Powstańcze relacje świadków

Jan Romańczyk "Łata" - chłopak z "Miotły"


Okupacja








Jan Romańczyk,
ur. 01.05.1924 r. w Wołominie
sierżant pchor. Armii Krajowej
ps. "Łukasz Łata"
Kedyw Komendy Głównej AK
pluton "Torpedy" batalion "Miotła"
Zgrupowanie "Radosław"






Początek dramatu

         W 1938 roku byłem uczniem drugiej klasy Państwowego Gimnazjum im. Tomasza Zana w Pruszkowie. Zwyczajem gimnazjum było, że każda klasa powinna być ozdobiona w jakimś stylu. Nasza klasa I b, we wrześniu 1937 roku jednogłośnie wybrała styl militarny. Ustaliliśmy, że górne zakończenie lamperii ścian klasy będzie zdobiła zrobiona z papieru wstęga orderu Virtuti Militari, a na ścianach będą zawieszone obrazy, względnie reprodukcje o treści dotyczącej oręża polskiego. Na pewno przyczyną tego wyboru, była sytuacja na świecie. W marcu 1938 roku nastąpiła aneksja Austrii przez hitlerowskie Niemcy. 30 września 1938 roku został zawarty w Monachium układ pomiędzy Niemcami, Włochami, Wielką Brytanią i Francją, bez udziału Czechosłowacji, który zezwalał Niemcom zająć część Czechosłowacji.
         Na podstawie układu Niemcy przyłączyli do Rzeszy Niemieckiej Sudety. Równocześnie utworzyli protektorat Czech i Moraw. Polska odzyskała Śląsk Zaolziański, który na mocy lokalnego porozumienia z 5 listopada 1918 r. został przyznany Polsce. Czesi w styczniu 1919 r. zajęli go zbrojnie. Później miał się odbyć plebiscyt, ale przez zaangażowanie Polski w 1920 r. w wojnę z bolszewizmem sprawa ucichła i Zaolzie pozostało przy Czechach. Niemcy na mocy Układu Monachijskiego utworzyli również proniemieckie państwo Słowacja, pod przywództwem księdza Józefa Tiso.
         W 1939 roku prowadząc politykę "Drang nach Osten", Niemcy wystąpili z roszczeniami wobec naszego kraju, żądając eksterytorialnego korytarza przez teren Polski, łączącego Prusy Wschodnie z Niemcami, oraz uznania Wolnego Miasta Gdańska za niemiecki. W marcu 1939 roku minister spraw zagranicznych Polski Józef Beck stanowczo odmówił w imieniu narodu polskiego zgody na roszczenia Niemiec. Zebrano nas w holu szkoły, gdzie wysłuchaliśmy przemówienia (expose) ministra Józefa Becka. Sytuacja międzynarodowa stawała się coraz bardziej zaostrzona. Niemcy dążyli do wojny.
         W sierpniu 1939 roku układ o przyszłym rozbiorze Polski podpisali Mołotow (ZSRR) i Ribbentrop (Niemcy). W tym samym czasie Polska podpisała układy o wzajemnej pomocy z Francją i Wielką Brytanią. W kraju przygotowywano się do wojny narzucanej przez Niemcy. Państwa zachodnie zalecały Polsce ograniczenie przygotowań, by nie prowokować Niemców. Z miejscowej ludności cywilnej organizowano jednostki OPL (Obrona Przeciwlotnicza). Zalecano kopanie rowów przeciwlotniczych. Ludność robiła zapasy żywności. Zaciemniano okna.
         W piątek, dnia 1 września 1939 roku, wojska niemieckie przekroczyły granice Polski - rozpoczęła się druga wojna światowa. Wszyscy byliśmy wychowani w duchu patriotyzmu i zdawaliśmy sobie sprawę, jak ciężkie ofiary poniósł naród w latach 1914-1920 wyzwalając się spod długotrwałej niewoli zaborców. Dlatego przemówienie ministra Becka przyjęliśmy ze zrozumieniem. Z wielką euforią przyjęto w dniu 3 września wypowiedzenie wojny Niemcom przez Francję i Wielką Brytanię. Zdawaliśmy sobie sprawę, jak ciężkie losy czekają naszą Ojczyznę.
         Niemcy całą swoją machiną wojenną ruszyli na Polskę. Gwarancje udzielone nam przez Francję i Wielką Brytanię ograniczyły się tylko do wypowiedzenia wojny agresorom. Francja, która miała atuty do rychłego zakończenia wojny, nie ruszyła się mając 30 dywizji na linii obronnej Maginota a Niemcy napadając na Polskę pozostawili na linii Zygfrieda tylko 3 dywizje. Zostaliśmy sami na placu boju. 17 września napadł na nas Związek Radziecki.
         Z wielkim smutkiem przeżyliśmy katastrofę Polski, ale pomni słowom Józefa Piłsudskiego: "Zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska, być zwyciężonym a nie ulec, to zwycięstwo", zaczęliśmy mobilizować się do walki z agresorem.


Mój udział w wojnie

         Wojna zastała mnie w domu w Ursusie. Syreny fabryczne oznajmiały alarmy lotnicze, które pierwotnie traktowaliśmy jako ćwiczenia. Radio nadawało, że jesteśmy zaatakowani przez Niemców, którzy wkroczyli na nasze terytorium mimo paktu o nieagresji, a ćwiczenia okazały się atakami agresji niemieckiego lotnictwa. Bomby zaczęły spadać na nasze miasta, fabryki, mosty. Niemcy rzuciły na Polskę całą swoją machinę wojenną przygotowywaną od chwili dojścia do władzy Hitlera, pozostawiając odkrytą swoją zachodnią granicę. Agresor kolumnami pancernymi szybko posuwał się w głąb Polski. Zaczęły dochodzić wieści o bestialstwie Niemców, np. o "krwawej niedzieli w Bydgoszczy". Ludzie uciekali przed zbliżającymi się wrogiem.
         Gdy Niemcy dochodzili do bram Warszawy, ja z ojcem opuściliśmy nasz dom w Ursusie i udaliśmy się pieszo do Warszawy, bo już innej komunikacji nie było. Zakwaterowaliśmy się u brata mojego ojca Feliksa, na ulicy Nowogrodzkiej 6. Tam już na kwaterze była rodzina z Poznania, która uciekła przed Niemcami. Na drugi dzień wróciłem do domu pieszo. Dzień ten spędziłem w domu z moją ukochaną mamą. Po południu przyszła wieść, że wróg jest już w Pruszkowie. Mama zapakowała mój i ojca garnitury świąteczne, które zabrałem do Warszawy.




Janek z rodzicami


         W drogę wyruszyłem z dobrym znajomym mieszkającym w pobliżu nas, panem Tadeuszem Ziółkowskim. Gdy doszliśmy do stolicy był już mrok i rozstawione wojsko na rogatkach nie wpuszczało nikogo na teren miasta do rana. Trzeba było szukać schronienia w okolicy. W pobliżu znaleźliśmy stóg siana, w którym wygrzebałem sobie dziurę i ułożyłem się do snu. Zasnąłem smacznie, ale przebudził mnie huk blisko spadających pocisków. Mój kompan się przestraszył i powiedział, żebyśmy poszukali sobie bezpieczniejszego miejsca. Opuściliśmy stóg i znaleźliśmy schronienie w piwnicy niewykończonego domu. Tu było znacznie chłodniej, ale przetrwaliśmy do świtu.
         Rano wyszedłem na zwiady, stwierdziłem, że jest wszystko w porządku i wróciłem do naszej kryjówki, ale tam już nie było mojego partnera ani mojej paczki. Trochę się zmartwiłem, bo nie wiedziałem dokąd poszedł mój towarzysz. Udałem się na swoją kwaterę na ulicy Nowogrodzkiej. Po drodze zastanawiałem się czy powiedzieć ojcu o tym zdarzeniu, który na pewno się zmartwi, że tak się stało. Z drugiej strony, ojciec będzie znał prawdę, więc powiedziałem mu wszystko. Ojciec zmartwił się, ale zrozumiał, że najważniejsze było przeżyć ten trudny czas.
         W czasie wędrówek po Warszawie, spotkałem kolegę z Ursusa Ryszarda Nowackiego, który z ojcem i bratem zatrzymał się na ulicy Chmielnej. Jego tata był kierownikiem działu montażowego w zakładach Lilpopa na Woli. Ponieważ w fabryce robiono prace dla wojska, kolega zwrócił się do mnie w imieniu swego ojca czy mój by nie zechciał tam pracować. Ojciec zgodził się i zaczął pracować w fabryce Lilpopa. Codziennie dostawał dniówkę - srebrną dziesięciozłotówkę. Ja zaś każdego dnia raniutko chodziłem po chleb do piekarni na ulicę Tarczyńską róg Dalekiej.
         Niemcy ostrzeliwali Warszawę. Obok piekarni również spadały pociski, byli ranni a nieraz i zabici. Chodząc po Warszawie w czasie jednego z nalotów zauważyłem, jak jeden żołnierz obsługujący karabin maszynowy w wysokim domu na górnym balkonie zestrzelił samolot niemiecki, który spadł na Dynasach. Pobiegłem tam, ale wojsko już nie dopuszczało bliżej, mogłem popatrzeć tylko z daleka.
         17 września po nalocie pobiegłem na plac Zamkowy i z żalem przyglądałem się, jak płonie Zamek Królewski, czując olbrzymią nienawiść do naszych wrogów, mając ich za barbarzyńców . Tego dnia radio podało wiadomość o ataku Związku Radzieckiego na Polskę. Prezydent Warszawy Stefan Starzyński w swoich wypowiedziach radiowych podtrzymywał na duchu Polaków.
         W Alejach Jerozolimskich róg Marszałkowskiej wykopano okop, w którym było stanowisko przeciwlotniczego karabinu maszynowego. Właśnie tamtędy przechodziłem, gdy nadleciały niemieckie samoloty. Schowałem się do najbliższej bramy w Alejach Jerozolimskich, skąd słyszałem świst pikujących samolotów i wybuchy bomb. Gdy wyszedłem z bramy, stanowiska już nie było, tylko rumowisko, zabici i ranni żołnierze.
         Tragedia, jaka spotkała naród Polski, była ofiarą dla Europy. Niemcy z wielką furią zaatakowali samolotami Warszawę w dniu 25 września, rzucając na stolicę olbrzymie ilości bomb zapalających. Miasto stanęło w płomieniach. Nasza kwatera znajdowała się na ulicy Nowogrodzkiej pod numerem 6. Nowogrodzka 8 i 10 już płonęły. Nasz dom ocalał dzięki ofiarności dozorcy budynku pana Czesława, stryja Feliksa Romańczyka, który mieszkał w tym domu i mojego ojca, Henryka Romańczyka. Ja pomagałem im jak mogłem. Przynosiłem wodę z posesji Nowogrodzka 2, gdzie na podwórku był basen przeciwpożarowy. Udało nam się zagasić pożar naszego budynku, który stoi do dziś. Ludzie z płonących domów kryli się po bramach.
         Okazało się, że dalsza obrona Warszawy jest bezcelowa. Polska została sama na placu boju. Podpisano kapitulację. Polska złożyła broń, lecz nie przestała walczyć. Dnia 1 października 1939 roku wraz z ojcem opuściliśmy Warszawę. Kiedy szedłem przez rogatki Wolskie, stojący tam oficer niemiecki zawołał mnie i kazał odrzucić kamień, leżący koło niego. Gdy to zrobiłem, Niemiec dla fantazji uderzył mnie w twarz. Wydawało mi się to niegodne oficera i spotęgowało nienawiść do Niemców. Zapragnąłem zemsty.


Początek okupacji

         Wróciliśmy do domu w Ursusie, gdzie oczekiwała nas mama, przez całe moje życie najukochańsza dla mnie osoba. W naszym mieszkaniu nic się nie zmieniło. Pan Ziółkowski z zagubioną paczką odnalazł się i było po zmartwieniu. Właściciel domku, w którym mieszkaliśmy, pracował w fabryce karabinów na Woli. Był ewakuowany na wschód, a wróciwszy trochę później do domu spod okupacji bolszewickiej miał co opowiadać.
         Moi sąsiedzi okazali się volksdeutschami . Matka mojej sąsiadki poczuła się Niemką, miała niemieckie nazwisko Karwize. Syn jej był na wojnie w wojsku polskim i dostał się do niewoli, lecz matka wyciągnęła go z niej i zrobiła z niego volksdeutscha. Nasi starsi koledzy uciekali z Polski do Francji, gdzie formowała się Armia Polska pod dowództwem generała Władysława Sikorskiego. Każdy chciał walczyć, by przywrócić Polsce wolność.
         Posmutniały nasze twarze. Okupacja była okrutna. Niemcy byli butni i pewni siebie. Wiadomość o krwawej niedzieli w Bydgoszczy rozeszła się po kraju, straszne były także wypadki w Wawrze pod Warszawą, gdzie rozstrzelano wielu Polaków. Niemcy byli okrutni i bestialscy. Aresztowali wielu Polaków i mordowali w Palmirach. Wśród pomordowanych było wielu znanych ludzi, był i Janusz Kusociński.
         My, młodzi, trzymaliśmy się razem. Nasz kolega z Piastowa, Janusz Krawczyk, w listopadzie 1939 roku przyniósł nam pismo podziemne "Polska Żyje". Fakt ten dodał nam otuchy, że jeszcze Polska nie zginęła.



Janek Romańczyk 1940 r

         Ja, aby uchronić się przed wywózką do Niemiec, zacząłem pracować w fabryce w Ursusie. Pracowałem od 20 czerwca 1940 roku po ukończeniu 16-tu lat i rozpocząłem naukę w szkole zawodowej. Pracę traktowałem jako naukę zawodu, bo nie wiedziałem jak potoczą się losy mojego życia. Niemcy z dumą obwieszczali o swoich zwycięstwach. Inne państwa padały jeszcze szybciej niż Polska, mimo że były lepiej uzbrojone. Francuzi woleli być żywymi świniami niż zdechłymi bohaterami i nie chcieli bronić swojej ojczyzny. Anglia na swojej wyspie szykowała się do obrony. Armia Polska z Francji, ewakuowała się do Anglii.
         Niemcy zawładnęli prawie całą Europą, pozostawiając tylko Szwecję, Portugalię i swoich sojuszników - Hiszpanię i Związek Radziecki, na który napadli 22 czerwca 1941 roku, zajmując w szybkim tempie olbrzymie tereny tego państwa. Sowieci w ogóle nie byli przygotowani do wojny z Niemcami, mimo że wywiad polski donosił o olbrzymiej koncentracji wojsk niemieckich na granicy. Wojska polskie i angielskie, po kapitulacji Francji, ewakuowały się do Anglii. Wielka Brytania przejęła na siebie ciężar wojny, próbując ze Związku Radzieckiego zrobić swego sojusznika, co udało się, ponieważ Sowieci potrzebowali wsparcia do obrony przed najeźdźcą.


Konspiracja

         W czerwcu 1941 roku wstąpiłem w szeregi ZWZ (Związek Walki Zbrojnej)do oddziału Kazimierza Jackowskiego ps. "Tadeusz Hawelan". Składając żołnierską przysięgę miałem obowiązek wybrać sobie pseudonim. Zawsze bardzo lubiłem liczbę 13. Ponieważ w polskim alfabecie trzynasta litera to "Ł" przybrałem pseudonim "Łata". Po złożeniu przysięgi zostałem skontaktowany z dowódcą grupy Anatolem.
         Gdy wstąpiłem do organizacji od razu przydzielono mi funkcję kolportera prasy podziemnej. Spotykałem się z miłą panią na ulicy Nowogrodzkiej przy przystanku EKD (/Elektryczne Koleje Dojazdowe). Nieznacznie zamienialiśmy teczki, które były identyczne. Oddawałem swoją pustą, a zabierałem tę z prasą i wiozłem do Ursusa. Tu prasę, podzieloną na mniejsze paczki, odbierał ode mnie Tadeusz Bartosiewicz i roznosił po oddziałach. Ponieważ roznosił małe paczki zrobione z dużej dostawy dostarczanej przez "Łatę", nosił pseudonim "Łatka". Kolportaż prowadziłem przez dwa lata.
         Po za tym obowiązkiem moim było szkolenie rekruckie. Byliśmy podzieleni na grupy. Jeździłem do Warszawy na wykłady, następnie zaczerpnięte wiadomości przekazywałem kolegom.
         Do moich zadań należało również dokonywanie sabotażu w fabryce, w której pracowałem. Działalność ta polegała na smarowaniu pasów transmisyjnych ługiem potasowym. Wnosiłem na teren zakładu laseczki wodorotlenku potasu, rozpuszczałem je w wodzie i tak przygotowanym preparatem smarowałem pasy transmisyjne, które w niedługim czasie kruszyły się i rwały, trudne w tym miejscu do naprawy.
         Następnym moim działaniem było skracanie cyklu topienia stali. Pracowałem na odlewni staliwa. Stal topiono w piecu łukowym, pojemności jednej tony. Cykl remontowy pieca wynosił dwa tygodnie. Po pierwszym tygodniu robiono poprawkę i piec pracował cały następny tydzień do soboty. Postanowiłem ten porządek zmienić. Przyniosłem do zakładu bombki zapalające, które były używane do przepalania cystern z benzyną. Składały się one z chloranu potasu, opiłek aluminiowych, opiłek żelaznych. Na cysternach działały następująco: do bombki wkładano zapalnik czasowy, który po odpowiednim czasie działał kwasem na chloran potasu. Chloran zapalał się wytwarzając wysoką temperaturę, tak że zapalały się opiłki aluminiowe, które powodowały zapalanie się opiłków żelaznych wytwarzając temperaturę powyżej 3.000 stopni. Pancerz cysterny nie wytrzymywał tej temperatury.
         Wspominam o tym, bo bombki te używałem również do skracania cyklu remontu pieca. W drugim tygodniu, w środę lub czwartek, w zależności od mojego dostępu do pieca, w czasie gdy załoga pieca poszła na obiad, wrzucałem do pieca bombkę bez zapalnika. Proces pracującego pieca, który wytworzył odpowiednią temperaturę powodował, że bombka przepalała jego pancerz. Trzeba było dokonywać remontu pieca.
         Z dniem 1 stycznia 1942 roku wydzielono z naszego oddziału pięciu ludzi i włączono nas w skład Wielkiej Dywersji. Do tej piątki należeli: dowódca grupy Kazimierz Jackowski pseudonim "Tadeusz Hawelan", zastępca Stanisław Domin pseudonim "Stefan Boruta", Bogdan Bogusławski pseudonim "Dal Saperski", Zenon Jackowski pseudonim "Adam Horski" i Jan Romańczyk pseudonim "Łata". Polecono uzupełnić mój pseudonim o imię. Będąc wierny magii 13 przybrałem imię Łukasz, które wybrałem przy bierzmowaniu. Tak więc od tej chwili mój pełny pseudonim brzmiał "Łukasz Łata".
         Działalność nasza polegała na bardziej intensywnym wykonywaniu naszych zadań w podkładaniu bomb zapalających w transportach kolejowych, szkoleniu saperskim, robieniu przerw w łączności telekomunikacyjnej, dokonywaniu aktów sabotażu w fabryce, podpaleń: magazynów niemieckich, samochodów w jednostkach wojskowych, jakimi były Pionier Parki. Dochodziła do tego likwidacja konfidentów Gestapo, wysadzanie pociągów (transportów wojskowych na front wschodni).
         Pod koniec kwietna 1942 roku otrzymałem rozkaz, stawienia się na ulicy Powązkowskiej poza wiaduktem za torami, naprzeciw niemieckiego Pionier Parku. Koledzy wieczorem schronili się w zaroślach przy torze kolejowym i w nocy podzieleni na trzy grupy forsując ogrodzenie weszli na teren Pionier Parku. Pierwsza grupa miała na celu obsługę wartowników, którzy smacznie spali w swoich budkach. Karabiny ich zostały pozbawione amunicji i zostały zabrane gaśnice. Druga grupa na całym terenie zbierała gaśnice. Trzecia grupa rozkładała ładunki zapalające na zbiornikach paliwowych samochodów. Akcja trwała godzinę. Ładunki miały wybuchać po godzinie 8-ej. O godzinie 7.30 byłem już na miejscu. Po godzinie 8-ej zaczęły wybuchać ładunki i zapalać samochody. Powstał bałagan, po kilku wybuchach Niemcy zaczęli biegać, szukać ładunków i zrzucać je ze zbiorników samochodów. Akcja była udana spłonęło kilka samochodów.
         Będąc pewnego razu na wypadzie nocnym, czekając przy torach na transport wojskowy, byłem oddalony od torów kilkanaście metrów. Co jakiś czas dochodziłem do torów i przykładałem ucho do szyny, by usłyszeć co dzieje się na torze. Gdy usłyszałem zbliżające się kroki, zorientowałem się, że po torach idzie patrol ochrony kolei. Odszedłem więc od torów około 100 metrów i zatrzymałem się. W pewnej chwili, ktoś w domu za torami zapalił światło. W snopie światła zauważyłem, jak pies ciągnie Bahnschutza (niemiecki strażnik kolei) w moim kierunku. Gdy to zobaczyłem zacząłem się szybko oddalać w przeciwnym kierunku. Dobiegłem do ogrodzenia z siatki drucianej, oddzielającego pole od ulicy. Chwilę potem jak przedostałem się przez siatkę ogrodzeniową na ulicę, pies którego ze smyczy spuścił bahnschutz, całym impetem uderzył nosem w siatkę, zaskowyczał i wrócił z powrotem do swego pana. Ja klucząc dotarłem do domu.
         Zdobywaliśmy środki do dalszej walki, rozbrajając oficerów lub kupując broń od żołnierzy niemieckich. Pewnego razu zaproponowaliśmy żołnierzowi niemieckiemu zakupienie od niego broni. Żołnierz okazał się Polakiem z Wilna. Wyjaśnił nam, że wkraczający do Wilna Sowieci, na jego oczach zabili mu rodziców a on z zemsty, kiedy wkroczyli Niemcy, na ochotnika wstąpił do ich armii. W chwili kiedy spotkał nas chciałby przystąpić do nas. Umówiliśmy się na drugi dzień. Wzięliśmy ze sobą cywilne ubranie. Przyszedł na spotkanie, przyniósł ze sobą sporo broni, przebrał się w ciuchy cywilne i poszedł razem z nami. Zdzisław Kurowski, tak on się nazywał, dostał lewe dokumenty, pracę i zakwaterowanie w piekarni u naszego kolegi Stanisława Poznańskiego na Gołąbkach. Poszedł z nami do Powstania i tam chwalebnie poległ.
         Przygotowywaliśmy się do ostatecznego starcia z okupantem. Do samodzielnych moich działań należy zaliczyć kilkakrotne unieruchomienie pieca hutniczego do topienia stali, podpalenie magazynu drewna do wykonywania modeli odlewniczych sezonowanego kilkanaście lat. Wykonałem szereg wywiadów, które kończyły się odpowiednimi raportami z mojej obserwacji. W 1943 i 1944 roku brałem również udział w kilku poważnych akcjach zbrojnych.
         Front wschodni zbliżał się do bram Warszawy. Polska Armia Podziemna pod dowództwem Delegatury Rządu na Kraj przygotowywała się do akcji W /Powstania/. Od 20 lipca przygotowano punkty alarmowe czynne cały dzień, oczekujące rozkazów z Komendy Głównej na rozpoczęcie akcji, a w terenie punkty, w których członkowie oddziałów meldowali się co dwie godziny. Tak dotrwaliśmy do Powstania.


Jan Romańczyk


      Jan Romańczyk,
ur. 01.05.1924 r. w Wołominie
sierżant pchor. Armii Krajowej
ps. "Łukasz Łata"
Kedyw Komendy Głównej AK
pluton "Torpedy" batalion "Miotła"
Zgrupowanie "Radosław"





Copyright © 2008 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.