Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia Zbigniewa Dębskiego z batalionu "Kiliński"


Dalsze losy








Zbigniew Dębski
ur. 29.11.1922 r. w Łasinie
ppor. Armii Krajowej ps. "Zbych-Prawdzic"
dowódca 7 drużyny 3 kompanii "Szare Szeregi-Junior"
batalion AK "Kiliński"
nr jen. 298383




         W Ożarowie tak jak inni przebywaliśmy w kolejowych warsztatach, hangarach. Stamtąd zawieziono nas do obozów jenieckich. Ja byłem w ostatniej grupie ozdrowieńców. Okazało się, że wszystkie wagony z jeńcami były już pełne. W ostatni jechały nasze koleżanki, sanitariuszki łączniczki. Ponieważ gdzie indziej nie było już miejsca, pojechaliśmy do obozu z naszymi dziewczętami. Z jednej strony błoto bardzo przyjemne, z drugiej w niektórych momentach bardzoę krępujące.
         Jechaliśmy 2 dni i zawieziono nas do Mühlbergu. Był to duży międzynarodowy obóz jeniecki. Ponieważ cały obóz był zajęty, myśmy znaleźli się pod namiotami. Było to niezbyt sympatyczne ponieważ były już niskie temperatury. Po przyjeździe dowództwo obozu poprosiło nas abyśmy flagę i białą broń złożyli do depozytu. Oczywiście uczyniliśmy to. Po jakimś krótkim czasie przewożono nas do następnego obozu. Przejazd był jak poprzednio w bydlęcych zaplombowanych wagonach. I proszę sobie wyobrazić, że przed wyjazdem zwrócono nam nasz sztandar i białą broń. Do następnego obozu pojechaliśmy z pełnym wyposażeniem. Tym razem był to Altengrabow. Był to obóz urządzony na terenie dawnych koszar kawalerii. Zostaliśmy zakwaterowani w stajniach.



Jeniecki znaczek identyfikacyjny

         Po przyjeździe ustawiono nas na zbiórce w szeregu. My z flagą i białą bronią na czele. Komendant obozu, starszy oficer, chyba jeszcze z I wojny światowej, inwalida z laseczką w ręku, przywitał nas. I w czasie powitania jeden z podoficerów niemieckich podbiegł do kolegi i zaczął szarpać jego bagnet. Krzyczał: :"Deutsche Waffe" i chciał mu wyrwać broń. Bagnet był faktycznie niemiecki a kolega absolutnie nie miał ochoty z nim się rozstać. Komendant odwołał tego podoficera i w naszej obecności obrugał go w straszny sposób, każąc mu potem odmaszerować. Nas potem przeprosił za ten incydent. Brzmi to dość niewiarygodnie, ale był to starszy oficer, który wiedział że istnieje konwencja genewska i zachował się przyzwoicie.



Kwit depozytowy z obozu jenieckiego

         Potem byliśmy w innych obozach. Był Sandbostel, który był obozem bardzo niedobrym. Były tam głodowe racje żywnościowe, puchliśmy z głodu. Dostawaliśmy codziennie wywar z liści buraczanych, kartofel lub cienką kromkę chleba, mniej niż sto gramów.

    

List poczty obozowej

         Stamtąd popędzono nas do Lubeki. Wędrówka była bardzo trudna, byliśmy bardzo wycieńczeni. W pewnej chwili nadleciały nad nas alianckie samoloty myśliwskie. Wachmani pochowali się w kartoflach. Piloci zorientowali się, że jest to kolumna jeniecka, pomachali nam skrzydłami i polecieli dalej. Dotarliśmy do Bad Schwartau pod Lubeką. Tam 2 maja 1945 r. wyzwolili nas Anglicy.
         Po pobycie w Sandbostel porządnie się rozchorowałem. Leczyłem się w szpitalu węgierskim w Trawemünde. Chwilami było ze mną bardzo kiepsko, udzielono mi nawet ostatniego namaszczenia. Jedną z metod leczenia tam stosowano było upuszczanie krwi stosowane przy wysokim ciśnieniu. W mojej sytuacji nie był to najlepszy sposób. Zabroniono mi przyjmowania jakichkolwiek płynów, a pić się chciało strasznie. Dostawałem po kryjomu mleko, które nastawiałem na zsiadłe i popijałem. Po pewnym czasie stan mojego zdrowia poprawił się. Lekarze byli zaskoczeni i zastanawiali się co na to wpłynęło. Ja uważam, że uratowała mnie Opatrzność i zsiadłe mleko.
         W 1946 r. przez kilka miesięcy pracowałem na stanowisku adiutanta 1 kompanii oficerskiej III Zgrupowania Oficerskiego w Glashütte w Niemczech. Opinię za okres służby wystawił mi płk xxx Niedzielski ps. "Żywiciel".

    

Glashütte 1946 r.







Opinia potwierdzona przez płk "Żywiciela"

         Po wyzwoleniu część kolegów pojechało do Włoch do polskich oddziałów. Ja ze względu na stan zdrowia musiałem zostać. Po pewnym okresie rekonwalescencji przeniosłem się do strefy amerykańskiej. Tu podjąłem służbę w polskich oddziałach wartowniczych przy armii amerykańskiej jako dowódca kompanii.



Oznaki rozpoznawcze CGTC


    

Legitymacja honorowej odznaki CGTC "Kościuszko"



         

Dokumenty Polskich Oddziałów Wartowniczych


         Zastanawiałem się co robić dalej. Mój serdeczny kolega, który znał język angielski zastanawiał się nad wyjazdem do Południowej Afryki lub Australii. Namawiał mnie bym zrobił to samo. Byłem już zdecydowany na wyjazd, gdy nawiązałem kontakt z domem. Mama prosiła mnie bym wrócił do kraju. Kolega pojechał do Australii a ja wróciłem. Do Polski wróciłem w czerwcu 1948 r.

    

Dokument repatriacyjny

         Zgodnie z życzeniem rodziców podjąłem studia. Ponieważ ojciec miał aptekę, chciał bym skończył farmację. Zdałem na studia w Warszawie ale nie dostałem się z powodu braku miejsc jak również mojej przynależności do AK, której nie zataiłem, i późnego powrotu do kraju. W rezultacie podjąłem naukę na Uniwersytecie Toruńskim na wydziale chemii (farmacji tam nie było). W 1950 roku upaństwowiono apteki i aresztowano ojca. Moja farmacja stała się niezbyt potrzebna. W 1952 roku ukończyłem wydział chemii. W czasie studiów nie należałem do żadnej organizacji poza AZS, w ramach którego zorganizowałem koło łowieckie. Zostałem wybrany prezesem koła łowieckiego ze względu na moje łowieckie tradycje. Wszyscy członkowie koła poza prezesem otrzymali pozwolenie na broń. Urząd Bezpieczeństwa stawiał mi różne warunki aby otrzymać pozwolenie na broń. Nie przyjąłem tych warunków i pozwolenia na broń nie dostałem. Oczywiście często z niej korzystałem, w czasie wyjazdów na polowania użyczali mi jej koledzy, członkowie koła łowieckiego.
         Po skończeniu studiów podjąłem pracę w zakładach farmaceutycznych w Tarchominie. Gdy kończył się okres próbny dyrektor powiedział, że niestety musi mnie zwolnić. Podobnie było w Instytucie Farmaceutycznym na Rydygiera i w kolejnych miejscach. Czasami podawano mi powód zwolnienia, czasami nie. W jednym miejscu stwierdzono, że jestem podejrzany klasowo, ponieważ chodzę w białych koszulach, golę się codziennie i chodzę w wyczyszczonych butach. Dziś brzmi to śmiesznie, ale wówczas takie były warunki.
         Wreszcie dostałem się do spółdzielczości. Najpierw pracowałem w Centralnym Laboratorium Chemicznym przy ul. Wspólnej, potem w zakładzie przy alei Marsa w Rembertowie. Tu już miałem spokój, nie zapraszano mnie na żadne rozmowy. Wreszcie trafiłem do pracy w Inco, gdzie pracowało wiele takich osób jak ja. W Inco pracowałem do emerytury na stanowisku dyrektora w zakładach chemicznych.
         W roku 1980 zostałem przewodniczącym środowiska batalionu "Kiliński". Jestem współzałożycielem Związku Powstańców Warszawskich i członkiem prezydium ZG ZPW.

    

Zaświadczenia o nadaniu 3-krotnie Krzyża Walecznych

         Jestem współzałożycielem i członkiem obydwu społecznych Komitetów Budowy Pomnika Powstania Warszawskiego. Jestem współzałożycielem i członkiem Zarządu Klubu Kawalerów Orderu Wojennego Virtuti Militari, gdzie pełnię aktualnie funkcję sekretarza. Pełnię szereg funkcji w różnych organizacjach społecznych.



Akt poświęcenia sztandaru batalionu AK "Kiliński"

         Za swoją działalność otrzymałem szereg odznaczeń. W 2006 r. zostałem awansowany do stopnia majora.

    

Odznaczenia



    

Mundur galowy

         Dowódca batalionu AK "Kiliński" ppłk Henryk Leliewa Roycewicz tak przedstawił moją działalność w batalionie:
         Zbigniew Dębski, pseudonim "Zbych, Prawdzic" w Ruchu Oporu od stycznia 1940 r. POZ, ZWZ, później 3-cia kompania batalionu AK "Kiliński". Ukończył szkołę niższych dowódców i podchorążówkę w 1944 r. Wyróżnił się w Powstaniu Warszawskim wielkim poświęceniem i bezgraniczną odwagą jako żołnierz i dowódca drużyny w 3-ciej kompanii w/w batalionu, szczególnie przy zdobywaniu szkoły Górskiego, Cristal, Cafe Club, Poczta Główna i kilku atakach na gmach "PAST"-y, gdzie w ostatnim jako jeden z pierwszych dotarł do szczytu i zawiesił flagę. 8.09.1944 w obronie placówki Nowy Świat 21, której był dowódcą, w bezpośredniej walce likwiduje kilku Niemców, sam zostaje ranny i w wyniku zasypania poważnie kontuzjowany. Prowizorycznie podleczony wraca ze szpitala i pełni służbę do końca Powstania. Awansowany na podporucznika. W niewoli w kilku obozach jenieckich. Wniosek o nadanie VM V kl. był złożony na ręce generała "Montera" jeszcze przed kapitulacją Powstania.


Zbigniew Dębski


      Zbigniew Dębski
ur. 29.11.1922 r. w Łasinie
ppor. Armii Krajowej ps. "Zbych-Prawdzic"
dowódca 7 drużyny 3 kompanii "Szare Szeregi-Junior"
batalion AK "Kiliński"
nr jen. 298383





Copyright © 2008 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.