Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia sanitariuszki harcerskiego batalionu AK "Wigry" Barbary Gancarczyk-Piotrowskiej ps. "Pająk"





Barbara Gancarczyk-Piotrowska,
ur. 18.03.1923 w Warszawie
sanitariuszka AK
ps. "Pająk"
drugi pluton kompanii szturmowej
harcerski batalion AK "Wigry"



Wybuch wojny.

         Latem 1939 r. jak zwykle byliśmy na letnisku. Na jesieni miałam rozpocząć naukę w liceum imienia Marii Konopnickiej. Miałam wtedy 16 lat. Latem na letnisku panował nastrój niespokojnego wyczekiwania. Codziennie słuchaliśmy uważnie radia. Spodziewaliśmy się wybuchu wojny, choć mieliśmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. W naszym domu na Elsterskiej mieszkał włoski dziennikarz, pan de Andreis. Zapewniał on, że wojny na pewno nie będzie.
         Ojciec był oficerem rezerwy, spodziewaliśmy się, że w każdej chwili będzie powołany do wojska. 1 września dowiedzieliśmy się na letnisku w Emowie z radia, że wojna wybuchła. Ojciec był wtedy w Warszawie. Mama postanowiła wrócić do Warszawy, nie chciała, aby ojciec był sam. Zdecydowała się na to mimo wieści o bombardowaniach i realnym zagrożeniu.
         Spakowałyśmy manatki na chłopski wóz. Pamiętam, że gospodarz, który nas zawsze woził, nie za bardzo chciał ryzykować jazdę do Warszawy. Jednak w końcu, pewnie za większą opłatą, zdecydował się. Nie bardzo pamiętam, jaką drogą jechaliśmy. Prawdopodobnie jechaliśmy Wałem Miedzeszyńskim nad Wisłą, ale nie jestem tego pewna.



Barbara Piotrowska w 1939 r.


         Dojechaliśmy do Warszawy 4 września. W naszej okolicy były już bombardowania. Mieszkaliśmy blisko Ronda Waszyngtona. Aleją Waszyngtona wycofywały się na wschód polskie oddziały wojskowe i przemieszczała się ludność cywilna. Tłumy ludności cywilnej, z tobołami, kobiety z dziećmi, wózkami. Wszyscy szli Aleją przez most Poniatowskiego i dalej w kierunku Grochowa.
         Uchodźcy często zatrzymywali się w naszym domu. Oczywiście zawsze był dla nich jakiś posiłek, coś gorącego. Dziwiliśmy się, po co właściwie tam idą, na niepewne. Zwłaszcza matki z małymi z dziećmi. Namawialiśmy ich nawet, aby zostali u nas. Ludzie nie chcieli jednak zostać, uciekali dalej.
         Było bombardowanie Alei Waszyngtona i mostu Poniatowskiego, bo był tu tłum ludzi i wojsko. Bomby spadły między innymi na garaż naszych sąsiadów po przeciwległej stronie ulicy. Wtedy ojciec postanowił 7 lub 8 września wyprowadzić rodzinę dalej od ronda. Porozumiał się ze swoim znajomym, panem Moykowskim, który miał dom na Irlandzkiej. Cała rodzina przeprowadziła się do niego chyba 8 września. Przenieśliśmy się zabierając jakieś najpotrzebniejsze rzeczy.
         Zbliżał się front. Niemcy podeszli od strony Pragi pod Saską Kępę chyba już 10 września. Również 10 września został zbombardowany nasz dom, który legł w gruzach. Zostaliśmy na długie lata wojny właściwie bez niczego, bez dachu nad głową. Później znaleźliśmy nieduże mieszkanko na Saskiej Kępie, nieco dalej od naszego domu.
         Saska Kępa była ostrzeliwana przez artylerię, oraz bombardowana z samolotów. Mieszkańcy dzielnicy zaczęli uciekać przez most Poniatowskiego do Śródmieścia. My również koło 15 września wyruszyliśmy za Wisłę. Most był ostrzeliwany, było w nim mnóstwo dziur. Dużo osób zginęło w czasie przeprawy przez most. W czasie wędrówki do Śródmieścia zginęła na moście między innymi żona dyrygenta Grzegorza Fitelberga, Halina Szmolcówna, słynna tancerka.
         Resztę oblężenia spędziliśmy w Śródmieściu. Początkowo przebywaliśmy w Prudentialu na Placu Napoleona. Ojciec przez pewien czas tam pracował, a znajomy ojca, pan Moykowski, był dyrektorem. Wydawało się nam, że tam będzie bardzo bezpiecznie. Tam były wspaniałe kilkukondygnacjowe schrony. Ale budynek ten był bardzo bombardowany. Wybuchł pożar, a do schronu, w którym byliśmy, zaczęła przeciekać woda. Strażacy poradzili, aby się stamtąd wynieść, nie wiadomo co będzie dalej, a nuż strop się zawali.
         W tej sytuacji przenieśliśmy się do Banku Rolnego, gdzie również ojciec pracował. Bank mieścił się na Nowogrodzkiej, naprzeciwko Romy. Tam przebywaliśmy w skarbcu. Skarbiec miał wyjątkowo mocne stropy i ściany, a więc było to bezpieczne miejsce. W skarbcu było bardzo ciasno, ludzie siedzieli jeden na drugim. Spało się na krzesłach, na podłodze. Budynek został stosunkowo mało zniszczony w czasie działań wojennych. Tam przesiedzieliśmy do końca oblężenia.
         Chciałam jeszcze dodać, że ojciec nie dostał powołania do wojska, widocznie nie zdążono. W czasie oblężenia brał udział w przenoszeniu amunicji. Gdy skończyło się oblężenie Warszawy wróciliśmy na Saską Kępę. Było to jakieś 3 dni po kapitulacji, w pierwszych dniach października 1939 r.
         Przeżyliśmy wrzesień 1939 r. Wróciliśmy na Saską Kępę do małego pustego mieszkanka. Trzeba było je stopniowo zagospodarować. Mimo, że nasza rodzina straciła wszystko, że zostaliśmy nędzarzami, nikt się tym nie przejmował. Najważniejsze było, że nikt z naszej rodziny nie zginął, wszyscy ocaleli w czasie bombardowań.



Barbara Gancarczyk-Piotrowska

opracowanie:Maciej Janaszek-Seydlitz



      Barbara Gancarczyk-Piotrowska
ur. 18.03.1923 w Warszawie
sanitariuszka AK
ps. "Pająk"
drugi pluton kompanii szturmowej
harcerski batalion AK "Wigry"





Copyright © 2011 Maciej Janaszek-Seydlitz. Wszelkie prawa zastrzeżone.