Powstańcze relacje świadków

Jan Romańczyk "Łata" - chłopak z "Miotły"


Wspomnienia Powstańca








Jan Romańczyk,
ur. 01.05.1924 r. w Wołominie
sierżant pchor. Armii Krajowej
ps. "Łukasz Łata"
Kedyw Komendy Głównej AK
pluton "Torpedy" batalion "Miotła"
Zgrupowanie "Radosław"




Geneza

         1 sierpnia przypada rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Data ta nasuwa w obecnym czasie wiele refleksji. Niewielu ludzi jest dziś świadomych tego, co wtedy się zdarzyło, kiedy to prawie cała młodzież warszawska przystąpiła do jawnej walki z okrutnym wrogiem - Niemcami hitlerowskimi.
         Wróg, zaślepiony chęcią zawładnięcia całym światem, w 1938 r. opanował bez wystrzału Austrię i Czechosłowację. 1 września 1939 r. napadł na Polskę, która stawiła mu zacięty opór, Wskutek olbrzymiej przewagi militarnej wroga, który od kilku lat przygotowywał się do wojny i opieszałości sojuszników w wypełnieniu swoich gwarancji wobec Polski. 17 września napadł Polskę ze wschodu, ówczesny sojusznik Niemiec, Związek Radziecki. Polska musiała skapitulować.
         Polakom, którym w okresie międzywojennym wpajano patriotyzm, nie obce były słowa Marszałka Józefa Piłsudskiego: "Zwyciężyć i spocząć na laurach to klęska, być zwyciężonym a nie ulec, to zwycięstwo". Spowodowało to, że część żołnierzy polskich nie poszła do niewoli, lecz przez Rumunię dostała się na Zachód do Francji, gdzie tworzyła się Armia Polska, pod dowództwem generała Władysława Sikorskiego. Część została w kraju i zorganizowała największą w Europie Armię Podziemną. Armia ta miała doskonały wywiad, prowadziła szkolenie wojskowe młodzieży chętnej do wałki z wrogiem. Przeprowadzała akcje dywersyjne i sabotażowe. Brała również udział w walkach odwetowych i represyjnych przeciwko wrogom i zdrajcom, którzy współpracowali z okupantem, by zniszczyć polskie podziemie.
         Ekspansja niemiecka zaczęła się załamywać w 1943 roku. Wojska niemieckie były zmuszane do stopniowego wycofywania się z zajętych terenów. W przemówieniu noworocznym w 1944 roku, Hitler zapowiedział, że jeżeli będzie zmuszony wycofać się z Warszawy - zostawi z niej rumowisko.


Początek działań

                   Polska Armia Podziemna stawiała coraz bardziej zacięty opór okupantom niemieckim. 31 lipca 1944 r. wieczorem otrzymałem wraz z innymi kolegami polecenie stawienia się 1 sierpnia rano w Warszawie w naszym punkcie alarmowym na Nowym Świecie przy Al. Jerozolimskich, w lokalu firmy Skład Farb i Lakierów Imroth i Maliński. Ponieważ grupa z innego oddziału, posiadająca punkt alarmowy obok nas, zachowuje się nieodpowiednio, należy ją uciszyć.
         Gdy dotarliśmy na miejsce, wykonaliśmy zadanie, udając się na wskazany punkt alarmowy. Będący tam chłopcy, byli zawiedzeni, bo widząc kolumny Niemców cofających się z frontu przez most Poniatowskiego, Alejami 3 Maja, Alejami Jerozolimskimi na zachód uważali, że to już czas rozpocząć jakieś przygotowania do działania, a o nich zapomniano. Gdy zobaczyli nas uzbrojonych, chcieli się do nas przyłączyć. Wytłumaczyliśmy im, że każdy ma swoje zadanie i oni na pewno dostaną swój rozkaz do wykonania. Chłopcy uspokoili się a my wróciliśmy na swój punkt. Dowódca nasz Kazimierz Jackowski ps. "Tadeusz Hawelan" został wezwany do komendy na odprawę. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na jego powrót.
         1 sierpnia 1944 r. o godzinie 11.00 wrócił dowódca i powiadomił nas, że Powstanie Warszawskie rozpocznie się dziś o godz. 17.00. Miejsce rozpoczęcia akcji dla naszej grupy - ul. Okopowa 31. .Łącznicy udali się natychmiast w teren, by powiadomić oddziały aby natychmiast stawiły się na ulicę Okopową. Grupa przebywająca na punkcie kontaktowym dostała polecenie udania się bezpośrednio na ulicę Okopową, by przygotować obiekt do akcji.
         Zaprawieni w walce z okupantem w oddziale Kedywu KG AK, zadowoleni z obrotu sprawy, dotarliśmy z kolegami, korzystając z miejskiej komunikacji jaką były wtedy tramwaje, na punkt zbiorczy we wspomnianym domu przy ulicy Okopowej 31. Przygody jakie się nam wtedy przytrafiły były charakterystyczne dla tego czasu.
         Jak wspomniałem, naszym środkiem lokomocji były tramwaje. Ze względu na tłok dla nas wewnątrz nie było miejsca, jechaliśmy na zewnątrz stojąc na ramie mocującej koła, a rękami trzymaliśmy się otworów otwartych okien. Jechaliśmy z bronią gotową do strzału zawiniętą tylko w gazetę. Ja trzymałem się okna obiema rękami, a pistolet położyłem na rękach. Jadący obok mnie Tadeusz Gabrysiak pseudonim "Kubiński" trzymał się tylko jedną ręką okna, a w drugiej trzymał pistolet. W czasie jazdy poczuł, że ręka, którą trzyma się okna mdleje i musi natychmiast przytrzymać się drugą. Poprosił więc panią w tramwaju, by przytrzymała jego bagaż. Pani wzięła zawiniątko, ale gdy się zorientowała co to jest, zrobiła "wielkie oczy". Tadeusz najspokojniej powiedział: "Niech się Pani nie boi, ja zaraz to wezmę".
         Pojechaliśmy dalej. Tramwaj zatrzymał się na rogu ulic Chłodnej i Żelaznej, naprzeciwko budynku, gdzie mieściła się niemiecka żandarmeria. Przed budynek wyszło kilku żandarmów i przyglądało się nam. My przyglądaliśmy się im, czy który nie sięga po broń, ale wszystko odbyło się bez zakłóceń i szczęśliwie pojechaliśmy dalej.
         Naszym macierzystym oddziałem był pluton por. "Torpedy", batalion szturmowy "Miotła", zgrupowanie "Radosław" Kedyw KG AK. Mimo, że godzina wybuchu Powstania została ustalona na 17, byliśmy na miejscu już wcześniej i przygotowywaliśmy obiekt do walki. Napełnialiśmy worki piaskiem i układaliśmy pod oknami.
         Akcja na naszym odcinku rozpoczęła się wcześniej. Na rogu ulic Dzielnej i Okopowej zatrzymał się samochód niemiecki i ostrzeliwał z karabinu maszynowego ludzi będących przy monopolu tytoniowym. Po krótkiej konsternacji stacjonujące tam nasze oddziały zaatakowały samochód granatami. Niemcy rozbiegli się, pozostawiając pojazd. Uciekający Niemcy stali się celem naszych żołnierzy i kilku z nich padło. Były pierwsze zdobyczne sztuki broni.
         Nie ucichły jeszcze strzały, gdy przed nasze stanowiska nadjechały dwa ciężarowe samochody z przyczepami, pełne maruderów z frontu. Samochody, ostrzelane przez nas, zatrzymały się, a żołnierze uciekli do domów po przeciwnej stronie ulicy. Patrol zorganizowany przez dowództwo naszej placówki, podjął akcję przeciwko żołnierzom niemieckim. Znaczna ich część uciekła, lecz kilkudziesięciu wzięliśmy do niewoli, respektując układy genewskie. Ja otrzymałem służbę na stanowisku w oknie na parterze Po zapadnięciu zmroku na naszym odcinku zapanowała cisza. Tylko w okolicy widać było łuny pożarów. Tak minął pierwszy dzień.
         Drugi dzień przyniósł nam miłą niespodziankę, mieszkańcy zajmowanego przez nas domu przygotowali nam posiłek. Nagle zostaliśmy zaalarmowani, że od strony ulicy Gibalskiego zbliżają się dwa czołgi. Podjęliśmy próbę ataku, ale obie ich załogi poddały się. Jak się okazało, czołgi pochodziły z frontu. Jeden z nich był uszkodzony, ale miał amunicję i mógł strzelać, drugi zaś holował go do Pionier Parku na ulicę Powązkowską. Były to czołgi z jednoosobową załogą.
         Dowódcą jednego z czołgów był Niemiec, były więzień obozu koncentracyjnego w Dachau. W 1942 podpisał on zgodę pójścia na front, został zwolniony z obozu i wcielony do armii. Drugi był absolwentem Politechniki Berlińskiej odbywającym praktykę w wojsku, synem zamożnego wytwórcy mebli stylowych, posiadającego wiele filii w różnych stolicach europejskich. Sam, jak mówił, znał sześć języków, tylko polskiego nie mógł się nauczyć, bo bardzo trudny. Powstanie przeszkodziło czołgistom w wykonaniu zadania.
         Nasz rejon był nękany ostrzałem z karabinu maszynowego, umieszczonego na wieży kościoła św. Augustyna na ulicy Nowolipki. Toteż, gdy nasza załoga przejęła czołgi i nauczyła się je obsługiwać, natychmiast przystąpiła do likwidacji tego stanowiska i celnym strzałem uciszyła je. Czołgi zostały zabrane przez naszą jednostkę pancerną. Niemcy zostali wzięci do obozu jenieckiego, a my dostaliśmy rozkaz zajęcia stanowisk na rogu ulic Okopowej i Żytniej.
         Jeden z oddziałów powstańczych, "Kolegium A", zdobył niemieckie magazyny żywności i sortów mundurowych na Stawkach. Dostaliśmy więc zaopatrzenie i niemieckie sorty mundurowe, natomiast swoje ubrania cywilne wsadziliśmy do plecaków.


Ciągła walka.

         Nastąpiły trudne dni walki. Zrozumieliśmy, że pomocy nie otrzymamy, że amunicji jest niewiele i każdy pocisk musi trafiać celnie. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy zrzutów. Potrzebowaliśmy amunicji i broni, bo mieliśmy wielu ochotników, których trzeba było uzbroić. Nam też by się jeszcze dodatkowej broni przydało.
         4 sierpnia po południu otrzymałem rozkaz zajęcia wraz z kilkoma kolegami budynku po drugiej stronie ulicy Żytniej, przed barykadą, nie zajętego przez nikogo. Rozkaz wykonałem i po dokonaniu rozeznania dostrzegłem, że na rogu ulic Okopowej i Leszno, w fabryczce mydła Majdego, poruszają się Niemcy. Wraz z trzema kolegami uzbrojonymi w karabiny, udaliśmy się na strych, gdzie były otwory w murach. Koledzy zajęli stanowiska przy otworach. Każdy wybrał innego Niemca i na komendę jednocześnie strzelili trafiając trzech Niemców. Niemcy na ślepo otworzyli ogień nie robiąc nam żadnej szkody.
         6 sierpnia na ulicy Żytniej i Okopowej zluzował nas pluton por. "Sarmaka", a my zostaliśmy odkomenderowani do fabryki Kamlera. 7 sierpnia zostaliśmy skierowani do Monopolu Tytoniowego na ulicy Dzielnej. W nocy z 7 na 8 sierpnia przeszliśmy do garbarni Pfeiffera przy ulicy Okopowej.



Grupa żołnierzy z plutonu por. "Torpedy" pod murem cmentarza żydowskiego na ulicy Okopowej.
Stoją od lewej , Marian Ławacz ps. "Marek", Krystyna Trzaska ps. "Krysia", Zenon Jackowski ps. "Adaś", Danuta Aniszewska ps. "Danka", Zbigniew Wojterkowski ps. "Sowa", klęczy Jan Romańczyk ps. "Łata"

         10 sierpnia zostałem przez swojego dowódcę, por. "Torpedę", wysłany jako łącznik do dowódcy batalionu kpt. "Niebory". Kapitana nie było w swojej kwaterze, usiadłem więc na rozłożonej macie w pobliżu kwatery i czekałem. Obok mnie siedział również żołnierz, który zainteresował się moją "Błyskawicą" (pistolet maszynowy polskiej produkcji). Pokazałem mu ją dokładnie i wyjaśniłem jej działanie. Poprosił bym dał mu ją do ręki. Wyjąłem magazynek i spełniłem jego prośbę. Następnie poprosił, bym mu ją dał całą z magazynkiem, zabezpieczoną. Spełniłem również tę jego prośbę. Spuściłem iglicę, bo takie zabezpieczenie miała "Błyskawica", włożyłem magazynek, podałem mu ją i obserwowałem, co będzie z nią robił. W tym czasie powstał tumult, że idzie dowódca. Odwróciłem głowę i w tej chwili usłyszałem szczęk mojej "Błyskawicy" i zobaczyłem, jak ten żołnierz odciągnął iglicę i naciska spust. Nagłym ruchem ręki skierowałem lufę do podłogi i padła seria pod nogi kapitana "Niebory". Grupa oficerów towarzyszących kapitanowi "Nieborze", wzięła mnie w obroty i chciała postawić pod sąd wojenny. Z opresji wyratował mnie kapitan "Niebora", który powiedział: "Co chcecie od niego, żeby nie przytomność jego działania, ja bym już nie żył." Dostałem meldunek i zamyślony poszedłem na kwaterę.
         Sytuacja na Woli stawała się bardzo trudna. Niemcy atakowali nasze stanowiska, używając czołgów i artylerii. Teren opanowany przez nas był coraz mniejszy. Dowództwo zadecydowało, że musimy opuścić Wolę. 11 sierpnia rano Niemcy wsparci silnym ogniem artylerii wyparli nasze stanowiska na pl. Parysowskim i zajęli magazyny na Stawkach, odcinając nas od Starego Miasta.
         Wobec takiego stanu rzeczy ppłk. Radosław wydał rozkaz przebicia się i polecił natychmiast zaatakować stanowiska niemieckie. 11 sierpnia, w pełnym rynsztunku, wyszliśmy z naszych kwater i według rozkazu zostawiliśmy plecaki, a zabraliśmy broń , amunicję i granaty. Ustawiliśmy się w tyralierę do ataku. Akcją dowodził dowódca batalionu "Miotła" kpt. "Niebora" Franciszek Władysław Mazurkiewicz.



kpt Franciszek Wacław Mazurkiewicz ps. "Niebora"


         Spojrzał na ustawioną tyralierę i kiwnął na mnie palcem. Zameldowałem się u dowódcy i dostałem polecenie zajęcia stanowiska na szpicy. Zadanie moje polegało na tym, że pierwszy wdrapywałem się na góry gruzu ze zwalonych domów i odpowiednim znakiem dawałem znać dowódcy, co widzę. Za mną ruszała tyraliera.
         Tak dotarliśmy do muru getta i do muru magazynu na Stawkach. Przede mną były gruzy małego domku z wystającymi fragmentami narożnych murów. Dowódca i cała tyraliera dołączyła do mnie. Jednym skokiem znalazłem się na gruzach domku i przede sobą zobaczyłem grupę kilkunastu Mongołów w niemieckich mundurach. Gdy mnie zobaczyli (byłem w niemieckim mundurze) zawołali "Deutsch?" Odpowiedziałem "jo jo" i naciskając spust swojej "Błyskawicy" posłałem im serię. Zrobił się zamęt i zaczęli uciekać w kierunku bramy magazynu.
         Wróciłem do dowódcy i zameldowałem o wydarzeniach. Wtedy "Niebora" wyrwał mi granat zza pasa i wskoczył na gruzy, a ja za nim. Powstrzymał nas ogień niemiecki, za bramą magazynu schronili się żołnierze i strzelali do nas. Schowaliśmy się za fragmenty muru i ogniem z "Błyskawicy" uciszyłem wroga. Następnie mierząc w nogi spowodowałem, że odstąpili od bramy.
         Dowódca spostrzegł, co się dzieje i z gromkim okrzykiem "Hurra!" ruszył do ataku. Za nim ja, "Dzidek" i "Ghandi". Przebiegając światło bramy, "Dzidek" został śmiertelnie trafiony. Niemcy otworzyli silny ogień. Kule karabinu maszynowego przebijały cienki mur magazynów. W chwilę później został ranny w nogę "Ghandi". Dowódca krzyknął do mnie: "Masz granat pod nogami". Obejrzałem się zrobiłem krok naprzód i padłem. Nastąpił wybuch, który na szczęście nic nikomu nie zrobił. Zaraz potem kpt. "Niebora" został trafiony odłamkiem betonu. Gdy wycofywał się na opatrunek, w pobliżu rozerwał się pocisk z działka przeciwpancernego. Dowódca padł powtórnie ranny i zanim został doniesiony na punkt opatrunkowy, zmarł.
         Pozostałem sam pod bramą i zorientowałem się w sytuacji. Niemcy kryli się za wagonami kolejowymi 150 m od bramy. Za bramą stał samochodowy ciągnik na gąsienicach z doczepionym działkiem przeciwpancernym, który został porzucony przez Niemców na skutek naszego ataku (później został przejęty przez powstańców). Wyszedłem spod bramy i najbliższemu oficerowi zameldowałem jak wygląda sytuacja. Sam zaś dołączyłem do grupy, która atakowała placówki niemieckie na placu Parysowskim, które stamtąd zostały wyparte.
         Jeden z naszych oddziałów zaatakował Niemców od strony szkoły na Stawkach i wyparł ich z terenu magazynów. Droga na Stare Miasto była wolna. Wycofano nas do miejsca wypadu, skąd zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy na Stare Miasto. Przez całą drogę atakowały nas samoloty, ale dotarliśmy do celu. W całej tej akcji ponieśliśmy duże straty, mieliśmy zabitych i rannych. Bilans tych strat upamiętnia pamiątkowy obelisk na rogu ulic Dzikiej i Stawki.

    

Obelisk na rogu ulic Dzikiej i Stawki poświęcony dowódcy batalionu "Miotła" i Jego żołnierzom, którzy zginęli torując drogę z Woli na Stare Miasto wydostając się z okrążenia

         Po przejściu na Stare Miasto zatrzymaliśmy się na placu Krasińskich, w pałacu Krasińskich. Potem dostaliśmy kwaterę na rogu ulic Długiej i Miodowej, w Starym Ulu (kawiarnia). Gdy dotarliśmy na Stare Miasto wyglądało ono jeszcze, jakby nie widziało walki, ale za nami szło zniszczenie.
         Na skutek śmierci dowódcy batalionu "Miotła" i jego zastępcy, nastąpiła reorganizacja batalionu "Miotła" , którego większość oddziałów została przydzielona do batalionu "Czata 49" pod dowództwo mjra "Witolda" - Tadeusza Runge.
         Dostaliśmy nowy przydział obejmując placówki na Muranowie. Naszym bezpośrednim dowódcą w batalionie Czata 49 był kpt. "Motyl" - Zbigniew Ścibor-Rylski. Miejscem naszego postoju był dom przy ulicy Muranowskiej 2. Z Muranowa przeprowadziliśmy nocny atak na magazyny na Stawkach. Niemcy po opuszczeniu przez nas Woli ponownie zajęli magazyny. Atakiem tym, jak się zorientowaliśmy, zaskoczyliśmy Niemców, bo kręcąc się na podwórku porzucali wszystko, pochowali się w budynkach i ostrzeliwali się. Wypad się udał, nie mieliśmy żadnych strat, choć jeden z kolegów ps. "Ryk" po akcji stwierdził, że filipinkę (granat uderzeniowy), którą miał przytroczoną z tyłu do pasa była przestrzelona. Zdobyliśmy znaczne ilości zaopatrzenia.
         Gdy wróciliśmy z wypadu, dowódca zwrócił się do mnie, bym poszedł przypilnować ludzi, którzy poprawiają barykadę, naruszoną przez Niemców goliatami. Po obejrzeniu naprawianych części , zająłem miejsce w kąciku, między cegłami. Chwilę po tym przyszedł Jurek Murawski z poleceniem, bym poszedł na śniadanie, a sam zajął moją pozycję. Odszedłem kilka kroków, gdy za mną rozległ się głośny wybuch; wróciłem z powrotem na opuszczone stanowisko i zobaczyłem ślad po pocisku z granatnika, który uderzył w to miejsce i rozerwał Jurka. Zastanawiałem się , czy przyszedł po to, by mnie uratować a samemu zginąć?
         Placówki nasze na Muranowie były atakowane przez samoloty i goliaty. Mieliśmy straty, dużo kolegów było poważnie rannych. Wraz z Tadeuszem Wallem ps. "Góra" zostałem wysłany z meldunkiem do naszej komendy na ulice Mławską 3. Przechodziliśmy przez gruzy getta, wśród wagoników wywożących gruz. Gdy przechodziliśmy koło nich, kule "grały" po wagonikach.
         Dostaliśmy się do kościoła Jana Bożego na ulicy Bonifraterskiej i tu zatrzymaliśmy się na chwilę. Tadeusz powiedział: "Jestem ranny w plecy". Podnoszę delikatnie jego plecak i na mundurze widzę ciemną plamę. Ostrożnie odchylam mundur i widzę na koszuli białą plamę. Chyba białej krwi nie ma? Co się okazało: kula przebiła plecak i przedziurawiła puszkę konserw, jaką miał w plecaku, a Tadeusz czując wilgoć na plecach sądził, że jest ranny. Dobrze, że tak się to skończyło. Ruszyliśmy w drogę do komendy. Oddaliśmy meldunek, otrzymaliśmy odpowiedź i szczęśliwie wróciliśmy do bazy. Wręczyliśmy meldunek z komendy mjr. "Witoldowi" i wróciliśmy na kwaterę.
         Sytuacja na Muranowie stawała się bardzo uciążliwa. Lotnicze ataki niemieckie i goliaty (zdalnie sterowane samobieżne miny czołgowe bez ludzi) atakowały nas bez przerwy, ponosiliśmy duże straty. Dowództwo zdecydowało opuścić Muranów. Naszą nową kwaterą była Mławska 3.
         Dostałem placówkę w domu na ulicy Sapieżyńskiej, na trzecim piętrze. Z okna był ciekawy widok. Widziałem zbocze fortu Traugutta, na nim stało działko, a obok na kocu leżał Niemiec. Od czasu do czasu podnosił się, ładował działko i odpalał, a pocisk leciał w naszą stronę. Zawołałem "Adasia" z MG-42, (niemiecki karabin maszynowy) i pokazałem mu przez lornetkę, co zaobserwowałem. "Adaś" ustawił swoje MG, przymierzył się i strzelił, ale prawdopodobnie trafił w blachę osłony działka. Niemiec poderwał się i wychylił się zza blachy, by zobaczyć co się stało. "Adaś" widząc to, szybko strzelił w ten sam cel . Niemiec bezwładnie zawisł na osłonie działka. Niemcy zrobili osłonę dymną, a kiedy ona opadła okazało się, że zabrali trafionego i rozpoczęli strzelaninę w naszym kierunku, kryjąc się przezornie przed nami.
         W dniu 21 sierpnia miało nastąpić uderzenie na Dworzec Gdański z naszego kierunku, jak również z Żoliborza. Dotarliśmy do ogrodzenia parku Traugutta, przy ulicy Międzyparkowej. Było jeszcze ciemno i czekaliśmy na znak rozpoczęcia uderzenia z Żoliborza. Niestety nie doczekaliśmy się. Gdy się rozwidniało, nastąpiło odwołanie akcji.
         Jeden z kolegów, widząc Niemca na zboczu fortu Traugutta, przed wycofaniem się, celnie strzelił do niego. Niemcy jakby się ocknęli i rozpoczęli strzelaninę. Koledzy wycofywali się pod osłoną trybun stadionu Polonii. Ja ruszyłem środkiem parku Traugutta. Zorientowałem się, że jestem ostrzeliwany przez Niemców. W pewnej chwili przewróciłem się na ziemię chroniąc się przed kulami. Za chwilę się poderwałem i pobiegłem dalej w kierunku budynku szkoły poligraficznej na ulicy Konwiktorskiej, która była wyznaczone na zbiórkę oddziału.
         Gdy dochodziłem do miejsca zbiórki, na pierwszym piętrze budynku, usłyszałem głos dowódcy mego plutonu por "Torpedy", że brakuje mu jednego żołnierza. Ktoś się odezwał , że widział jak poległ "Łata". Wtedy dowódca zarządził chwilę ciszy dla uczczenia pamięci kolegi. Byłem już blisko, więc słysząc to zawołałem: "Poczekajcie". Szereg się rozsypał a koledzy witali mnie jakbym wrócił z drugiego świata. Wróciliśmy na kwatery.
         W dniu 26 sierpnia dostaliśmy rozkaz podmienić oddział z plutonu "Jerzyków" broniącego szpitala Jana Bożego na ulicy Bonifraterskiej. Obrona była bardzo ciężka. Mając stanowisko od strony podwórza, zauważyłem jak do kraty w oknie piwnicy budynku prostopadle przyległego do naszego, czyjeś ręce przywiązują puszkę trotylu, pociągają za sznurek i znikają. Ja też się schowałem, nastąpił wybuch. Gdy ponownie wyjrzałem, krata była naruszona, a w piwnicy Niemcy zbierali się do ataku. Niewiele myśląc wziąłem filipinkę (granat uderzeniowy) i modląc się, bym trafił w lukę w kracie, jaka pozostała po wybuchu, wrzuciłem ją do piwnicy. Trafiłem dobrze. Kiedy wyjrzałem, w piwnicy było pełno dymu, ale ... panował w niej spokój. Niemcy rozpoczęli atak goliatami i miotaczami ognia. Broniliśmy się zaciekle, niestety byliśmy zmuszeni opuścić płonący szpital.
         Następnego dnia otrzymałem rozkaz, by wraz z drużyną bronić narożnika ulic Bonifraterskiej i Sapieżyńskiej. Narożnik ten składał się z wypalonych kamienic, które waliły się pod ogniem artyleryjskim. Właśnie tam musiałem rozstawić placówki. Gdy Niemcy rozpoczynali ostrzał, wycofywałem ludzi z zagrożonych miejsc, a gdy tylko przestawali strzelać, wracaliśmy na nasze stanowiska. Niemcy atakowali. Podpuszczaliśmy atakujących dość blisko i wtedy rozpoczynaliśmy silny ogień z broni maszynowej. Atak niemiecki załamywał się, pozostawiając na placu boju trupy, które sprzątali Polacy cywile, trzymani przez Niemców do tych celów. Taka sytuacja powtarzała się kilkakrotnie. Niemcy sądzili, że wszyscy zginiemy pod gruzami, a my nie mieliśmy żadnych strat. Broniliśmy się z determinacją, być albo nie być.
         Nazajutrz rano przysłano nam zmianę, którą poinformowałem o taktyce, jaką stosowałem a sam z radością poszedłem na odpoczynek. Radość moja nie trwała zbyt długo. Przyszedł dowódca, obudził mnie i kazał sprawdzić co się dzieje, ponieważ był ostrzał a nie było strzelaniny, jak za mojej służby. Szybko poszedłem na opuszczoną przeze mnie placówkę i zastałem ludzi grających w karty zamiast na stanowiskach. Tłumaczyli się, że był ostrzał, którego już nie ma. Zaapelowałem by udali się natychmiast na stanowiska. Poderwali się, ale gdy dochodzili do dziury w murze, przez którą trzeba było przejść, przywitał ich ostrzał. Tam byli już Niemcy.
         Wezwałem dwóch ludzi. Jednego wysłałem po moich chłopców, drugiego do sąsiadów, by ich powiadomił o sytuacji. Ustaliłem z moimi ludźmi, że założą bagnety na broń, a ja wejdę na drugie piętro sąsiedniej kamienicy po resztkach schodów zniszczonych bombą. Stamtąd ponad murem rzucę dwa granaty, a oni w kłębach dymu ruszą na wroga. Akcja się udała. Gdy dym opadł Niemcy ujrzeli tuż tuż naszych chłopców z bagnetami i czmychnęli, pozostawiając dwie skrzynki granatów i trzy skrzynki amunicji do karabinu maszynowego. Dopiero po akcji mogłem wrócić na odpoczynek.
         Niemcy wciąż atakowali nas goliatami i samolotami. Udało się nam unieszkodliwić goliata. Wiedzieliśmy, że są u nas jeńcy niemieccy, którzy potrafią go rozbroić, dzięki czemu można będzie wykorzystać jego materiał wybuchowy. Posłaliśmy więc po nich. Okazało się, że są to nasi znajomi ze zdobytych na Woli czołgów. Pracę wykonali sumiennie, ku naszemu zadowoleniu.
         Pod koniec sierpnia sytuacja na Starym Mieście stawała się coraz trudniejsza. Pamiętam, że gdy przyszliśmy z Woli, panowało tu jeszcze prawie normalne życie. Minął zaledwie jeden dzień i rozpoczął się intensywny atak na Stare Miasto. Teraz teren obrony znacznie się zawęził. Zachodziła konieczność opuszczenia Starego Miasta. Łączność ze Śródmieściem i Żoliborzem odbywała się tylko kanałami, którymi nie można było jednak wycofać rannych. Tymczasem pozostawienie ich na miejscu groziło im śmiercią. Nasz przeciwnik był barbarzyńcą, nie uznawał układów genewskich, mordował rannych i ludność cywilną.



widok Placu Bankowego

         Dlatego nasze dowództwo, próbując dokonać połączenia się ze Śródmieściem ulicami, przygotowało uderzenie ze Starego Miasta od ulicy Barokowej, nocny desant na plac Bankowy i jednoczesne uderzenie oddziałów ze Śródmieścia od strony Placu Żelaznej Bramy. Desant, w którym brałem udział, dotarł na pl. Bankowy. Nastąpiło uderzenie górą od ulicy Barokowej. Niestety nie było uderzenia z pl. Żelaznej Bramy, ponieważ w ciągu dnia Niemcy wyparli stamtąd powstańców. Całe przedsięwzięcie nie zakończyło się sukcesem.
         Poniżej opisuję moje przeżycia związane z desantem kanałowym na pl. Bankowy.
         Dnia 30 sierpnia, na placu Krasińskich przy ulicy Długiej jest przygotowana do wymarszu cała kolumna powstańców. Jest godzina 22.00. Pierwsza wchodzi ośmioosobowa grupa por. "Cedro", bardzo dzielnego i odważnego oficera, za nim wchodzi do kanału sześciu ludzi od por. "Torpedy": "Adaś" - celowniczy Zenon Jackowski z MG - 42, "Gabryś" - amunicyjny Jan Kurpiński, "Kamiński - amunicyjny Jan Pęczkowski, "Marek" - Marian Ławacz, Łata" - Jan Romańczyk, "Sowa" - Zbigniew Wojterkowski, za nimi grupa "Jerzyków" i inne oddziały.
         W kanałach było ciemno i mokro. Broń i amunicję należało trzymać wysoko by się nie zamoczyła i była sprawna do walki. Po niecałych trzech godzinach drogi zmęczeni dotarliśmy do celu. O pierwszej ma nastąpić atak. Wszyscy odpoczywają, oczekując co przyniosą następne minuty.
         Jest 31 sierpnia godzina 1.00. Następuje otwarcie z łoskotem klapy włazowej. Do kanału wpada świeże powietrze. Pierwszy wyskakuje por. "Cedro", za nim jego ludzie. Naraz słychać strzały nad kanałem. Ci co są przy wyjściu, cofają się. We włazie pokazuje się głowa jednego z tych co wyszli i krzyczy: "Wychodźcie!" Z całą siłą przepycham się do wyjścia, przede mną był "Marek", za mną '"Sowa", "Gabryś" i "Kamiński". Po wyjściu "Kamiński" pobiegł na skwer w krzaki, a my pobiegliśmy do fontanny.
         Na placu zapanowała bezładna strzelanina. Daje się odczuć, że Niemcy są zdezorientowani, coraz intensywniej jednak ostrzeliwują wyjście z kanału. Naraz zalega cisza i słychać donośny głos: "Hallo! Wer ist da?" -. "Hier sind Deutsche" - odpowiadam głośno i słyszę odpowiedź - "Hier auch sind Deutsche". Słyszę przedzieranie się przez krzaki. Nie wytrzymuję, posyłam serię z "Błyskawicy" w tamtym kierunku. I znów odzywa się ten sam głos: "Verfluchte Mensch, wer ist da?" - "Hier sind Deutsche" ponownie odpowiadam. Podenerwowany głos Niemca wrzeszczy - "Hier auch sind Deutsche! . Warum schiessen Sie?". Dwie postawne sylwetki wyłaniają się z krzaków. Celuję w nie i strzelam, dalszej konwersacji nie ma. Tylko rozpoczęła się kanonada.
         Ale za chwilę znów zapanowała cisza i słychać jakiś głos: "Hallo Karl Mueller, weist du was hier los?". Z drugiej strony ktoś odpowiada: "Ich weisst nicht." - Wtedy ten pierwszy mówi: " Zwischen uns sind polnischen Banditen". I znów rozpoczyna się bardzo silny ostrzał. Zorientowaliśmy się, że tylko nas czterech pozostało w fontannie. Robiąc zasłonę dymną z granatów wycofujemy się. Ja ostatni wpadam do włazu. Klapa pod wpływem wybuchu granatu zamyka się opadając mi na głowę. Spadam na "Marka". Klapa przycina "Błyskawicę" i mój kciuk u lewej ręki. Kanalarz doliczył się, że mu jeszcze jednego brakuje. Ustala coś z kpt. "Motylem". Ten się zwraca do mnie, żebym dał kanalarzowi mojego "Visa", bo bez broni on się boi wyjrzeć.
         Sanitariuszki zrobiły mi opatrunek i poszedłem kanałem za wycofującym się oddziałem. . Poczułem ogromne pragnienie. Menażka moja była pusta. Zwróciłem się do kolegów o pomoc: "dajcie mi się czegoś napić bo będę tą brudną wodę z kanału pił", ktoś z kolumny się odezwał "mam pół litra spirytusu". Wtedy odezwałem się "daj spirytus". Dostałem zapieczętowaną półlitrówkę spirytusu. Z rozkoszą i ostrożnie wypiłem dwa łyki, zrobiło mi się lepiej i ruszyłem z kolumną naprzód. Naraz kolumna staje, bo nie wie gdzie ma iść dalej. Znaleźli się na rozdrożu i szukają przewodnika. Ponieważ takiego nie ma, zgłaszam się ja, idę na początek i ruszamy dalej. Podczas tego marszu miałem przykrą przygodę, w czasie której bardzo się zdenerwowałem. Jeden z kolegów krzyknął, że Niemcy zalewają kanał, co groziło paniką, na szczęście nie było to prawdą. Zatrzymałem kolumnę i sprawa wyjaśniła się. Szliśmy pod prąd wody, która przed nami piętrzyła się. Gdy zatrzymaliśmy się, woda spłynęła i wszystko się wyjaśniło.
         Doszliśmy do kanału pod Krakowskim Przedmieściem i czekaliśmy na decyzję dowództwa, co mamy dalej robić. Tu siedzący obok mnie kolega zauważył na mojej szyi zaschniętą niewielką stróżkę krwi, stwierdziłem, że jestem ranny w szyję przy krtani. Przyszła sanitariuszka i zrobiła mi opatrunek, zrozumiałem dlaczego miałem takie pragnienie. W międzyczasie przyszła decyzja: idziemy do Śródmieścia. Kolumna ruszyła, doszliśmy kanałami do Śródmieścia. Jest sygnał - wychodzimy z kanałów. Znaleźliśmy się na ulicy Wareckiej przy Nowym Świecie. Między naszymi kolegami kręci się fotoreporter i robi zdjęcia. Ja udałem się do Banku Zachodniego sądziłem, że będzie tam punkt opatrunkowy, ale nie było. Miasto jest jeszcze ładne, lecz nauczeni doświadczeniem, zdajemy sobie sprawę, że za nami idzie zniszczenie.



szlak bojowy batalionu "Miotła"


         Z narożnika Wareckiej i Nowego Światu wyruszyliśmy do gmachu PKO na rogu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Tu dowódca polecił mnie bym udał się na opatrunek na ulicę Złotą. Na punkcie opatrunkowym lekarz zdjął brudny śmierdzący opatrunek. Na pierwszy rzut oka stwierdził, że trzeba amputować palec bo chyba w takich warunkach jest zakażenie, a środków znieczulających nie ma, ale muszę poczekać 20 minut jak wygotują się narzędzia a tymczasem mój palec wsadzono do kąpieli w kalium hyper manganicum. Po dwudziestu minutach, gdy wygotowały się narzędzia, nastąpiły oględziny palca i ku zdziwieniu lekarza i mojemu zadowoleniu nie było konieczności amputacji. Czy czasami nie miał na to wpływu, wypity spirytus? Lekarz oznajmił mi, że jak dostanę gorączki to natychmiast muszę zgłosić sę na punkt opatrunkowy, ale obyło się bez tego i palec mi został. Po założeniu opatrunku ruszyłem w drogę powrotną.
         Po drodze zatrzymał mnie patrol naszej żandarmerii polowej i chciał mnie rozbroić tłumacząc, że samotnym żołnierzom nie wolno chodzić z broną. Wyjaśniłem żandarmerii, że jestem tu służbowo i broni im nie oddam chyba, że mnie zabiją, cofnąłem się od nich i odbezpieczyłem broń. Zaproponowali mi abym wstąpił do nich, na co się nie zgodziłem.. Widząc moją stanowczość pozwolili mi wrócić do oddziału z bronią. Gdy doszedłem do gmachu PKO okazało się, że gmach PKO był zbombardowany. Naszych już tam nie było, tylko zostawili mi wiadomość, poszedłem więc za nimi i ich znalazłem. Dostaliśmy kwaterę na ulicy Złotej przy Wielkiej. Tu koledzy wyprali mój mundur po kanałach. W nocy przyszedł rozkaz wymarszu, musiałem założyć mokry mundur.
         Następnie otrzymaliśmy kwaterę na Nowym Świecie pod nr 40, A potem przeszliśmy przez wykonane przejście z worków z piaskiem przez Aleje Jerozolimskie na ulicę Mokotowską. Kiedy wchodziliśmy do przejścia przede mnie wcisnął się cywil. Gdy byliśmy już w końcu przejścia zaplątała się jakaś kula, która śmiertelnie trafiła cywila. Ten człowiek zajął moje miejsce czyli ocalił moje życie. Z Mokotowskiej poszliśmy na stanowiska do szpitala św. Łazarza naprzeciwko Muzeum Narodowego, gdzie byli Niemcy.
         Po jednodniowym pobycie na terenie szpitala zostaliśmy odkomenderowani na ulicę Okrąg. Dobę później wróciliśmy do obrony szpitala, ale już spalonego. Zajęliśmy stanowiska na ciepłych gruzach. Nasza kwatera znajdowała się na ulicy Książęcej 7.

         11 września, wraz z innymi, zostałem wysłany na ulicę Okrąg, by zabrać stamtąd pozostawione rzeczy. Po powrocie ujrzeliśmy ciężko rannych kolegów, niesionych na noszach. Okazało się, że samolot zrzucił bombę na naszą kwaterę. Wielu kolegów zostało rannych, a z mojej drużyny pozostało tylko siedmiu. Po przyjściu natychmiast zostałem wezwany do dowódcy kompanii kapitana "Janusza", ponieważ dowódca "Szczęsny" został ciężko ranny. Otrzymałem polecenie udania się wraz z moimi ludźmi na skarpę, dla wsparcia załóg w willi prof. Pniewskiego oraz Ambasady Chińskiej i Francuskiej.
         Dochodząc do przekopu prowadzącego do willi zauważyłem dwóch żołnierzy biegnących na dół i usłyszałem kroki w wykopie. Najpierw zauważyłem hełm z białym orłem, więc nie miałem wątpliwości, biegł Polak ale gdy wyłoniłem się z krzaków i zatrzymałem go, był zaskoczony. Za chwilę za nim biegł dowódca z ludźmi, opuszczał placówkę. Zatrzymałem go i powiedziałem, że idę na wsparcie i tej placówki nie można opuszczać. Ja pójdę do łączniczki złożę meldunek i zaraz wracam, poprosiłem, żeby zostawił łącznika i wrócił do stanowisk. Po złożeniu meldunku sanitariuszce wróciłem do przekopu, łącznika nie było. Przekopem poszedłem do willi, była pusta. Ze swoich ludzi dwóch postawiłem w willi. Czołgi niemieckie odjechały bo robiło się ciemno. Po chwili przyszedł podchorąży "Ludwik" z ludźmi i mnie zwolnił.
         Po wypełnieniu zadania natychmiast poszedłem spać, gdyż byłem bardzo zmęczony wcześniejszą, długą służbą na terenie szpitala. I tym razem nie spałem długo, ponieważ przyszedł mój dowódca, obudził mnie i wysłał wraz z dwoma kolegami do dowódcy odcinka kpt. "Janusza" (Janusz Kokorniak) Ten zaś powiadomił mnie, że jestem dowódcą patrolu żandarmerii polowej, bo stracił zaufanie do dowódcy w willi prof. Pniewskiego. Wczoraj opuścił on stanowisko, którego nie wolno opuszczać.
         Kpt "Janusz" dał mi dwa listy: jeden do prof. Pniewskiego, drugi do dowódcy placówki. Nakazał bronić placówki, nie ma mowy o jej opuszczeniu, a jeżeli jej dowódca chciałby to uczynić, mam mu tego zabronić aż do użycia broni włącznie. No cóż, rozkaz nieciekawy, ale trudno. Na miejscu przyjęto nas serdecznie, dano nam lokum i poszliśmy spać, ale spałem niezbyt dobrze, rozmyślając nad wykonaniem rozkazu.
         Był dzień 12 września, cichy i spokojny ranek zapowiadał burzę. Zaledwie zjedliśmy śniadanie, rozpoczęła się kanonada, której celem był nasz dom. Zaproponowałem dowódcy odcinka zdjęcie posterunków zagrożonych ostrzałem, na co chętnie się zgodził. Przeczekaliśmy nawałnicę i po ustaniu kanonady wszystkie stanowiska obsadziliśmy bronią maszynową. Po chwili, od strony YMCA, w przyległym ogrodzie, zaczęli gromadzić się niemieccy żołnierze, ustawiając się w tyralierę. Zachowaliśmy spokój aż do momentu gdy zbliżyli się na odległość skutecznego ognia. Udało się, tyraliera ruszyła do ataku, ale na skutek naszego ostrzału załamała się i cofnęła, pozostawiając na polu rannych i zabitych, których sprzątali Polacy więzieni przez Niemców.



willa Pniewskiego

         Atak taki powtarzał się kilkakrotnie. Wreszcie podjechały dwa czołgi. Na tę ewentualność mieliśmy piata. Piacista szybko zajął stanowisko i strzelił do czołgu. Czołg skierował lufę w okno, gdzie miał stanowisko piacista i oddał strzał. Nastąpiło to chyba w jednym czasie, albo trochę później bo po oddaniu strzału piacista szybko zeskoczył z okna ale pocisk z czołgu trafił w jego stanowisko. Odłamki pocisku raniły go bardzo poważnie. Został szybko przeniesiony na opatrunek. Strzał piacisty był celny ponieważ uszkodził czołg. Czołgi odjechały. Gdy szedłem za rannym piacistą, w pobliżu rozerwał się pocisk z granatnika i zostałem ranny w klatkę piersiowa. Miałem przebitą opłucną, zacząłem się dusić. Musiałem iść na opatrunek, co wyłączyło mnie z dalszej walki.


Szpital

         W dniu 12 września 1944 r. po zranieniu, skończył się mój zbrojny udział w Powstaniu Warszawskim. Gdy zjawiłem się w punkcie opatrunkowym przekonałem się, że rana moja w klatkę piersiową jest poważna. Z rany mojej, choć niewielkiej, wydobywa się powietrze i jest mi ciężko oddychać. Po przeleżeniu kilku godzin w punkcie sanitarnym, 13 września rano koledzy z noszami zabrali mnie z punktu opatrunkowego w willi prof. Pniewskiego i przetransportowali do naszej kwatery przy ulicy Książęcej 7. Tu przywitał mnie dowódca plutonu por. "Torpeda" i powiadomił, że przyszedł rozkaz Wodza Naczelnego gen. "Bora" o odznaczeniu mnie. Rozkazem nr 412 z dnia 09.09.44 r. zostałem odznaczony Orderem Krzyża Virtuti Militari V kl. Sprawiło mi to wielką przyjemność mimo niezbyt dobrego mojego aktualnego położenia. Po tej ceremonii przetransportowano mnie do szpitala na Czerniakowskiej róg Ludnej.
         Lekarz stwierdził, że trzeba zaszyć ranę, ale nie ma środków znieczulających i że to będzie bolało. Ze spokojem przyjąłem oświadczenie lekarza i poddałem się zabiegowi, przez czas którego zachowałem milczenie. Gdy lekarz powiedział, że już zabieg skończony, zapytałem lekarza: "Kiedy to będzie bolało?" - czym wywołałem uśmiech na twarzy lekarza. Podziękowałem mu serdecznie za zajęcie się mną.
         Po zabiegu położono mnie na materacu w podziemiach szpitala. Nasz przeciwnik zachowywał się jak barbarzyńca, nie respektując układów genewskich. Ostrzeliwał i bombardował szpitale, strzelał do sanitariuszy oznaczonych znakiem czerwonego krzyża niosącym pomoc rannym. W tej sytuacji nie można było wykorzystać górnych pomieszczeń szpitala. Położono mnie na podłodze, gdyż nie było wolnych łóżek. Dopiero około godziny 11.00 na jednym z łóżek zmarła ciężko ranna sanitariuszka i mnie położono na jej miejsce.
         Życie w szpitalu było pełne napięcia. Słychać było jęki rannych, cierpiących. Sanitariuszki starały się im pomóc, w porach obiadowych roznosiły posiłki trudno zdobywane. Około godziny 13.00 słychać było warkot samolotów, które zrzuciły bomby niedaleko szpitala. Czas biegł powoli. Dochodziła godzina 16.00, znów słychać warkot samolotów. Teraz zrzuciły bomby bezpośrednio na szpital.
         Usłyszałem jak bomba z opóźnionym zapalnikiem, tak jakby wprost nad moją głową przebija stropy. Ostatniego stropu nie miała już siły przebić, tylko się przewróciła. Kilka chwil jakie zostało do wybuchu poświęciłem krótkiemu rachunkowi sumienia i żalowi za grzechy. Nastąpił wybuch, który przeżyłem, było pełno pyłu. Po opadnięciu pyłu zobaczyłem za następnymi drzwiami naszej sali ogień. Zastanawiałem się, czy mamy drogę wyjścia, czy przyjdzie nam spłonąć żywcem?. Przybiegła siostra i oznajmiła, że nasi żołnierze wycofali się i zostaliśmy zdani na łaskę wroga.
         Wśród nas był żołnierz niemiecki, który był ranny 1-ego sierpnia na ulicy Przemysłowej, a następnie umieszczony przez nasze służby sanitarne w szpitalu i tu leczony. Ten żołnierz postanowił iść z naszym lekarzem i pielęgniarką z białą flagą do stanowisk niemieckich i bronić naszych ludzi. Pielęgniarka spytała mnie czy ja się na to zgadzam. Byłem zdziwiony dlaczego mnie o to pytano, ale jeśli ustalono, że ja mam decydować, wyraziłem zgodę. Lekarz , pielęgniarka i Niemiec, zaopatrzeni w białą flagą wyszli do stanowisk niemieckich. Tam dostali nakaz ewakuowania szpitala na teren gazowni.
         Po powrocie przyszła siostra, zebrała mój mundur niemiecki i wrzuciła do ognia. Potem zdała mi relację z misji u Niemców. Po dojściu do stanowisk niemieckich zabrał głos ranny żołnierz niemiecki. Powiedział, że to jest szpital cywilny, gdzie leżą przygodnie ranni na ulicy. Oficer niemiecki zapytał się, kim on jest. Żołnierz dokładnie opowiedział o sobie. Wtedy oficer niemiecki zapytał, jak był traktowany, jak go traktowali powstańcy. Niemiec odpowiedział, że był traktowany tak jak wszyscy, a polscy żołnierze poczęstowali go papierosem. Oficer niemiecki przyjął do wiadomości wyjaśnienia Niemca i polecił, żeby opuszczono szpital bo płonie i powiedział, że nikomu włos z głowy nie spadnie.
         Siostra pomogła mi przygotować się do wyjścia w bieliźnie. Byłem owinięty kocem, opasany pasem wojskowym, z węgierską furażerką na głowie. Orzełka przypiąłem do koca, by nie rzucał się w oczy, na nogach węgierskie buty wojskowe i tak wyszliśmy z siostrą pod gazownię. Siostra pomagała mi iść ponieważ kulałem, miałem odłamek pod podeszwą. Miałem za to pod opiekę jej małą teczuszkę i tak doszliśmy do bram gazowni. Tu nastąpiła mała konsternacja. Zatrzymał nas kałmuk w mundurze niemieckim i chciał mi zabrać teczuszkę siostry, a ja mu nie chciałem oddać. W trakcie tej szarpaniny spojrzałem w bok. Stał tam oficer niemiecki, nasze oczy spotkały się, a ja wzrokiem pokazałem mu kałmuka. Oficer niemiecki zaczął się zbliżać, nie wiedziałem jaka będzie jego reakcja. Niemiec kopnął kałmuka wrzasnąwszy: "Weg, raus!" A do nas zwrócił się: "Bitte weiter". Poszliśmy dalej.
         Przechodząc koło budynku z czerwonej cegły, minęliśmy żołnierza niemieckiego, który stał na betonowym schodku. Gdy przechodziłem koło niego zapytał po niemiecku: "Bist du Ungarn?" (czy jestem Węgrem). Odpowiedziałem po polsku: "Nie". Niemiec schylił się nisko do mojego ucha i powiedział półgłosem:"To zaśki piorunie zdejmnij ten cepek z głowy, bo cię tu rozcharacą". Posłuchałem rady Ślązaka i przechodząc dalej odrzuciłam furażerkę. Tak doszliśmy na plac przed budynkiem z czerwonej cegły. Siostra poszła po następnych chorych, a ja tu pozostałem do następnego dnia. Ułożono nas na placu pod gazownią i czekaliśmy na to, co będzie dalej.
         Leżeliśmy pod gołym niebem. Przyłączali się do nas ludzie z terenów zajętych przez Niemców, wypędzeni ze swoich mieszkań. Tych ludzi pędzono dalej. Jedni państwo zostawili mi koc tak, że miałem dwa. Noc była chłodna; dobrze, że nie padał deszcz. W nocy nad nami latały kukuruźniki (sowieckie samoloty dwupłatowe). Po drugiej stronie Wisły były wojska sowieckie.
         Nastał ranek, 14-ty dzień września. Po południu uformowano nas w kolumnę, na przedzie była biała flaga i ruszyliśmy do ulicy Czerwonego Krzyża. Ja kuśtykając nie nadążałem za kolumną i szedłem sam. Usłyszałem kilkakrotne: "Halt!" Zatrzymałem się. W moim kierunku podążał żołnierz niemiecki i rzucił jakieś zawiniątko. W powietrzu rozwinęły się polowe spodnie niemieckie i spadły jakieś 150 metrów ode mnie. Nie mając siły by wrócić po nie poszedłem dalej. Usłyszałem ponownie głos Niemca: "Halt!". Zatrzymałem się. Niemiec zaczął biec do mnie, podniósł spodnie, i podbiegł do mnie z pretensją, że się nie wróciłem po nie. Gdy mu wytłumaczyłem, że nie mam siły, zarzucił mi spodnie na szyję. Poszedłem dalej. Dogoniłem swoich przy posterunku niemieckim na ulicy Smolnej. Po krótkim odpoczynku dostaliśmy się na ulicę Foksal a potem ulicą Kopernika doszliśmy do Krakowskiego Przedmieścia. Tu w szpitalu Dzieciątka Jezus na Kopernika przyjęto tylko jednego rannego z powodu braku miejsc.
         Było już ciemno gdy zatrzymano nas w szpitalu Św. Rocha na początku Krakowskiego Przedmieścia. Siostry ze szpitala zgarnęły szkło z podłogi w jednym z pomieszczeń, pozestawiały po dwa fotele i tak nas przygotowały do spania. Noc zeszła spokojnie. Rano po śniadaniu skromnym przygotowanym przez siostry ze szpitala, ruszyliśmy w dalszą drogę i zatrzymaliśmy się przy kościele OO Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu w Dziekance.
         Tu przyjęto nas serdecznie. Była tu grupa ludzi zdrowych i trochę rannych, którzy ocaleli ze Starówki. Byli również księża z kościoła OO. Karmelitów. Ludzie ci zaopiekowali się nami, postarali się o jakieś ubranie dla mnie. Wśród nas byli: por. Leszek Niżyński ps. "Niemy" - dowódca plutonu "Niedźwiedzi" z batalionu "Miotła", niewidomy por. "Franek" z żoną i wiele innych osób. Dostaliśmy siennik i położono nas we wnęce pod oknem. Zacząłem odczuwać ostry ból w okolicy serca. Znalazł się lekarz, który po przeprowadzeniu wywiadu ze mną kazał zachować mi spokój i jak jeśli ból będzie się wzmagał, zażyć tabletkę nitrogliceryny, którą mi dał. Ból trzymał mnie przez trzy dni, potem przeszedł. Pigułki nie zażyłem.
         W porze obiadowej pojawili się w szpitalu młodzi ludzie, chłopak i dziewczyna. Przechodząc koło naszych posłań zatrzymali się i patrząc na nas spytali się, skąd jesteśmy. Odpowiedziałem, że przygodnie ranni na ulicy. Zatrzymali się, wyciągnęli dwie menażki z torby jaką mieli przy sobie i postawili przed nami. Z menażek ulatniał się zapach smacznego posiłku. Przybysze powiedzieli, że będą nas zaopatrywać. Powiedziałem im, że my podzielimy się jedną porcją a drugą niech dadzą leżącemu naprzeciwko por. Frankowi z wypalonymi oczami i jego żonie.
         Chłopak pozostał przy nas a dziewczyna gdzieś pobiegła i przyniosła dodatkowe dwie porcje. Wywiązała się między nami rozmowa. Młodzi ludzie opowiedzieli nam skąd są i co tu robią. Powiedzieli nam, że są z Pragi. Zostali zgarnięci na ulicy i przywiezieni tu do pracy w niemieckiej kuchni w budynku Prezydium Rady Państwa. Powiedzieli, żebyśmy się nie martwili o zaopatrzenie. Dopóki oni tu będą mamy je zapewnione.
         W szpitalu nie było całkowicie bezpiecznie. Jedna osoba pokazała się w oknie od strony Pragi i została postrzelona pociskiem wystrzelonym za Wisłą. Miejscowe dowództwo niemieckie stwierdziło, że wszystkich trzeba ewakuować. W międzyczasie postarano się dla mnie o spodnie, marynarkę i nie wykończony płaszcz.
         W Dziekance przebywaliśmy od 15 do 23 września. 23 września Niemcy postanowili nas ewakuować. Zabrały nas wozy, które przywiozły węgiel do kuchni. Jechaliśmy Krakowskim Przedmieściem do ulicy Ossolińskich a potem do placu Piłsudskiego . Na placu wtedy nazwanym Adolf Hitler Platz stał nienaruszony Pałac Saski z Grobem Nieznanego Żołnierza. Przed grobem stał pomnik Księcia Józefa Poniatowskiego. Po placu kręciło się wielu Niemców. Aż przykro pomyśleć, że pozornie tak kulturalny naród dopuścił się takich okrucieństw na polskiej kulturze, niszcząc później takie zabytki. Dalej wjechaliśmy w ulice Wierzbową, Senatorską, przejeżdżaliśmy koło placu Bankowego, na który spojrzałem, wspominając niedawno stoczone tu walki. Potem pojechaliśmy Elektoralną do Chłodnej i dalej do Wolskiej.
         Z Wolskiej skręciliśmy w Płocką pod szpital. Gdy dojeżdżaliśmy do szpitala usłyszałem jakby znajomy głos: "Janek, co ty tu robisz? Jestem z wozem, to cię zabiorę". Chłopak, z którym wcześniej chodziłem do szkoły, podbiegł do wozu w którym jechaliśmy i zatrzymał konia. Próbował wziąć mnie na ręce. Niemiec przyglądał się temu obojętnie i czekał. Poprosiłem przyjaciela, by wziął mojego kolegę, por. "Niemego", który jest bardziej poszkodowany, a ja sam się zakuśtykam do jego wozu. Zrobił jak go prosiłem, zaraz obaj znaleźliśmy się na jego wozie i mogliśmy swobodnie porozmawiać. Niemiec spokojnie pojechał dalej.
         Kolumna wozów ruszyła do Rogatek Wolskich. Tu żandarmeria niemiecka poleciła jechać nam do szpitalika w Komorowie i nie dała nam eskorty. Olek Ryczywolski, który nas zabrał był, jak wcześniej wspomniałem, moim kolegą ze szkoły podstawowej w Ursusie. Miał on gospodarstwo i konie. Przyjeżdżał pod szpital, zabierał rannych i rozwoził po szpitalikach utworzonych w miejscowościach podwarszawskich.
         Szczęśliwie przejeżdżaliśmy koło domu Olka, więc pod pretekstem napojenia koni zatrzymał się, wysadził mnie i kolegę, pojechał dalej. Ja powoli zakuśtykałem się do domu, zostawiając rannego kolegę. Pomalutku dotarłem do domu w Ursusie i poprosiłem ojca, by poszedł po rannego. Mamy w domu nie było poszła za handlem, bo trzeba było z czegoś żyć. Gdy wróciła do domu, radość była duża. Doprowadziliśmy się do porządku i poszliśmy odpoczywać.
         Wieść o naszym powrocie szybko rozeszła się po okolicy. Rano odwiedził nas kierownik miejscowego szpitalika, dr Włoczewski, bardzo dobry patriota, który prowadził szpital w Ursusie. Następnie odwiedzały nas rodziny kolegów, którzy byli z nami w Powstaniu. Nie dla wszystkich niestety mieliśmy dobre wiadomości. A my musieliśmy się leczyć. Mnie otworzyła się rana i musiałem chodzić na opatrunki. Dr Włoczewski wyjął mi odłamek z podeszwy i mogłem lepiej chodzić. Leszek po paru dniach skontaktował się z rodziną i poszedł do niej. Powstanie dla nas skończyło się, ale walki w Warszawie trwały jeszcze do 2 października.


Jan Romańczyk


      Jan Romańczyk,
ur. 01.05.1924 r. w Wołominie
sierżant pchor. Armii Krajowej
ps. "Łukasz Łata"
Kedyw Komendy Głównej AK
pluton "Torpedy" batalion "Miotła"
Zgrupowanie "Radosław"





Copyright © 2008 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.