Powstańcze relacje świadków

Moja wojna 1939-1945



Janusz Wałkuski
ur. 3.01 1934 w Ciechanowie


Pasłem krowy w Zychorzynie

         Opuściliśmy ruiny Starego Miasta. Szliśmy patrząc na to, co pozostało z Warszawy...
         Nie wiem o czym myślałem, po prostu szedłem przed siebie...
         Wzrok błądził niezależnie od mojej woli, po trudno rozpoznawalnych, dobrze mi znanych miejscach. Plac Teatralny zasłany gruzem - smutne szczątki Ratusza, pod szkieletem Teatru Wielkiego dwa długolufe czołgi. W prawo ruiny Bielańskiej, niesamowicie zryty bombami i pociskami potężny gmach Narodowego Banku Polskiego. Perspektywa Senatorskiej - przed Placem Bankowym po prawej stronie figura Świętego Nepomucena i schowany za nią wypalony, hitlerowski sklep. Na placu samochód pancerny i spora grupa Niemców - patrzą na nas - jeden z obandażowaną głową (dostał!). Ten wąwóz ruin, w który wchodzimy, to piękna przed miesiącem Elektoralna - tylko jeden cały dom po lewej stronie. Przekraczamy Solną. Dymiące Hale Mirowskie. Widać kościół Świętego Karola Boromeusza - główny ołtarz, przeorany bombą.
         Z tyłu za kościołem basen pożarowy zawalony różnymi śmieciami. Przed kościołem, na placyku obok budowanego przez Niemców schronu, grób przy grobie... Poprzewracane krzyże... Teraz będzie nasz dom! Zwalniamy. Dom poturbowany, ale stoi nie wypalony. Otwarta brama kusi, żeby w nią wskoczyć! Ściskam mocno rękę Mamy. Niedaleko stoi grupa kałmuków, pewnie by nas dopadli! Idziemy dalej. "Nordwacha" w dobrym stanie. Dom wujostwa Wałkuskich spalony (co z nimi?). Dom "Białego" też zniszczony. Przy "Komecie" obozowisko kałmuków. Podwórko z domem wujka Persy zrujnowane. Plac Kercelego spalony. Początek Wolskiej - po prawej cały dom, dalej tylko ruiny. "Wenecja" zniszczona - porozrywane karuzele i huśtawki, drewniany teatrzyk "Chochlik" zniknął bez śladu. Patrzę w Młynarską, chyba widzę z daleka stojący dom Dziadków, dom, w którym się wychowałem. Ale, czy przeżyli? Dowiadujemy się o śmierci Cudnej - wstrząsająca wiadomość! Widać kościół Świętego Wojciecha.
         Pochód pęcznieje i zwalnia. Wchodzimy powoli na teren kościoła. Mama nie chce do niego wchodzić, trzyma mnie mocno za rękę, żebym się nie zgubił w tej ruchomej ciżbie ludzkiej.
         Usiedliśmy na trawie pod drzewem. Mama poprawiła mi bandaże na nogach. Sandałki prawie się rozleciały. "Jak ty będziesz chodził?" - martwiła się Mama.


Kościół Święteo Wawrzyńca, gdzie dokonywano selekcji
wypędzonych mieszkańców Warszawy.


         Zaczął się jakiś ruch. Z samochodu wyszło kilku gestapowców i musieliśmy koło nich przechodzić. Rozdzielali ludzi na grupy. Schowałem się za Mamę, bo chodziły słuchy, że zabierają dzieci. Kiedy podeszliśmy do Niemca, byli bardziej zainteresowani Mamą, niż mną.
         - Das ist mein Sohn - powiedziała Mama, wyciągając mnie zza siebie.
         To zwróciło uwagę na nas pozostałych Niemców. Niemiec się zawahał, w końcu machnął ręką, żebyśmy przeszli na drugą stronę ulicy. Musieliśmy przepuścić grupę mężczyzn prowadzoną w kierunku nasypu kolejowego. Wkrótce rozległy się strzały...
         Pogonili nas na ulicę Bema do Dworca Zachodniego. Pociągiem dojechaliśmy do Pruszkowa.
         Dokładnie wiadomo jak wyglądał pruszkowski obóz i nie będę go opisywał.

         Na tle tej makabry miało miejsce zadziwiające zdarzenie. W obozie wydawano zupę - rozgotowaną, słodkawą pacię nie wiadomo z czego. Żeby ją otrzymać, trzeba było mieć własne naczynie. Mieliśmy z tym problem. Mama zdobyła jakąś pogiętą puszkę i poszedłem po zupę. W powrotnej drodze przewróciłem się i zupę wylałem. Rozpacz moja była ogromna! Stanąłem w kolejce po raz drugi, ale zupy już nie było. Wszyscy odeszli, a ja stałem przy ogrodzeniu ściskając w ręku puszkę. Podszedł do mnie żołnierz, wyjął mi puszkę z ręki i wszedł do budynku. Za kilka minut przyniósł mi zupę jaką jedli Niemcy i pajdę chleba. Byłem tak zaskoczony, że nawet mu nie podziękowałem (chyba na to zasłużył?). Popatrzył na mnie i poszedł...

         Po kilku dniach wyjechaliśmy z Pruszkowa pociągiem, w odkrytych, towarowych wagonach. Stojący przy torach ludzie rzucali nam chleb i owoce.
         Pociąg zatrzymał się w Tomaszowie Mazowieckim. Odczepiali część wagonów. Tu pomoc zorganizowana była na szeroką skalę. Dowodził tym ksiądz stojący na jakiejś pace i jak dyrygent kierował biegającymi z koszami i wodą ludźmi. Konwojenci niemieccy nie reagowali, pewnie ich zaskoczyła tak sprawnie przeprowadzona akcja.
         Kiedy pociąg ruszył chleb, kiełbasa, marchew i owoce zostały sprawiedliwie podzielone.
         Niech im Bóg ten trud i poświęcenie wynagrodzi! Ja zawsze będę o tych ludziach pamiętał, za to, że dzielili się z nami swoją biedą, podtrzymując w nas wolę przetrwania.
         Byliśmy w grupie, którą przetransportowano do Opoczna. Trzymano nas w starych stajniach nad samą rzeką. Tam się tak zawszyliśmy, że nie mogliśmy sobie z tym poradzić. Z Opoczna furmankami rozwożono nas po okolicznych wsiach. Mnie z Mamą przywieziono do pięknie położonej wsi, która nazywała się Zychorzyn. Mamę przydzielono do gospodarzy Koryckich, a mnie do ich sąsiadów. Kiedy przez kilka dni przychodziłem do Mamy zabeczany, bo wyzywali mnie od "darmozjadów" (chociaż nie byli biedni), pan Korycki powiedział; "tyle gemb się u nas żywi, to się i ty wyżywisz!" W ten sposób staliśmy się niemal rodziną na długie lata.
         Było im bardzo ciężko, bo gospodarstwo małe, ale serdeczność ich była wielka. Prawie każdego dnia jadaliśmy "cerwuny borsc i źmioki". W niedzielę były "źmioki z omastą". Bardzo lubiłem "prażuchę" z grzybami - jadam ją do dzisiaj. Spaliśmy na grochowinach rozłożonych na glinianym klepisku, przykrytych samodziałową derką.
         Starałem się być użyteczny na miarę swoich możliwości. Zajmowałem się owcami, przekonując się o złośliwości młodych baranów, które próbowały się ze mną zabawiać na swój barani sposób, obdarzając mnie licznymi siniakami.
         Przyjemnie było paść krowy pod lasem w ciszy i spokoju. Czasami krowa ryknęła, zaszczekał daleko pies. Pszczoły cicho brzęczały, przesiadając się z kwiatka na kwiatek. Słychać było płynący między kamieniami strumyk.
         Często jednak wracały wspomnienia. Wtedy nie było słychać brzęczących pszczółek, ani szumu falujących traw - głowę rozsadzało wycie Sztukasów, wyły "krowy" (miotacze min), które całe ulice zamieniały w gruzy, gwizd pocisków, jęki i krzyki rannych. Czasami zalegała martwa cisza zasypanej piwnicy...
         Szybko następowała jesień, a my nie mieliśmy ubrania, ani butów.
         Drogą okrężną (pamiętam stacje Końskie, Skarżysko-Kamienna) pojechaliśmy do Krakowa. Zatrzymaliśmy się u znajomych na Świętego Marka 8.
         Po kilku dniach wkręcono mnie do pracy, w której miałem doświadczenie - roznosiłem bimber po spelunach. Kraków był mały i szybko opanowałem topografię tych lokali. Czasami pijackie towarzystwo robiło zrzutkę na "dzieciaka z Warszawy". Przynosiłem do domu również dużo darowanego mi jedzenia - kiełbas, salcesonu, kaszanki, tłustego boczku, który mama przetapiała z cebulą.
         Była również speluna dla Niemców - załatwiałem sprawę w milczeniu i wychodziłem - chętnie bym podłożył im bombę...
         W ten sposób zarobiłem na ubranie i buty dla siebie i Mamy i mieliśmy jeszcze "zasoby finansowe". Znajomi załatwili mamie pracę w Wieliczce i tam pewnej zimowej nocy "oswobodziła" nas Armia Radziecka.


Janusz Wałkuski

      Janusz Wałkuski
współcześnie

opracował: Maciej Janaszek-Seydlitz






Copyright © 2010 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.