Powstańcze relacje świadków

Moja wojna 1939-1945



Janusz Wałkuski
ur. 3.01 1934 w Ciechanowie


Dziewczyna o chabrowych oczach

         Do mojej IV B przyszły dwie nowe. Siostry: Agnieszka i Irena. (szkoła Nr 90 w tym czasie mieściła się w budynku "Colegium" na rogu Żelaznej i Leszna). Bliźniaczki. Ale nie podobne do siebie. Obie były bardzo ładne, a Irena była szczególnym fenomenem urody. Śniada cera, czarne, lśniące włosy zaplecione w długi warkocz, kontrastowały z chabrowymi oczami, otoczonymi długimi rzęsami. Kiedy się uśmiechała, odsłaniały się dyskretnie białe koraliki zębów.
         Wkrótce okazało się, że siostry wyróżniają się nie tylko urodą, ale w nauce ulokowały się tuż za słynnym w szkole "kujonem", Anką W. Anki nie można było w tej rywalizacji prześcignąć - miała same piątki, można jej było tylko dorównać.

         Kiedyś, wybraliśmy się z dziadkiem do stolarza, żeby przed jesienią naprawił nieszczelne okna. Kiedy weszliśmy na podwórko, gdzie była stolarnia (na Młynarskiej, przed Obozową) osłupiałem - na podwórku były Agnieszka i Irena! Zaskoczenie obustronne! Ale nie trwało długo. Co za przypadek! Co za fajny przypadek!
         Dziadek poszedł do domu sam. Zostałem. Dołączyła do nas jeszcze Stolarzówna - Zosia. Z figlarnie zadartym, piegowatym noskiem. Było nam wesoło! Wygoniła mnie dopiero godzina policyjna.
         Do Dziadków przychodziłem teraz częściej niż zwykle i prawie zawsze miałem argument, żeby lecieć na koniec Młynarskiej.
         Stolarzem był wujek bliźniaczek. Na wojnie mina urwała mu nogę, chodził na własnoręcznie wykonanej protezie. Był łysy jak kolano, wynagradzał to sobie długą brodą. Tata dziewczynek pracował blisko - w fabryce na rogu Młynarskiej i Żytniej. Mama zajmowała się domem i trochę szyła. Rządy na podwórku sprawowała energiczna pani Stolarzowa (pani Stolarska - jak ją nazywałem).
         Przychodziłem tak często, że zaczęto mnie traktować jak domownika.
         Bawiliśmy się, czytaliśmy, uczyliśmy się, chodziliśmy na przedstawienia do "Komety", na huśtawki i karuzele na "Wenecję". Z rodzicami jeździliśmy do lasku na Koło i na Boernerów do wielkiego lasu. Było nam ze sobą dobrze!
         Byłoby pięknie, gdyby nie wojna, która raniła nasze dzieciństwo. Pozbawiła nas radości życia, takiej radości dogłębnej - nie powierzchownej, kiedy śmialiśmy się z kupletów w "Chochliku". (Mały teatrzyk rewiowy na terenie "Wenecji" na ulicy Wolskiej).
         W wakacyjnym lipcu wyjechałem do znajomych w Nowym Dworze. Mieszkali w starym, drewnianym domku. Blisko rzeki. Z okna mojego pokoiku na stryszku, widziałem rozlewające się wody Narwi, a z prawej strony w oddali sosnowy las, rozświetlony drzewami brzóz. W nocy terroryzował mnie mały ratlerek, który wchodził mi pod koc i nie pozwalał się ruszyć. W dzień musiałem uważać na wielkiego indyka, który wybrał mnie za cel swoich ataków (pewnie dlatego, że zjadłem mu partnerkę).
         Kończył się lipiec. Przyjechał Dziadek. Przed wieczorem z panem K. poszliśmy na ryby. Wróciliśmy z kilkoma okoniami, które pani K. usmażyła na kolację. Zjadłem swoją porcję i poszedłem spać. Cieszyłem się, że zobaczę swoje przyjaciółki i z tą myślą zasnąłem.
         Pociąg, który miał nas dowieść do Warszawy nie odjechał. Doszliśmy do szosy, ale nie było widoku na cokolwiek, co by jechało w naszą stronę. Ruszyliśmy piechotą. Szliśmy chyba z godzinę, kiedy dogonił nas niewielki oddział wojska. Byli to Węgrzy. Dziadek szybko się z nimi dogadał (znał dobrze niemiecki) i wzięli nas do ciężarówki. Tak dojechaliśmy w pobliże Bielan. Dotarliśmy do pętli tramwajowej i po godzinie byłem już w domu na Chłodnej.
         Dziadek pojechał szesnastką na Młynarską.
         Ja wkrótce też byłem gotowy do podążenia śladem Dziadka, ale Mama mi nie pozwoliła.
         Coś "wisiało w powietrzu"! Ale co? Poszliśmy do cioci na Żelazną. Ryśka nie było od wczoraj. Chcieliśmy jeszcze iść do wujka Persy, ale gdzieś daleko słychać było strzały. Ze strzelnicy bunkra "Nordwachy" wystawała lufa cekaemu, a kilku żołnierzy barykadowało wejście workami z piachem. Do wujka już nie poszliśmy. Przebiegliśmy Chłodną i wpadliśmy do bramy naszego domu. W bramie stali ludzie z bronią, z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Zaczynało się POWSTANIE!

         Walki.
         Ucieczka na Stare Miasto.
         Upadek Starówki.
         Poniewierka.
         Głodno i chłodno.
         Pierwszy dzień wolności - Wieliczka.
         Powrót do Warszawy.

         Pociąg z Krakowa po dwóch dniach jazdy dotarł do Włoch. Dalej szedłem z Mamą wzdłuż torów do Dworca Zachodniego. Stąd Bema, Wolską do Młynarskiej. Same ruiny przysypane śniegiem... Czy są Dziadkowie, czy przeżyli?
         Widać już dom - spalony! Do domu prowadzą wydeptane w śniegu ślady, niczym ślady Robinsonowskiego Piętaszka... Brama rozwalona, wbiegam na schody - mieszkanie Dziadków spalone... Tylko jedne drzwi nie wypalone. Stukam! Cisza...
         - Jest tu kto?! - krzyczę.
         - Otwierają się szybko. W drzwiach stoi Dziadek z siekierą gotową do zadania ciosu! Widzę Babcię! Żyją! Co za szczęście! Wszyscy płaczemy z radości!
         Szybko się ściemnia. Dziadek barykaduje drzwi - szabrownicy! Rozkradają ocalały dobytek. W walce o łupy strzelają nawet do siebie. Na cmentarzach rozbijają w grobowcach trumny - wyłamują złote zęby...
         Obudziłem się koło południa. Babcia paliła w żelaznej "kozie" - było ciepło i przytulnie. Coś tam zjadłem i poleciałem na koniec Młynarskiej. Wszystko po drodze zrujnowane, zburzone, spalone...
         Czy jest już Irenka?
         Ogrodzenie wyłamane. Wszedłem na podwórko. Dom spalony. Ale tam, gdzie była stolarnia, wystawała z okna dymiąca rura. Są!
         Wszedłem na schodki. Otworzyły się drzwi i wyjrzał stolarz, za nim wyszła żona. Boże! Jak oni strasznie wyglądali! Poznali mnie od razu! Stolarz gestem zaprosił mnie do środka. Witaliśmy się serdecznie, ale w tym powitaniu było coś, co chlusnęło na mnie niepokojem! Z ust stolarza wydobywały się chrapliwe dźwięki. Pani Stolarzowa powiedziała:
         - Nie mówi. Niemcy przestrzelili mu twarz, ma urwany język. Ale jakoś żyjemy - dodała.
         Wiedząc o co ją zapytam, mówiła dalej:
         - Dziewczynek nie ma... Nikogo nie ma... Tylko my...
         Nie mogłem w to uwierzyć! Nie chciałem! Stolarzowa przygarnęła mnie do siebie - oboje płakaliśmy...

         - Wszystkich rozstrzelali - powiedziała po chwili - nam kazali ułożyć ich na stosie i spalić... Józek nie chciał tego zrobić, to jeden podszedł i strzelił mu w twarz... Byli pijani i cały czas pili... Zleliśmy ciała czym się dało, nawet bejcą i obłożyliśmy drewnem. Jak się paliło to oni tańczyli... Byli zajęci diabelskim obrządkiem. Schowaliśmy się za stolarnią i zaczęliśmy się czołgać... Aby dalej! Aby dalej... Czołgaliśmy się aż do Długosza... Ukrywaliśmy się cały czas - te kilka miesięcy... W piwnicach... Aż weszli nasi...


Drzewa rosną w miejscu, gdzie było podwórko i ogródek moich trzech zamordowanych koleżanek.


         Umilkła. Stolarz dawał mi znaki, żebym z nim wyszedł. Podprowadził mnie w kąt dawnego ogródka, zgarnął śnieg i podniósł płachtę papy. Wskazał mi ręką na wzgórek popiołu...
         Łzy napłynęły mi do oczu...


      Janusz Wałkuski
współcześnie

opracował: Maciej Janaszek-Seydlitz






Copyright © 2010 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.