Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia wojenne Janusza Paszyńskiego ps. "Machnicki", żołnierza Grupy Bojowej "Krybar"




Janusz Paszyński,
ur. 07.11.1924 we Włocławku
kprl pchor., żołnierz Armii Krajowej
ps. "Machnicki"
2 kompania, III Zgrupowanie "Konrad"
Grupa Bojowa "Krybar"



Dzieciństwo

         Choć większość swego życia spędziłem w Warszawie nie jestem warszawiakiem z urodzenia. Moim rodzinnym miastem jest Włocławek, położony nad Wisłą, około 150 km na północo-zachód od Warszawy.
         Ojciec mój, Adam, urodził się w 1882 r. w Chrobrzu nad Nidą, niedaleko Pińczowa. Jego ojciec był plenipotentem margrabiego Wielopolskiego. Chroberz był majątkiem ordynackim Wielopolskich. Ojciec spędził dzieciństwo w Chrobrzu wraz ze swoją matką, a następnie z babcią, która zamieszkała w budynku szkoły. Zapamiętałem jedno dość interesujące opowiadanie ojca dotyczące historii naszej rodziny.
         W 1863 r., w chwili wybuchu powstania styczniowego, przyszli do domu jego babci, a mojej prababki, koledzy mojego stryjecznego dziadka tzn. stryja mojego ojca, też Adama Paszyńskiego. Przynieśli wiadomość, że zaczyna się powstanie i że ma on się zgłosić do oddziału, w którym był wcześniej zaprzysiężony. Jego matka przewidując, że mogą przyjść po jej 18-letniego syna, schowała go do szafy. Przybyłym powiedziała, że go nie ma, że gdzieś wyszedł. W pewnym momencie Adam jednak wyszedł z ukrycia i powiedział: "Mamo, muszę pójść, składałem przysięgę, nie mogę teraz dezerterować. Wolę być powieszony przez Moskali niż zastrzelony przez swoich za zdradę."
         Poszedł ze swoimi kolegami i więcej już go nigdy nie widziano. Matka jeździła, szukała go wszędzie. Według wszelkiego prawdopodobieństwa zginął w bitwie pod Małogoszczą w lutym 1863 r. Ta bitwa jest opisana w powieści Żeromskiego "Wierna rzeka". To są jedynie przypuszczenia, nie ma żadnej pewności. W każdym razie ślad po nim zaginął. To był stryj mojego ojca. Mój dziadek, Stanisław Paszyński, był jego o kilka lat młodszym bratem, a więc był w wieku, kiedy jeszcze nie nadawał się do udziału w powstaniu.
         Ojciec mój miał duże zdolności rysunkowe, postanowił podjąć studia w tym kierunku. Przed pierwszą wojną światową był w Kongresówce jedyny uniwersytet w Warszawie. Był to uniwersytet rosyjski. Było uważane za rzecz wysoce nie patriotyczną, żeby Polacy studiowali w Warszawie na uniwersytecie rosyjskim. Można było uczyć się na innych uniwersytetach w Rosji, w Moskwie, Kijowie, Dorpacie, Kazaniu, Petersburgu, natomiast nie w Warszawie. Kto miał trochę więcej pieniędzy, studiował w Krakowie albo we Lwowie, a najbogatsi posyłali dzieci na studia do Francji na Sorbonę albo do Szwajcarii czy Niemiec.
         Ojciec rozpoczął studia w Petersburgu w Akademii Sztuk Pięknych w zakresie malarstwa. Po pewnym czasie ze względów ekonomicznych musiał studia przerwać. Niestety nie zachowały się jego prace malarskie. Zaczął pracować w petersburskim oddziale Banku Handlowego w Warszawie. Bank Handlowy został założony w latach 70 XIX wieku przez barona Leopolda Kronenberga. Miał oddziały w Królestwie a także i w Cesarstwie, w Petersburgu i w Kijowie.
         Z Bankiem Handlowym ojciec mój związał się już na całe życie. Praca w oddziale petersburskim była dość dobrze płatna. Ojciec mógł sobie pozwolić na częste wyjazdy zagraniczne. Samodzielnie jeździł do Włoch, do Afryki. Był w Algierze, we Francji, dwukrotnie czy trzykrotnie we Włoszech. Mógł korzystać z sześciu-tygodni urlopu, ale tylko co dwa lata.
         Wybuchła I wojna światowa. W dzieciństwie ojciec uległ, jeszcze w rodzinnym domu, poważnemu wypadkowi, kulał na jedną nogę, chodził o lasce. Z tego powodu ominęła go służba wojskowa.
         Do Polski wrócił dopiero w 1919 r., już w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Przechodził przez front gdzieś na Wileńszczyźnie, w okolicy miasta Głębokie. Powrót był najeżony różnymi trudnościami. Wyjazd z Petersburga odbył się z różnymi przygodami. W papierach rodzinnych zachowała się nawet przepustka, jaką dostał od władz sowieckich na wyjazd z Petersburga z zaznaczeniem, że nie podlega jako kaleka służbie wojskowej w Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej.
         Gdy znalazł się na froncie po polskiej stronie, gdzieś na Wileńszczyźnie koło miejscowości Głębokie i zobaczył pierwszego polskiego żołnierza, z radości go ucałował. Spotkany żołnierz też go bardzo wycałował, co nie przeszkodziło mu przy okazji okraść ojca z jakiś drobiazgów.
         Zgłosił się do centrali Banku Handlowego w Warszawie, gdzie zaproponowano mu wyjazd do oddziału banku we Włocławku i objęcie stanowiska prokurenta. Ojciec propozycję przyjął.
         Tutaj poznał moją mamę Helenę z domu Zielińską, która też w tym banku pracowała. Mama moja była młodsza o 12 lat od ojca. Przed pierwszą wojną uczyła się już w polskiej szkole we Włocławku, bo po 1905 r. Rosjanie pozwolili już na polskie szkoły.


Adam i Helena Paszyńscy w 1924 r.


         Mama pochodziła z długowiecznej rodziny. Jej matka, Maria Wiśniewska, Wiśniewska to nazwisko z drugiego męża, przeżyła 95 lat. Urodzona w 1860 r., zmarła w 1955 r. A jej matka żyła ponad 106 lat. Ja ją jeszcze pamiętam, bo zmarła w 1929 r., kiedy ja miałem 5, czy 6 lat. Mieszkała z córką, czyli z moją babcią i pamiętam pewne jej opowiadanie. Kiedy była małą dziewczynką, we wrześniu 1831 r., wkroczyły do Włocławka polskie oddziały walczące w powstaniu listopadowym. Wojsko polskie cofało się wtedy prawym brzegiem Wisły po upadku Warszawy przez Zakroczym, Płock i Szpetal - przedmieście Włocławka. Jakiś oddział podobno przeprawił się wtedy przez Wisłę i kilka dni obozował we Włocławku. Moją prababcię jako małą, kilkuletnią dziewczynkę, ktoś podniósł do góry tak, aby podała kwiatki dowódcy tego oddziału. Tym dowódcą był niejaki Józef Bem, wtedy pułkownik,. Taką opowieść jej zapamiętałem. Prababcia nazywał się Niewiadomska. Niewiadomscy pochodzili też z Kujaw, ale z części włączonej do Prus, z okolic Mogilna.
         Moja mama kontynuowała patriotyczne tradycje rodzinne. Brała udział w rozbrajaniu Niemców w Warszawie, w listopadzie 1918 roku. Przed pierwszą wojną u mojej babci przy ul. Przedmiejskiej we Włocławku poza mamą mieszkały na stancji jej szkolne koleżanki z klasy. Przez pewien czas mieszkały tam panny Wolszlegierówny z Torunia. Mimo niemieckiego nazwiska to była polska rodzina od XVI w. mieszkająca na Pomorzu. Ojciec tych dwóch dziewcząt był pierwszym polskim prezydentem Torunia w 1920 r. po włączeniu Pomorza do Polski.

         Włocławek był dużym miastem - w chwili wybuchu wojny liczył sześćdziesiąt kilka tysięcy mieszkańców. To było dość interesujące miasto. Mówiło się, że to jest miasto czerwono-czarne. Czerwone z tego względu, że było dużo fabryk. Było to uprzemysłowione miasto i wśród robotników było wielu należących do PPS-u, do Polskiej Partii Socjalistycznej - stąd "czerwony" Włocławek. Byli to socjaliści, nie komuniści. Był nawet strajk robotników znany w całej Polsce, zdaje się że to był rok 1933 albo 1934. Wiele fabryk włocławskich stanęło wtedy z powodu robotniczego strajku okupacyjnego, robotnicy nie chcieli wyjść z fabryk.
         Natomiast czarny był z dwóch względów: Włocławek był stolicą diecezji - gimnazjum, do którego chodziłem, też było własnością kurii biskupiej. Na ulicach spotykało się wielu księży w czarnych sutannach. A poza tym było bardzo wielu Żydów, chyba około 15 procent ludności Włocławka to byli Żydzi. Chodzili oni przeważnie też w czarnych chałatach. Stąd więc "czarny" Włocławek. Niemców było kilka tysięcy, ale chyba nie więcej niż 3% ludności. Natomiast w okolicy Włocławka było sporo kolonistów niemieckich.
         Największy zakład przemysłowy we Włocławku to była fabryka celulozy uwieczniona w książce "Pamiątka z celulozy". Były też fabryki fajansów, chyba trzy. Jedna była Czamańskiego, drugiej właścicielami był Tajchfeld i Asterblum, trzecia była mniejsza. Właścicielami wszystkich trzech byli Żydzi. Poza tym były znane w Polsce fabryki cykorii, Bohma, "Gleba" i "Stella". Fabrykę Bohma założyli przybyli tu Niemcy w początkach XIX w., w okresie Księstwa Warszawskiego, pozostałe dwie były zdaje się żydowskie.
         Żydzi byli bardzo zróżnicowani pod względem ekonomicznym. Było dużo Żydów bardzo bogatych, ale i bardzo dużo nędzy żydowskiej. Na Przedmiejskiej mieliśmy sąsiadów Żydów. To byli bogaci ludzie - mieli dużą hurtownię towarów kolonialnych. Nazywali się Kruszyńscy, ich córka była szkolną koleżanką mojej Mamy. Na wigilię pani Kruszyńska przysyłała nam co roku rybę, szczupaka lub karpia po żydowsku, w słodkim sosie z rodzynkami i migdałami - palce lizać!
         Ale było też dużo biedoty. W domu mojej babci na ulicy Przedmiejskiej mieszkało kilka rodzin żydowskich - niektórzy byli bardzo biedni. Był taki szklarz, nazywał się Gelbart. Babcia odnajmowała mu mieszkanie za symboliczną sumę złotówka miesięcznie. Miał się wprowadzić z żoną, a w sumie ich było zdaje się osiem osób w tej izbie.
         I taką rzecz jedną zapamiętałem, to już był początek wojny. Zima 1939/40, zresztą bardzo sroga. Mrozy dochodziły do -30 stopni. To był chyba luty 1940 r. Na podwórzu domu mojej babci przebywał kot, taka niczyja podwórzowa kotka. Czasami ludzie coś jej dali do jedzenia. Pozwalano jej tam siedzieć, bo łapała szczury. Kiedyś urodziła młode, widziałem jak po śniegu wynosiła po kolei te małe kociaki w zębach trzymane. I jedyny człowiek, który zlitował się nad tą kotką i wyniósł jej na spodeczku trochę mleka, to był ten biedny Żyd szklarz.
         Polacy i Żydzi żyli na ogół zgodnie obok siebie. Pamiętam takie zdarzenie: we Włocławku stacjonował 14. pułk piechoty; dowództwo pułku zdecydowało pomóc żydowskiemu klubowi sportowemu (klub ten nazywał się "Makabi") i przy pomocy właśnie wojska wyremontowano boisko, czy też salę gimnastyczną dla tego klubu - z tej okazji odbyła się nawet pewna uroczystość. Nie było widocznych przejawów antysemityzmu. Można było jedynie czasami zaobserwować działalność skrajnie prawicowych organizacji jak "Falanga", ale miało to zupełnie marginesowy charakter - może poza hasłami, takimi jak: "Nie kupuj u Żyda!".

         Przyszedłem na świat w domu babci 7 listopada 1924 r. Wkrótce potem, w 1925 r. moi rodzice przenieśli się do mieszkania w nowym w budynku Banku Handlowego. Zajmowaliśmy dość duże mieszkanie, 3 czy 4 pokoje w gmachu bankowym. Tam w rok i trzy miesiące po mnie, 28 lutego 1926 roku, przyszedł na świat mój młodszy brat - Andrzej. Nasz ojciec zwykł był doń mawiać: "dobrze, że się pośpieszyłeś, bo gdybyś się spóźnił o ten jeden dzień, to rósłbyś cztery razy wolniej, gdyż tylko raz na cztery lata przypadałyby twoje urodziny"
.


Rodzina Paszyńskich 1930 r.


         Mama nie pracowała, zajmowała się dziećmi i prowadziła dom. Dom, w którym mieszkaliśmy został uwieczniony w Katalogu Zabytków Sztuki w Polsce, wydawanym od lat 50. ubiegłego stulecia.
         Jako małe dziecko poznałem w czasie zabaw w parku swoją przyszłą żonę Zofię Dąbrowską. Nasze mamy poznały się na spacerach z dziećmi. Ojciec mojej przyszłej żony był naczelnikiem urzędu pocztowego we Włocławku. Później został przeniesiony na wyższe stanowisko do Białegostoku.


Bracia Paszyńscy z koleżanką Zosią


         Obaj z bratem chodziliśmy do szkoły powszechnej we Włocławku. To był Zakład Naukowy Młodzieży Męskiej im. ks. Jana Długosza. Gdy zacząłem do niej chodzić, to było gimnazjum. Do 1933 r. obowiązywał stary system szkolny. Ja zacząłem chodzić do klasy wstępnej, później miałem przejść do klasy pierwszej i przez 8 lat trwała nauka w gimnazjum. Wtedy przyszła tzw. reforma Jędrzejewiczowska i zmieniono system nauczania., Z wstępnej klasy gimnazjum przeszedłem go piątego oddziału szkoły powszechnej i przez 2 lata byłem w szkole powszechnej - 5 i 6 oddział. Później poszedłem do pierwszej klasy gimnazjum ale już nowego typu.
         Uczyłem się w sumie w tej szkole 7 lat: klasa wstępna, 2 lata szkoły powszechnej i 4 lata gimnazjum. W wyniku tego zamętu na świadectwie ukończenia 4-klasowego gimnazjum, mam napisane że zacząłem chodzić do gimnazjum w 1932 r., a skończyłem w 1939, w sumie 7 lat. Z tego wynikało by, że prawie w każdej klasie siedziałem po dwa lata. Oczywiście tak nie było, uczyłem się dobrze. W 1939 r. po skończeniu 4 lat gimnazjum uzyskałem tzw. "małą maturę" i zostałem przyjęty do liceum, do którego mogłem przejść bez egzaminu wstępnego, ponieważ miałem dobre wyniki w nauce.
         Mój brat zaczął chodzić do szkoły mając lat siedem, również do "Długosza". W 1932 roku przyjęty został do klasy pod-wstępnej "A". Uczył się dobrze, tak że co roku przechodził do następnej klasy i w chwili wybuchu wojny przeszedł już do drugiej klasy gimnazjum. Miał wielkie zdolności rysunkowe, które chyba odziedziczył po ojcu.
         Jędrek był chłopcem bardzo uczynnym, czego dowody dał przebywając dwukrotnie (w latach 1938 i 1939) na kolonii Sodalicji Mariańskiej na Śnieżnicy w okolicach Mszany Dolnej, gdzie bardzo często dobrowolnie zastępował kolegów na różnych dyżurach, czy to przy sprzątaniu pomieszczeń, czy to przy schodzeniu do wsi po pocztę itp. Nasz prefekt ksiądz Piotr Tomaszewski, który był kierownikiem tej kolonii, wystawił mu wtedy piękną opinię, podkreślając w niej zwłaszcza tę jego uczynność, koleżeństwo i bezinteresowność.

         Gimnazjum Długosza było szkołą prywatną, własnością kurii biskupiej we Włocławku. Przyjmowano tam nie tylko katolików ale i protestantów. Natomiast nie przyjmowano Żydów. Była to wspaniała, znakomita szkoła, ponoć jedna z lepszych szkół w ówczesnej Rzeczypospolitej.
         Miałem w szkole kolegów pochodzenia niemieckiego. Były to rodziny, które osiedliły się tu głównie po drugim rozbiorze Polski. Włocławek został włączony do Prus do 2 rozbiorze Polski w roku 1793. Byliśmy kiedyś u jednego z tych kolegów, chyba na jego imieninach, czy może urodzinach, bo protestanci obchodzili raczej urodziny. Pamiętam żeśmy się bawili w jego domu na wsi. Na tych Niemców mówiło się tam wtedy - Holendry. Ojciec chłopca to usłyszał i powiedział" "My są żadne Holendry, my są "Auländer" tj. ludzie z łąki, z błonia. "Aue" to po niemiecku łąka.
         Jakiś czas przed wojną byłem w harcerstwie, to nie były już zuchy, ale jeszcze nie harcerze, to były "wilczki". Ale to było krótko, przez jakieś 2 lata. Nawet gdzieś mam zdjęcie jak maszeruję 11 listopada na defiladzie przed pomniczkiem marszałka Piłsudskiego we Włocławku. Mój brat był w harcerstwie, ale dopiero w czasie wojny, w Warszawie.
         Polska szkoła przedwojenna była wspaniałą szkołą. Uczyliśmy się na przykładach naszych poprzedników, między innymi Orląt Lwowskich. Przy okazji różnego rodzaju patriotycznych rocznic odbywały się uroczyste akademie. Doskonale pamiętam jak: pewnego dnia (to był początek maja 1939 roku) wszystkich uczniów i nauczycieli zgromadzono w tak zwanej Sali Aktowej i wysłuchaliśmy przez radio przemówienia w Sejmie ministra Becka, który w stanowczy sposób odpowiedział na żądania Hitlera.
         Pamiętam również, jak na krótko przed wybuchem wojny, na wiosnę 1939 r., przeprowadzono zbiórkę pieniężną w szkole między uczniami, dokładali się też rodzice. Z tych pieniędzy szkoła ufundowała armii karabin maszynowy, ckm dla armii. To była duża uroczystość na boisku szkolnym. Przywieziono z koszar 14 pułku piechoty ciężki karabin maszynowy, były przemówienia. W spotkaniu poza uczniami, brało udział nie tylko całe grono nauczycielskie, ale także biskup włocławski, ksiądz Karol Radoński.


Janusz Paszyński w mundurze Przysposobienia Wojskowego 1939 r.


         Zbliżała się jesień 1939 r. Kończyło się moje szczęśliwe dzieciństwo. W listopadzie miałem skończyć 15 lat.



Janusz Paszyński

opracowanie:Maciej Janaszek-Seydlitz



      Janusz Paszyński
ur. 07.11.1924 we Włocławku
kprl pchor., żołnierz Armii Krajowej
ps. "Machnicki"
2 kompania, III Zgrupowanie "Konrad"
Grupa Bojowa "Krybar"





Copyright © 2012 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.