Powstańcze relacje świadków


Wspomnienia Janusza Hamerlińskiego - żołnierza batalionu AK "Kiliński"


Ostatnie dni








Janusz Hamerliński,
ur 02.07.1926 w Warszawie
szeregowiec Armii Krajowej
ps. "Morski"
III drużyna, 165 pluton
kompania "Szare Szeregi"
batalion "Kiliński"



         W jakiś sposób otrzymałem wiadomość, że resztki kompanii "Szare Szeregi" stacjonują na ulicy Widok 8. Poszedłem tam. Istotnie, kwatera na piętrze mieszkalnego domu po, północnej stronie ulicy. Naprzeciwko okien ściana wyburzonego domu jeszcze w 1939 r. Otrzymałem nową broń - karabin z krótko uciętą lufą - gdzieś 1/3 od wylotu. Nie dowierzałem celności tej broni i postanowiłem ją sprawdzić.
         Załadowałem karabin, złożyłem się do strzału. Wycelowałem w zarysowany tynk na ścianie przeciwległej, zburzonej, kamienicy. Pociągnąłem za spust. Huk wystrzału. Długi płomień z lufy i dokładnie w punkcie celowania odpada kawałek tynku ... W porządku, broń jest celna, ale skąd ten płomień?? Otóż przy uciętej lufie nie spala się wewnątrz cały ładunek prochu (obliczony na przepchnięcie pocisku) przez całą długość lufy. Zatem dokładnie na długości obciętej proch pali się dalej. No, to jak będzie wyglądał nocny bój? Stanowisko moje będzie sygnalizowane prawie jak reflektorem! Niedobrze...
         Szybko pod jakimś pretekstem broń oddałem. Otrzymałem wówczas zrzutową pepeszkę. To jest pepeszę oddzielnie i oddzielnie magazyn bębnowy i amunicję (chyba 72 sztuki). Dłuższy czas parałem się napełnieniem magazynku - lecz szło to dużo łatwiej niż naciąganie sprężyny Piata.
         Były to już ostatnie dni września. Nastroje raczej kiepskie.
         Skapitulował Czerniaków, Mokotów i Niemcy weszli także na Powiśle. Została ostatnia twierdza - Śródmieście. Napór niemiecki spowodował, że już toczyły się walki na Świętokrzyskiej. Nowy Świat praktycznie jest w rękach niemieckich. "Smuga" - o ile mi wiadomo toczy boje w Cafe-Clubie na rogu Nowego Światu i al. Jerozolimskich.
         Oczekiwaliśmy rzucenia także i nas na ten odcinek. Z relacji świadków i doniesień prasowych dużo wiedzieliśmy o koszmarnym działaniu "krów" - t. j. niemieckich miotaczy min (Nebelwerfer). Niemcy używali naprzemian min i pocisków zapalających. Ludzie znajdujący się w promieniu rażenia płonęli żywcem, lub co najmniej odnosili ciężkie poparzenia. Przejmujący zgrzyt odpalanych pocisków był powszednim odgłosem walczącej Warszawy.
         Przygnębiała nas świadomość, że to już i na nas kolej. Ostatnia reduta... Nie damy chyba rady... Nie było odważnych, którzy lekceważyliby skoncentrowany ogień "krów" i nalotów bombowych. Po prostu nie wytrzymamy...
         Humoru nie dodawała nam także aprowizacja. Przeszliśmy prawie wyłącznie na kaszę, ciętą chyba z niełuskanych ziaren pszenicy. Znamy z tego okresu słynną zupę "pluj".
         Ale kaszę też trzeba było zdobywać. Większe jej ilości znajdowały się w magazynach - t.j nie kaszy lecz zboża - gdzieś w okolicy Siennej, Złotej i Żelaznej. Co drugi dzień odbywaliśmy wyprawy z workami po "kaszę". Brałem udział w jednej takiej wyprawie. Ponieważ uważany byłem jeszcze za kontuzjowanego i nie mogącego nic nosić, szedłem jako "obstawa" konwoju uzbrojony w pepeszę.
         Nic prawie nie pamiętam z tej wyprawy. Wyruszyliśmy późnym wieczorem i okrążaliśmy niemieckie pozycje na dworcu Głównym i dalej (Gmach Poczty Kolejowej). Wyprawa przebiegła bez zakłóceń. Niejasno coś mi kołacze w pamięci, że w samych magazynach nie musieliśmy ładować worków, ponieważ były one już przygotowane i napełnione przez tamtejszą służbę kwatermistrzowską. Zostawiliśmy jedynie przyniesione przez siebie puste worki.
         Wreszcie nadeszła kapitulacja...
         Na apelu wieczornym odczytano nam ostatni rozkaz Komendy Głównej AK, w którym relacjonowano i podsumowano wyniki dwumiesięcznych walk. Podano liczbę strat własnych oddziałów i przybliżone straty ludności cywilnej. Rozkaz zawierał także ilości plutonów poszczególnych formacji biorących udział w walce. Pamiętam dokładnie, iż padły liczby:
         "... plutonów Polskie j Armii Ludowe j - 2,
         plutonów Armii Ludowej - 0 ".
         Polską AL znalem z okresu okupacji - na placówkę tej formacji natknąłem się będąc z wizytą u pp. Jagowdów w ich posiadłości pod Grójcem. Żołnierze PAL nosili biało-czerwone opaski z rysunkiem miecza i pługa oraz literami PAL.
         Natomiast Armię Ludową znałem jedynie z prasy konspiracyjnej oraz z faktu, że gdzieś na ul. Kruczej stacjonował ich oddział, który jednak nie brał udziału w walkach o Śródmieście.
         Rozkaz ten został odczytany 2 lub 3 października.
         Do Śródmieścia zaczęły nieśmiało wkraczać patrole Wehrmachtu. Jeden taki patrol spotkaliśmy na ul Widok. Żołnierze niemieccy z uśmiechem pokiwali do nas i zatrzymali na rozmowę. Znam niemiecki język. W rozmowie nazywali nas "tapfere Kerle" (dzielnymi chłopcami) i utrzymywali, że teraz wspólnie wyruszymy przeciwko bolszewikom.
         W tym właśnie momencie z bramy domu, przy którym staliśmy wyszedł jakiś ewakuujący się cywil (ludność już od kilku dni opuszczała Warszawę)z butelką wódki w ręku. Spojrzał ponuro na AK-owców i wręczył butelkę wódki żołnierzom niemieckim!. No, z Niemcami żeśmy oczywiście nie pili. Oni nam zresztą również tego nie proponowali, ponieważ byli "na służbie".
         Odmiennie wyglądało inne spotkanie.
         Z jakąś łączniczką (Samsonowska ?? "Myszka"?) zaplątaliśmy się pomiędzy ul. Widok a Chmielną. Z bramy przy Widok weszliśmy na jakieś podwórze przechodnie.
         Tam, ku naszemu zaskoczeniu, spostrzegliśmy niemiecki wóz ciężarowy oraz dużą grupę czarno umundurowanych SS-owców.
         Ci, ujrzawszy nas, błyskawicznie skierowali szmajsery w naszą stronę, poczym jeden z nich warknął (po niemiecku):
         - "Wy bandyci - czego się tu pętacie? Precz - bo was zastrzelimy!" Zrejterowaliśmy w pośpiechu, spostrzegając jednak, że SS-owcy zajęci byli właśnie wynoszeniem z piwnic do samochodu wielu skrzyń z gatunkową (kolorową) wódką. Koledzy byli niepocieszeni. Taki magazyn pod samym bokiem, a my nic o tym nie wiedzieliśmy!
         Dowiedzieliśmy się, że nasza kompania ma pełnić służbę porządkową na ulicach Śródmieścia do czasu zdania broni i wymarszu do niewoli. Batalion miał wyjść z Warszawy ostatni.
         Rozpoczęło się więc patrolowanie ulic. Powodów do jakiejkolwiek interwencji nie było. Często nasze uzbrojone patrole mijały się z uzbrojonymi patrolami niemieckimi, pełniącymi podobną służbę. Żadnych incydentów nie było.
         Rozważaliśmy także sensowność udania się do niewoli. Nie było jednak innego wyjścia. Próba skrytego przejścia przez Powiśle nad Wisłę i przeprawa przez rzekę wydawała się nam nierealna.
         Ponieważ kapitulację Niemcy podpisali tylko z Komendą AK, warunki kapitulacji dotyczyły jedynie oddziałów walczących pod jej dowództwem. Nie dotyczyły więc Armii Ludowej. Członkowie tej formacji mogli być albo rozstrzelani przez Niemców, albo próbować przeprawy przez Wisłę. Jednak wielu z nich, jak również AK-owców, przebierało się w cywilne ubrania i wychodziło razem z ludnością Warszawy.
         Otrzymaliśmy po raz pierwszy i ostatni - żołd - w dolarach. Wypadło chyba po 21 dolarów na głowę.
         Trzeba się było zaopatrzyć w ciuchv na drogę i obozowe życie. Wspólnie z Gąseckim (?) - ps. "Zakrzewski" - (syn tego od "kogutków Gąseckiego" - mieszkał na Skorupki) i jeszcze jednym kolegą udaliśmy się do naszych mieszkań. Zabraliśmy niezbędną bieliznę, jakieś ciepłe rzeczy (na zimę) i pożegnaliśmy się z rodziną. Majątek, który zostawał w Warszawie lekceważyliśmy, zdając sobie sprawę, że Niemcy, dotrzymają obietnicy składanej przez szczekaczki uliczne w dniu 1 sierpnia, że "domy, z których strzelano do Niemców zrównane zostaną z ziemią". Dlatego rozdawaliśmy pozostałą bieliznę i części ubrań każdemu, kto tego potrzebował.
         Ach! i jeszcze jedno! Ostatni rozkaz KG AK awansował wszystkich żołnierzy o jeden stopień wyżej, a podchorążych do stopnia oficerskiego.
         Pożegnanie z rodziną nastąpiło już w mundurze upiększonym jedną belką. Wycieczkę po ekwipunek zakończyliśmy w mieszkaniu Gądeckie. Strzeliliśmy sobie chyba po kielichu wina, poczym należało coś zrobić z pozostałą nam amunicją. Niemcom nie ma potrzeby jej oddawać, zatem strzelanina do wazonów!
         Wyjmuję swego wspaniałego walterka i strzelam z czterech metrów do wazonu - cały! Drugi strzał - wazon cały! Co jest na Boga? Zawsze trafiałem pewnie! Trzeci strzał - i znowu nic. Wściekły składam się do czwartego - i coś mnie tknęło. Opuszczam broń i spoglądam na wylot lufy. Z lufy wystaje filuternie ... czubek pocisku!!!
         No, przy czwartym strzale broń rozerwałaby się mnie w ręku…Wyjaśniona zagadka nietrafiania w cel na Poczcie. Po prostu stara polska amunicja nie miała "siły przebicia" - wystarczyło jej tylko tyle, aby pocisk przepchnąć przez lufę. Dalej ani rusz!
         Wyrzucam więc wszystkie polskie pociski (w kolorze jasne j miedzi) a zostawiam niemieckie (ciemnozielone). Do niszczenia wazonów przeszła mi ochota. Zresztą napracowałem się mocno, aby zastopowany pocisk przepchnąć z powrotem przez lufę.
         Posiadanego walterka sprzedałem znajomemu AL-owcowi za kawałek słoniny - niech mu się przyda przy forsowaniu Wisły.
         Wracamy na kwaterę. Idziemy Kruczą do Alej Jerozolimskich. Tu niespodzianka. Aleje wzdłuż obu stron obstawione gęstym szpalerem Wehrmachtu. Pomiędzy szpalerami ludność cywilna. Niemcy wpuszczają do środka każdego, natomiast nie wypuszczają nikogo. Jedyny dozwolony kierunek - na zachód!
         A my musimy na Widok... Co robić? Ano, podchodzimy do Niemców z tyłu i delikatnie klepiemy jednego z nich po ramieniu. Niemiec odwraca głowę i pospiesznie usuwa się na bok - mamy w rękach peemy gotowe do strzału Wchodzimy pomiędzy szpalery i pod prąd ludzi kierujemy się do wylotu ul. Brackiej. Tam robimy zwrot w lewo i z peemami przed sobą równo krok w krok idziemy na Niemców. Szpaler rozstąpił się - i jesteśmy już na swoim terenie! Śmieszne to było...
         Cóż dalej? Ano już nic... Wypada tylko przytoczyć pełen tekst opisu wyjścia z Warszawy, pisany co najmniej 10 lat temu dla muzeum martyrologii jeńców wojennych w Łambinowicach, a do tej pory nie wysłany:
         "Pluton 165 drugiej kompanii batalionu "Kiliński" AK po kapitulacji Powstania Warszawskiego pełnił służbę porządkową w dzielnicy Śródm1eście, zajmując kwatery przy ul. Widok. Służbę tą pluton pełnił do dnia 9.10.1944 r. t.j. do czasu wyjścia z Warszawy ostatnich oddziałów powstańczych.
         Pluton wymaszerował z kwater przy ul. Widok na ul. Marszałkowską, gdzie włączony został do kolumny powstańczej udającej się do złożenia broni. Kolumna szła ul. Marszałkowską i Śniadeckich do ul. 6-go Sierpnia i przy Politechnice (t.j. u wylotu Polnej) weszła w szpaler żołnierzy niemieckich, którym udała się na miejsce złożenia broni na podwórzu byłego gmachu MSW przy ulicy Chałbińskiego.
         Kolumna szła pod sztandarem biało-czerwonym, na widok którego niektórzy żołnierze niemieccy podrywali się na baczność, jednak strofowani byli przez innych Niemców i szybko wracali do postawy "spocznij".
         Na podwórzu gmachu MSW kolumna złamała szeregi i powstańcy pojedynczo udawali się do kontrolujących Niemców, otwierali zamki dla okazania, że w komorach nabojowych nie znajduje się amunicja, po czym broń rzucali na jeden ze stosów. Bywały wypadki, że przy odryglowywaniu zamków broń dosłownie rozsypywała się, ponieważ jej właściciele już uprzednio wymontowali części broni (iglice, sprężyny, rygle) w celu uczynienia jej niezdatnej do użytku. Niemcy nie interweniowali na widok rozsypującej się broni.
         Po złożeniu broni powstańcy udali się pod eskortą niemiecką przez ul. Wolską do Ożarowa, gdzie zostali skoszarowani w jakichś halach fabrycznych. Tam odbyła się wstępna rejestracja jeńców. Po dwóch dniach "w godzinach popołudniowych zaprowadzono nas na bocznicę kolejową i załadowano do wagonów towarowych. Wyjazd nastąpił w niewiadomym kierunku".


Janusz Hamerliński


redakcja: Maciej Janaszek-Seydlitz



      Janusz Hamerliński,
ur 02.07.1926 w Warszawie
szeregowiec Armii Krajowej
ps. "Morski"
III drużyna, 165 pluton
kompania "Szare Szeregi"
batalion "Kiliński"





Copyright © 2010 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.