Powstańcze relacje świadków


Wspomnienia Janusza Hamerlińskiego - żołnierza batalionu AK "Kiliński"


Konspiracja








Janusz Hamerliński,
ur 02.07.1926 w Warszawie
szeregowiec Armii Krajowej
ps. "Morski"
III drużyna, 165 pluton
kompania "Szare Szeregi"
batalion "Kiliński"



         W skład sekcji wchodzili:
         Janusz Komorowski("Wir"),
         Olgierd Michałowski ("Smuga"),
         Romuald Dobracki ("Szczerba"),
         Janusz Hamerliński ("Morski"),
         A ponadto:
         Henryk Byga "Sęk" także od Lorentza! (chyba nie w tej sekcji) "Zakrzewski" i "Marian".
         Później, podczas alarmów - poznaliśmy innych członków drużyny t.j. st. strzelca "Maszynkę", pdchor. "Roja" i "Winicjusza", strzelców "Spedytora" i "Jaksę" oraz (ku naszemu zdumieniu) "Sęka".
         Dowódcą sekcji był z początku "Wir",
         z-cą d-cy sekcji - "Morski",
         dowódcą drużyny pchr. "Czarny" (przemiły chłopak) dostał jednak przeniesienie,
         potem pchr. Roman Troszok ps. "Trocki" - wyjątkowo dbały o żołnierzy, z-cą "Czarny",
         dowódcą plutonu nr 165 - wachmistrz żandarmerii "Abel",
         dowódcą kompanii - siarżant. pchr. "Frasza",
         dowódcą batalionu - rotmistrz "Leliwa".
         Na początku przerabialiśmy kurs rekrucki, następnie po wyczerpaniu go - kurs podchorążówki w zakresie dowodzenia drużyna piechoty, a nawet zasady walki plutonu. Na kurs podchorążacki mieliśmy być skierowani w sierpniu 1944 r.
         Gdzieś w połowie 1943 r. ostatecznie odpadł od nas "Mariusz".
         Mieliśmy kilka "lokali wykładowych": u mnie w mieszkaniu parterowym od frontu na Hożej 26 m. 2, a następnie na zachodniej stronie Al. Ujazdowskich (pomiędzy Ujazdowskimi a Al. Szucha - przy rozdrożu) oraz ulubiony - na skarpie ul. Agrykoli na wprost Ogrodu Botanicznego. Pamiętam także, że w 1944 r. mieliśmy kilka wykładów w jakimś lokalu biurowym po nieparzystej stronie ul. Marszałkowskiej, gdzieś w pobliżu ul. Nowogrodzkiej.
         Skonać można było ze śmiechu obserwując na skarpie lub w Alejach, grupkę swobodnie leżących lub siedzących młodych chłopców (17-18 lat), którzy pod opieką "jednego starszego" (dwadzieścia i kilka lat) rozmawiali o czymś z cicha w świetle zachodzącego słońca. Nikt się domyśleć nie mógł, że to właśnie odbywa się "ostre" przepytywanie z taktyki lub znajomości broni. I to nie dalej niż 4-6 metrów od spacerujących Niemców!
         Stuprocentowe bezpieczeństwo. Czasem można było zauważyć, że dosiada się do nich ktoś zupełnie dorosły - a to właśnie wizytacja dowódcy plutonu lub nawet kompanii! Tak to wówczas młodzi ludzie spędzali wolny czas po szkole... Wykładowcami byli pchor. "Trocki" oraz nierzadko wachmistrz "Abel". Do niezapomnianych (często powtarzanych pouczeń) należało wyszczególnienie "co żandarm winien nosić w torbie"!. Lubiliśmy go bardzo.
         Wreszcie niespodziewana wpadka:
         Około 20 stycznia 1944 r. przed południem w moim mieszkaniu jest komplet licealny. Jest nas ośmiu chłopców i nauczyciel matematyki - staruszek z siwą brodą z liceum im. T. Rejtana. Ze mną uczy się także Janusz Komorowski "Wir". Nie pamiętam, czy był także Dobracki "Szczerba".
         Po południu tego dnia mieliśmy wyznaczoną zbiórkę sekcji - też u mnie w mieszkaniu, na którą pchor. "Trocki" miał przynieść dwa pistolety: parabelkę i Visa lub Mausera, w celu praktycznej nauki o broni.
         Tymczasem...
         Podczas lekcji wchodzi do pokoju moja Matka i mówi:
         - "Chłopcy - policja!"
         Nie mogłem uwierzyć, jaka policja? Polska, niemiecka? Może w ogóle się przesłyszałem? Ponieważ matka wyszła do długiego korytarza - wyszedłem za nią, aby dowiedzieć się, o co chodzi. W drzwiach mija mnie niewysoki cywil z pistoletem w ręku i krzyczy:
         - "Hände hoch!"
         kierując pistolet na kolegów. Ja stoję za nim i myślę:
         - "Oj, kozaku - jak cię zaprawię w potylicę..."
         ale nie, nie wiem kto jest jeszcze w mieszkaniu, czy mieszkanie jest obstawione.
         Patrzę sobie zatem, co ten karzełek będzie robił dalej. Ten zaś na widok ośmiu chłopa zdenerwował się potężnie i przestraszył. Broń zaczęła mu skakać w ręku, on sam wskoczył na tapczan, zeskoczył z niego, znowu wskoczył i trzęsącą się ręką dobył z kieszeni drugi pistolet. Teraz już poczuł się nieco spokojniejszy. Ponieważ słyszałem z głębi mieszkania inne niemieckie głosy, wróciłem do pokoju obchodząc łukiem dzielnego agenta Gestapo i mijając go grzecznie podniosłem ręce do góry. Dopiero teraz!
         Po chwili weszli dalsi agenci, zrewidowali nas, schowali broń i zaczęło się wstępne przesłuchanie:
         - "Wszyscy jesteście bandytami!".
         - "Ależ nie, my uczymy się matematyki, proszę oto nasze zeszyty."
         - "Po co wam matematyka?"
         - "Uczymy się w szkołach zawodowych (lipnie) i chcemy poprawić oceny."
         Rzeczywiście, ponieważ każdy z nas lewą szkołę miał w pogardzie, mieliśmy również same dwóje, choć w liceum piątki.
         Po godzinie czy dwóch przewiezieni zostaliśmy na Pawiak, a Gestapo zrobiło "kocioł" w mieszkaniu. Mieszkanie zwolniono dopiero na 20 minut przed umówioną zbiórką. Pchor. "Trocki" z bronią przyszedł pierwszy. Na szczęście Matka mogła go już o wszystkim poinformować.
         Jak się później okazało, powodem tego nalotu było poszukiwanie członków konspiracyjnego rządu. Ponieważ Ojciec Komorowskiego ukrywał się i nie było go w domu, gestapowcy pytali o syna. Jeden z domowników z głupoty powiedział:
         - "Jest u Hamerlińskiego."
         I takie były skutki, a mogły być jeszcze gorsze.
         Na Pawiaku siedzieliśmy sześć tygodni i potem drogą przez Arbeitsamt i ul. Skaryszewską wróciliśmy do domów. Niemcy byli o tyle uczciwi, że nie wzięli żadnych łapówek, a na Szucha jednego pytania nie stawiali więcej niż dwóm kolegom.
         Podczas naszego przymusowego zwiedzania obiektów publicznych pod zarządem niemieckim, do naszych rodziców (moich i "Wira") wielokrotnie przychodził pchor. "Trocki" pytając o wiadomości o nas i oferując pomoc finansową z funduszy Armii Krajowej na dożywianie więźniów.
         Samo uwolnienie z Pawiaka było dla nas też swojego rodzaju przeżyciem. Rozkład "zajęć" na Pawiaku był zgodny z niemieckim "Ordnung": ustalone godziny wyjść do ustępu, porządkowania cel, skromnych posiłków oraz ...
         ok. 9,00 - wyjście na przesłuchanie na ul. Szucha,
         ok. 11,00 - zabierano z cel na rozstrzeliwanie,
         w nocy - brano na transport do "lagrów" - obozów koncentracyjnych.
         Każdy więc zgrzyt klucza w drzwiach celi oznaczał zupełnie określony cel wizyty. Niespodzianek nie było.
         Zapomniałem dodać, że po naszym aresztowaniu prawie wszystkich nas umieszczono w jednej celi (przejściowej w piwnicy, przed wojną - jednoosobowej, za Niemców umieszczano tam ośmiu więźniów), razem z profesorem matematyki. Tylko jeden z nas - Kazimierz Kiełpiński (żołnierz "Parasola" - poległ w Powstaniu) został z braku miejsca umieszczony oddzielnie.
         W przeciągu 7-u dni mogliśmy więc doskonale uzgodnić nasze przyszłe "zeznania" - przesłuchanie na Szucha odbyło się bowiem ósmego dnia po aresztowaniu. Po dalszych 7-u dniach awansowaliśmy do cel na piętrach. Tam rozmieszczono nas po dwóch do liczniej obsadzonych cel. Wtedy właśnie rozdzielono nas z "Wirem".
         Nowa cela była jasna i przestronna, z oknem na podwórze (okna umieszczone były pod sufitem - za próbę wyglądania strzelano bez uprzedzenia). Cela przestronna, bo dla 10 osób, była jednak "zamieszkana" przez 35 więźniów.
         Czas wypełnialiśmy sobie rozmaicie: grą w brydża (kart mieć nie wolno było, używano więc karty z kartonów od paczek), grą w szachy z mydła, rozmowami, a najczęściej pracą na własny rachunek.
         Ja np. obserwowałem i uczyłem się potem sztuki ... robienia bamboszy. Zrobiłem jedną piękną parę z ... kilku części składowych:
         - zelówki z fasowanego koca,
         - wierzchy z furażerki więźnia, żołnierza ukraińskiego,
         - kolorowe oblamowanie z krawata bodaj prof. Bryły (zginął na Pawiaku),
         - skórzane pokrycie szwów - z paska do spodni Żyda-konfidenta, rozstrzelanego przez Niemców.
         Uczyłem się także sztuki zapalania papierosa bez zapałek. A robiło się to tak: brało się dwa taborety, jeden kładło się do góry nogami na blacie poprzedniego. Pomiędzy blaty wkładało się zwitek mocno skręconej i zwilżonej waty (najlepiej z watowanych ramion marynarki) i mocno przyciskając wprawiało się taborety w ruch posuwisty tam i z powrotem, podobnie jak w maglu. Wata po krótkim czasie zaczynała się żarzyć wewnątrz zwitka. Należało wtedy iskry rozdmuchać i przyłożyć do płóciennego gałganka, lekko już nadpalonego. Wynik gwarantowany! Gałganki takie nosiło się szczelnie zamknięte w niewielkich blaszanych pudełkach, np. po paście do butów.
         Niezależnie od ustalonych godzin na zabieranie z cel, były także godziny wywoływania do kancelarii więziennej w celu "wypiski" na wolność. Rzadkie to były jednak okazje! Podczas mojego 4-tygodnioweho pobytu w tej celi trzykrotnie brano na "rozwałkę", a tylko jeden wyszedł na wolność.
         Pewnego razu, było to krótko po zabójstwie Kutschery, nadeszła pora masowych rozstrzeliwań na Pawiaku (niezależnie od wielu szubienic w mieście). Pamiętam, grałem wówczas robra z pierwszorzędnymi graczami. Myślałem jedynie, aby zrzucić karty na czas i do koloru, o myśleniu bowiem o rozgrywce nie było już czasu, tak szybko biegła gra!
         Zgrzyt klucza w drzwiach, karty momentalnie pod koce, dwuszereg idealnie wyrównany.
         - "Achtung! Zelle nr ... belegt mit 35 Häftlinge - Alle anwesend!"
         Starszy celi składa meldunek. Wtedy właśnie zabrano nam najlepszego gracza. Jednak ruch na korytarzu nadal nie ustawał, po chwili ponowny zgrzyt klucza! Na kogo kolej? Poszło dwóch. Powiedzieli:
         - "Żegnajcie chłopaki, podzielcie się naszymi rzeczami..."
         I ich także już nie ma. Za pół godziny słychać salwy karabinowe. Żegnajcie kochani! Śmiertelna cisza w celi... Nagle zgrzyt po raz trzeci!!! Tego jeszcze nie było! Nerwy napięte jak postronki... Czy teraz ja? Nie, poszedł ktoś inny... Znów salwy, zwane przez nas "spadaniem blachy". Nie na darmo umawialiśmy się z chłopakami "na trzeciej półce od góry u Schichta", ale to jednak inaczej wygląda z bliska...
         Jedyna chwila odprężenia, to chwila przed zaśnięciem. Na całej podłodze rozkładało się sienniki (mniej ich było niż więźniów - ok. 20 szt.) i po zgaśnięciu światła jeden z nas opowiadał filmy. Był to Żyd posiadający doskonałą pamięć do filmów i powieści. Przekonałem się o tym, gdy opowiadał nam treść pewnej powieści przygodowej, którą czytałem krótko przed aresztowaniem. Dialogi prawie słowo w słowo!
         Nasze uwolnienie było kompletną niespodzianką, ponieważ wywołano nas z cel ok. godziny 16,30! O zupełnie nietypowym czasie! Wbrew niemieckiemu rozkładowi jazdy! Byliśmy wręcz wytrąceni z równowagi, ale nie musiało to wyglądać źle, bo wachman był uśmiechnięty, koledzy w celi szybko szeptem powtórzyli swoje adresy, aby dać znać... jeszcze tradycyjny kopniak w ... szynki (aby więcej nie wrócić) i znów znaleźliśmy się wszyscy razem... w więźniarce.
         Niemcy (służba SD) wściekli, komuś coś nie wyszło i zamiast rano nas zwolnić, teraz biedaki muszą pracować w nadgodzinach!! Warcząc jak ich ostre wilczury, wprowadzili nas do Arbeitsamtu przy ul. Kredytowej. Stoimy grzecznie twarzami do ściany, z rękami podniesionymi do góry. Za próbę odwrócenia głowy groziło zawsze silne uderzenie w tył głowy. I nagle słyszymy:
         - "Siadajcie panowie"..?!
         Czy to prowokacja? Nikt się nie rusza. I znowu:
         - "Ależ siadajcie, po co stoicie?"...
         Ostrożnie odwracamy głowy, a to nasi! Granatowa policja! Zielonych mundurów SD - ani jednego! Ulga niepomierna! Oczywiście skorzystaliśmy z zaproszenia, a policjanci, wiedząc skąd nas dostarczono, zaproponowali swe usługi w zakresie... zakupów. Zaraz też dwóch z nich skoczyło po papierosy.
         Oprócz naszej dziewiątki (z profesorem włącznie) było także jeszcze kilku byłych więźniów. Razem kilkanaście osób. Sprawdzanie dokumentów i miejsc pracy trwało dwie godziny tak, że czynności urzędników zakończyły się ok. godz. 19,00.
         Kilku mających "mocne" papiery puszczono do domów, natomiast pozostałych, w tym wszystkich uczniów legitymujących się jedynie legitymacjami szkolnymi (bez Arbetsscheinów) zakwalifikowano na przymusowy wyjazd na roboty do Niemiec. Było nas dziesięciu chłopców.
         Z uwagi na późną porę dnia (wieczór) i fakt, że w obozie przejściowym na Pradze przy ul. Skaryszewskiej biura były już zamknięte, urzędnicy polecili nas opiece i dozorowi policji granatowej. Policjanci w rozterce, co z nami zrobić na noc? Zapada decyzja - zbierają nas na komisariat przy ul. Szpitalnej (róg Przeskok i Boduena).
         Abyśmy się jednak po drodze nie ulotnili - dla pewności zakuto nas parami w kajdanki i pochód ruszył. Przez Szpitalną i plac Napoleona. Widok przedziwny, niezapomniany i jedyny w swoim rodzaju. Proszę sobie wyobrazić dziesięciu skutych aresztantów w odzieży i kapeluszach, niemiłosiernie wytłamszonych po licznych sanitarno-odkażających parówkach, maszerujących gracko z gębami roześmianymi od ucha do ucha, pod eskortą kilku policjantów!
         Budziliśmy zrozumiałe zaciekawienie, toteż na placu Napoleona, w centrum nielegalnego handlu złotem i kamieniami (waluty nie wykluczając) podbiegło do nas dwóch, z najgorszej zdawałoby się meliniarskiej rodziny, z samego dna mętów społecznych, i pytają:
         - "Skąd jesteście chłopaki?"
         - "Z Pawiaka."
         - "A dokąd?"
         - "Do komisariatu."
         - "Dobra jest!"
         I już ich nie było.
         W komisariacie grzecznie poproszono nas za barierkę (od strony cel aresztanckich) i rozpoczęto formalności "meldunkowe" (chodziło wszak o nocleg). Wtem z trzaskiem otwierają się drzwi - wpada czterech drabów spod ciemnej gwiazdy i ... jeden taska pęta kiełbasy, dwaj kosz bułeczek, a czwarty dwa litry wódki!
         - "Jedźcie, pijcie chłopaki i dawajcie adresy, telefony, kogo powiadomić!"
         Nazajutrz pod komisariatem oczekiwały na nas wszystkie rodziny, aby towarzyszyć (sic!) skutemu konwojowi i razem jednym (sic!) tramwajem pojechać do obozu na Skaryszewską. Policjanci nie stawiali trudności, przeciwnie, przez noc trzymani byliśmy w otwartej celi i robiliśmy, na co mieliśmy ochotę. Proszono nas tylko, aby nie wychodzić przed barierkę, bo może wpaść "kontrola" i mogą mieć nieprzyjemności.
         Na Skaryszewskiej druga sensacja, bo mimo wszystko rzadko trafiali tam "pensjonariusze" z Pawiaka. Więc hasło: "Oto dziesięciu z Pawiaka" zabrzmiało we wszystkich korytarzach, i odtąd traktowani byliśmy jak arystokraci. Dla nas czyste koce (rzadkość w tym obozie), dla nas repety pożywnej zupki, dla nas starszeństwa sal (odmówiliśmy grzecznie).
         Po obowiązkowym prześwietleniu płuc, rodziny postarały się już o to, aby nie wypadły najlepiej (za tanie pieniądze), po dwóch czy trzech dniach zwolniono nas do domów, jako nieprzydatnych do pracy w służbie Wielkich Niemiec. Były to pierwsze dni marca 1944 r. Pierwszy, drugi lub trzeci marca.
         Po dwutygodniowym odpoczynku podjęliśmy na nowo szkolenie wojskowe w naszej sekcji. Zaczęły się pierwsze ćwiczebne zbiórki alarmowe drużyny. Przy tej okazji poznaliśmy naszych kolegów z innych sekcji. Nawiązały się nowe sympatie. Był to okres zakończenia kursu dowodzenia drużyną i rozpoczęły się szkolenia z taktyki walki plutonu. Otrzymaliśmy nowy lokal szkoleniowy (ten biurowy), ponieważ dowództwo obawiało się, że mimo naszego uwolnienia z Pawiaka, mieszkanie moje może być pod obserwacją.
         W kwietniu czy maju dało się zauważyć u naszych przełożonych lekkie zdenerwowanie i niepokój. Przestali oni mówić na temat przypuszczalnych naszych akcji w razie wybuchu Powstania. Niemniej jednak intensywniej ruszyły prace rozpoznawcze. Każda sekcja otrzymała do rozpoznania jeden obiekt obsadzony przez Niemców. Nasza sekcja otrzymała zadanie rozpracować podejście do niedużego warsztatu lub fabryczki (a może składów) w jednej z bocznych uliczek od ul. Wolskiej. Fabryczka ta mieściła się na południe od ul. Wolskiej i po zachodniej stronie tej uliczki (numeracja nieparzysta).
         Rozpoznanie zorganizowaliśmy metodą "spacerów" godzinnych, zmieniając się parami. Jeden cykl spaceru obejmował trzy godziny. Parami dlatego, że udawaliśmy chłopców nie mających nic lepszego do roboty, niż jakieś dyskusje na oderwane tematy. "Zaciekli dyskutanci" często przystawali i gęsto gestykulując "niewidzącym spojrzeniem" obejmowali świat i okolice. Po każdym spacerze notowaliśmy liczebność posterunków, godziny ich zmiany, sposób rozprowadzania, wyjeżdżające lub wjeżdżające w bramę pojazdy itp.
         Meldunek końcowy z rozpoznania obejmował szkic sytuacyjny terenu, drogi skrytego podejścia, bazę wyczekiwania, stanowiska strzeleckie wspierające uderzenie oraz kierunki i kolejność uderzeń. Nie wiedzieliśmy wówczas, że będziemy użyci do działań w innym terenie - ba! W zupełnie innej dzielnicy. Byliśmy przekonani, że plan natarcia robimy dla siebie i dlatego wykonywaliśmy go szczególnie starannie. Czy ktoś skorzystał z naszych opracowań, nie wiem.
         Już w czerwcu nasi przełożeni zaczęli przebąkiwać, że w związku ze spodziewanym natarciem Armii Czerwonej w kierunku Warszawy "nie wiadomo, czy w ogóle nadejdzie rozkaz wybuchu Powstania. Może trzeba będzie wejść jeszcze głębiej w konspirację..."
         Nie było to dla nas wesołe (dla przełożonych także nie). Wszyscy rwaliśmy się do walki, tym bardziej, że podczas szkolenia ani razu nie wykorzystano nas do żadnej akcji, a z bogatej prasy podziemnej i Biuletynu Informacyjnego kolportowanego przez naszych przełożonych, dowiadywaliśmy się o licznych przykładach doskonale przeprowadzonych bojów i walk.


Janusz Hamerliński


redakcja: Maciej Janaszek-Seydlitz



      Janusz Hamerliński,
ur 02.07.1926 w Warszawie
szeregowiec Armii Krajowej
ps. "Morski"
III drużyna, 165 pluton
kompania "Szare Szeregi"
batalion "Kiliński"





Copyright © 2010 Maciej Janaszek-Seydlitz. Wszelkie prawa zastrzeżone.