Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia sanitariuszki harcerskiego batalionu AK "Wigry" Barbary Gancarczyk-Piotrowskiej ps. "Pająk"






Barbara Gancarczyk-Piotrowska,
ur. 18.03.1923 w Warszawie
sanitariuszka AK
ps. "Pająk"
drugi pluton kompanii szturmowej
harcerski batalion AK "Wigry"



Obóz, ucieczka

         Dzień 2 września 1944, kiedy wychodziliśmy z Warszawy, był gorący. Szczególnie, gdy dźwigało się rannych, było bardzo gorąco. Strasznie chciało się pić. W pierwszą noc w Pruszkowie było nam bardzo zimno. Wręcz trzęsłyśmy się z zimna. 3 września, gdy znalazłyśmy się poza obozem, lał deszcz. Strasznie zmokłyśmy.
         Z obozu wyprowadziła naszą grupę jakaś pielęgniarka. Powiedziała, że jedziemy do Szymanowa. Tymczasem po wyjściu poza obóz pielęgniarka podprowadziła nas jeszcze kawałek i powiedziała:
         - "Teraz idźcie sobie, gdzie chcecie."
         Byłyśmy bardzo lekko ubrane. Miałam na sobie tylko letnią jedwabną sukienkę oraz przydługi płaszcz popelinowy, ale gołe nogi. Nie miałam nawet bielizny. Koszulę zgubiłam w czasie dźwigania rannych. Było nam zimno. Wieczory i noce były już chłodne.
         Po wyjściu z obozu w Pruszkowie zastukałam do jakiegoś mieszkania z prośbą o bieliznę osobistą. Właścicielka mieszkania odpowiedziała, że nic takiego dać mi nie może, bo sama ma uciekinierów z Warszawy, których musi odziać. Zza jej pleców niespodziewanie wychyliła się twarz mojej koleżanki z gimnazjum. Była to Fema Szatkowska. Od niej dowiedziałam się, że straciła męża w powstaniu, a sama została wypędzona z Warszawy z kilkutygodniowym dzieckiem - tak jak stała. Była zatroskana, że mi nic nie może ofiarować. Uściskałyśmy się serdecznie i pożegnały.
         Pani Faryaszewska udała się do swoich znajomych w Pruszkowie, państwa Grochowskich, na ul. Drzymały 4, natomiast my z Janką na nocleg do baraku RGO. Następnego dnia rano Fema odnalazła mnie w RGO, przyniosła bochenek chleba i komplet bielizny uszyty nocą w ręku z pieluszek swojego dziecka. Byłam bardzo wzruszona.
         Przed południem w baraku RGO zjawiła się córka p. Grochowskich, przysłana przez panią Faryaszewską i zabrała nas do mieszkania swoich rodziców. Następne dwie noce nocowałyśmy już w ich prywatnym mieszkaniu Wydawało się, że jesteśmy w raju. Po miesięcznej poniewierce - możliwość umycia się, łóżka z czystą pościelą, wspaniały obiad na stole nakrytym obrusem. Je się na talerzach, normalnie, łyżką, widelcem i nożem. To był prawdziwy szok. Spotkałyśmy się z atmosferą niesłychanej dobroci i życzliwości.
         Mimo tego wracają koszmarne wspomnienia, tragiczne obrazy jawią się przed oczami i w dzień, i w nocy...
         Obie dostałyśmy wysokiej gorączki - 39stC. To było chyba na tle nerwowym. Jesteśmy zupełnie pozbawione sił, obojętne na wszystko, co nas może spotkać. Janka dodatkowo ma rozbitą głowę, białka oczu ma granatowe po wylewie. Wygląda na mocno poszkodowaną. Ja jestem tylko bardzo mizerna.
         Następnego dnia, a może dzień później, walenie do drzwi. Do mieszkania wkraczają Niemcy w poszukiwaniu warszawiaków. Córka państwa Grochowskich ucieka do ogrodu. Namawia nas, aby zrobić to samo. Ja mam wysoką temperaturą, Janka w ogóle nie może się ruszyć. nie próbujemy nawet zwlec się z łóżek.
         Niemcy przede wszystkim żądają dokumentów. Ja mam warszawską kenkartę, Janka nie ma nic.
         - "Aha, wy z Warszawy. Ubierać się."
         Wiadomo idziemy do obozu. Niemcy niejednokrotnie robili już łapanki w Pruszkowie na warszawiaków. Tłumaczymy, że dopiero co zostałyśmy zwolnione z obozu w Pruszkowie, jako nie nadające się do pracy. Ich to nie interesuje, nie mamy żadnego dokumentu potwierdzającego zwolnienie.
         Niemcy każą nam wstawać. Państwo Grochowscy na gwałt kompletują jakąś garderobę, szykują paczkę żywnościową na drogę. Głęboko chowamy ofiarowane przez panią Faryaszewską pieniądze:
         - "Na wszelki wypadek, żebyście nie zostały bez grosza... może i moim dzieciom, o których nic nie wiem, ktoś przyjdzie z pomocą."
         Wychodzimy z mieszkania pod eskortą. Dokąd? Nie wiadomo. Dołączamy do innych ludzi, zabranych z okolicznych domów, na jakimś placu. Plac jest oczywiście obstawiony, aby nikt nie uciekł. Na plac przybiega jeszcze pan Grochowski i przynosił nam jakąś odzież. Jance jakąś kurteczkę. Ja też coś dostaję. Oprócz tego dostajemy paczkę żywnościową. Pan Grochowski już wie, że jedziemy do obozu.

         Po paru godzinach odstawiają nas na jakiś punkt, nie jest to według mnie teren obozu pruszkowskiego. Jest tam hala, do której wpakowano ludzi. Nad ranem wpychają nas do pociągu. Cztery doby jazdy bydlęcymi wagonami. W wagonie kilkadziesiąt osób, garść słomy czy sieczki rozrzucono na podłodze do spania. I tak miałyśmy szczęście, bo cała ludność cywilna ze Starówki poszła do obozów koncentracyjnych. My natomiast dostałyśmy się do obozu pracy.
         Po drodze, co pewien czas pociąg się zatrzymywał. Po drodze, na polskich terenach, miejscowi ludzie donosili nam do pociągu wodę, pomidory, cebulę, czasem chleb. Niektórzy dawali to za darmo, innym trzeba było płacić.
         Na drogę dostaliśmy po 2 bochenki chleba na cały wagon i nic więcej. Woda chyba była na przystankach. Pociąg nieraz zatrzymywał się w polu, najczęściej przed miastami i miejscowościami. Pamiętam, że gdzieś zatrzymał się na dworcu, bo były perony. To chyba były Skierniewice. Wiedziałyśmy, że to jest ostatni przystanek przed Reichem. Ostatni moment, kiedy można uciec.
         Wskoczyłyśmy z "Janką" pod wagon. Oczywiście pilnowali nas żołnierze niemieccy. Prawie zdołałyśmy przejść na druga stronę, ale zauważył nas wartownik i zaczął wrzeszczeć. Wtedy my ściągnęłyśmy majtki i kucnęłyśmy. Że niby robimy siusiu. Wtedy on się uspokoił, że jednak nie uciekamy. Ale oczywiście musiałyśmy wrócić do wagonu.

         Dojechaliśmy do Wrocławia. Tam nas wysadzono na terenie fabryki Femo-Werke. Na terenie fabryki był obóz koncentracyjny. Teren ogrodzony, drewniane baraki. Przy wejściu klatki ze złymi psami. Tam nas zaprowadzono. Nasz obóz był odgrodzony drutami od obozu koncentracyjnego. To był obóz pracy.
         Umieścili nas w drewnianych, parterowych barakach. Do spania - 3 piętrowe prycze. Siennik to była zawszona sieczka. Dali nam po zawszonym kocu. Tam byli przedtem jeńcy radzieccy.
         Czysto tam nie było. Latryny na podwórzu, długi barak z jedną żerdzią. Na dworze był kran z wodą. W baraku było kilkadziesiąt osób. Byłyśmy stłoczone, drewniana podłoga, jakieś żelazne piecyki z rurami, ale jeszcze w tych piecykach nie palono. Nie było ogrzewania ani porządnego okrycia. Na dworze było już wtedy zimno. Jedzenie było kiepskie, ale jakoś sobie radziłyśmy. Zwykle była zupa z brukwi, czasami kawa zbożowa.
         Jedzenie dostarczał nam Francuz, Fredzio. Obie z Janką znałyśmy język francuski. Poznałyśmy się bliżej z tym Fredziem i miałyśmy specjalne względy. Do picia najczęściej była mięta lub jakieś ziółka, które nam nie smakowały. Mięta niby zdrowa, ale niezbyt chętnie ją piłyśmy. Najchętniej piło się kawę zbożową. Dla naszego baraku dzięki Fredziowi była zawsze kawa zbożowa. Dostawaliśmy też chleb, w bochenkach, który trzeba było potem podzielić. Fredzio postarał się nam o maszynę do krojenia chleba.
         Dopiero po kilku dniach skierowano nas do pracy. Na początku były, szumnie mówiąc, spotkania. Niemcy chcieli się zorientować, co możemy robić. Janka znała na przykład niemiecki i pisała na maszynie, zatrudniono ją więc w biurze. Ja z inną koleżanką zgłosiłyśmy się jako kreślarki. Zatrudniono nas w biurze projektów. Mieściło się ono w prywatnej kamienicy. W dość dużej sali składowano deski kreślarskie z Ursusa, z jakiegoś biura. Niemcy ewakuowali z Ursusa chyba jakieś kolejowe biuro projektów.
         Deski były ustawione w sali i tam miałyśmy pracować. Oczywiście nic tam nie robiłyśmy. Dano nam jakiś planik do rozrysowania. Raz dziennie ktoś do nas zaglądał. Pamiętam, jak przez 3-4 dni rysowałam planik, który można było zrobić w 5 minut. Deski były ustawione pod kątem. Byłyśmy tylko 3 w dużej sali. Usiadłyśmy gdzieś na samym końcu wśród tych desek i przede wszystkim spałyśmy. Od wejścia nie było nas widać. Oparte o deski przesypiałyśmy cały dzień. Roboty nie było, ale rano trzeba było wstawać. Do pracy i z pracy chodziłyśmy same, bez eskorty.
         Korzystając z wolnego czasu zaczęłam odtwarzać na papierze moje przeżycia z Powstania i obozu. Najpierw spisywałam je ołówkiem na niemieckich formularzach fabrycznych. Z upływem lat te notatki stały się już prawie nieczytelne.





fragment notatek na niemieckim formularzu fabrycznym


         Później kontynuowałam zapiski piórem na kratkowanym papierze formatu A-4. Te pozostały w pełni czytelne do dzisiejszych czasów.




fragment notatek na papierze kratkowanym


         Zapiski prowadzone bezpośrednio po wydarzeniach, w których uczestniczyłam, pozwoliły mi wiele lat później na wierne odtworzenie moich przeżyć z czasu Powstania i obozowego exodusu.
         Po pewnym czasie zmieniono nam miejsce zakwaterowania. Przeniesiono nas do dużego drewnianego teatru. Była to obszerna buda ze sceną, z widownią. Duża sala, przy niej były ubikację, kuchnia. Może wcześniej tam była jakaś restauracja. W kuchni był jeden kran z zimną wodą na kilkaset osób stłoczonych w sali. Były tam mężczyźni, kobiety i dzieci. Całe rodziny.
         Prycze tym razem były 2-piętrowe. Myśmy wybrały sobie miejsce przy jakimś bufecie. Inni mieszkali na scenie, tam było luźniej. Było strasznie ciasno. Jeden kran z zimną wodą i 15 drewnianych szaflików w pomieszczeniu, które służyły jako miednice do mycia. Co przezorniejsi trzymali te szafliki przy sobie i trzeba było z nimi pertraktować, żeby raczyli je wypożyczyć.
         Warunki w tym teatrze były też okropne. Przede wszystkim znów było zimno. Sala była zaciemniona, tak jak wszystkie domy dookoła. Jednak w suficie były wycięte gwiazdki, przez które z góry sączyło się światło. Wieczorem, gdy się kładłyśmy i patrzyły w górę, widziałyśmy rozgwieżdżone niebo.
         W dalszym ciągu pracowałam jako kreślarka, a "Janka" pracowała w biurze. Potem mnie przeniesiono do fabryko Famo Werke, gdzie robiono części do czołgów. Była tam spora grupa Polaków, ale również Włosi, Francuzi i Czesi. Oni byli na nieco lepszych warunkach. Mieli lepsze zakwaterowanie niż Polacy.
         Polacy na całego obijali się w fabryce. Cudzoziemcy może i trochę pracowali. Ja dostałam pod swoją opiekę 4 szlifierki, miałam je sprawdzać. Po pewnym czasie szlifierka się zatrzymywała i ja miałam sprawdzać grubość szlifowanych zębów. Z 4 szlifierek czynna była tylko jedna, tak więc właściwie nie miałam nic do roboty. Trzeba było niestety stać przez cały czas do końca zmiany. Nie można było usiąść. Od czasu do czasu przychodził jakiś majster i wtedy wszyscy Polacy zrywali się do roboty.
         Ja oczywiście mierzyłam, a także wykombinowałam jakieś ściereczki do wycierania i stale pucowałam te szlifierki. Inny robotnik wynalazł sobie oliwiarkę i gdy szedł majster, oliwił maszyny. A trzeci chodził ze szczotką i śmietniczką na kiju z garścią śmieci w kieszeniach. Jak Niemiec szedł, on rozrzucał te śmieci i starannie je zamiatał.
         Właściwie człowiek stał te 10 czy 12 godzin i strasznie się nudził. Jak nie było Niemców w pobliżu opowiadaliśmy sobie różne rzeczy, śmieszne kawały. Trzeba było jedynie być czujnym, aby w odpowiednim momencie udawać, że pracujemy. Tak wyglądała ta codzienna praca. Koło południa była godzina przerwy i tzw. obiad. Dostawało się talerz zupy, nawet dość treściwej i pożywnej. Nazywaliśmy ją "zupą 7 kwiatów". Była w kolorze zielonym, zawierała różne zielsko, nawet pokrzywę. Może była i zdrowa, ale ze smakiem było różnie. Czasami trafiały się w niej nawet kawałki jakiegoś mięsa. Ważne było, że posiłek ten był treściwy.
         Nie byłyśmy eskortowane chodząc do pracy, ponieważ różne osoby pracowały w różnych miejscach. Była grupa, która pracowała w Oławie w jakiś zakładach. Ci wstawali o 3.30 lub 4.00, bo trzeba tam było dojechać pociągiem. Budzili się przy okazji wszyscy bo Niemiec wrzeszczał: "Olau, aufsteigen!"
         Fredzia już wtedy z nami nie było, bo mieszkałyśmy gdzie indziej, czasami się jednak z nim spotykałyśmy. Pojawił się natomiast jakiś Włoch, którego poznałam w fabryce. Nazywał się Sergio i mogłyśmy dogadać się z nim po francusku. Sergio na zabój zakochał się w Jance, zresztą bez wzajemności. We trójkę chodziliśmy na długie spacery. Janka korzystała z tej znajomości, bo chciała nauczyć się po włosku. I rzeczywiście, pod konie sporo po włosku mówiła, a rozumiała wszystko. Sergio jeszcze po wojnie pisał do Janki długie listy.

         Czułyśmy się bardzo osamotnione, opuszczone. Inne osoby, zwłaszcza te wzięte z łapanki z Pruszkowa z własnych domów, miały kontakt z rodzinami. Wyjeżdżając do obozu zabrały ze sobą wielkie walizy odzieży itd., dostawały paczki żywnościowe.
         My natomiast nie miałyśmy w zasadzie nikogo poza panią Ireną Faryaszewską, która sama wyszła z Warszawy właściwie bez niczego. Od rodziców nie miałyśmy żadnych wiadomości. Pani Irena przysyłała nam jakieś paczuszki, a przede wszystkim przysyłała listy, kartki. Mam te kartki do dziś. Takie serdeczne. Były to wieści z innego świata.
         Oto jedna z nich:
         "Kochane dziewczynki!
         Bardzo mi przykro, że nie mogłam Wam przez wskazaną okazję przysłać paczki. Na drugi dzień jednak po otrzymaniu Waszego listu już transporty z tej firmy przestały iść - i wojsko zajęło ten teren. Szczoteczki dwie i ładny grzebień czekają więc - może poczta przyjmie paczkę. Ucieszyłam się serdecznie z Waszego listu. Rada jestem, że choć Was nie rozdzielono... Dzielne jesteście bardzo i przeżyłyście już wiele, jak na Wasze młodzieńcze lata. Więc może dacie sobie i tam radę... Ja leżę w łóżku i dlatego tak brzydko piszę. Z nogą było coraz gorzej - musiała być operowana, boli bardzo. Teraz się boję, że o kuli będę musiała iść przed siebie, gdy każą wychodzić nagle. Miałam wiadomość, że moja córeczka jest w Niemczech, wywieziona. Była okradziona, więc bosa i głodna. Teraz już rodzina z Katowic i Sosnowca wie o niej i opiekuje się nią. Nic mojemu dziecku pomóc nie mogę i serce boli i za nią, i za synem. Chciałabym zawsze mieć z Wami kontakt - bolesne tragedie nas złączyły. Pamiętajcie o swojej nowej cioci. Bogu Was polecam i mocno całuję obie kochane buźki.
         Ciocia Irena. 17 IX 44."




oryginał listu p. Ireny Faryaszewskiej


         Ciocia Irena jak mogła, tak starała się nam pomóc: podtrzymywała na duchu swoimi listami, przysyłała paczki, polecała swojej rodzinie w Sosnowcu i Katowicach.
         Już po pierwszym tygodniu pobytu w obozie zaczęłyśmy planować ucieczkę. Do głowy przychodziły najrozmaitsze pomysły. Na wschód szły transporty. Chodziłyśmy na tory kolejowe, pod semafor, sprawdzać, czy pociągi się zatrzymują, jakim pociągiem można by pojechać na wschód. Stwierdziłyśmy jednak, że doczepienie się do transportu wojskowego było za dużym ryzykiem.
         Zrobiło się zimno. W październiku padał deszcz ze śniegiem, były przymrozki. Myśmy strasznie marzły. W akcie rozpaczy postanowiłyśmy - uciekamy. Na piechotę było za daleko. Po drodze Niemcy, nie było gdzie się zatrzymać, gdzie nocować. Noce zimne.
         Postanowiłyśmy, że będziemy uciekać pociągiem. Polacy bez przepustki nie mogli nigdzie jechać. Niemcom wolno było jechać bez przepustki tylko na odległość 80 km. Jeżeli ktoś chciał jechać dalej musiał mieć przepustkę.
         Postanowiłyśmy zaryzykować. Zaplanowałyśmy, że jedziemy do Katowic. Najpierw wykupimy bilet do Opola. Potem wysiądziemy, kupimy bilet na następny odcinek i tak dalej aż do Katowic. Był to spory kawałek drogi. Dlaczego do Katowic? Bo w Sosnowcu miałyśmy metę. Pani Faryaszewska miała tam rodzinę, do której miałyśmy adres. A więc aby do Sosnowca. Potem przez zieloną granicę dalej trzeba będzie kombinować.

         Wyruszyłyśmy 28 października pociągiem, mając bilety wykupione do Opola. Dojechałyśmy do Opola, gdzie pociąg się zatrzymał na pewien czas. Ja zostałam w wagonie, a "Janka" wysiadła po bilety. Nie ma jej i nie ma. Wyszłam z wagonu na peron. "Janki" w dalszym ciągu nie było, a pociąg ruszył. Zostałam sama, bez znajomości języka, tylko z obozowymi dokumentami. Umówiłyśmy się, że w razie czego spotkamy się przed dworcem.
         Do dworca było kawałek, trzeba było przejść kilka peronów. Doszłam tam z duszą na ranieniu. "Janka" stała przed dworcem. Twierdziła, że była na peronie, może pomyliła perony. W każdym razie na szczęście spotkałyśmy się. Padał deszcz ze śniegiem, było zimno. Miałyśmy gołe nogi bez pończoch, dziurawe buty.
         Weszłyśmy do pobliskiego kościoła. Do następnego pociągu miałyśmy 2-3 godziny. Ważne było, że miałyśmy już bilety. Pociąg nadjechał. Weszłyśmy do wagonu, jedziemy. Konduktor sprawdził nasze bilety.
         W naszym przedziale siedziały jakieś 3 Niemki, takie już trochę starsze. Siedziały naprzeciwko nas. Potem do przedziału wsiadło 3 niemieckich żołnierzy. Pewnie jechali na urlop. Przedział zapełnił się. Ja nie odzywałam się do Janki, udawałam niemowę. Jakiś Niemiec próbował mnie zagadywać, ale ja nic nie odpowiadałam.
         Niemki, które siedziały naprzeciwko nas, patrzyły na nas z politowaniem. My oczywiście nie miałyśmy naszytych "petek", wcześniej odprułyśmy je z naszych ubrań. Udawałyśmy Niemki. Nasze sąsiadki z przedziału po cichu szeptały do siebie, że my to na pewno jedziemy z zachodnich Niemiec uciekając od bombardowań. Że takie nędzne, kiepsko ubrane. Janka potem tłumaczyła mi ich rozmowę.

         Nagle do przedziału wszedł z konduktorem jakiś facet w cywilu. Poprosił wszystkich o przepustki. Niemki pokazały swoje przepustki, żołnierze pokazali swoje. My strasznie długo grzebałyśmy w naszych kieszeniach. Wreszcie pokazałyśmy nasze bilety kolejowe. Niemiec powiedział, że one go nie interesują, on chce zobaczyć przepustki.
         Powiedziałyśmy, że nie mamy przepustek. Zainteresował się, skąd jedziemy. Powiedziałyśmy, że z Breslau. A dokąd? Do Katowic.
         - "A to wy takie sprytne. Najpierw bilet tu, potem tam."
         Odpowiedziałyśmy, że jedziemy po ubrania do rodziny. Przedtem musiałyśmy pokazać nasze obozowe legitymacje.
         - "Aha, wy uciekacie i jedziecie tak etapami."
         My mówimy, że wcale nie uciekamy tylko jedziemy po ubrania do rodziny.
         Oczywiście wysadził nas na najbliższej stacji. Czekaliśmy na pociąg, który jechał w przeciwną stronę. Złapał jeszcze oprócz nas jakiegoś chłopaka, Polaka, który też jechał nielegalnie .Pamiętam, że miał on klatkę z królikami. Jak zobaczyłyśmy tę klatkę, zachciało nam się strasznie śmiać.
         Niemiec odstawił nas do Opola. Tam odprowadził nas na posterunek Bahnschutzu i zatelefonował na gestapo w Opolu. Powiedział, że złapał uciekinierów i czeka na kogoś, kto po nas przyjdzie. Banschutze spoglądali na nas. My powiedziałyśmy, że wcale nie uciekamy. Na to oni, że by nas puścili ale już zostało zawiadomione gestapo więc nie mogą. Strasznie się przed nami tłumaczyli. W tym czasie był już inny stosunek Niemców. Czuli, że wojna zbliża się do końca.
         Przyszedł jakiś żandarm i zabrał nas z dworca. Mówił po polsku całkiem płynnie, był to chyba jakiś volksdeutch. Znowu tłumaczyłyśmy mu, że nie uciekamy. Janka była po żółtaczce, cała żółta. Tłumaczyłyśmy żandarmowi:
         - "Ona jest chora, ja mam gruźlicę. Nie mamy ciepłych ubrań."
         Może nam uwierzył, a może nie. Spytał:
         - "Jak chcecie się tłumaczyć? Mówcie, że jesteście chore i że jedziecie po ubrania."
         Tak nas pouczał. Tłumaczył się, że on by nas puścił, ale w tej sytuacji nie może. I zaprowadził nas na gestapo. Pamiętam, że trafiłyśmy na 1 piętro. Siedział tam jakiś oficer w mundurze. Oprócz niego Niemra tłumaczka. Wiedzieli już, że mają uciekinierów. Przeprowadzono z nami rozmowę. Twardo trzymałyśmy się swojej wersji z ubraniami.

         W końcu sprowadzili nas do piwnic i tam zamknęli. Piwnica była oddzielona od korytarza kratą. Ja miałam ze sobą zapiski z powstania pisane ołóweczkiem. Zastanawiałyśmy się z Janką, czy je zniszczyć czy też zostawić. I nie zniszczyłam ich. Miałyśmy tez coś na drogę, jakiś chleb.
         Siedziałyśmy w tej celi, rozmawiałyśmy ze sobą wreszcie zaczęłyśmy się śmiać. Ale sobie polepszyłyśmy los. Jak człowiek jest młody, śmieje się z byle czego.
         - "No widzisz Janeczka, siedzimy teraz w ciupie, nie wiadomo co będzie dalej, może obóz koncentracyjny. A tak chciałyśmy sobie los polepszyć."
         Nagle w korytarzu pojawił się znajomy żandarm.
         - "Widzę, że wam tutaj wesoło."
         My mówimy:
         - "Deszcz nie pada, jest trochę cieplej."
         On na to:
         - "Nie martwcie się, wszystko będzie dobrze."
         Siedziałyśmy jeszcze ze dwie godziny. Wyprowadzili nas na górę. Był tam ten sam oficer i tłumaczka. My znów tłumaczyłyśmy, że nie uciekamy. Niech zobaczą, jak jesteśmy ubrane. I ja zaczęłam się tam rozbierać. Miałam jakąś kurteczkę. Pod nią był jakiś serdaczek, pod nim dziecinna koszulka, potem sweterek. Tak byłam ubrana. Nogi gołe, bez żadnych pończoch. Buty - od podeszwy odstawała góra.
         Niemiec powiedział:
         - "Teraz właściwie powinniśmy odstawić was do obozu koncentracyjnego. Ale tym razem wam darujemy. Dostaniecie przepustkę na powrót do obozu. Tę przepustkę musicie oddać Lagerführerowi, a on musi nam ją odesłać pocztą. No i sprawa będzie załatwiona."
         Jakiś Niemiec po cywilnemu odprowadził nas na dworzec. Też gadał coś po polsku. Wsadził nas do pociągu. Pojechałyśmy z powrotem do Wrocławia. Oczywiście nie dałyśmy Lagerführerowi tej przepustki. Nikt się nie dowiedział o naszej ucieczce, ponieważ rano wyszłyśmy razem z grupą wychodzącą do pracy, a wróciłyśmy wieczorem. I tak się skończyła nasza pierwsza ucieczka.

         Natychmiast zaczęłyśmy planować następną, która była już lepiej zorganizowana. Nawiązałyśmy kontakt ze Ślązakami, którzy pracowali we Wrocławiu. Ono mogli na soboty i niedziele wyjeżdżać legalnie do swoich rodzin m.in. do Katowic. Obiecali nam, że nas przeszwarcują. "Janka" miała nawet legalną przepustkę. Wystarała się o nią w pracy, z adnotacją, że jedzie po odzież do Katowic. Ja nie miałam żadnej przepustki, jechałam na gapę.
         Ślązacy powiedzieli, że najlepiej wyjechać w sobotę około godz. 2.00 po południu. Ludzie jadą wtedy po pracy, jest duży tłok w pociągu. Nawet, jeżeli mamy tylko jedną przepustkę, to oni to zorganizują. "Janka" sprzedała złoty łańcuszek, miałyśmy więc trochę pieniędzy. Kupiłyśmy sobie na drogę jakąś żywność i wyruszyłyśmy.
         Spotkałyśmy się ze Ślązakami przed dworcem we Wrocławiu. Tymczasem ogłoszono alarm lotniczy, wszyscy zeszli do schronów. My też musiałyśmy tam pójść. Alarm trwał przez jakiś czas, może pół godziny. Potem wyszłyśmy na peron. Okazało się, że pociąg, którym miałyśmy jechać, odjechał. Następny przyszedł zupełnie pusty. Trzeba było podjąć decyzję, jechać czy nie. "Janka" powiedziała:
         - "Ty sama musisz zdecydować."
         Pociąg stał na dworcu tylko kilka minut. Zastanawiałam się czy ryzykować i jechać, czy nie. Obok mnie stał starszy dziadek, Ślązak. Powiedział do mnie:
         - "Niech Pani wsiada. Wszystko będzie dobrze."
         I wsiadłam. Oni się jakoś porozdzielali po przedziałach. Jeden z przodu, drugi w środku, inny z tyłu. Janka była w jednym końcu wagonu, ja w drugim. W przedziale nie było nikogo. Byłam zupełnie sama. Pociąg ruszył.
         Po drodze w Opolu był alarm. Następne alarmy były na trasie. Ale jakoś dojechaliśmy do Katowic bez żadnych kontroli, może tylko na początku był konduktor. Na pewno na skutek alarmów było jakieś zamieszanie. Może kontrolujący gestapowcy wsiedli do poprzedniego pociągu, trudno mi powiedzieć.
         Dojechaliśmy do Katowic. "Janka" miała bilet, mogła normalnie wyjść. Ja biletu nie miałam. Żeby wyjść trzeba było mieć bilet i przepustkę. Ja miałam bilet, ale tylko do Opola. Ślązak wyszedł pierwszy, ja zostałam na peronie. On kupił mi jakiś bilet, z którym mogłam wyjść. I w ten sposób znalazłyśmy się w Katowicach.

         Naszym celem był Sosnowiec. Towarzyszący nam Ślązak mieszkał w Sosnowcu i razem ze swoim kolega zabrał nas do Sosnowca, Tam nas odprowadzili pod adres, podany nam przez panią Faryaszewską. Dzięki temu nie błąkałyśmy się po mieście. Państwo Strokowscy, do których dotarłyśmy bardzo mile nas przyjęli. Byli zresztą uprzedzeni, że jesteśmy od pani Faryaszewskiej, że trzeba nam pomóc. Przenocowałyśmy u nich. Następnego dnia z panem Strokowskim ruszyłyśmy koleją do Trzebini, a potem już same na piechotę przez granicę do Generalnej Guberni.
         Tam były dwie granice. Z pierwszą w Dulowej poszło nam łatwo. A druga była za Krzeszowicami. Minęłyśmy Krzeszowice, tam było bardzo dużo wojska. W pobliżu była rezydencja gubernatora Hansa Franka. Postanowiłyśmy nie iść dalej szosą wiedząc, że na szosie może być szlaban i tam na pewno nas zatrzymają. Postanowiłyśmy obejść tę granicę przez sąsiadujące wsie.
         Nie wiedziałyśmy jednak, którędy jest najbezpieczniejsza droga. Weszłyśmy do pierwszej lepszej chaty, pamiętam, we wsi Żbik. W chacie była kobieta dziewczynką, jadły obiad. Poprosiłyśmy czy nie mogłybyśmy dostać talerza zupy. Byłyśmy głodne, zziębnięte. To był grudzień, padał deszcz ze śniegiem.
         Poczęstowano nas zupą, a my spytałyśmy:
         - "Jak dostać się do Generalnej Guberni? Czy Pani nie wie, którędy możemy iść, jaką drogą?"
         Kobieta odpowiedziała:
         - "Ja się za bardzo nie orientuję, ale mój brat nieraz przeprowadzał ludzi, to ja pójdę po niego."
         Zostałyśmy w tej chałupie, czekałyśmy z duszą na ramieniu, nie wiedząc czy kobieta faktycznie poszła po brata. Potem rzeczywiście przyszedł brat. Powiedział nam, przez jakie wsie, jaka drogą mamy iść, jak najłatwiej obejść granicę:
         - "Między wsią Radwanowice i Brzezinki jest granica. Musicie się tam pilnować, bo tam są bunkry."
         Poszłyśmy dalej z Janką jakimiś błotnistymi drogami. Padał deszcz, śnieg. Był to 11 grudzień, było już zupełnie ciemno. Szłyśmy w błocie jakimś parowem. Wyszłam na górę i powiedziałam do Janki:
         - "Chodź tu do mnie, górą jest ścieżka i jest sucho.
         Pociągnęłam ją za rękę i wyciągnęłam na górę. Nagle odwróciłam się i w pewnym oddaleniu zobaczyłam sylwetkę Niemca. On stał na górze, ale sylwetka była widoczna na tle nieba, taki widoczny cień z karabinem. Oczywiście zaraz zeskoczyłyśmy na dół i pognałyśmy dalej przez błoto.

         Dotarłyśmy do wsi Brzezinki należącej już do Generalnej Guberni. Od kobiety ze Żbika wiedziałyśmy, że sołtysem we wsi jest jej stryj, bardzo fajny chłop. Powiedziała nam, że on nas przenocuje. Odszukałyśmy tego sołtysa. Weszłyśmy do chałupy, była jego córka. Spytałyśmy, czy możemy przenocować. Odpowiedziała:
         - "A to ja nie wiem, rodziców nie ma. Jak przyjdą i się zgodzę to będziecie mogły."
         Czekałyśmy na rodziców z 15 minut. Przyszedł pan Księżyc z żoną. Mówimy, że chciałybyśmy przenocować.
         - "No to poproszę dokumenty."
         Mówimy, że dokumentów nie mamy, że jesteśmy z Warszawy, nasze dokumenty zaginęły.
         - "A to ja was nie przenocuję. Nie wiem, kto wy jesteście, może jakieś nasłane Niemki."
         Tłumaczył, że on często ma tu rewizje. Wieś jest tuż za granicą.
         - "To chociaż niech nas Pan w stodole przenocuje."
         - "W stodole nie, oni też tam szukają."
         Jednym słowem powiedział, że absolutnie nie ma mowy. Wtedy ja mu pokazałam jedyne dokumenty, jakie miałyśmy przy sobie. To były nasze legitymacje obozowe. Powiedziałam:
         - "Proszę Pana, nie mamy innych dokumentów, a w ogóle to uciekamy z obozu, jesteśmy z Warszawy, brałyśmy udział w Powstaniu."
         - "To trzeba było od razu tak mówić."
         I z panem Księżycem rozmawiałyśmy chyba do 2.00 w nocy. Taki był ciekawy, co działo się w Warszawie w czasie powstania.
         - "Bo wiecie, u nas są warszawiacy, ale to są takie stare babcie. One nic nie wiedzą, od nich nie mogę się nic dowiedzieć, jak to tam było."
         Był tez ciekawy nastrojów w Niemczech, wśród Niemców, gdyż dowiedział się od nas, że uciekłyśmy z Wrocławia.
         Pan Księżyc nas przenocował, przyniósł słomy ze stodoły. Pani Księżycowa przygotowała wspaniałą kolację, następnego dnia jeszcze dała wałówkę na drogę. Myśmy miały ze sobą jakieś grosze, chciałyśmy zapłacić. Zostawiłyśmy pieniądze na stole, ale córka dogoniła nas po drodze i zwróciła nam je. Do dziś wspominam pana Księżyca i jego gościnę. Dużo dobrego doświadczyłyśmy od ludzi, często zupełnie nam obcych, z którymi zetknęłyśmy się po raz pierwszy w życiu. To, że druga nasza ucieczka z obozu powiodła się, było niemałą zasługą wielu życzliwych nam, serdecznych, a także odważnych ludzi.

         Z Brzezinek do Krakowa wyruszyłyśmy na piechotę. Było to około 25 km. W Krakowie zgłosiłyśmy się do rodziny pani Faryaszewskiej na ul. Gołębią 2. Było to 11 grudnia, akurat w urodziny Janki. Oni też nas serdecznie przyjęli. Była jakaś kolacja, a przede wszystkim porządnie się umyłyśmy.
         W czasie naszej podróży cały czas lał deszcz, było błoto. Wyglądałyśmy strasznie, byłyśmy zawszone. Koniecznie chcieli nas zatrzymać na noc. Naszym punktem docelowym był jednak Nowy Targ. Dowiedziałyśmy się w międzyczasie, że pociąg do Nowego Targu odjeżdżał o 5 czy 6 rano. Podziękowałyśmy więc za gościnę. Uważałyśmy zresztą, że będąc w takim stanie nie będziemy sprawiać im kłopotu.
         W Nowym Targu "Janka" miała kuzyna, księdza Pilchowskiego, z którym korespondowała, gdy byłyśmy w obozie. Była to bardzo zacna rodzina. Wiedziałyśmy, że tam na pewno udzielą nam pomocy.
         Z Krakowa do Nowego Targu dotarłyśmy pociągiem w straszliwym tłoku. Jechałyśmy z duszą na ramieniu bo były łapanki na roboty. Ale jakoś szczęśliwie przyjechałyśmy. Wysiadłyśmy na dworcu. Był 12 grudnia 1944 r. Miałyśmy jeszcze jakieś grosze. "Janka" powiedziała:
         - "Po tym wszystkim musimy zajechać do księdza z fasonem, fiakrem, nie na piechotę."
         Wynajęłyśmy, pamiętam, jakiegoś górala i zajechałyśmy z fasonem. Ksiądz mieszkał w nowo wybudowanej wikarówce, w 3 pokojowym mieszkaniu. Mieszkała tam jego siostra i gosposia. Normalne mieszkanie, z łazienką, opalane, ciepłe. Jedliśmy przy stole. My, takie zawszone brudasy, od razu popędziłyśmy do łazienki. Głowy zlano nam sabadylem. Cała garderoba poszła do spalenia, a nas przebrano w księżowskie jegierowskie kalesony i podkoszulki. Księżowska bieliznę przywiozłam jeszcze potem do Warszawy.
         Od razu były czyste łóżka, jedzenie, a przede wszystkim kąpiel. Mieszkałyśmy tam chyba ze dwa tygodnie. Może 10 dni. Pamiętam, że spędziłyśmy tam jeszcze święta Bożego Narodzenia. A potem ksiądz wynajął nam pokoik u góralki przy ul. Kolejowej. Ona mieszkała w kuchni, a my w pokoju.

         W Nowym Targu podjęłyśmy pracę w Tabak Werke. To była fabryka papierosów. Można tam było dostać zatrudnienie, chętnie przyjmowali. Do pracy trzeba było wcześnie wstawać. Nie miałyśmy zegarków, ale budził nas zawsze kogut naszej gospodyni, który piał punktualnie o 6-ej rano. Któregoś dnia po obudzeniu wydawało mnie się, że już czas wstawać. Budzę "Jankę", a ona na to - "Daj mi spokój, kogut jeszcze nie piał." Okazało się, że nasz biedny kogut właśnie pływa w rosole.
         Kiedy wychodziłyśmy do pracy wczesnym rankiem, miałyśmy przed sobą całą panoramę Tatr. Góry obsypane śniegiem w kolorach wschodzącego słońca. Dech zapierało z zachwytu. Po koszmarnych przeżyciach, w zetknięciu z przyrodą, świat dla nas znowu stawał się piękny, mimo całej "prozy życia", która nas otaczała.
         Mroźna zima dawała się we znaki, żadnych wiadomości o naszych najbliższych, my dwie zabiedzone dziewczyny, byle jak ubrane. "Janka" ubrana "na cebulkę" miała na sobie chyba z 7 warstw. Kiedy wszystkie przy mojej pomocy na siebie nałożyła, była tak zesztywniała, że nie mogła ręką sięgnąć do nosa i ja musiałam jej ten nos ucierać. Natomiast ja miałam na sobie dziecinne spodenki, których "krok" sięgał mi do kolan. Pamiętam jak opadły mi kiedyś na ulicy i wywołały gromki śmiech przechodzących Niemców. My zresztą też potrafiłyśmy śmiać się z siebie w takich przypadkach. Humor nas nie opuszczał.
         W Tabak Werke dostawałyśmy jakieś grosze, były nawet deputaty: przeważnie wódka i papierosy. W południe zapraszano nas na zupkę, a na obiado-kolacje chodziłyśmy do księdza Piechowskiego, który był dla nas wielkim oparciem.

         Ja miałam ciotkę w Zakopanem. Postanowiłyśmy wyruszyć w odwiedziny do ciotki w Sylwestra. Ciotka nie wiedziała, że jestem w Nowym Targu, sądziła, że jestem w obozie. Czekałyśmy w Sylwestra na dworcu na pociąg. Pociąg niestety nie przyjechał, po drodze partyzanci wysadzili jakiś mostek. Musiałyśmy wrócić z dworca do domu. Zaprosiłyśmy jeszcze do siebie jakąś babcię góralkę, która nie miała ze sobą co zrobić. Wtedy pamiętam w nocy i w dzień było chyba 18 stopni mrozu.
         Następnego dnia z rana, gdy się rozwidniło i nie było już godziny policyjnej wyruszyłyśmy na piechotę do Zakopanego. Pamiętam jak śnieg skrzypiał pod nogami. Szłyśmy we dwie, potem ktoś jeszcze do nas dołączył. Szłyśmy przez Szaflary, Biały Dunajec. Gdzieś koło Białego Dunajca jechał jakiś samochód, może dostawczy. Zatrzymałyśmy ten samochód i dojechałyśmy nim ostatni odcinek drogi.
         Zjawiłyśmy się u mojej ciotki. Ciotka, jak pamiętam, dała nam nawet spore pieniądze. Dostałam też od niej zimowe palto. Janka powiedziała: "Słuchaj, wiesz co, może nam starczy pieniędzy na wycieczkę saniami na Cyrlę." Ja byłam pierwszy raz w Zakopanem. Janka była tam już wcześniej. No i przepuściłyśmy całe nasze pieniądze.
         Wtedy w Zakopanem było dużo Niemców, rekonwalescentów. Sklepy były dla Niemców. Ale było tez sporo warszawiaków. Ja wtedy przypadkiem trafiłam na panią Hamanową i jej synów, którzy z powstania wyszli z Warszawy i dostali się do Zakopanego. Spędziłyśmy u nich przyjemny wieczór. No i byłyśmy na Cyrli.
         Potem był 1 styczeń 1945 r. Wróciłyśmy do Nowego Targu, przepracowałyśmy tam jeszcze następny miesiąc.
         Udało mi się wyrobić oryginalną kenkartę na fałszywe nazwisko Konarzewska Barbara. Urzędnikowi powiedziałam, że moje warszawskie dokumenty zaginęły.




Kennkarta


         Wiadomo było, że nadchodzą wojska rosyjskie. Słychać było kanonadę, Nowy Targ był ostrzeliwany przez artylerię.
         Do nas na kwaterę przydzielono jakiegoś oficera Wehrmachtu z adiutantem na nocleg. Niemcy chodzili po domach i szukali kwater dla wojska. Dwie lub jedną noc przed wyzwoleniem wyglądałyśmy przez okienko, mieszkałyśmy na parterze, i widziałyśmy jak Niemcy się wycofują. Ubrani na biało, z bronią oddziały bojowe. Chyba to byli esesmani, pod naszymi oknami przechodziły ich oddziałki.
         A następnej nocy nocował już ten oficer z adiutantem. Oczywiście musiałyśmy zwolnić nasz pokój, przeniosłyśmy się do gospodyni. Tego wieczora rozmawiałyśmy z Niemcami. Janka znała niemiecki, a adiutant znał polski. Oni nas chyba zaprosili i długo rozmawialiśmy. Przeżyłam straszne rzeczy w czasie powstania, egzekucję bezbronnych rannych ludzi i o tym wszystkim opowiadałyśmy tym u Niemcom. Oni kiwali głowami, cóż mogli nam powiedzieć. Ale widać było, że to nimi wstrząsnęło.
         Ten Niemiec nie był zawodowym oficerem, służył z poboru. Był stosunkowo młody i jak opowiadał nam jego adiutant, był dobrym człowiekiem. Miał pod dowództwem oddziały Kałmuków i traktował ich zupełnie normalnie. Przyznam się, że mimo iż był to Niemiec, ten oficer wzbudził w nas dużą sympatię. Na pewno nie tylko dlatego, że był bardzo przystojny, sympatyczny i kulturalny. Dowiedziałam się od niego, że ma rodzinę.
         W nocy Nowy Targ był mocno ostrzeliwany, szczególnie w okolicy rynku, były pożary. Nasza gospodyni proponowała, żeby koniecznie schronić się w piwnicy. Myśmy z Janką nie bardzo chciały, ale w końcu chyba żeśmy się zgodziły.
         Nasz Niemiec opuścił dom na kilka godzin przed przyjściem Rosjan. Przypuszczam, że ci Niemcy zginęli, bo Rosjanie niedaleko od Zakopanego otoczyli i wybili w kotle wycofujące się oddziały niemieckie.
         Rano zjawiły się wojska radzieckie. Całe tabuny wdzierały się do mieszkania. Widać było, że są w biegu, zziajani. Mimo, że był mróz, chcieli wody i wody. Pani Bocheńska ustawiła jakąś miednicę i kubek, ale oni pili wprost z miednicy. I potem biegli dalej i dalej.



Barbara Gancarczyk-Piotrowska

opracowanie: Maciej Janaszek-Seydlitz



      Barbara Gancarczyk-Piotrowska
ur. 18.03.1923 w Warszawie
sanitariuszka AK
ps. "Pająk"
drugi pluton kompanii szturmowej
harcerski batalion AK "Wigry"





Copyright © 2011 Maciej Janaszek-Seydlitz. Wszelkie prawa zastrzeżone.