Powstańcze relacje świadków

Wojenne wspomnienia Zbigniewa Galperyna - żołnierza z "Chrobrego"


Dalsze losy








Zbigniew Galperyn,
ur. 18.05.1929 r. w Warszawie
strzelec, żołnierz Armii Krajowej
ps. "Antek"
batalion "Chrobry I"


         Za 2-3 dni przyszedł do nas młody chłopak i zaczął namawiać nas byśmy zdecydowali się wyjechać z Warszawy. Pod Warszawą zorganizowano szpitale w Milanówku, Podkowie i tam mogą nas przewieźć. Tam jest światło, dobra opieka, żywność. Tu nie powinno się zostawać, będzie za chwilę gorzej niż jest. Nie będzie wody, nie będzie światła.
         Po namyśle ja i kilku innych zdecydowaliśmy się na wyjazd. I tu pełne zaskoczenie. Podjechał autokar, włożono nas na noszach do autokaru. Nosze były kładzione na oparcia aby więcej ich weszło, było to możliwe bo nosze miały sztywne drążki boczne. Za kierownicą Niemiec w mundurze, 2 chorągiewki Czerwonego Krzyża. Wywieźli nas Alejami Jerozolimskimi na Dworzec Zachodni. Przez okna autokaru widać było wszędzie gruzowiska, palące się gruzowiska.
         Na Dworcu Zachodnim przeładowano nas z autokaru do pociągu podmiejskiego. Ja już bez noszy zostałem położony na ławkę. Pociąg ruszył. Przy kolejnym przyhamowaniu zobaczyłem, że po podłodze do przodu i do tyłu toczy się mała cebulka. Przy kolejnym przyhamowaniu pociągu udało mi się ja złapać. Było to prawdopodobnie 10 września. Od początku powstania nie miałem w ustach żadnych warzyw. Z ogromną przyjemnością zjadłem tą cebulkę. To była pełna słodycz.
         Dojechaliśmy do Pruszkowa. Pociąg się zatrzymał. My już słyszeliśmy, że Pruszków to jest obóz. Za chwilę jednak pociąg ruszył, pojechaliśmy dalej. Chłopak mówił jednak prawdę o tych szpitalach. Zawieziono nas do Milanówka. Pociąg zatrzymał się. Na peronie w Milanówku tłum sanitariuszek ze szpitali z noszami.
         Położono mnie na nosze i zaniesiono do dużego szpitala obok torów. Był to szpital Czerwonego Krzyża "Villa Gloria". Duży szpital. Zaniesiono mnie na parter, lekarze, łóżka, biała pościel. Społeczność miejscowa wspaniała. Na podwieczorki przynoszono nam ciasta pieczone przez miejscowe panie. Dostawaliśmy nawet kakao, dożywiano nas.
         Ja przyjechałem w bardzo kiepskim stanie, z krwawą dyzenterią, nie mogłem nic jeść. Jedna z miejscowych wolontariuszek, młoda 18 chyba letnia dziewczyna stwierdziła, że ja muszę rosołek z kurczaka pić na ten swój żołądek, nie takie zwykłe jedzenie. Ale skąd go wziąć. O dziwo, następnego dnia przyszła jej siostra i przyniosła z domu, w menażkach, obiad. Był tam rosół z kluseczkami, kurczak. Ta młodsza, chyba 16 letnia dziewczyna, przynosiła mi codziennie do szpitala w menażkach obiad. Mieszkały widać gdzieś niedaleko. To mnie właściwie postawiło na nogi.
         W szpitalu w Milanówku leżeliśmy na normalnych łóżkach, nie żadnych piętrowych. Po zakończeniu powstania, gdzieś pod koniec października, lekarze pojechali gdzieś aby zdobyć opatrunki dla szpitala. Jeden z nich przywiózł spodnie, które dał do zwężenia leżącemu obok mnie sąsiadowi. Jak się okazało był on krawcem i ręcznie przerobił spodnie lekarzowi. Mnie nauczył obszywać dziurki do guzików. Byłem sprawny w robotach manualnych i robota wyszła mi na tyle dobrze, że krawiec zaczął mnie namawiać: "Ty musisz krawcem zostać, tak dobrze ci to idzie." Aby być użytecznym pomagałem również zwijać bandaże. Ręce przecież miałem zdrowe. Bandaże po praniu miały jeszcze na sobie ślady krwi i ropy ale były miękkie i nadawały się do powtórnego użycia.
         Początek w Milanówku był bardzo dobry, było światło, działały różne specjalistyczne urządzenia, było niezłe jedzenie. Z czasem jednak sytuacja zaczęła się psuć. W różnych godzinach wyłączano światło, zaczęły się braki w żywności. Zaczęto namawiać do wyjazdu tych, którzy w zasadzie nie musieli od razu podpaść Niemcom.
         "Słuchajcie, jedźcie do Krakowa. Tam jest wszystko: światło, dobre jedzenie. Jesteście ze szpitala, ranni, nigdzie was nie zabiorą." I bez specjalnej zgody z mojej strony zapisano mnie na ten wyjazd. Podstawiono wagony towarowe z 2-piętrowymi łóżkami. Chodziłem już wtedy o kulach. Prawą nogą pociągałem, nie mogłem jej zgiąć w kolanie. Na lewej nodze mogłem się oprzeć i jakoś kuśtykałem o kulach. Do wagonu jakoś się wgramoliłem, na dolne łóżko.
         W wagonie zainstalowany był na środku piecyk, był to koniec października lub początek listopada, było raczej zimno. Na piecyku w blaszance stała kawa. Piecyk obsługiwał Niemiec, szeregowy żołnierz. Na przystankach, gdy pociąg zatrzymywał się, biegł z kanistrem żeby nabrać wody i uzupełnić zapas kawy. Dostawaliśmy ją, siedząc na łóżkach.
         W wagonie koedukacja, kobiety i mężczyźni razem. Nie zapomnę dziewczyny jadącej ze mną w jednym wagonie. Ładna twarz z gęstymi włosami. Cały czas miała na głowie chusteczkę. Powiedziałem do niej: "Masz takie ładne włosy. Zdejmij tą chusteczkę." Zrobiła jak prosiłem. Miała tylko kosmyk włosów z przodu. Z tyłu cała głowa krótko ostrzyżona do skóry. Niemiecki granat rozerwał się koło niej, zaczepny blaszak. Całe plecy miała poranione przez większe odłamki a w głowie tkwiło mnóstwo małych odłamków wbitych w skórę czaszki. Widok był niesamowity.
         Jechaliśmy z Warszawy do Krakowa 36 godzin z przerwami, w czasie których uzupełniano zapas wody. W kącie wagonu stał kubeł, z którego wszyscy korzystali. Jechaliśmy praktycznie bez jedzenia, dostaliśmy jedynie jakąś kanapkę przy wyjeździe.
         Wreszcie dotarliśmy do Krakowa. Nie chodzących przeniesiono do obozu, na Montelupich. Mógłbym opowiadać, że byłem w obozie, ale to nie jest zupełnie zgodne z prawdą. Tam była mykwa i odwszalnia. Nasze ubrania wieszało się na specjalnych blaszanych wieszakach i następnie wędrowały do specjalnych komór, gdzie podgrzewano je do wysokiej temperatury, niszcząc insekty. My w tym czasie myliśmy się pod prysznicami, woda leciała z blaszanych sitek pod sufitem.
         Po umyciu pokuśtykałem o kulach przed stół, gdzie zasiadała komisja kwalifikacyjna. Niemieccy lekarze, w białych kitlach na mundurach, siedzący za stołem, decydowali o dalszym losie przyjezdnych. Obejrzeli moje zabandażowane nogi zdecydowali, że się raczej do niczego nie nadaję. Zawołano mnie do stołu i przystawiono na dłoni pieczątkę "K" - "Krank" (chory). Zostałem zakwalifikowany do szpitala.
         Zawieziono mnie z innymi do krakowskiego szpitala. Szpital zamknięty, na dole przy wejściu niemiecka Wacha. W szpitalu leżało dużo cywili. Pamiętam jednego z nich. Był to cywil, któremu w 1939 roku amputowano obie nogi, poniżej kolan. Zwykły, prosty człowiek, lubił sobie popić. W tym celu wychodził ze szpitala na zewnątrz. Oczywiście nielegalnie, przez wachę nie da się wyjść. Z tyłu za szpitalem był drewniany parkan. Dolne gwoździe mocujące dwie z desek były odpiłowane, deski można było uchylić i w ten sposób wydostać się na zewnątrz.
         Inwalida często korzystał z tej drogi na miasto. Wracał podpity i wtedy cały szpital należał do niego. Zdejmował protezy, które nie były wygodne, odparzały mu kikuty. Niosąc protezy pod pachą wędrował wesolutki po całym szpitalu. Takie było tam życie.

    

pocztówka z krakowskiego szpitala


         Któregoś dnia zgłosił się do mnie przedstawiciel ówczesnego ZUS-u. Osobom, które były oficjalnie zatrudnione wypłacano za pobyt w szpitalu zasiłek chorobowy. Urzędnik wypytywał mnie o moje zarobki i sugerował dodatkowe świadczenia: "Może miał Pan w pracy śniadania, może dostawał Pan tam obiad?" W ten sposób zgłoszona suma stawała się większa. Po paru dniach od jego wizyty dostałem jakieś pieniądze w ramach zapomogi chorobowej ZUS. Do dziś mam jeszcze tą karteczkę.



zaśw z krakowskiego ZUS


         W szpitalu spotkałem kolegę z powstania. Najpierw nosił rękę na "samolocie", potem na temblaku. Był to mój dobry kolega, jeszcze ze szkoły. Powiedział do mnie: "Słuchaj, tu podleczonych czy wyleczonych zabierają do obozów do Niemiec, a zdrowych w pełni na roboty. Jeszcze dwa, trzy tygodnie i na pewno mnie wywiozą. Zrywamy się." Gdzie - oczywiście do partyzantów w Kieleckie, do "Jędrusiów".
         Nie byłem pewny, czy będę mógł to zrobić. Ledwo chodziłem. Poza tym nie miałem ubrania, aby umożliwić mi wyjście do miasta, składała się cała sala. On był w lepszej sytuacji, miał tylko rękę na temblaku. Pożyczyłem buty, spodnie i marynarkę i wyszliśmy ze szpitala. Kolega nawiązał już pierwsze kontakty. Przy Rynku Starego Miasta, w domu który wizualnie do dziś pamiętam, mieszkał technik stomatolog. Poszliśmy do niego i dostaliśmy adres w Kieleckiem.
         Poprosiłem go o zabezpieczenie mi jakiegoś ubrania. Dostałem od niego półbuty, ubranie i pieniądze na bilet. W dniu, w którym zdecydowaliśmy się na ucieczkę pociąg odchodził dopiero wieczorem. Spacerując po mieście natknęliśmy się na patrol żandarmów, ale jakoś udało się nam uciec. Wreszcie wsiedliśmy do pociągu i dojechaliśmy do jakiejś wsi koło Radomska. Tam zatrzymaliśmy się.
         Niestety odezwały się moje nie zagojone rany. Powiedziałem do kolegi: "Słuchaj, ja wracam do Milanówka do szpitala. Znają mnie tam i na pewno mnie przyjmą." Rozstaliśmy się. Po kilku przesiadkach dotarłem szczęśliwie do Milanówka. Przedtem, na jakiejś stacji przesiadkowej skorzystałem z pomocy RGO. RGO, gdzie tylko się dało, organizowała punkty pomocy lekarskiej, punkty żywieniowe. Chciałem zmienić opatrunki. Na punkcie pomocy lekarskiej była pielęgniarka, która jak się później okazało, praktycznie nic nie umiała. Zdjąłem spodnie i mówiłem jej co kolejno ma robić: "Proszę zdjąć bandaże, proszę Rivanol, taką maść żółtą, która leczy, proszę posmarować, proszę zabandażować, zmienić to wszystko". Rany nie wyglądały najlepiej.
         Po przyjeździe do Milanówka znajomi lekarze oczywiście przyjęli mnie na oddział bez żadnego kłopotu. Od pacjentów dowiedziałem się, że wszyscy koledzy z powstania dostali żołd. W grudniu, przed samymi świętami, przyjechał płatnik i wypłacił im zaległy żołnierski żołd. Mnie to ominęło. Zaczynało brakować żywności. Jeden z chłopaków miał długie buty, sprzedał je i była na jakiś czas żywność dla grupy. Sam był ciężko ranny w tył głowy, wycięli mu kość. Koledzy pocieszali go, że po wojnie włożą mu płytkę i będzie z nią żył.



zaśw ze szpitala w Milanówku


         Drugi chłopak miał lewą rękę na samolocie. Wszystkich pytał czy rusza palcami. Miał skończoną szkołę muzyczną i całe życie grał na skrzypcach. Lewa ręka, nie będzie grał. A może lepiej z tymi palcami, może będzie grał? Tym żył.
         Koledzy zaczęli opowiadać swoje przeżycia. Jeden 3 dni był w kanałach, zabłądził. Ponieważ chodził w błocie, nie zagojone rany na nogach zaogniły się, dostał wysokiej gorączki, zakażenia całego ciała. Opowiadał jak z głodu mieli wizje. W kanałach w studzienkach są klamry do wychodzenia. Im z głodu wydawało się, że są to półki, na których leży chleb. Po dojściu do "półki" okazywało się, że jest to złudzenie. Takie i inne tragiczne historie można było wtedy usłyszeć.
         Do 1 marca 1945 roku zasklepiły mi się wreszcie rany na nogach. 2 lub 3 marca wyruszyłem do Warszawy. Chodziłem już wtedy bez laski. Do miasta dotarłem pociągiem jadąc na dachu, taki był zatłoczony. Pociągi dochodziły do Dworca Zachodniego. Całe miasto było czuć spalenizną. I pierwsze niesamowite wrażenie. Przy wszystkich bramach, na ocalałych murach miliony karteczek. To jest korespondencja: "Żyję. Jestem tu i tu. Tego i tego wywieźli". Warszawa wracała do życia.



legitymacja Krzyża Walecznych


         Dla mnie również zaczął się nowy okres życia.



zdjęcie z 1947 roku



         Nasza grupa zaczęła powstanie w 10, a nawet w 11 wliczając łączniczkę. Powstanie przeżyło 6, w tym tylko 2 nie było rannych.

         Zginęli:
         - kpr. podch. dowódca grupy, który zgłosił się do reperacji czołgu zginął na Woli,
         - chłopak, po którego mnie wysłano dołączył potem do grupy i zginął na Woli,
         - łączniczka "Maria", która była lekko ranna i pomagała personelowi medycznemu zginęła w czasie bombardowania pasażu Simonsa,
         - NN zginął na Starym Mieście,
         - NN zginął w Śródmieściu.

         Przeżyli:
         - Leszek Czerny nie dotarł na miejsce koncentracji, został ranny w Śródmieściu,
         - Jerzy Jaśkiewicz ranny na Woli, stracił oko,
         - Zbigniew Galperyn "Antek" ranny w pasażu Simonsa, dotarł do szpitala w Milanówku, potem w Krakowie,
         - Zdzisław Galperyn "Zbigniew" starszy brat "Antka", ranny w pasażu Simonsa, trafił do obozu jenieckiego, nr jen 105306,
         - Antoni Kowalski "Lubicz" wyskoczył z pociągu wiozącego powstańców po kapitulacji do obozu jenieckiego,
         - Józef Kuczyński "Andrzej" trafił do obozu jenieckiego, nr jen 105305.



Zbigniew Galperyn


      Zbigniew Galperyn,
ur. 18.05.1929 r. w Warszawie
strzelec, żołnierz Armii Krajowej
ps. "Antek"
batalion "Chrobry I"





Copyright © 2008 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.