Powstańcze relacje świadków

Moja wojna 1939-1945



Janusz Wałkuski
ur. 3.01 1934 w Ciechanowie


Oczekiwanie

         Opowiem o zdarzeniu, może o zdarzeniach, które zaistniały po wojnie, ale wyrosły z jej okrucieństwa.

         Jest takie miejsce, w którym w powstanie byłem zaledwie kilka minut, a później wielokrotnie do niego wracałem...
         Poszedłem z Antkiem do jego rodziny na Brzozową. Doszliśmy do domu profesorów.
         Nagła strzelanina!
         Zawracamy, biegnąc do Celnej. Antek pada na ziemię. Myśląc, że go trafili zawracam, ale podnosi się o własnych siłach - ma rozbite czoło. Przewracając się uderzył o coś głową. Krew zalała mu oko. Dobiegamy do Rynku. Tu łapie go sanitariuszka. Po opatrunku wracamy na Podwale.

         Na Brzozowej bywałem już przed powstaniem. Chodząc z Dziadkiem na Rybaki do jego przyjaciela, nie mogłem sobie odmówić przyjemności wbiegania na Kamienne Schodki.
         Ulica nie-ulica, bardzo mnie fascynowała. Same schodki! Od dołu do góry. Przez całą skarpę.

         --------------------

         Poszedłem tam w słoneczny, kwietniowy dzień 1945r. Kamienne Schodki zawalone gruzem były trudne do sforsowania.


Kamienne Schodki w 1956 r.


         Skręciłem do wypalonego domu profesorów. Usiadłem na ocalonej kamiennej ławeczce. Patrzyłem na Wisłę. Patrzyłem na jej drugi brzeg...
         Byli blisko...
         Stamtąd oczekiwaliśmy pomocy, ale działa zamilkły...
         Nie przegonili nawet sztukasów...
         Czekali aż zginiemy...
         Trudno o tym myśleć...
         Patrzyłem na płynącą rzekę. Dużo wody. Wiosennej.
         Brzozową zszedłem do Mostowej. Mostową pod górę do mojego domu przyklejonego do kościoła Paulinów.
         Idąc Brzozową widać było, że w ruinach zadomowili się ludzie. Przed dziura w murze, przez którą było wejście do piwnicznej nory, siedziała kobieta. Kiedy się do niej zbliżyłem, powiedziałem z uśmiechem - dzień dobry (wtedy na Starym Mieście wszyscy się pozdrawiali). Spojrzała na mnie przyjaźnie i zapytała:
         - Nie widziałeś może mojego Tadzia? - zaskoczony nie wiedziałem co mam odpowiedzieć.
         - Jak go zobaczysz, to powiedz, że czekam na niego w domu - dodała.
         Kiedy przechodziłem tam następnym razem, kobieta siedziała na tym samym miejscu.
         - Nie widziałeś chłopczyku mojego Tadzia? - zapytała.
         To było wstrząsające. Matka czekała na syna, który do niej nie wrócił. Może jego ciało leży jeszcze gdzieś pod gruzami?

         --------

         Minęło wiele lat...

         --------

         W latach siedemdziesiątych, mimo skomplikowanej procedury, udało mi się wyjeżdżać na urlop do Gagry (w Abchazji). To chyba najpiękniejsza miejscowość nad Morzem Czarnym. Mieszkałem u swoich przyjaciół w pięknym, bajkowym domu. W zasięgu wzroku miałem morze i ośnieżone szczyty Wielkiego Kaukazu.
         Schodząc z góry (dom stał na wysokim wzniesieniu) przechodziłem przez oryginalną bramę, która niczym łuk triumfalny spinała obie strony drogi.
         Każdego dnia siedziała tam kobieta owinięta czarną chusta, osłonięta przed słońcem pnączami winogron. Za każdym razem coś do mnie mówiła, ale nie znałem na tyle gruzińskiego, żeby to zrozumieć.
         Uważałem ją za żebraczkę, ale ile razy chciałem jej dać pieniądze, Gruzini na to nie pozwalali. Wreszcie zapytałem - dlaczego? Odpowiedzieli niechętnie - ona straciła rozum. Siedzi tu tyle lat i czeka na syna, który nie wrócił z wojny...
         Był to dla mnie wstrząs, który już raz przeżyłem. Miał zapewne zewnętrzny wyraz, bo zapytali mnie, czy dobrze się czuję?
         Powiedziałem, że później im to wyjaśnię...


Janusz Wałkuski

      Janusz Wałkuski
współcześnie

opracował: Maciej Janaszek-Seydlitz






Copyright © 2010 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.