"
         - "Dlatego, że mam zakaz lekarza. Jestem ciężko chory po zawale mięśnia sercowego."
         - "Wstawajcie jednak."
         - "Panie przodowniku, dajcie mi święty spokój. Ja chcę spokojnie umrzeć. Jestem po ciężkim zawale, nie przeszkadzajcie mi umierać."
         Przychodzi zastępca naczelnika pan Krzyżaniak. Mówi do mnie:
         - "Panie Sieradzki, pan musi wstać."
         - Dlaczego, panie naczelniku?"
         "Otrzymałem decyzję Sądu Najwyższego w Warszawie zwolnienia Pana z więzienia, uniewinnienia Pana, a przed więzieniem czeka na Pana matka."
         Musiałem ożyć, musiałem wstać, musiałem się ubrać. Po to aby klęknąć przed matką i stracić przytomność. Kiedy ją odzyskałem z więzienia wybiegli lekarze, ratowali. Matka pyta:
         - "Synu, co zrobimy?"
         - "Mateńko, tylko do doktora Sieroszewskiego w Warszawie. To jest nasz lekarz z czasów okupacji, kardiolog, on musi zobaczyć co z moim sercem."
         - "Dobrze synku."
         - "Mamusiu, szukaj taksówki, jak najszybciej. Nie czekamy na pociąg."
         Taksówkarz z Wronek przywiózł mnie do Warszawy na Asfaltową. Kochany człowiek, nie przyjął zapłaty za kurs.
         - "Od więźnia się nie przyjmuje."
         Na drugie piętro do profesora wszedłem o własnych siłach, co było zabójstwem. Ułożony na kozetce zostałem szczegółowo przebadany przez profesora. Pamiętam, że to było bardzo serdeczne badanie. A na zakończenie profesor zapytał mnie:
         - "Kto Panu powiedział, Panie Stasiu, że miał Pan zawał mięśnia sercowego?"
         - "Lekarz we Wronkach, który przychodził do więzienia."
         - "To nie był lekarz, to był konował. Pan nie ma lewego płuca."
         Wtedy zrozumiałem, że mnie gruźlica zjadła. A w przedpokoju profesora czeka moja mama i za chwilę się dowie, że gruźlica zżarła mi płuco. Co ja wtedy przezywałem. Jak mi było żal, że wróciłem. Dlaczego ja z tą gruźlicą wylazłem? Zapłakany straciłem przytomność. A kiedy ją odzyskałem na podłodze stały nosze a obok dwóch sanitariuszy.
         Przywiązany do noszy trafiłem do sanitarki. Samochód popędził ze mną na ul. Karolkową róg Górczewskiej. Tam przed szpitalem czekała na mnie pani doktor w białym fartuszku. Dzisiaj rozumiem, że uprzedzona przez profesora, kogo się wiezie, komu jest potrzebna pomoc. Trafiłem do roentgena, zostałem bardzo szczegółowo prześwietlony. Pani doktor usiadła na krzesełku przy kozetce.
         - "Panie Stanisławie, Pan podobno dzisiaj wyszedł z więzienia."
         - "Tak."
         - "A gdzie Pan przebywał?"
         Mówię, że w więzieniu na Mokotowie rok i 7 lat we Wronkach.
         - "Pan osiem lat siedział w więzieniu?"
         - "Tak, potwierdzam."
         - "Pan musi żyć. A za co Pan siedział?"
         - "Byłem żołnierzem Armii Krajowej, byłem żołnierzem batalionu "Zośka", byłem uczestnikiem Powstania."
         Pani doktor stanęła nade mną.
         - "Panie Stasiu, a może znał Pan w batalionie "Zośka" chłopca o pseudonimie "Kuba"?"
         To ten bohater spod Arsenału, mój dowódca plutonu w czasie Powstania. Nie wiem do kogo wypowiadam dalsze słowa.
         - "Pani doktor, "Kuba" to był Konrad Okolski. Widziałem jego śmierć 11 sierpnia przy ul. Kolskiej przy Spokojnej na Woli. Widziałem jak "Kuba" umierał".
         I wtedy usłyszałem tylko płacz mój i pani doktór. Bo to była Halina Okolska - siostra "Kuby".

         Przeżyłem, aby po latach założyć mundur harcmistrza. Dużo działałem w harcerstwie, wielokrotnie spotykałem się z młodzieżą. Teraz trochę przysiadłem.


Stanisław Sieradzki


     

Stanisław Sieradzki
sierż. pchor. Armii Krajowej ps. "Świst
zgrupowanie AK "Radosław
pluton "Felek" kompania "Rudy" batalion "Zośka"


Copyright © 2006 Maciej Janaszek-Seydlitz. Wszelkie prawa zastrzeżone.