Powstańcze relacje świadków

Powstańcze wspomnienia Henryki Zarzyckiej-Dziakowskiej

Powstanie Warszawskie 1944




Henryka Zarzycka-Dziakowska,
ur. 10.11.1927 w Warszawie
żołnierz AK ps. "Władka"
łącznika-sanitariuszka batalionu AK "Parasol"
ciężko ranna 28.08.1944 ul. Długa
Szpital Jeniecki Stalag IVB Zeithein
nr jen. 299838







Pamiętnik z powstania


    


         1 sierpień 1944 r.
         Godzina W - jestem na ul. Boduena 6. Czekam na brata, Mariana - nie przybywa. Przedtem pożegnania w domu z Mamą. Mama zszokowana wypadkami dnia i nie chce mnie zrozumieć i cierpi, jest chora. Czuję się winna, zastanawiam się jak mam uczynić - Ojczyzna - to zwycięża. Biegnę, że nie czuję nóg, lecz jakby skrzydła.
         Pierwsi ranni, urwana dłoń, poharatana noga i czuję mdły zapach krwi, słabo mi, znów pojedyncze wystrzały - nasi biją Niemców. Oni trzymają się na Placu Napoleona, poczta w naszych rękach. Spotykam dziewczęta, padają pytania, skąd jestem, zgrupowanie, odpowiadam, że tu czekam na swoich. Na to jedna z sanitariuszek powie - "Jak to, koleżanko, czekać się nie godzi wam, powstanie w toku, chłopcy giną, ranni łakną pomocy". Zrozumiałyśmy się, odpowiadam szczerze "Strasznie podoba mi się pani". Pocałowała mnie i powiedziała: "Chodź mała" i poszłam.


    


         Godz. 4 w południe. Jestem na Boduena! Mama czuje się lepiej. Powstanie wybuchło, muszę się spieszyć do swoich, ojciec zabronił. Mimo przysięgi danej ojcu, że nie wezmę udziału, ja pójdę na pewno! Powiedziałam, że od dziś nie mam domu, trudno, może się ojciec mnie wyrzec, za dużo i za bardzo czuję i kocham. Stoję w bramie z chłopcami, mają jednego PM i KB, Niemcy głupieją. Przed chwilą szedł patrol i wywiązała się strzelanina. Pomału dom po domu, ulica po ulicy zostają opanowywane przez chłopców. Niemcy walą z Poczty Głównej. Mają działko, walą i jest ich tam wielu. Ja włóczę się od jednych chłopców do drugich, przyglądam się i pomagam.
         Bardzo podoba mi się młodziutka sanitariuszka "Hajduczek", zwróciła mi uwagę na moje włóczęgostwo i wypytała się o zgrupowanie. Dowiedziałam się, że w nocy może się spotkam ze swoimi, gdyż pogubieni, tu się mogą formować. Tymczasem przystałam do niej i pomagam opatrywać rannych. Straszna była pierwsza chwila - gdy zobaczyłam urwaną dłoń, morze krwi i bladą twarz rannego...

         2 sierpnia
         Noc koszmarna, czarnymi nietoperza skrzydłami przyczajona, a za nimi śmierć. Śmierć czyhająca tu na każde z tych młodych istnień. Ona to właśnie roztoczyła swą opiekę nad nami. Budzę się: "Moje miłe" - słyszę głos porucznika. "Czołg na Szpitalnej i należy go sprzątnąć, prawda?" Potwierdzamy, nie zdając sobie sprawy z niczego. Zbiegam ze schodów, tam gotują banie z benzyną, denaturat, nafta, nalewamy do butelek i mieszamy, aby szybciej. Coraz bliżej słyszymy złe pomruki "tygrysa". Rozkaz - szybko na górę butelki, tupet nóg, prędzej. Podjeżdża, jest pod balkonem. Silna ręka wyrzuca 1-szą butelkę, 2-gą, 3-cią, a za nią wyciągają się inne, słabe, dziecinne i znów silne, i dziewczęce, czołg zniszczony, płonie, czyja butelka trafiła, nie wiadomo. Strzały, działko niemieckie na poczcie wyrządza nam dużo krzywdy. Zginął kochany, uwielbiany porucznik "Ryś", "Szary" i inni. Ona, moja miła sanitariuszka, była narzeczoną pierwszego z nich. Płacze, przytuliła się do mnie, w jej ręku błyszczy złoty medalik - to od jego matki, jedyny syn, taki kochany chłopak, mieliśmy się pobrać. Pocieszam ją: Ojczyzna wymaga od nas tych ofiar. Boże - słyszę szloch i skurcz tej biednej twarzy, krzyk kobiet, że na dachu, ten przy maszynowym ranny i podobno bardzo. Biegniemy na dach. Mężczyźni jednak pomogli nam i znieśli go z dachu. Potem podarto prześcieradła i opatrzono go. Jednak biedny konał. Przyglądałam się, a serce bolało.
         W nocy była bieganina, byłam na linii i znosiłam rannych.
         Spotkałam "Niuśkę" i postanowiłyśmy obydwie szukać naszych. Pożegnałam się z Mamą, tymczasem pomagałam chłopcom w naszym domu. Jest straszna i wspaniała walka. Od 5-tej rano nalewamy butelki z benzyną i naftą, a potem na balkon i na czołgi. Co za szaleństwo, czołg pod bramą unieszkodliwiony, Niemcy się spalili. Podaję broń i jedzenie chłopcom. Troszkę myślę o ojcu i Marianie, mama ma opiekę. Postanowiłam walczyć, tak jak oni i wszyscy, z którymi jestem.

         3 sierpnia
         Tu nie mam co robić, jestem jakby przybłędą, tak to odczuwam. Porucznik zauważył mą stroskaną minę - pyta się - odpowiadam, że moim obowiązkiem jest odnaleźć swoich, gdyż oni są zupełnie bez pomocy sanit. i etc. Przyznaje mi rację - żegnam się, wymaga ode mnie powrotu, nie przyrzekam, wyciągają się przyjazna dłonie - kolegów-żołnierzy - Czołem - odeszłam, a ze mną koleżanka "Niuśka", szczupła, blada dziewczynka, dziękująca Bogu, że mnie spotkała. Pod murem przemykają się dwa cienie, należy szybko przebiec Marszałkowską, za nami strzały, to nic, już Złota. Placówka nasza - Chłodna 18.
         Jest daleko, tu gołębiarze utrudniają drogę - tam i tu nie wolno - ostrzał. Moja koleżanka jest wytrwała, cieszy mnie to bardzo. Ulica Leszno - czołg bije na Chłodną - stanowczo dziś nie przejdziemy. "Niuśka" omal nie płacze. Jestem zdenerwowana, nocujemy na punkcie sanitarnym. Spotykamy tam dwie koleżanki z oddziału i jednego kolegę. Dostajemy dobrą kolację, wspaniałe spanie czterogodzinne na czwartym piętrze, a później marsz - idziemy na Wolę, zebrała się nas duża gromadka, sam "Parasol" i jest wesoło. Jutro akcja.
         Przykro mi i szaleję z rozpaczy, nieuważnie zbiłam butelkę z benzyną, nie wybaczę sobie tego marnotrawstwa.

         4 sierpnia
         Jestem na kwaterze - straszna ulewa. "Okropny deszcz - narzeka porucznik "Mirski" - nie ma III Kompanii". Jest masa koleżanek, każda była w akcji, są bardzo. równe, ucieszyły się naszym przybyciem. Nie mają do nas: jeszcze zaufania. Wyczuwam potrzebę tzw. chrztu ogniowego, czujemy się nieswojo. Naszych chłopców nie ma, koleżanek także, jesteśmy zżyci z nimi. Pierwszej Kompanii również nie ma, "Są w akcji, w Śródmieściu. Jutro może wszyscy przybędą" - tak powiedział "Mirski".
         Chłopcy z II-giej Kompanii odbili magazyny z mundurami, są kurtki, wspaniałe tygryski-spodnie. Przebieram się, naciągam opaskę i staram się o przepustkę na miasto. Chcę iść, pożegnać ojca, melduję o tym dowódcy, porucznikowi "Mirskiemu". "Dobrze, idź dziecko, tylko uważaj" - spojrzał się szarymi oczyma ojca. Jego powaga była dla mnie dziwna, miał 22 lata.
         I znów biegnę pod murem, przebiegam plac Kercelego. Kule gwiżdżą, tłumaczę sobie, że przecież mnie nie trafi - później Leszno, Ogrodowa, należy przejść spalonym domem. Jestem dumna, jest mi szalenie przyjemnie, bo przecież mam wytworny mundur, opaskę z wszelkimi numerami i stemplami. Wyglądam na chłopaka, bo ktoś mnie klepnął dość mocno przez plecy, biegnę dalej. Plac Kazimierza - spotykam ojca w bramie domu.
         "Henia! wiedziałem, że tak będzie - spojrzał się na opaskę - nigdy nic nie powiedziałaś, dobrze się konspirowałaś. Przyrzekłaś mi pilnować domu". "Ojcze, tak być musiało - wybacz, Ojczyzna pierwsza, ja do domu już nie wrócę - mama ma opiekę, pragnę Twego błogosławieństwa". Przysunąłeś mnie, ojcze, do swego serca, cierpiałeś - "Szkoda by Cię było córko" - tak powiedziałeś. "Czołem!" - zbiegłam po schodach, ktoś wołał, płakał, nie wiem, to było nieważne.

         5 sierpnia
         Melduję się w dowództwie, wróciłam. Rozkaz zameldowania się w kwatermistrzostwie. Obejmuję opiekę wyżywienia kolegów. Godzina 12-ta, trzeba przynieść zupę z kuchni, wieczorem kawę i starać się o konserwy, chleb i gdy dowódca wyznaczy - na linię.
         Chłopcy wrócili: jest Jurek ("Spokojny"), Czesław ("Madziar"), Staszek ("Bolek"), Jureczek, na czele "Mors", "Słowacki" i inni. Organizuje się świetny opych. "Niuśka" jest zmartwiona, nie przyszedł jej ukochany chłopiec, Szarak - dowódca naszej drużyny, został ranny, do akcji niezdolny, szkoda go, jest nam przykro. Kochany kolega, tak pragnął powstania - marzenie zrealizowane stało się cierpieniem. Pocieszamy "Niuśkę", że niedługo do nas wróci - bo to przecież tylko noga.
         Są koleżanki z Kompanii, chwilowo tylko "Jana" i Krysia. Organizujemy jedzenie, chłopcy idą do akcji. Godz. 8, zmierzch, silny napór "tygrysów", atak, czołg - Młynarska, nasza kwatera - ul. Gibalskiego.

         6 sierpnia
         [Wyznaczono mnie pilnować jeńców niemieckich. Jest nas trzy (młodziutkie i szczuplutkie), mamy broń. Smutne, ale nie wiem, czy bym się tak szybko zdecydowała i w razie niebezpieczeństwa strzeliła dobrze. Jeńcy leżą spokojnie. Prawie wszyscy są ranni, nie zdradzają chęci awanturniczych. Śmiesznie muszę wyglądać, wobec takich chłopów - straż - dziewczęta. Przechodzę wzdłuż sali, czuję uważne spojrzenia, wszedł doktor "Maks", obejrzał rany, wydał zlecania. Po jego wyjściu jeden z jeńców poprosił, czy może ze mną kilka słów zamienić - zbliżyłam się. Niemiec dziwnie poważnie i z litością na mnie patrzył, poprosił o zapałki, zapalił papierosa, podziękował. Miał dobre oczy. Zdenerwowałam się (pomiędzy wrogami też znajdują się ludzie), ale ja ich wszystkich nienawidzę, za wiele cierpieliśmy, a on o tym wiedział.]
         Nasi biją Niemców, chłopcy z butelkami poszli na czołgi, bezbronny człowiek wstrzymuje napór zmotoryzowanej armii. Duch zwycięża żelazo i stal. Jest dużo rannych, udzielamy pomocy sanitarnej - również rannym i jeńcom niemieckim. Atak sztukasów niemieckich na Wolę, schodzimy z 3-go piętra na parter, śpiewamy szturmówkę, budynek się trzęsie, rzucają duże bomby. Zdajemy sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale jest wesoło, nie damy się. Chłopcy wyłapują tzw. gołębiarzy, są to Niemcy, najczęściej volksdeutsche, mordujący z ukrycia naszych żołnierzy. U stawiamy pod ścianą i jest nam szaleni przy jem- j nie, otóż patrzcie, w taki sposób mordowaliście tysiące polskiej patriotycznej młodzieży i ludzi wartościowych. Poznacie na własnej skórze nasze cierpienia. Tak mówiły j nasze usta, to wyrażały płonące oczy i rozgorączkowane i twarze. Nastąpiła seria strzałów ponad głowami, za dwie minuty znów seria i znów strzały, potem pojedyncze rozstrzeliwania - wszystkich tych, których złapano z bronią w ręku przeciw Polakowi-powstańcowi. "Uwaga lotnik!" - kryjemy się, maskujemy samochody, rzucają, ale nie bomby lecz ulotki, chcą byśmy się poddali, grożą, że wyginiemy. Nie straszna nam śmierć, śmierć żołnierza na polu chwały jest piękna. "Polsko, dla ciebie oddamy ostatnią kroplę krwi".
         Ranni, czuję ich cierpienia, mam chaos w głowie, jutro chcę pójść na linię, muszę być silna fizycznie i duchowo. Boże daj mi przezwyciężyć wszystko (siebie), przecież to dla niej, dla Polski.

         Noc z 6 na 7 sierpnia
         Szpital św. Łazarza płonie. Leszno - tam nasze jednostki przetrzymują silny napór Niemców. Ukraińcy mordują ludność cywilną, nie mówiąc już o bestialstwie nad powstańcami. Jesteśmy w silnym ogniu, nie tylko dział (armat, czołgów, przeciwpancernych), w ogniu palących się budynków. "Kąsamy wilka kłami, ale już poranionymi".
         Cmentarz Kalwiński - "Cześć bohaterom tam poległym" - "Parasolarzom" - słyszę głuche jęki, świst rozrywających się pocisków. Koszmarne widziadła, widzę drzewa straszące swym istnieniem, groby i trupy. "Sanitariat!" - to krzyk o pomoc - biegniemy schylone - tu ktoś leży - czy kolega nie wstanie? Odpowiedź: nie mogę, ściągajcie mi buty. Jedna przecina but, szybko założony prowizoryczny opatrunek i na nosze, transportujemy do szpitala. I znów biegniemy w wiecznym pędzie pomocy, pod gradem kul, sypią się odłamki, jedna z nas zabita, są dwie ranne. Dowódca ciężko ranny - przygnębiająca dla nas wszystkich wiadomość - jest w ogóle masa rannych i zabitych. Sieką z granatników, moździerzy. Grupki naszych chłopców chowają się za drzewami, a znajdują schronienie w grobach. Wycofujemy się schyleni, skrwawieni, z rozpaczą odchodzimy od naszych stanowisk. Niemcy podpalają nasze koszary, już tam są i oświetlają drogę, rzucają pociski świetlne - macają nas nielicho. Pada rozkaz - "baczność", ostrożnie i cicho wchodzimy za m>i/ury Getta. Tyły obstawiają chłopcami z mojej drużyny, modlę się, żeby wszyscy wrócili. Jest odpoczynek pod murem - zasnęłam.




         To był dzień i noc potwornej walki. W dzień straszny r atak czołgów. Z jedną butelką - ginęły dziesiątki młodych ludzi, ale wiadomo, mieliśmy ogień w Żyłach, a serca dumne, opanowane jednym szalonym entuzjazmem.
         W nocy straszne bombardowania i ostateczne zrezygnowanie i wycofanie się z Woli. Jedna z najbardziej krwawych nocy - 7 sierpień - walka na bagnety i pięści z Niemcami. Przeżywam strach, boję się być schwytaną przez Niemca - koniecznie umrzeć. Musieliśmy uciekać, bo za nami Niemcy zakuci w żelazo po zęby, a ludzi przecież trzeba ratować, bo powstanie musi trwać. Wywieźliśmy rannych. Dowódca ciężko ranny w lewe ramię. Objął dowództwo "Jeremi". "Zabawa" był bardzo dzielny, zachrypł i oślepł od tej walki w kurzu i strasznym huku.
         Płonie - zastanawiam się, czy cała Warszawa w tej chwili spływa krwią na ziemi i niebie. Czy tylko ta Wola najwięcej cierpi, a my jesteśmy tymi krwawymi ofiarami. Przed chwilą przeżyliśmy straszne bombardowanie, cały czas byłam na parterze, uparłam się, że nie zobaczą mnie w piwnicy. Niezliczoną ilość bomb rzucono, ale żadna nic mi nie zrobiła, a cały czas myślałam sobie: "no to najwyżej". Z każdą bombą, która trafiała w budynek i niszczyła jego część, w nas powstawał dziwny upór i zadowolenie. Zaczynaliśmy śpiewać coraz to nową szturmówkę, towarzyszyła temu ogólna wesołość, śmiech z Niemców, że nam na pewno nie dadzą rady.
         Wychodzę z rozkazem, tylko na drugą stronę ulicy, słyszę ciche kroki, odskoczyłam i oparłam się o mur, bo coś dziwnie mi się wydało - bzz - odprysk muru i bzz - i tuż nad samą głową. O, gorzej, chcą mnie zabić, cofnęłam się i schowałam we wnękę. Po jakimś czasie wysunęłam się- i pędem do dowództwa, a potem do chłopców, żeby ściągnąć tych podłych skrytobójców.

         8 sierpnia
         Kryć się, lotnik - nie mogę rozprostować zmęczonych kości. Jesteśmy zgnębieni - nie wierzymy, lecz ufamy, to mówią nasze oczy, usta zaciśnięte, jesteśmy opanowani. Kryjemy się w pobliskich barakach żydowskich - są tam straszne wszy. Nie można wyjść. To było okropne, wstrętne robactwo wciska się za kołnierz, wchodzi pod skarpetkę. Melduję, że jest mi wszystko jedno, ale w baraku siedzieć nie będę, to samo zrobili inni, ułożyliśmy się w rowach - nie zauważono nas z góry. Marsz, idziemy, I. idziemy zgnębieni, strudzeni. Są placówki naszych chłopców, to nas pociesza - wchodzimy na Stare Miasto. [Teraz, gdy minęło już wszystko, widzę dokładnie, jak wiele to miasto krwawe dało z siebie nam. Jakże zazdrośnie kryło wiekowymi murami tych szaleńców, którzy przerywali zasłony, chcieli światła. Stare kamienice, które zrozumiały nas, pamiętały one czasy świetne, mocarstwowe, chciały widzieć podobne. Zniszczono Cię w jedną ruinę i zgliszcza, ale w naszych duszach i sercach pozostaniesz nieśmiertelne, ukochane serce Ojczyzny - Stare Miasto.]

         9 sierpnia
         Kwatera Freta 10. Jesteśmy potwornie zmęczeni i głodni. Spać się chce strasznie. Ksiądz salę kinową kościoła przeznaczył dla nas, jest nam miło, pijemy kawę. Ktoś możliwie gra na fortepianie angielskie szlagiery. Jest zupełne rozprężenie, nie ma dowództwa. To jest punkt zborny, poszukujemy się wzajemnie. Przepustkę na całe 24 godziny, a więc odchodzi szaber. W fabryce cukierków zakupujemy 15 kg. cukierków, po cenach powstaniowych, po 50 zł. Ludzie wiwatują, zapraszają do siebie, do domów, my oczywiście korzystamy z okazji, objadamy się na zapas. Jestem w przemiłej gromadzie - "Spokojny" - "Madziar" -Bolek - Heniek, "Niuśka", w piątkę chodzimy po mieście, maszerujemy z minami generałów, a ledwo możemy poszczycić się [ stopniem] starsz. strzelca. Z szacunku do Heńka, zrobiliśmy go panem podchorążym. Pan podchorąży śmiało wkracza w domostwa, zapraszany przez gawiedź przemiłych starowiaków. My za nim - jego drużyna. Dla p. podchorążego wino, ozorki i etc. Pan podchorąży wówczas głosem donośnym mówi: "No, chłopcy, razem na barykadzie, to i wspólnie jemy". Udajemy wdzięczność, świetnie się tym bawimy, dusimy się za śmiechu. Chłopcy są przemili, dowcipkujemy, jest wesoło. To był cichy dzień przed burzą.

         10 sierpnia
         Apel, baczność, ustawiamy się w szeregi. Chłopcy, za nimi dziewczęta. Maszerujemy do kościoła - wyglądamy pysznie, głowy podniesione, śpiewamy szturmówkę. Ludzie zadumani, ale i z wielką troską przyglądają się tej armii dzieci - tu wszyscy są młodzi, lat 16, 18 do 24.
         Modlę się, tak mnie coś dławi w gardle, myślę o mamie, o moim domu, o tym, czy wszyscy żyją. Boże - pomóż nam! Błagamy Cię Panie. Przed Twym majestatem uginamy kolana w pokorze. "Ojczyzny wolność racz nam wrócić Panie." Wychodzimy z kościoła, śpiewając "nie damy ziemi skąd nasz ród..."
         W kwaterze odpoczynek, później musztra. Nie cierpię musztry, jestem zdania, wygłaszanego z ironią, że tylko kobiety powinny być w wojsku, gdyż są do niego stworzone (stawiam tu siebie jako przykład), co jest śmieszne na te trudy wojenne, to nie dla kobiet, o nie, to jest wielkie: morderstwo.
         Pociski zasypują ulice miasta, ludzie pomagają nam budować barykady. Wszyscy są zdenerwowani, chłopcy rwą się do akcji, Niemcy zaciskają pierścień, ustawiają r działa i miny. Zaczyna się piekło. Ja biegam z mało ważnymi rozkazami z naszej kwatery na linię. Nie chcą nas jeszcze wziąć w bój, uważają, że jesteśmy wyczerpani, no i rozbici, oszczędzają, mówią, szalenie młodzi! Ale to wyczekiwanie jest gorsze.

         12 sierpnia
         Kolega Wacek wystarał się o przepustkę na 3 godziny do domu. Powiedziałam, że pójdziemy tu, na Stare Miasto, ale przedsięwzięliśmy śmiały plan przedostania się na Boduena, do domu, dręczyło mnie, martwiłam się, co jest z mamą, czy żyje. Przedostaliśmy się Bóg wie, jaką drogą i piwnicami pod mocnym ostrzałem. Mama zdrowa, była wielka radość, płacz i błogosławieństwo mojej mateczki. Odchodząc spotykam jego (pana W.) [moją sympatię].

         14 sierpnia
         No wreszcie "Spokojny" postarał się, że jestem przydzielona do Pałacu Krasińskich. Tam zgrupowane są nasze parasolowe najdzielniejsze oddziały. Wprost ze szczęścia wychodzę z siebie. "Zabawa" pokrzyczał, nawymyślał od smarkaczy, którzy się pchają, a w gruncie rzeczy to dobry chłop, wiem, że mnie bardzo lubi, a przeklina, a wymyśla, że hej. Mówi, że ni to ni owo przyjął, a teraz ma zmartwienie, że nie podołam, i że szkoda itd. Mówię mu, nie martw się stary. Wymyśla wtedy od bękartów i od innych brzdąców.
         Tu jest życie. Oprócz naszych chłopców przemiłych, są z innych kompanii b. sympatyczni. Jest nas trzy przydzielone do naszej drużyny, ogółem jest 8 dziewcząt - to jest III kompania [por.] "Lota". Wszystkie są bardzo morowe, takie nasze, przypuszczam, że są dzielne, w tym trzy wykwalifikowane sanitariuszki: "Ada", "Lucyna", "Wacka", Ewa, ja, "Niuśka", "Waligóra" (przybyła później z innej kompanii) - głównie łączniczki. Jest jeszcze "Hanka", "Jeanetta" i "Janka". Wchodzimy do Pałacu. Witają nas chłopcy. Stara wiara, cieszymy się wszyscy sobą - jesteśmy przecież tak zżyci, tyle niebezpieczeństw przebyliśmy.




         Jeszcze z nich prawie wszyscy żyją, a już mamy za sobą nie liche boje. Radio mają, patefon także tam gdzieś brzęczy, ale najważniejsze to jedzenie - mamy chleb, chłopcy - konserwy. Opychamy się. Pan porucznik wyraził chęć zapoznania się z nowymi parasolkami. Stwierdziłam, że nasz dowódca jest b. przystojny, młody, troszkę dziwny, musi być dobrym dowódcą, bo jest bardzo stanowczy. "Moje panie - mówi - jak wiecie, przyszłyście na linię, tu nikt nigdy nie ma wolnego czasu, tu wciąż obowiązuje karność i ciągłe rozkazy, każda na moje życzenie musi być sanitariuszką lub łączniczką, zależnie od momentu czy okoliczności." Potem, była musztra, która nas na szczęście nie obowiązywała. "Grzmot" popisał się swoją niezdarnością. "Lot" kazał mu 10 razy: powstań, padnij. Zdenerwował się i powiedział, że każdemu, kto uchybi, gorsze kary zada. Dali nam nowe mundury, a w nocy upał, odpoczywamy na zapas, objadamy się, nie ma humoru - troska.

         15 sierpnia
         Już się ściemnia, gorączkowy pośpiech.
         - Gdzieś postawił moje kb? Oddaj pożyczone pestki Visa, 9-tki. Halo! Wziąć filipinki, czy są jeszcze niemieckie, ty oddaj to, ja dostałem je, ja pierwszy znalazłem, ktoś krzyczy, śpiewa, denerwuje się. Ja oparłam się o ścianę i słucham.
         Tadeusz prosi mnie o przyszycie odznak, ktoś inny częstuje cukierkami, pytają się, czy mam swój ekwipunek, jodynę, bandaże, gdyż sanitariat coś daje. Baczność! - cisza - szmer oddechów, stuk butów na spocznij - stoimy w równym szeregu - odlicz, a potem, czy wszyscy - silne głosy (jestem) wzbijają się w amfiladę sal pałacowych, patrzą na nas portrety, oczy obrazów wbijają się w nas, przenikają tępym wzrokiem, chyba jakimś nieludzkim. Chcę strzelać do tych oczu, one nam ubliżają. Noc, czarna noc - na parę kroków nic nie widać. Jesteśmy za parkiem pałacowym. Co chwila ponad głowami przeleci świetlisty pocisk, co chwila potworną ciemność rozedrze jasna smuga rakiet, to znów trajkot karabinu ma- szynowego lub przeraźliwy wybuch granatu. Cichym głosem porucznik wydaje rozkazy. Chłopcy podzieleni na odcinki, są dwie łączniczki - jedna wzięta z końca szeregu i z początku. Ja w grupie sanitarnej, zostajemy na końcu, w miejscu umówionym czekamy na wezwanie. Muszę sama dźwigać nosze, nieprawdopodobnie są ciężkie, oprócz tego Heńka naboje, zapasowe spodnie i moją pięciokilową torbę sanitarną i darowanego visa. Posuwamy się wzdłuż ulicy Nalewki, jesteśmy na Stawkach, my postępujemy na tyłach. Weszliśmy im porządnie na kark, wycofują się ze swych pierwszych stanowisk, silnie się ostrzeliwując, posyłają co chwila serię z granatnika, przy tym dalsze stanowiska niemieckie oświetlają przedpole, nie możemy wykorzystać chwili, bo wysieką nas. Chłopcy rozpaleni chcą iść do natarcia. Biały domek naprzeciw Franciszkańskiej wciąż rozbłyskuje światłem mordercze- go ognia, oprócz tego strzelają różnokolorowe rakiety, dają znaki pozostałym stanowiskom, zresztą widzą nas, mają punkt obserwacyjny. O! Są już za nami. Nam co chwila wprost na łeb spada granat, do tej pory ani jedna ranna i wszystkie potłuczone. Ręce mam do krwi poranione o kamienie, skórę pozdzieraną. Uwaga! ogień nieprzyjacielski skierowany w naszą stronę, wciskamy się w cegły, w kamienie, głowę włożyłam pod cegły, nie widzę, co robią inne. Próbuję przypomnieć sobie melodię niektórych piosenek o śmierci. Myśleć nie chcą i nie umiem, bo przecież ja żyć muszę, i trzask, i znów to samo, i tak co chwila, a potem tr-ta-ta i świetlista smuga rakiety. Ogłuszający huk raz po raz - jestem głucha. Zastanawiam się, czy wciąż jeszcze w naszą stronę biją, czy może już nie (w uszach dzwony, szum). Ktoś mówi, chyba krzyczy do ucha - krew, ktoś z II-giej, więc nie od nas - jodyna, zbiłam jodynę, wobec tego bez, mam spirytus na szczęście. Drobne rany z granatnika: nogi, piersi, pomaga mi "Niuśka", a my dwie pomagamy naszemu asowi - "Lucynie".
         Jestem w pałacu z rozkazem - dekownicy są w piwnicy, słuchają radia, mówię: "potrzeba kilku dobrze strzelających z rkm-u". Odpowiedź: "wszyscy słabi - więc kto?". Jestem zła, widzę kilku zdrowych poruczników, ale oni zajęci - mówią. Trzeba pomocy! Chcę krzyczeć - nie można, bo do kogo? Widzę wylęknione i głupie oczy. I znów park, co chwila trzaśnie granat, odłamki pac, pac, gorące, mundur męczy, biegnę, potykam się o kamienie, a trzeba tylko po kamieniach. Składam raport - "wytrzymamy". Mamy podzielić się na partie, "nie potrzeba wszystkich męczyć" - powiedział porucznik. Jestem w 3-ciej partii, co dwie godziny zmieniamy się. W mojej zmianie jest nas cztery: "Ada", "Lucyna", "Hanka" i ja, siedzimy w parku pod drzewkiem. "Ziutek" zjawił się, zabawiając nas niezbyt towarzyską rozmową. Prosiłam go o przeczytanie nam wierszy, uznał, że nie ocenimy w należyty sposób jego "mozołów", więc namówił nas strzelać do celu. Dwóch starszych świetnie celowało, "Ziutek" najlepiej. "Ada" nieźle, "Lucyna" wcale, ja nigdy nie trafiłam. "Ziutek" obiecywał podarować mi parabelkę, chcę 9-tkę, bo to już poważniejsza broń.
         Nasza zmiana. "Ziutek" obiecał przyjść do nas na linię, żeby nam było wesoło.




         16 sierpnia
         Biegniemy, szybciej, ktoś woła - krew, strumień krwi - rynsztokami kałuże krwi. Pomocy! blada twarz - nerwowy skurcz ust - "gdzie dostaliście kolego?" - ramię, biodro broczy - klękam, rozcinamy, przemywamy, bandażujemy - nosze - nie ma. Jest nas trzy szczupłe, słabe, nie możemy unieść rannego. "Ziutek" (od nas) z "Bolkiem" przyszli w samą porę, zanieśli na punkt sanitarny. Za chwilę znów opatrujemy - nogi, ręce, głowę. Miałam 3-ech ciężko rannych i 2-óch lekko - zmiana - czołgamy się - na wprost Franciszkańska, oświetlają. Jesteśmy w pałacu - usnęłyśmy nie słysząc już nic, głuche na jęki tych, którzy tej nocy zginęli i tych, którzy łaknęli pociechy, pomocy.
         Utrzymaliśmy dwa dni i dwie noce odcinek od Pawiaka, Nalewki, Stawki, po Świętojerską. Jedno z największych natarć niemieckich sztukasów, moździerzy i działek.

         17 sierpnia
         "No, banda, kto z was pożyczy? Jutro oddam. Zabiję paru i nie będę z wami gadał. Do 9-tki masz Jurek? Władka, królewno, uszyj worek. Mam parabellum, nielicho wali. Jak przyjdziesz na linię, to ci dam postrzelać." Tak mówił Tadeusz, miły chłopak, w chwili, gdy wszyscy byli zdenerwowani, krzyczeli lub milczeli zacięcie. On był wesoły i pogodny, zadziwiał swym spokojem. Idziemy do natarcia - ilu jest zdrowych? 20-tu - opowiedział Jurek.
         Wróciło 18-tu żywych. Tadeusz już nie żył, jego braciszka Jureczka nie odnaleziono, zginął bez szczątków.
         [W tym czasie przebywałam w rejonie Wytwórni Papierów Wartościowych, która ostrzeliwana przez artylerię: niemiecką, w toku krwawych walk, przechodziła wielokrotnie z rąk do rąk.]

         18 sierpnia
         Słońce pali, dlaczego tak mści się także i to słońce, grzejąc nasze rany.
         Ze Szpitala Bonifratrów Niemcy biją. Cały park posiekany, naprawdę ryzyko przechodzić, ale to tchórzostwo, no najwyżej wiem, że zastanawiać się nie wolno.
         Moja zmiana. Biegnę z "Adą", schylone, zmęczone, słyszymy jęki, o - jest kilku rannych i to nawet ciężko. Jakiś nieznany kolega pada - dostał w pierś, podchodzę, rozcinam koszulę, strasznie krwawi, już kona. Ktoś daje znaki, że widzą, że trzeba się schować. My nie słyszymy, mamy trzech umierających, trzeba ratować. Trzeba pomocy, patrzymy na siebie zrozpaczone, obydwie szczupłe i pewnie słabe, nie podźwigniemy. Błagam chłopców z l-go piętra, broniących z Opieki [społecznej; domu]. Dwóch młodych decyduje się, schodzą i dźwigają do szpitala.
         W tym parku już nie ma liści, zupełnie jak zimą, jakie to fantastyczne, że to sierpień. Według mnie to już powinien być grudzień. Każdy dzień podobny okresowi [całego] miesiąca, a to pewnie połowa sierpnia. Cały dzień i noc biegasz, aż zmęczenie da za wygraną i śpisz tak mocno, kiedy jest wszystko jedno, biją czy zabiją, aby wytrzymać. Wszystko jedno jak, pod murem, czy na barykadzie. Dzisiaj wróciliśmy bardzo skrwawieni, ręce mam pokaleczone odpryskami. Jest mi wszystko jedno, pewno dzień będzie wolny, a może i noc. Muszę spać - najważniejsze, a potem na miasto urwać się na jakieś jedzenie, bo nie dam rady tak biegać dwa dni, piję wodę i jem tylko cukierki.
         Och, co za bieganina i nieprzytomność od rana. Prawda, robimy szturm - wiwat. Każdy zgorączkowany, szykują ładunki. Jana przyleciała pół żywa, Mors ranny, gdzieś tam leży. Ona to w ogóle jest wariatka, histeryzuje, bo za- kochała się w nim. Tu nie ma żadnych rozpaczy, dziś giniemy, lub Niemców wypieramy z parku, tam het daleko. Uwaga! Gotowi! Hurra, niech żyje. Pędzimy - ja, "Wacka", "Lucyna" - za nimi, pewno zaraz po łokcie będziemy we krwi. Oho, już sieką, tra-ta-ta. Heniek dostał w pierś, biegnie jak wariat, mówi, że nie chce naszej łaski i sam się wyrywa do doktora. "Spokojny" dostał w piętę, to powierzchowne, jeszcze kilku z naszych, jeden w płuco. Ja cała, "Wacka" w pośladek. Same kaleki - nikt nie zginął. Niemcy zostali, tam gdzie siedzieli. Wykurzymy ich jeszcze, nas zdrowo popamiętają. Powściekali się Niemcy, mało się nas boją. Mamy w swej mocy pół Getta, a oni każą nam się poddać, na placu Krasińskich wrzeszczą ze szczekaczek: "Parasole, chłopcy od Parasola, uspokójcie się, wyjdźcie z białymi chustkami, a wszystkim podarujemy życie". Co za plugastwo, chłopcy w odpowiedzi wyszli z naszym historycznym parasolem i śpiewali bojówkę: "Chłopcy silni jak stal... drwimy już chyba z całego świata i walczymy do śmierci każdego z nas". Dziś do południa, ani krowa nie zawyła, sztukasy grzecznie obrzucają nas ulotkami, ze słowami - "Poddajcie się", a my nic, tylko w śmiech. Nasza kompania obejmuje front. Jest wesoło jak nigdy. Niemcy cicho siedzą, to i my też.




         Godzina 3 w południe. Atak wściekłej i zmechanizowanej niemczyzny na całe Stare Miasto. O, Krwawimy strasznie. Ja to chwilami w ogóle nie wiem, czy już jestem duchem, czy upiorem krwawym. Obryzgana jestem krwią, od łokci po kostki. Co chwila błyśnie kask niemiecki, o, tuż-tuż. Niezastąpiony "Kier" ma pole do popisu. Siedzę przy "Spokojnym" i "Madziarze". Jak to fajnie. "Gąsior" co chwila daje mi strzelać. Czesiek ["Madziar"] dowcipkuje. Niemcy mają humorystyczne pozy - o kilka metrów od nas leży kilku, jeden co chwila konwulsyjnie drga. Ktoś bardziej litościwy chce posłać serię w ich kierunku, nas mało to obchodzi, widzimy co chwila innych, pełzających pod naszą barykadę i co chwila nam nad głowami rozpryskuje się granat. Oho! "Ada", "Lucyna" mają nielicho roboty, u nich strzaskało kilku. Nagle straszny huk i nic. Coś mnie uderzyło, krew na moim ubraniu. "Madziar" ranny - zorientowałam się - "Madziar" przykrył mnie sobą. Zamiast mnie, on ranny odpryskami z granatu. Przez chwilę tracę panowanie, jestem obryzgana jego krwią i kawałkami mięsa. On, jak szalony, podrywa się i biegnie w tym huku granatów. Jezus! oszalał, nie słyszy naszego wołania.
         Przydzielona jestem do dowództwa. Melduję się "Jeremiemu" na I-szym piętrze. Wszyscy obandażowani i w ogóle heca, że dowództwo wpakowało się na I-sze piętro. Już poprzerywane schody, co chwila tu ruch i cegły się sypią, ktoś woła pomocy, a ktoś inny zabity. Siedzę pod drzwiami i czekam rozkazów. "Łącznik" - słyszę i znów staję przed naszym porucznikiem, chwyta moją rękę, jest bardzo strapiony, "pójdziemy na linię" - mówi. Jestem zachwycona - idziemy, on czasami się schyla i chroni przed kulą, ja wcale, bo mnie nie wypada, idę wyprostowana i na każde skinienie, bodaj w piekło wejść. II-ga Kompania wróciła z natarcia, jest kilku pokrwawionych, porucznik wypytuje się o stan, jest kilka koleżanek z II- giej - pomordowane, przemęczone. Głupio mi, bo ja wypoczęta i nie widać wojny. Porucznik wchodzi w teren, ogląda się, czy ja idę. Widzę, że sprawiam mu przyjemność, idąc za nim jak pies. Wdrapujemy się na dach, widać Niemców, ich kaski połyskują na słońcu, mają niezłe stanowiska. Porucznik ma stalowe oczy, mówi: "Patrz, mała, będziemy walczyć do ostatniego z nas, bo nie ma już dla nas drogi". Och! Widzę, że nie ma dokąd i po co- otoczeni - więc zgińmy. "Nie taka to straszna jest ze śmiercią gra.

         20 sierpnia
         Ściemnia się, może wreszcie przestaną, ale jeszcze raz "przesuwają szafę" - przeszła - aha, pierwsza, druga, trzecia, czwarta, zgrzyty, wali się! Huk przeraźliwy, pęd cisnął mnie o ziemię. Szum i pustki. Czy żyjemy, 3-cie i 2-gie piętro zwalone szafą. My wyglądamy jak murarze, ale w porządku - parter został, na 2-gim piętrze było 5-ciu z lI-giej. Odkopują ich, już chyba nie żyją. "Lot" przyszedł. Baczność - ustawiamy się w holu "Dziś idziemy do pasażu Simonsa, wypocząć - zmiana co dobę". Świetnie - następne szafki nie w nas. Długa i mała uliczka, znów schylone podążamy za oddziałem, dźwigam z Waligórą ci nosze, nie wiem czy ja słaba, czy nosze przeraźliwie ciężkie. Jadwiga ["Waligóra"] jak zwykle dźwiga torbę, mówi: "Oszczędzaj siły, nie męcz się, bo nie wytrzymasz", ona ;. ma rację, dlaczego, mój Boże, ja nie mam siły, dlaczego nie jestem chłopcem. "Zabawa", drań, znalazł mnie pod murem, poczciwe ślepia patrzą z ironią - mówi: "O, widzisz teraz to twoja matka by nie przeżyła ze zmartwień, co? Pęknie ci głowina, nim dostaniesz w czapę". Słyszę rozkaz porucznika "Lota": "P. "Władka"" - mam pójść do dowództwa. Wdrapuję się na pierwsze piętro. Szafki przesunęły nam sądy, zostawiając tylko cegiełki, a dowództwo wciąż na piętrze, siedzę znów - jak zwykle - pod drzwiami, .podobno tu najłatwiej .można zginąć. "Jeremi" wysyła mnie na Długą, do pułkownika z rozkazem ("z tym samym rozkazem poprzednio wysłane były dwie" - słyszę szept "Słowackiego"). "Jeremi", twardym głosem, nie patrząc na mnie mówi - "Potem pobiegnie pani na mury obronne i zaniesie 2 jajka rannym w krtań". Jestem podniecona, trzymam w jednym ręku rozkaz, a w drugim dwa jajka i biegnąc walczę z kulami. Tak mi było gorąco na piersi i na plecach - przeszłam - oglądam się troskliwie w bramie dowództwa - koszula na piersi i na plecach przestrzelona 2 razy. Nikogo nie ma - gdzież dowództwo? - w piwnicy, szukam po piwnicy, znalazłam zastępcę pułkownika, mówi: "No i jak z wami? Jeszcze was trochę zostało, "Parasole"?" - śmieję się z niego i biegnę dalej.
         Noc, jedna z tych najwścieklejszych. Spokojny z naszą drużyną dostał I-sze piętro, najgorsze schody, odkryte w bramie pasażu. Zwalamy kamienie, tarasujemy, barykadujemy, wciskamy się w mury, siedzimy. Natarcie - Niemcy robią natarcie! Rzucają nam na głowy granaty, co chwila rozerwie się tuż-tuż, my siedzimy cicho, najbardziej wysunięta placówka - zmiotą, jak zauważą nas. Już są po drugiej stronie, przerzucają nad nami [pociski moździerzowe], podpalili oficynę - widno - palą się po drugiej stronie wielkie magazyny, a [my] trzy głowy w jednym wyłomie. Siedzą bestie, nie można się poruszyć, każdy szmer zdradzi. Spokojny czuwa, wychylił się, mówi, że czołgają się i niedługo będą pod kamieniami na parterze. "Madziar" - co z nim robić? - zasypia, jest już nieczuły - co będzie? On i ja, dalej stoi Heniek, chyba też usiądzie wtulony, bo chwieje się. "Władzia, trzymaj filipinki, w ostateczności wypalimy." "Zdzisław" z "Waligórą" powinni pierwsi, oho! karabiny - wiedzą, ze my tu. "Madziar" do diabła, co jest?
         ["Waligóra" jednemu z zasypiających zabrała karabin i objęła wartę.]
         Ogień, ogień, wszędzie naokoło pali się, tynk odpada, nad nami pali się tkalnia, obok już wszędzie ogień, my na schodach. Spokojny jak zwykle jest spokojny. Ja, przecież z natury tchórz, o - gdybym mogła krzyczeć, że już chcę stąd wyjść, ja się duszę! ale to jest nieprawda, bo to chyba nie ja - czy to ja siedzę tu z nimi i patrzę się jakby na widowisko, czekając jego końca. Ani jedno słowo nie padło z żadnych zaciśniętych ust - schyleni, wrośnięci w mury do końca. Trzask i słup ognia, patrzymy się na siebie (rozszerzone źrenice), co to? - 3 cienie pod murem stąpają po zgliszczach, słyszymy szum, rozrywa on nasze serca. "Heniek wal!"- cichy głos Jurka-"Spokojnego". ""Władka", podawaj granaty." Jurek z "Madziarem" podczołgali się pod barykadę, zaczęli siać ogniem. Heńkowi słabo - podaję wodę, rzucamy granaty, mur [osłaniający nas] pryska, nastawili maszynowe, chcą nas zmieść.




         Ucisza się, schowali się, psy. Jurek zarządza odpoczynek. Sam zostaje przy przednim erkaemie, ja z granatami. Józio na pięterku (pewno śpi, nic się nie odzywa), reszta na schodach, schowana za zwałami kamieni, śpi. Jurek kłopocze się, jak tu w razie czego dobudzić. Oparłam się o jego plecy i zastanawiam się, czy to już będzie takie życie. Nagle szmer, chrzęst, mówię: ""Spokojny"! Przeczuwam, że znów Niemcy", on jest zmęczony do nieprzytomności. Wyrżną jak bydło - wychylam łeb, coś gorącego uderzyło. Czuję, że pewnie żyły na głowie pękają - niedobrze. Opieram głowę o kamień. Jest ciemno, ogień naokoło już dogasa. "Spokojny" otrzeźwiał, broni kolegów, chwyta KB, obserwuje, mówi: "Chłopcy, uważać, mogą rzucać granaty". Ja nic nie wiem. Jurek coś rozkazuje, w cieniu dostrzegam jego bladą, zdenerwowaną twarz. O, krew - coś lepkiego na twarzy zalewa mi oczy, co to? - jestem ranna w głowę. Wyczołguję się, nic nie widzę, ktoś jęknął. Jestem na parterze, naokoło płonie. Już nic nie wiem, nie czuję, tylko jakieś niesamowite postanowienie i zdanie sobie sprawy z rzeczywistości. Ja ranna, już i do niczego - jestem bez opatrunku, oni w ogniu, śmiertelnie zmęczeni, a może już mają rannych? Zasłaniam twarz, biegnę, ile tylko zostało mi sił, palą się spodnie i kurtka, już, już słyszę głosy.
         Na odcinku wytrzymali, wszyscy zdrowi, półprzytomni ze zmęczenia. Rano odciągnięto [nas] ze stanowisk. Ja lekko ranna w głowę, raczej sparzona do krwi dotykiem kuli, włosy spalone.

         22 sierpnia
         Godzina 7-ma rano, czuję straszne zmęczenie. Na głowie mam jedną skorupę, obandażowaną. Akcja w dalszym ciągu trwa. Jestem na linii, mogłabym być zwolniona na odpoczynek, ale nie chcę. Muszę być z chłopcami i pomagać im. Ewa zginęła - jedna z najdzielniejszych łączniczek i koleżanek. Nie można jej wyciągnąć, leży pod bramą pasażu. Niemcy walą już pięćdziesiąt razy w trupa. Jedna oficyna pasażu z materiałami włókienniczymi ocalała. Chłopcy siedzą prawie na dachu i mają tam piata. Chcą unieszkodliwić czołg, który do szczętu zmiata nam barykadę. Boję się o nich. Biegnę rowem, rowkami, ulicami, nie wiem już, jakimi, wszędzie spalone, kule świszczą.
         Jest nas pięć. Przodowniczka w pewnych miejscach się bardziej schyla, prawie pada - należy uważać, jak najbardziej chyłkiem. I tak już jedna ranna. Ja wierzę w przeznaczenie. Już tyle moich koleżanek zabitych, już tyle, które mniej biegały z rozkazami i pewnie mniej się narażały i nie żyją. Ja troszkę w głowę, to chyba dlatego, żeby dotrzymać solidarności, bo wszyscy są już ranni, a przynajmniej powierzchownie. Przynosimy dla chłopców śniadanie. Zdobyczny chleb, kawa nagotowana w bunkrze niemieckim, zdobytym przez chłopców. I znów biegniemy - schylone. 2 kubły kawy, które dźwigam są ciężkie. Nigdy; nie były tak ciężkie jak dziś. Zmęczona, wdrapuję się na 5-te piętro, aż tam, na dach, do chłopców. Ucieszyli się bardzo. Schody się palą. Niemcy rzucają granaty - o Boże!
         Widzę nad sobą "Gąsiorka" i "Rewera" ["Reveur"], krzyczą jak opętani: ""Władka" leć na dół, niech dają, tylko szybko piata i maszynowy", jeszcze coś krzyczą, proszą. Mam zgiełk w głowie. Guma u moich podeszew się smaży, schodzę, poręcze płoną, biegnę po rozpalonym żelazie. Aby się nie obsunąć i nie spalić, i zdążyć. "Lot" zauważył mnie, chwyta za ręce, opiera o ścianę. Z trudem dobywam z siebie słowa - pomocy! giną, 5-te piętro: piat, cekaem. Głowa mocno już boli, półżywa siedzę pod murem. Do przytomności doprowadzają mnie 3 straszne wstrząsy, a potem ktoś mówi, że zginęli ci na 5-tym. Czołg zwalił 2 najwyższe piętra, może nie wszyscy zginęli, podobno kilku rannych. Ci najdzielniejsi zginęli jednak, a 8-iu ciężko rannych.

         23 sierpnia
         Nastąpiła zmiana. II Kompania zajmuje stanowiska. Nic już chyba nie czujemy. To wszystko jedno czy tu, czy tam, wszędzie jest stanowisko i wszędzie się ginie. Nie próbujemy nic mówić na ten temat. Otępiałość przepaja nasze serca, twarze. Nie ma tu dla nikogo litości, a przynajmniej dla siebie - obowiązek - honor - miłość Ojczyzny. Dlaczego dadzą nam zginąć wszystkim na tym skrwawionym najdzielniejszymi kolegami szańcu. To jest podłość, chcemy bronić się do końca, obronić do ostatnie- go z nas miejsca święte; dla naszych kolegów, a jednak trzeba znów stąd pójść. Zebrać swą zwierzęcość, wyprostować zgięte członki. Czekać rozkazu, aby dalej krwawić więcej lub mniej - istnieć i mścić się - idziemy, jesteśmy konduktem najpotworniejszych upiorów. Niesiemy swych rannych i zabitych. "Gąsior" nie ma pół głowy, "Rewer" postradał całą. Było wiele roboty z rannymi. Wyglądam jak rzeźnik. Byłam w wielkich opałach sanitarnych, pewnie w największych w czasie kariery powstańczej. Chłopcy poszarpani w najokropniejszy sposób. Tak mało jest sanitariuszek. Głowa mi pęka z bólu. O! piekielnie boli. Wciąż ktoś jęczy, kogoś przynoszą, opatrunek i znów itd. Nie giną już, nikt nie biegnie z wodą do omdlałych lub rozkazem.
         Niemcy przypuścili znów szturm, jesteśmy w konieczności pomagania tym z II-giej, wykrwawiamy się już do reszty. I dalej - ja trwam do ostatniego tchnienia. Lot zgnębiony - o, bardzo, jak pewnie jeszcze nigdy, wydaje stanowczy rozkaz zebrania się i odmarsz. I biegnę znów rowami i tlącymi się schodami. Ściągam za głowy i budzę chłopaków. Idziemy i idziemy, niosąc trupy i siejąc wokół siebie śmierć, i wyrywając się hienie śmierci co chwila. Ciekawe, czy do reszty nie rozwalili tych niegdyś wspaniałych komnat Krasińskich.




         Niemcy zdobyli domy naprzeciw Pałacu Krasińskich, który już jest jedną wielką ruiną, w piwnicach pałacu zginęła duża ilość rannych żołnierzy "Parasola", szczególnie II-ga Kompania. Sam pałac przechodził kilkakrotnie z rąk do rąk. W bramie kwatery tkwi jeszcze strzęp zawieszonego tam parasola. Do końca walk na Starówce nasza kwatera była strategicznie bardzo ważnym miejscem i do czasu oddania Starówki musieliśmy ją utrzymać. Z uwagi na właz, trwały w tym rejonie zacięte, ciężkie, wprost makabryczne walki - podobnie na terenie byłego Getta.
         W huku walących się murów, zapadających stropów, w kurzu i dymie nieopisanym, nacierała w dzień piechota niemiecka - pod osłoną czołgów. Słabo uzbrojeni powstańcy, kryli się w zagłębieniach murów, witrynach sklepów, często i celnie strzelając.
         Trwała zacięta obrona pozycji obsadzonych przez Parasol na całej zachodniej i części północnej rubieży Starówki - od ul. Długiej poprzez Pałac Krasińskich i przed- pole ul. Świętojerskiej i ciągnące się ruiny Getta. Na te pozycje szedł huraganowy ogień nieprzyjaciela. Samoloty i "szafy" - co chwila ich ryk, potem szum i za nami wybuchy. Przy bombach sztukasów, ziemi kołyszącej się od "szaf', w powietrzu rozchodziły się fale uderzeniowe i nieprzenikniony dym. Łączniczki donosiły na pozycje żywność i rozkazy. Jeden z granatów wpadł do pomieszczenia dla jeńców, zabijając kilku z nich. Zasłanialiśmy sobie twarze chustami, które nosiliśmy na szyjach - kurz i dym gryzł. Nieustannie wyciągaliśmy ciała spod gruzów.]

         24 sierpnia
         [Były bardzo silne natarcia nieprzyjaciela. Jeden z ataków spowodował ciężką stratę w I-szej Kompanii, zginął "Akszak" i jego zastępca "Mietek.]

         25 sierpnia
         [Pozycje w pałacu i na przedpolach Getta utrzymuje III Kompania. Wybiegają z kwatery nasi chłopcy, a wraz z nimi dziewczęta i także ja - do natarcia. Dostajemy się pod silny ostrzał w gruzach. Śmiertelnie został ranny "Rafał", dowódca II -giej Kompanii. Pamiętam, że miał straszną ranę na piersiach i konał. Zginęło wtedy kilka sanitariuszek i znane łączniczki.
         Słyszeliśmy kanonadę artyleryjską znad Wisły. Opatrywałam wtedy lżej rannych. Potem byłam w ruinach Sądów Apelacyjnych i nastąpiły straszne wybuchy bomb. Pałac przestał istnieć, zachował się jedynie fronton - skrzydła legły w gruzach.]

         26 sierpnia
         [Biegałam z rozkazami "Lota", bądź "Jeremiego" po ruinach Starego Miasta - przejście ulicą Długą - od placu Krasińskich do Freta - była bardzo niebezpieczna, pod ostrzałem. ]

         27 sierpnia
         Ogień i żelazo, na to nie ma uodpornienia, żelazo przebija każdą materię i unieszkodliwia ją lub niszczy zupełnie, ogień zaś zostawia zgliszcza i popioły. [Wszyscy przybici coraz liczniejszym żniwem śmierci oraz odniesionymi ranami. Ciężko ranny dowódca "Jeremi". Nadlatują bez przerwy niemieckie samoloty, wciąż "przesuwają szafy". Kwatera "Parasola" zawalona. Zasypani są ranni w piwnicach pałacu. Kto może - odkopuje. Robimy to wszystko w kurzu, w pyle. Powietrze gęste, wprost nie ma czym oddychać. Straszne pocenie się - ubranie przylega do ciała. Zapadają się sklepienia. Po omacku musieliśmy wy- szukiwać rannych i zwłoki. Zasłanialiśmy sobie chustami twarze, gdyż gryzło w oczy.
         Muszę dodać kilka słów o polowej kuchni batalionowej. Początkowo dymiła w Ogrodzie Krasińskich, a gdy wzmógł się ostrzał, przeniesiona została do holu w pałacu. W chwili większego wybuchu, wszystko przestało istnieć i zginęła prawie cała obsługa kuchni.
         Jest już godzina 1 w południe. Już 32 godziny oni są bez pomocy sanitarnej, nie pili nawet wody - odcięci- jedyna dla nich droga, to po trupach i pod silnym ostrzałem. Rozkazu nie ma, ale czuję, że z rozpaczy nad tą ich męką nie wytrzymam i do nich pójdę. To przecież moi koledzy z oddziału, ja powinnam być z nimi. Każą mi się zastanowić - jestem młoda - "Gdy się ściemni, pójdzie my wszyscy z pomocą" - mówią. Koleżanka "Waligóra" chce pójść także. Chwytamy 3 wiadra, torby sanitarne i idzie- my - biegniemy. Potykamy się o kamienie, padają odłamki - celują - nam nic - świszczą kule - śmiejemy się do siebie pocieszająco. Są - długim szeregiem schyleni, wrośnięci w te kamienie i piachy, czujni do walki. Ich twarze zszarzałe i posępne czoła, lecz oczy śmiałe i zęby wilcze. Zdziwienie - mówią: "Skąd, jak się wam udało?" - padają różne pytania, w odpowiedzi dzielimy się wzajemnie swymi przeżyciami. - "Umieramy z wyczerpania, nie mówiąc już o pragnieniu, które wkrótce zaspokoimy po części." Oglądają się łakomie na 3 kubły pełne kawy. "Bronek" nie żyje, Jurek, "Maciek", Staszek są ranni. "Dumni jesteśmy z was, dziewczęta." Humor się poprawia i wiara raźniej objęła stanowiska. Wracamy, nawiązując łączność. Po drodze spotykamy kolegę rannego w płuco. Trzeba czym prędzej doktora, podejmujemy się go odtransportować. [Zabrali go jednak koledzy.]

         28 sierpnia
         To było trudne przejście - kula wyrwała w ramieniu mej prawej ręki cały nieomal mięsień, zostawiając białą kość. Fontanna krwi trysnęła z przerwanej tętnicy, to nie wszystko, zobaczyłam zwisającą dłoń, szalone ogłuszenie, niesamowity ból: "Boże, Ojczyzna! i to musi być także dla niej." Słyszę świst kul, uświadomiłam sobie, że jestem na przed- polu, w zasięgu strzałów. O! nie, nie chcę umierać, lub mieć bardziej poszarpane ciało, czołgam się - czyjeś ręce uniosły mnie na nosze, straciłam przytomność. Wiem, że była operacja, zastrzyki i jeszcze coś takiego, zmartwione oczy "Ziutka" i jego ręka wlewająca wciąż upragnioną wodę w moje usta. ["Ziutek" zatrzymał upływ krwi opaską uciskającą tętnicę. Zaniósł mnie do naszego lekarza, doktora "Maksa" i działał na moją korzyść, domagając się natychmiastowej operacji - czemu opierał się doktor "Maks", wskazując na leżących wielu rannych. "Ziutek" powiedział: "Kogo chcesz ratować? Trupy? A ona - zrobisz - będzie żyć". "Maks" zastanawiał się, czy od razu nie uciąć mi tej ręki. Zdejmował mnie ze stołu operacyjnego dwa razy.] Wreszcie zdecydował się mnie operować. Potem zszywanie rany przy karbidówkach i zapałkach, przy źle znieczulonym bólu. Pamiętam, że chciałam biec do mamy, ona by potrafiła mój ból i cierpienie ukoić - lecz była daleko! A ja tu już czekająca - pewnie już tylko śmierci.
         Potworny koszmar. Wycofaliśmy się, tliła się w nas iskierka życia, wszyscy byli ranni.




         29 sierpnia
         Niemcy opanowali już cały Park Krasińskich. Sytuacja ciężka, przebijamy się na Śródmieście (kierując się na Ogród Saski). Byłam tam, zabrano i mnie, z Bożą łaską uszłam z powrotem z życiem. [Na siłę podnieśli mnie, kiedy leżałam ranna w piwnicach dawnych Sądów Apelacyjnych, gdzie w każdej chwili mogli wejść Niemcy i bezbronnych, leżących pozabijać. Teren zajęty przez Powstańców bardzo się zmniejszał, następowały coraz silniejsze natarcia niemieckie. Zdobywali dom po domu i możliwości obrony Starówki się makabrycznie zmniejszały, lecz dowództwo nie chciało kapitulować. Opracowano wówczas plan przebicia się do Śródmieścia. Ranni, kto był w stanie, zwlekali się z łóżek. Przebicie się nie udało, pamiętam to dramatyczne, wyczerpujące czekanie na rozkaz do natarcia, lecz Niemcy położyli zaporę ogniową. Zostali ranni nasi dowódcy. "Ziutek" (Józef Szczepański) jako ostatni był dowódcą "Parasola". Został ciężko ranny i po przeniesieniu na Śródmieście zmarł.]
         Na razie nie udało się, jesteśmy znów na pl. Krasińskich. Waligóra ranna w pięty.
         [W kanale było różnie, był bardzo wąski, miejscami trzeba się było czołgać, często traciłam siły i trzymałam się paska idącego przede mną Jurka Chojeckiego, ps. "Spokojny". Woda miejscami sięgała prawie do pasa, kanał wił się i nie wiadomo było, czy idziemy dobrze. Tym bardziej, że wszystko wirowało już w oczach. Włazy w kilku miejscach były otwarte. Pamiętam, że widziałam niebo z gwiazdami i słyszałam mowę niemiecką. Trudno określić, ile ta droga trwała godzin. Na Nowym Świecie przy Wareckiej wyciągnięto mnie pasami z kanału. Marsz nocny w kanale - przejście ze Starówki do Śródmieścia - trwał dobrych parę godzin. Mam rękę na temblaku i jakoś krótszą i bolesną nogę. Szyby w oknach budynków były całe i paliło się w mieszkaniach światło. Szły grupki żołnierzy, podobnie wyglądających do mnie. Mijałam kobiety, często z czerwonymi krzyżami, zatrzymywały się przy mnie i całowały.]

         1 września
         Powróciłam - marsz nocny w kanale - przedostanie się ze Starówki do Śródmieścia. Przypuszczam, że cała ta eskapada sierpniowa, a także przejście co najmniej 5 godzin kanałem wyryło na mnie piętno niesamowite, nie mówiąc tu już o ranach. Dźwigam swą poszarpaną rękę przybandażowaną do ciała i ciągnę lekko zranioną nogę.
         Moje spalone włosy są w nieładzie - krótkie są i podstrzyżone. Chcę wyobrazić sobie, co się działo i jak okrop- nie wyglądałam, idąc ulicami wprost z kanału do domu. Szłam do matki. O, wtedy nikt na mnie nie zwracał uwagi. Ze wszystkich stron kanonady. Groza śmierci. Tu się od- czuwało tę słabość ludzi po twarzach zmęczonych i otępiałych, chęć zrzucenia z siebie, niech inni cierpią, abyśmy my wyszli cało i uniknęli tej strasznej śmierci. Czasem modlitwa tchórzliwa dochodziła mych uszu i gdzieś z piw- nic przerażone do szaleństwa oczy tłumu. Przecież nie wszyscy tacy byli - o nie. Spotykało się w każdym kącie zrujnowanym oczy pałające i oczy szczere. Kobiety całujące miejsca święte, skrwawione - oni podtrzymywali w nas ducha. Trwaliśmy 2 miesiące.

         W zdarzeniach opisanych w pamiętniku towarzyszyli mi:
         "Kali" - Krystyna Biernacka-Mikołajczyk ur. 1927; sanit- łączn.; bat. "Parasol"; III komp.; 17 lat;
         "Jeanette" - Janina Borowska-Szczęsna ur. 1923; sanit-noszowa; bat. "Parasol"; III komp.; 21 lat;
         "Spokojny" - Jerzy Chojecki ur. 1924; sierż.; bat. "Parasol"; III komp.; 20 lat;
         "Bolec" - Tadeusz Chojko ur. 1920; ppor. bat. "Parasol"; II komp.; 24 lata;
         "Madziar" - Czesław Czaki ur. 1922; kpr. podch.; bat. "Parasol"; III komp.; poległ 20.09.44 Czerniaków; 22 lata;
         "Mors" - Bohdan Czarnecki ur. 1922; ppor. bat. "Parasol"; III komp.;. 22 lata;
         "Grzmot" - Roman Drabik ur. 1927; strz.; bat. "Parasol" III komp., 17 lat;
         "Lot" - Jerzy Gebert ur. 1919; ppor.; bat. "Parasol"; dow. III komp.; VM; 25 lat;
         "Gąsior" - Roman Głuszek ur. 1926; st. strz.; bat. "Parasol"; III komp.; poległ 12.08.1944 pas. Simonsa; 18 lat;
         "Hanka" - Anna Grabowska-Pogonowska ur. 1925; łączn.; bat. "Parasol"; III komp.; 19 lat;
         "Waligóra" - Jadwiga Grudzielska-Bieleszowa ur. 1924; sanit- nosz.; bat. "Parasol"; III komp.; 20 lat;
         "Jana" - Janina Kłossowska-Parise ur. 1926; łaczn.; bat. "Parasol"; 18 lat;
         "Rysiek" - Tadeusz Królewicz bat. "Parasol"; III komp.; poległ;
         "Ada" - Aldona Łukaniewicz ur. 1921; sanit.; bat. "Parasol"; III komp.; zamord. po 23.09.1944; 23 lata;
         "Orros" - Henryk Maciura ur. 1926; kpr.; bat. "Parasol"; III komp.; poległ 19.09.1944 Czerniaków; 18 lat;
         "Jenny" - Irena Malento ur. 1921; bat. "Parasol"; II komp.; dowództwo; poległa 19.09.1944 Czerniaków; 23 lata;
         "Bożena" - Bożena Olkowska ur. 1924; sanit-łaczn; bat. "Parasol"; III komp.; poległa 14.09.1944 ul. Ludna; 20 lat;
         "Niuśka" - Janina Pieślak-Woźniak ur 1926; sanit.; bat. "Parasol"; III komp.; 18 lat;
         "Lucyna" - Lucyna Podlaska-Witkowska ur. 1924; sanit.; bat. "Parasol"; III komp.; 20 lat;
         "Kruk" - Wacław Przypkowski ur. 1926; strz. bat. "Parasol"; III komp.; poległ 15.09.1944 ul. Okrąg; 18lat;
         "Martylka" - Maria Sobota-Kropiniewicz ur. 1925; łączn.; bat. "Parasol", kwatermistrz.; 19 lat;
         "Rebe" - Witold Soszyński ur. 1917; kpr.; bat. "Parasol"; III komp.; 27 lat;
         "Kier" - Jan Sylwestrowicz ur 1924; plut.; bat. "Parasol"; III komp.; 20 lat;
         "Ziutek" - Józef Szczepański ur. 1922; plut. podch.; bat. "Parasol"; I komp.; ciężko ran;. zm. 10.09.1944; 22 lata;
         "Słowacki" - Tadeusz Szolc ur. 1923; ppor; bat. "Parasol"; III komp.; 21 lat;
         "Pucia", "Malina" - Maria Wiśniewska-Dylawerska ur. 1929; sanit-łączn.; bat. "Parasol"; III komp.; 15 lat;
         "Zabawa" - Jan Wróblewski ur. 1919; kpr. podch.; bat. "Parasol"; III komp.; ciężko ran.; zm 19.08.1944; 25 lat;
         "Jeremi" - Jerzy Zborowski ur 1922; por. bat. "Parasol"; d-ca bat.; ciężko ran.; zamord. 23.09.1944; 22 lata.


         Średnia wieku w/w moich przyjaciół walczących w Powstaniu w batalionie "Parasol" wynosiła niecałe 21 lat (wliczając dowództwo). Prawie 40% z nich poległo lub zmarło z ran.



Henryka Zarzycka-Dziakowska


       Henryka Zarzycka-Dziakowska,
ur. 10.11.1927 w Warszawie
żołnierz AK ps. "Władka"
łącznika-sanitariuszka batalionu AK "Parasol"
ciężko ranna 28.08.1944 ul. Długa
Szpital Jeniecki Stalag IVB Zeithein
nr jen. 299838


opracował: Maciej Janaszek-Seydlitz

W tej części relacji wykorzystano fragmenty "Mojego pamiętnika z Powstania Warszawskiego" Henryki Zarzyckiej-Dziakowskiej;
Dom Wydawniczy tCHu; W-wa 2005



Copyright © 2007 Maciej Janaszek-Seydlitz. Wszelkie prawa zastrzeżone.