Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia Jerzego Lisieckiego ps. "2422", "Jerzy II", żołnierza dwóch powstańczych batalionów "Ruczaj" i "Harnaś"




Jerzy Lisiecki,
ur. 22.08.1923, Warszawa
st. strz. Armii Krajowej, ps. "2422", "Jerzy II"
bat. "Ruczaj", komp. "Tadeusz Czarny", plut. "Orlik"
bat. Harnaś", komp. "Genowefa", plut. 138



Powstanie

         Minęło kilka dni. 1 sierpnia, o 9.00 rano wybraliśmy się z bratem do Chylińskich na Żoliborz. Oni byli w "Koszcie" - bardzo dobrze uzbrojonej kompanii ochrony sztabu warszawskiego AK, która weszła potem w skład Zgrupowania "Bartkiewicza". Nie zastaliśmy ich w domu. Zajrzeliśmy więc do naszych sympatii - sióstr bliźniaczek, Barbary i Danuty Kołodziejskich. One jednak stwierdziły, że się bardzo gdzieś spieszą. Jak się potem dowiedzieliśmy, były sanitariuszkami w "Żmii" u "Żywiciela".
         W tej sytuacji postanowiliśmy wrócić do domu. Było około godziny 13.00. Los był dla nas łaskawy. Bez problemów przejechaliśmy tramwajem przez wiadukt nad torami kolejowymi. O 14.00 na Żoliborzu zaczęła się strzelanina, po której Niemcy zamknęli wiadukt, odcinając Żoliborz od Śródmieścia. Grupa powstańców przewożących broń starła się z niemieckim patrolem. W ten sposób rozpoczęło się Powstanie na Żoliborzu.
         Wróciliśmy do domu, a tam czekała na nas wiadomość, że mamy natychmiast zgłosić się na ul. Fabryczną. Łączniczka zostawiła mamie numer domu i mieszkania, gdzie mieliśmy się zameldować. Zjedliśmy tylko zupę przygotowaną przez mamę i zgodnie z rozkazem ruszyliśmy na ulicę Fabryczną na Czerniakowie. Tam dowiedzieliśmy się, że jest Powstanie.
         W mieszkaniu było kilka osób. Mieliśmy wychodzić pojedynczo, co 15 minut. Pierwszy wyszedł brat, potem kilku innych chłopców, ja wyszedłem ostatni. Miałem przydział na ul. Marszałkowską, róg Sienkiewicza. Jak się później dowiedziałem, tam koncentrowała się kompania "Grażyna" naszego batalionu "Gustaw". Brat miał się zgłosić na Kopernika. W czasie powstania używał pseudonimu "Pistolet", chyba od Parabelki, której od pewnego czasu był szczęśliwym właścicielem.
         Nie miałem zegarka, ale nie spieszyłem się zbytnio. Nie było tramwaju, ruszyłem więc na piechotę w górę Górnośląską. Na Górnośląskiej niedaleko Wiejskiej był akademik żeński, który zajęli Niemcy. Na ulicy stał niemiecki samochód, przy którym majstrował jakiś żołnierz. Była śliczna, słoneczna pogoda.
         Szedłem dalej w kierunku Marszałkowskiej. Wszedłem w Piusa, minąłem Małą Pastę i doszedłem do przystanku tramwajowego na Marszałkowskiej róg Piusa. Czekałem długo na tramwaj, który nie nadjeżdżał, postanowiłem więc iść dalej piechotą w kierunku Sienkiewicza.
         Minąłem Wilczą i wtedy usłyszałem pojedyncze strzały. Zacząłem zastanawiać się, co w tej sytuacji zrobić. Strzelanina robiła się coraz większa. Przypomniałem sobie, że na Kruczej róg Wilczej mieszka mój dowódca sekcji (niestety nie pamiętam jego nazwiska, pochodził chyba z Legionowa). Wróciłem do Wilczej i prawie biegiem dopadłem domu dowódcy. Wpadłem na piąte piętro. Mieszkanie było zamknięte, nie było w nim nikogo. Zbiegłem na dół. W bramie gromadzili się chłopcy.
         Strzelanina była coraz większa. Zobaczyłem jak środkiem Kruczej jedzie na rowerze człowiek z opaską na ramieniu. Na ulicy zatrzymał się niemiecki samochód osobowy - Opel Olimpia. Wyskoczył z niego major Wehrmachtu i żołnierz kierowca i obaj pobiegli do domu naprzeciwko. A na naszym dużym podwórku zgromadziło się ze 20 chłopaków, którzy powiedzieli, że zaczęło się Powstania.
         Zorientowałem się, że to jest jakiś zorganizowany oddział. Podszedłem i powiedziałem: "Starszy strzelec melduje się!". Zawołali do mnie: "Chodź z nami!" I jak się okazało, znalazłem się w szeregach batalionu "Ruczaj". Tego, w którym zaczynałem działalność konspiracyjną.
         Powiedziałem chłopakom o tych dwóch Niemcach, którzy schowali się naprzeciwko. Pobiegli tam i za chwilę przyprowadzili rozbrojonego niemieckiego majora i jego kierowcę.

         I tak zrządził los. Czas Powstania spędziłem w dwóch batalionach. W momencie jego wybuchu nie dotarłem do swojego batalionu "Gustaw". Przez dłuższy czas nie miałem kontaktu z bratem. Zupełnie przypadkiem trafiłem do "Ruczaja" w Śródmieściu Południe. Połowa jego 135 plutonu to byli moi koledzy z gimnazjum Górskiego. Grupa, do której dołączyłem, wchodziła natomiast w skład 139 plutonu. Przyjąłem pseudonim "Jerzy".
         Dowiedzieliśmy się, że część batalionu poszło zdobywać Poselstwo Czechosłowackie na Koszykowej 18. Chcieliśmy się do nich dołączyć, ale był bardzo silny ostrzał od strony Małej Pasty na Piusa. Nie można było się wręcz wychylić, kilka zwłok leżało już przy chodniku. Było to dokładnie widać, bo odległość była niewielka, jakieś sto metrów. Na dodatek zabito kierowcę cysterny z benzyną na rogu Piusa i Mokotowskiej. Cała cysterna została rozbita. Benzyna z cysterny paliła się, ogromne płomienie i strzelanina na całego. Przeskoczyć całej gromadzie, około 20 chłopaków, było bardzo trudno. Musieliśmy czekać aż do wieczora, kiedy strzelanina osłabła.
         Zrobiło się ciemno i wtedy pojedynczo przeskakiwaliśmy w kierunku Poselstwa. Przeskoczyliśmy przez piękną i dobrnęliśmy do Koszykowej. Tam dołączyliśmy do oddziału. Nie obyło się bez ofiar, jedna czy dwie osoby zostały ranne.
         Poselstwo było już zdobyte, wzięliśmy do niewoli około 80 własowców. To byli Kałmucy, trochę Ukraińców i kilku oficerów niemieckich. Najwięcej było Kałmuków, rozmawiałem z nimi po rosyjsku, znałem ten język z domu. Fantastycznie się dozbroiliśmy. Zdobyliśmy sporo broni, około 70 pm-ów, amunicję. Nie dość tego, zdobyliśmy tam samochód pancerny i dwa samochody pełne żywności, konserw i odzieży.
         Ja zdobyłem dodatkowo lornetkę, rakietnicę z paroma nabojami, fajne 3-zakresowe radio amerykańskie. Pewnie należało do jakiegoś oficera. Dostałem oprócz tego na wyposażenie Stena i 4 magazynki oraz kilka trzonkowych niemieckich granatów.
         Po Niemcach, którzy poszli do niewoli zostały popakowane tornistry. Zafasowałem sobie żołnierski pas z napisem "Gott mit uns", niemiecką koszulę i marynarkę oraz oficerski płaszcz. Potem próbowałem zetrzeć napis z pasa, nosiłem go klamrą do góry.
         Niestety rano musieliśmy się stamtąd wycofać. Chciano zabrać ze sobą auto pancerne, ale na przeszkodzie stanęły zbudowane już barykady. Nie wiem, co się potem z tym pojazdem stało.
         Wśród wycofujących poza mną było jeszcze dwóch nowych. Jeden z nich zginął w walce. Jego kolega poprosił, aby pomóc go pochować. Obok było przejście do Doliny Szwajcarskiej, gdzie przed wojną była kawiarnia, a w zimie lodowisko. Tam wykopaliśmy dół, pochowaliśmy zabitego, na grobie ustawiliśmy krzyżyk z desek.
         Wieczorem oddział wycofał się z Poselstwa i zatrzymał się na rogu Kruczej i Wilczej, gdzie mieliśmy kwatery, naprzeciw miejsca gdzie się połączyliśmy. Był tam cały nasz 139 pluton i reszta kompanii "Tadeusz".
         Rozpoczęła się normalna służba, w tym polowanie na "gołębiarzy". Podano nam hasło. Przez dwa, trzy dni łaziliśmy po strychach, próbując złapać niemieckich strzelców wyborowych, którzy bardzo nam dokuczali. Niestety nie udało się żadnego nam złapać.
         5 sierpnia był atak na Małą Pastę na Piusa. Mała Pasta - centrala telefoniczna mieścił się przy Piusa. Był to duży budynek graniczący z sąsiednimi budynkami od tyłu, od strony ulicy Koszykowej. Tam jest Biblioteka Miasta Stołecznego Warszawy. Do ataku poszedł cały nasz pluton.
         Weszliśmy od tyłu na 4 chyba piętro. Był tam zrobiony otwór, przez który wtargnęło wcześniej 2 powstańców ,w tym porucznik Stojewicz, którzy zostali zabici. Gdy po jakiś czasie powstańcy zdobyli Małą Pastę, znaleźli tam ciała zabitych kolegów.
         Zostawiono przy otworze jednego z naszych żołnierzy a my weszliśmy piętro wyżej, na strych. Na strychu byłych parę metrów małe okienka na wielkość cegły, dymniki, skąd było widać oficyna centrali, gdzie byli Niemcy. Naszym zadaniem było ich ostrzeliwać.
         Wystawiłem ostrożnie mojego Stena i obserwowałem sytuację. W pewnej chwili zobaczyłem, że w jednym z okien naprzeciwko są Niemcy i pociągnąłem serię. Nie wiem, jaki był efekt mojego ostrzału. Na górze, na dachu, był z drugim kolegą nasz dowódca, plutonowy podchorąży Gosiewski ps. "Radlicz". Poznałem go na Bielanach, w parku przy pętli, w czasie rozgrywek w koszykówkę. Grali tam starsi chłopcy, były nawet w czasie okupacji organizowane zawody, mistrzostwa Warszawy.
         Gosiewski miał pepeszę. Tak ja i ja obserwował sytuację przez okienko na strychu. Nagle usłyszałem krzyk, że zastrzelili plutonowego Gosiewskiego. Dwóch chłopców weszło na dach po drabinie i ściągnęli zabitego z dachu. Okazało się, że miał przestrzelone czoło tuż pod hełmem. Musiał go trafić jakiś strzelec wyborowy.
         Za chwilę poprawiłem kilka razy ze Stena. Potem przeszedłem do drugiego okienka, aby zmienić stanowisko. W momencie, gdy wyjąłem z otworu lufę pistoletu maszynowego, poszła niemiecka seria. Niemiec musiał trafić w sąsiednie okienko, bo zostałem uderzony odpryskiem muru. Ręką poczułem krew. Pewnie był to ten sam Szwab, co trafił naszego dowódcę. Ja cudem uniknąłem trafienia.
         Przyjaźniłem się z młodszym bratem plutonowego. Nie było go przy jego śmierci, ale był na pogrzebie. Chłopiec miał 15-16 lat i był łącznikiem. Strasznie płakał, biedulek, na pogrzebie brata.

         Potem zaczęła się normalna służba; stałem na barykadzie. W dzień sprawdzało się przepustki. Miałem taki przypadek, że zatrzymałem do podania hasła trzech jakichś facetów w opaskach, cywili. Powiedziałem: "Stój, podejść dla podania hasła", a oni: "Co nas zaczepiacie?". Odpowiedziałem: "Bo mi się panowie nie podobacie!". Oni wyjęli legitymacje i okazało się, że to byli jacyś oficerowie. Spytali, skąd jestem. Podałem im, ale nic mi nie zrobili. Nie podobało się im, że za bardzo wysunąłem swojego peema.
         Obsadzaliśmy różne placówki. Pamiętam ulicę Natolińską, która w pewnym momencie była ziemią niczyją. Obsadzaliśmy ją, w sąsiednich domach nie było żywego ducha. Potem można było już iść przebitymi połączeniami między domami, piwnicami, a nie chodnikiem. Trzeba było uważać, bo był straszny ostrzał.
         Kiedyś zajęliśmy z kolegą budynek, był zupełnie pusty, palił się strych. Jakiś dowódca rozkazał, aby ratować dom. Kazał spędzić wszystkich z sąsiedztwa. Znaleźli się jacyś mężczyźni i wiaderkami z wodą zaczęli gasić pożar.
         Korzystając z tego, że mam radio, starałem zorientować się w sytuacji. W wolnych chwilach nastawiałem powstańcze radio "Błyskawica" i słuchałem komunikatów. 7 lub 8 sierpnia usłyszałem, że w czasie pożaru domu Królewska 27 odznaczył się komendant OPL, chyba podali jego nazwisko. Serce we mnie zabiło, przecież to mój dom.
         Za dzień lub dwa stanąłem do raportu i poprosiłem dowódcę, żeby mi dał przepustkę. Chciałem zobaczyć, co się tam dzieje z tą Królewską 27 i z moja rodziną. Dowódca zgodził się, nie trzeba było nawet specjalnej przepustki.
         Dwa dni potem, zapadła noc. Wtedy podali mi hasło i poszedłem Kruczą prosto do Alej Jerozolimskich. Co chwila zatrzymywano mnie: "Stój, podaj hasło!". Oczywiście podawałem, potem pytałem o odzew. Pamiętam, że hasło było: "Kilof" a odzew: "Kielce". I tak doszedłem do Alej Jerozolimskich. Tam w zagłębieniu, trzeba było chyba wejść do piwnicy. Gdzieś w murze zrobiony otwór był i tam przy telefonie z korbką był posterunek. Podałem hasło. Spytali, czy mogą przepuścić jednego. Dostali potwierdzenie. Dostałem pozwolenie. Powiedzieli do mnie: "Szykuj się, chłopie, jak damy znak, to biegnij". Wydawało mi się, że Aleje mają z pół kilometra. Szkło pod nogami, ślizgałem się, o mało nie upadłem. Ale ja chyba w klasie najlepiej biegałem. W pół sekundy byłem już szczęśliwie na drugiej stronie. Wtedy nie było jeszcze wtedy żadnego rowu w poprzek ulicy, dopiero później go zrobiono. Trzeba było przebiegać górą.
         Udało się, dostałem się na druga stronę i poszedłem na Królewską. Szedłem powoli ulicami. Ciągle "Stój, podaj hasło". Dobrnąłem aż do Kredytowej. Już szarzało, .może była 4 rano. Królewska była linią frontu, w Ogrodzie Saskim byli Niemcy.
         Zobaczyłem powstańców. Podszedłem do nich i powiedziałem, że chcę się dostać na Królewską 27. Tam był OPL, były dwa podwórka, wielka kamienica. Jak był nalot to połączono sąsiedni dom i można było przejść na Kredytową piwnicami.
         Powiedziałem, że chciałbym się tam dostać, bo tam mieszkałem. Oni na to: "Chłopie, tam już nie masz po co chodzić, bo tam wszystko spalone. Tam już nie ma Królewskiej". Nie chciałem w to uwierzyć. Nalegałem, oni ostrzegali, że mogą namierzyć mnie szwaby.
         Miałem ze sobą rakietnicę i trochę naboi. Stena zostawiłem, był służbowy. Ale wziąłem ze sobą trochę naboi siódemek. Myślałem, że dam je bratu. Zobaczyłem, że jeden z chłopaków ma siódemkę, dałem mu te naboje. Był mi bardzo wdzięczny. W rewanżu podprowadził mnie kawałek. Potem powiedział: "Dalej idź już sam". On tam nie chodzili. Była jedynie wystawiona czujka 4-5 chłopaków.
         Wszedłem od tyłu do domu. Pamiętam, że były tam niespalone drzwi i drewniane schody. Ale za nimi pod nogami ziała przepaść, zgliszcza. Wycofałem się i spytałem żołnierzy, czy nie wiedzą, gdzie są mieszkańcy tego domu. Jeden z nich powiedział, że naprzeciwko, na Kredytowej, vis a vis tej ulicy, mieszkają ludzie. Tam chyba jest komendant OPL, który prawdopodobnie tu mieszkał.
         Poszedłem tam. Zaczęło się już robić szaro. Zobaczyłem, że ktoś leży na leżaku na podwórku. Podszedłem bliżej i zobaczyłem, że nie śpi. Zapytałem go, czy jest z Królewskiej 27. Odpowiedział twierdząco i powiedział, że był tam komendantem OPL. Powiedziałem mu, o co mi chodzi. Odpowiedział, że oczywiście zna mojego ojca, który był jego zastępcą. I powiedział, że rodzice mieszkają aktualnie na ul Świętokrzyskiej 30, naprzeciwko drapacza chmur.
         Poszedłem na Świętokrzyską. Było już coraz widniej - czwarta lub piąta. Usiadłem przed domem, nikt z niego nie wychodził. Wreszcie otworzyły się drzwi na parterze i wyszła z nich… nasza służąca Franeczka. Wycałowaliśmy się, potem zaprowadziła mnie do rodziców. Wszyscy jeszcze spali. Za chwilę było gorące powitanie. Z rodzicami mieszkali jeszcze państwo Borowicze, sąsiedzi z Królewskiej.
         Rodzice powiedzieli mi, że brat jest na Czackiego, róg Traugutta. Poszedłem tam. Znalazłem go w dużej sali, gdzie z innymi ćwiczył musztrę. Gdy mnie zobaczył, wyszedł stamtąd i się serdecznie przywitaliśmy. Potem długo ze sobą rozmawialiśmy. Dowiedziałem się, w jakim jest oddziale, dałem mu trochę amunicji i rakietnicę. Potem wróciłem do oddziału. Odwiedzałem brata jeszcze ze dwa razy.
         W "Ruczaju" trochę się działo. Wysyłali nas w różne miejsca. Batalion "Ruczaj" obejmował obszar mniej więcej od Koszykowej do Natolińskiej, od Natolińskiej do placu Zbawiciela, od Zbawiciela przez Marszałkowską do Piusa, od Piusa do Wilczej, stąd do Alej Ujazdowskich.
         Raz kazali nam się szykować do odparcia ataku czołgów, które wjechały w Aleje Ujazdowskie. Potem alarm odwołano. Czołgi albo przeszły, albo nie przyszły. Byliśmy też w Dolinie Szwajcarskiej. Dolina Szwajcarska była dużym obiektem, ciągnęła się chyba ze dwieście metrów. Po przeciwnej stronie dotykała ulicy Chopina, a tam już byli Niemcy. Kiedyś doszło tam do wymiany ognia pomiędzy mną a przebiegającymi Niemcami.

         Postanowiłem wrócić do swej pierwotnej jednostki, do "Gustawa". Stanąłem do raportu, nie chcieli mnie stamtąd puścić. Dowódca, chyba porucznik "Czarny", pytał: "Chłopie, co ci źle u nas jest?" Odpowiedziałem: "Panie poruczniku, ja tam mam swoich kolegów." Jest nawet taki Biuletyn, z rozkazem "Ruczaja", że strzelec "Jerzy" przechodzi do "Gustawa".
         W "Ruczaju" zdegradowali mnie do szeregowca. Ja miałem zdane egzaminy i legitymację starszego strzelca. To było dla mnie ważne. Trudno, nic nie mogłem na to poradzić. Pożegnałem się z kolegami.
         Pamiętam, to był chyba 18 sierpnia, że dostałem hasło i kazano mi iść o zmierzchu do ruin. Myśmy już wcześniej opuścili poselstwa czechosłowackie na Koszykowej, ostrzeliwane i częściowo zrujnowane przez czołgi. Był tam wyłom był na ulicę Koszykową i dalej w stronę Alej Ujazdowskich. Służbowy peem zdałem wcześniej. Dani mi karabin i rozkaz żebym obserwował, czy Niemcy nie atakują. Podano mi hasło mi i powiedziano, że o dwunastej przyjdzie mnie ktoś zamienić. Jemu mam zostawić karabin i mogę już wtedy iść do "Gustawa".
         I tak też się stało. W nocy nad głowami warkot, straszna strzelanina. Zobaczyłem tylko cienie. Nad zerwanym dachem widać było kawałek nieba. To były zrzuty nad Warszawą. Poprawiły trochę samopoczucie.
         Opuściłem tę placówkę i znów poszedłem przez Aleje Jerozolimskie. Było trochę łatwiej, część drogi biegła rowem. Dalej na wykop nie pozwalał tunel kolei, trzeba było przebiegać górą. Mimo ostrzału kolejny raz udało mi się przebiec szczęśliwie. Za kilka minut dołączyłem się do kompani "Genowefa" na rogu Czackiego i Traugutta.
         Brat był w KKO na rogu Świętokrzyskiej i Czackiego. Chłopcy zdobyli koszary policji granatowej na Ciepłej i cały oddział został wyposażony w jednolite czarne mundury. W budynku były takie kajutki dla kasjerów. Jedną z takich kajutek dostaliśmy na kwaterę we trzech: my z bratem i jego kolegą.
         Do "Gustawa przyszedłem bez broni. Stena musiałem oddać w "Ruczaju". Dostałem sowiecki pistolet TT-nkę, pociski jak do pepeszy. Włożyłem go do kieszeni niemieckiego oficerskiego płaszcza, który nosiłem od czasu zdobycia Poselstwa Czechosłowacji. Następnego dnia był atak na Komendę Policji i kościół św. Krzyża. Brat z kolegami dobrze znał teren, wszystkie ogródki, ruiny i zakamarki. W tej sytuacji on miał iść do ataku, a ja miałem zostać na placówce, chroniąc budynek KKO. Okna KKO wychodziły na Akademię Sztuk Pięknych. Tam już byli Niemcy, to była linia graniczna.
         Pogoda była niespecjalna, mrzył deszcz. Brat poprosił, abym pożyczył mu płaszcz. Nie był to w zasadzie dobry pomysł, bo ktoś z powstańców mógłby go wziąć za Niemca. Jednak zgodziłem się. Powiedziałem, żeby poszedł do naszej kajutki i wziął go sobie. Brat włożył płaszcz, w tym momencie rozległ się straszny huk i brat upadł. Podbiegłem do niego i usłyszałem jak woła" "Noga, noga!".
         Jak później przypominałem sobie, brat mówił, że naprzeciwko są Niemcy. W związku z tym wprowadziłem nabój do komory nabojowej TT-nki, która miałem schowaną w kieszeni płaszcza i zapomniałem zabezpieczyć pistolet. TT-nka ma z tyłu zderzak do iglicy. Brat biorąc płaszcz spowodował wystrzelenie pistoletu, kula przestrzeliła mu nogę. Zajęły się nim sanitariuszki, zabierając go do szpitala.
         W tej sytuacji Konrad nie wziął już udziału w ataku. Kościół i poczta została zdobyta przez oddziały powstańcze. Niemcy na pomoc ściągnęli broń pancerną. Od Uniwersytetu wjechały w Traugutta ze dwa czołgi czy wozy pancerne. Do walki z nimi mieliśmy butelki z benzyną i granaty własnej produkcji, często w skarpecie wypełnionej jakimiś metalowymi ścinkami, gwoździami, z zapalnikami tarciowymi. Po potarciu zapalnika granat wybuchał po 4-5 sekundach.
         Czekaliśmy ukryci przy oknach, by pancerka podjechała bliżej. Wtedy rzuciliśmy w nią butelkami z benzyną i granatami. Pamiętam, że udało mi się trafić w wóz pancerny, który zaczął się palić. Uszkodzony, został na miejscu. Widziałem go jeszcze zimą 1945 r., po wyzwoleniu Warszawy. Dopiero potem go usunięto.
         W walkach o Komendę Policji brała też chyba udział "Koszta". Niestety już bez Jurka Chylińskiego (tego, który sprzedał bratu Parabelkę). Jurek zginął już pierwszego dnia Powstania, przebiegając przez Plac Bankowy. Po zdobyciu Komendy wszyscy się dozbroili.

         Potem zaczęła się służba w KKO. Był chyba wtedy 24 sierpnia. Przebiegała tamtędy linia frontu. W pałacu Raczyńskich, gdzie teraz jest Akademia Sztuk Pięknych, byli Niemcy. Stanowiska niemieckie były w ogrodzie. Z dachu KKO widać było Plac Piłsudskiego i przebiegających tam Niemców. Leżałem z karabinem na dachu pod osłoną drzwi. Była to wątpliwa osłona, szczególnie przed latającymi nad nami samolotami. Zabroniono nam strzelać do Niemców na Placu Piłsudskiego. Po latach poznałem przyczynę zakazu. Po prostu wynikało to z oszczędności amunicji. Z kb można było strzelać maksymalnie na odległość 120 m, a do Placu było 200-300 m odległości.
         2 września była nieudana próba ataku na Uniwerek. "Krybar" atakował od Powiśla a my od Pałacu Staszica. Była potężna strzelanina, ostrzał, bombardowanie lotnicze, piekło. Atak się nie udał. Potem pilnowano ciągle ulicę w tym rejonie.
         Kilka razy odwiedzałem brata w szpitalu. Miał całą nogę w gipsie. Kilka razy go przenoszono. Najpierw leżał w naszej czołówce sanitarnej na Czackiego, potem przenieśli go na Boduena i na Jasnej. Leżał tam na 5 piętrze w sali dla chorych zakaźnie. Brat chyba dostał czerwonki. Była przy nim mama.
         Postanowiłem go stamtąd zabrać. Na Moniuszki róg Marszałkowskiej "Koszta" miał swój szpitalik. Pobiegłem do kolegów z "Koszty". Zastałem Tadeusza Sulińskiego, który brał udział w zdobyciu Pasty i Jurka Chylińskiego. Położyliśmy brata na nosze i przenieśliśmy go do szpitalika "Koszty" na Moniuszki. Tam się pożegnałem z bratem i wróciłem do KKO. Był 2 września. Kilka razy odwiedziłem jeszcze brata w szpitalik, to było bardzo blisko.
         6 września rozpętało się piekło. Ulice zaczęły wyglądać jak na Starówce. Niemcy zaczęli atak na Powiśle. Była już ciemna noc, chyba 22.00, gdy na mojej kwaterze pojawił się ojciec. Miał on bardzo dobrą przepustkę z Komendy Głównej AK z Pionu Sanitarnego. Sprawował opiekę nad aparatami rentgenowskimi w powstańczych szpitalach i mógł dotrzeć praktycznie wszędzie. Znał wszystkich lekarzy pułkowników.
         Ojciec powiedział mi, że w mieszkaniu na Świętokrzyskiej znalazł karteczkę od mamy, która napisał, że brata zabrano do szpitala na Drewnianą na Powiślu i że ona jest z nim. Ojciec natychmiast wyruszył w kierunku Drewnianej, ale dotarł tylko do Kopernika róg Tamki. Tam zatrzymano go i powiedziano, że dalej nie można iść, tam kilkadziesiąt metrów dalej już byli Niemcy. Ten fakt wprawił nas w pełną konsternację i zmartwienie. Nie rozumieliśmy zupełnie przyczyn przeniesienia rannego Konrada do szpitala na Drewnianą.





list Nadziei Lisieckiej do męża na odwrocie starej recepty


         Gmach KKO był zniszczony w ciężkich walkach, nie miał już dachu. Staliśmy w oknach wysokiego parteru. Niemcy co parę sekund walili granatnikami. W pewnym momencie usłyszałem huk i zobaczyłem, że pod brodą leje mi się krew. Sanitariuszki zaraz owinęły mi całą szyję, opatrunek natychmiast przesiąkł krwią. Nasza czołówka sanitarna była już zlikwidowana. Leżało tam tylko 20-25 rannych, przy których były 2 lu3 nasze sanitariuszki.
         Skierowano mnie na Hożą 8 żeby wyjąć tam odłamek. Poszedłem tam ciemną nocą. Doszedłem do Alej, tam kolejka. Przepuścili mnie jako rannego. Dobrnąłem do Hożej. Rano na Hożej wyjęli mi odłamek. Lekarz powiedział: "Ale chłopie masz szczęście, centymetr lub dwa i byś się z tego nie wykaraskał". Miałem nawet ten odłamek na pamiątkę, ale potem go zgubiłem. Przez ten incydent straciłem kontakt z ojcem.
         Za parę godzin ewakuowano cały nasz oddział. Kompania przeszła na ulicę Wilczą. Tam spotkałem się z kolegami. Rana się goiła. Potem były służby już w zasadzie wartownicze. Opiekował się nami Tadeusz Maciński, starszy pan, bardzo zacny człowiek. Był on działaczem Stronnictwa Narodowego, prezesem oddziału warszawskiego. Starał się on za wszelką cenę ocalić resztki wojskowej i politycznej grupy Stronnictwa Narodowego. Widział, jaka tragedia się dzieje z nami. Połowa "Grażyny" poszła na Powiśle i tam prawie wszyscy wyginęli. Maciński miał kolegów w dowództwie Armii Krajowej. Wykorzystał swoje wpływy, aby osłonić resztę zgrupowania.
         Gdy doszedłem do siebie, parę razy byłem u Haberbuschana ul. Ciepłej z workiem po jęczmień. Przynosiło się część dla siebie, część dla oddziału. Nie brałem już udziału w czynnych działaniach, atakach, była tylko służba garnizonowa. Nie dokonałem w Powstaniu żadnych nadzwyczajnych czynów. Spełniłem swój święty obowiązek, aby w miarę sił być żołnierzem.


Jerzy Lisiecki

opracowanie:Maciej Janaszek-Seydlitz



      Jerzy Lisiecki
ur. 22.08.1923, Warszawa
st. strz. Armii Krajowej, ps. "2422", "Jerzy II"
bat. "Ruczaj", komp. "Tadeusz Czarny", plut. "Orlik"
bat. Harnaś", komp. "Genowefa", plut. 138





Copyright © 2012 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.