Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia wojenne Janusza Paszyńskiego ps. "Machnicki", żołnierza Grupy Bojowej "Krybar"




Janusz Paszyński,
ur. 07.11.1924 we Włocławku
kprl pchor., żołnierz Armii Krajowej
ps. "Machnicki"
2 kompania, III Zgrupowanie "Konrad"
Grupa Bojowa "Krybar"



Wybuch wojny i okupacja

         31 sierpnia 1939 r. późnym wieczorem, a może krótko przed północą, polskie radio podało w kilku punktach żądania niemieckie dotyczące odstąpienia Gdańska i eksterytorialnej autostrady przez Pomorze, a także odbycia plebiscytu na Pomorzu aż do linii Grudziądz - Chełmno - Bydgoszcz. To była ostatnia wiadomość, jaką wtedy usłyszałem. 1 września rano wyszedłem na ulicę i od razu dowiedziałem się, że Niemcy zaatakowały Polskę.
         Stale słuchaliśmy komunikatów wojennych, między innymi o wycofaniu się 3 września polskich wojsk z Częstochowy. 4 września rozpoczęły się pierwsze niemieckie naloty na Włocławek. Do 8 września byliśmy we Włocławku. Potem wyjechaliśmy w obawie przed walkami o miasto i przez tydzień byliśmy pod Włocławkiem w miejscowości Żabieniec koło Lubrańca, w majątku znajomych mojego ojca. Po tygodniu,15 września, wróciliśmy do Włocławka już zajętego przez Niemców.
         Wkrótce potem Włocławek został włączony do Rzeszy tak jak cały szereg innych miast, które przed pierwszą wojną należały do zaboru rosyjskiego, m.in. np. Łódź, Płock, Kalisz. Granica między Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem przebiegała bardzo niedaleko Warszawy, wydaje mi się, że już Modlin był w Rzeszy. Na przykład Popowo koło Serocka, gdzie przed wojną miał dom mój stryj, znalazło się już w Rzeszy.
         Niemcy od pierwszych dni okupacji rozpoczęli terror wobec ludności polskiej, szczególnie inteligencji. Rządy jako burmistrz objął przysłany z Rzeszy niejaki Cramer. Niemcy zastosowali we Włocławku to samo, co kilka tygodni później zrobili w Krakowie. Ogłosili na początku października 1939 r., że zamierzają otworzyć szkoły we Włocławku i wezwali nauczycieli szkół włocławskich na zebranie w jednej ze szkół, aby omówić szczegóły. Kiedy nauczyciele zgłosili się we wskazanym miejscu, szkołę otoczyli żandarmi i wszystkich zabrali do więzienia. A po kilku dniach z więzienia wywieźli ich do obozu koncentracyjnego gdzieś w Prusach Wschodnich koło Królewca. Po kilku miesiącach nikt z aresztowanych już nie żył.
         Nikt wtedy nie przypuszczał, jakie będzie postępowanie Niemców wobec Polaków. Jeden z nauczycieli, mój nauczyciel języka polskiego, Kwiatkowski, był gdzieś poza Włocławkiem i nie przyszedł na to zebranie. Na drugi dzień sam poszedł do Niemców, zgłosił się do więzienia, że on też jest nauczycielem. Niemcy oczywiście go zamknęli i podzielił los swoich kolegów. Zamordowano w ten sposób kilkudziesięciu nauczycieli włocławskich. Ocaleli tylko ci nauczyciele, którzy znaleźli się w niewoli niemieckiej jako jeńcy wojenni i przebywali w Oflagach na terenie Rzeszy. Mój wychowawca szkolny Dominik Radecki, nauczyciel historii, przeżył w ten sposób całą wojnę w obozie w Murnau. Po wojnie pracował w Instytucie gen. Sikorskiego w Londynie.
         Życie się bardzo zmieniło. Od razu wystąpiła butna mniejszość niemiecka. Włocławek zmienił swój zewnętrzny charakter, wszędzie na domach, w których mieszkali Niemcy, zawisły i powiewały flagi ze swastyką.
         Rozpoczęły się wysiedlenia polskiej ludności do Generalnego Gubernatorstwa. Taki los spotkał znaczną część ludności, szczególnie inteligencję. Wysiedlenia odbywały się w ten sposób, że Niemcy przychodzili - uzbrojony policjant i dwóch cywilów - w środku nocy i trzeba było w ciągu 15 minut opuścić mieszkanie. Nie pozwalali zabrać nic z dobytku poza jakaś walizką czy tłumoczkiem. I od razu odprowadzali na kolejową stację towarową. Tam czekało się do rana a czasami dłużej, całą dobę na wywiezienie do Generalnego Gubernatorstwa. W jakiejś zapadłej miejscowości wyrzucali z pociągu i rób co chcesz.
         W naszym wypadku wyglądało to trochę inaczej. Na początku wojny, zaraz w październiku 1939 r. gmach Banku Handlowego został przejęty przez Niemców. Zażądali oni usunięcia się wszystkich mieszkańców. Bank oczywiście był nieczynny. Od razu wynieśliśmy się do domu mojej babci na Przedmiejską. Zajęliśmy wolne mieszkanie w jednej z oficyn. Jak były wysiedlania, spaliśmy w mieszkaniu mojej babci w domku od strony ulicy.
         Kiedy Niemcy przyszli do zarządzającego, mama powiedziała, że Paszyńscy mieszkają w oficynie. Oni zapieczętowali nasze mieszkanie, ale jakoś nie zorientowali się w sytuacji, tak że zostaliśmy w mieszkaniu babci, niestety bez dobytku, znajdującego się w zapieczętowanym mieszkaniu, przejętym zresztą wkrotce przez jakichś Niemców. Dalsze przebywanie we Włocławku stało się jednak niebezpieczne i po pewnym czasie mama wystarała się przez znajomych volksdeutschów o przepustkę dla nas i wyjechaliśmy z Włocławka go Generalnego Gubernatorstwa niemal legalnie.
         Ojciec wyjechał znacznie wcześniej, już w styczniu 1940r. w obawie przed aresztowaniem. Już w kilka tygodni po wejściu do Włocławka Niemcy rozstrzelali kilkadziesiąt osób spośród inteligencji. Aresztowano także prawie wszystkich księży, łącznie z biskupem. Biskup ordynariusz diecezji, ksiądz Karol Radoński, wyjechał razem zdaje się z prymasem Hlondem wcześniej i jakoś przez Rumunię dostał się na Zachód. Natomiast biskup sufragan ksiądz Kozal został aresztowany i zginął w obozie w Dachau.
         Z Włocławka wyjechaliśmy dopiero w październiku 1940 r. Po kilku dniach podróży znaleźliśmy się w Warszawie. Nie było tak łatwo przejechać z Rzeszy do Generalnego Gubernatorstwa. W trakcie podróży Niemcy przeprowadzili nam rewizje osobistą. W Warszawie dołączyliśmy do ojca. Mieliśmy w Warszawie rodzinę, bratanicę mojego ojca i jego siostrę. Bratanica ojca miała większe mieszkanie, na Pradze na ul. Szerokiej. Odstąpili nam jeden pokój. Był to pokój częściowo uszkodzony w czasie bombardowania w 1939 r. Mieszkanie było. Trzeba było dyktą zasłonić okna, nie było szyb. Tam mieszkaliśmy jakiś czas. Później nasi krewni przenieśli się do lewobrzeżnej Warszawy i my razem z nimi. Tam też mieszkaliśmy jakiś czas na ul. Jasnej.
         We Włocławku terror dotknął przede wszystkim ludność żydowską. Zaraz na początku, jeszcze we wrześniu 1939 roku Niemcy spalili obie bóżnice: starą na ulicy Żabiej i nową na ulicy Królewieckiej. Stało się to w niedzielę, 24 września, a więc zaledwie w dziesięć dni po zajęciu miasta - byłem tego naocznym świadkiem. W 1941 r. utworzono getto. Prawie wszyscy Żydzi włocławscy zginęli w czasie wojny. Nie wiem czy wymordowano ich na miejscu, czy ich wywieźli, bo jak nas wysiedlili, to jeszcze getta we Włocławku nie było, założono go później.



Włocławscy Żydzi z gwiazdami Dawida 1940 r.

         Nasi żydowscy sąsiedzi, Kruszyńscy, właściciele hurtowni towarów kolonialnych, w okolicach Nowego Roku 1940 uciekli z Włocławka do swojej rodziny do Warszawy, Tam znaleźli się w getcie.
         Moi rodzice im trochę pomagali. Córka tych ludzi, Roma Kruszyńska Daumanowa, była koleżanką mojej mamy ze szkoły, jeszcze przed pierwszą wojną. Spotykaliśmy się z nią w Warszawie na terenie Sądu na Lesznie, bo tam w czasie okupacji był jedyny możliwy kontakt między mieszkańcami getta i tzw. strony aryjskiej. W trakcie likwidacji getta wywieźli ją z całą rodziną do obozu, ale trafiła nie do Treblinki, lecze do jakiegoś obozu koncentracyjnego i przeżyła całą wojnę. Po wojnie wróciła do Włocławka, mieszkała tu przez pewien czas i chyba po dwóch latach wyjechała do swojej rodziny do Izraela. Ona jedna z całej ich rodziny przeżyła wojnę.

         Po przyjeździe do Warszawy ojciec dłuższy czas był bez pracy. Później został zatrudniony w centrali Banku Handlowego, mieszczącej się na rogu ulic Traugutta i Czackiego. Początkowo było nam bardzo ciężko. Ratowały nas jakieś zapomogi z RGO. Chyba po roku ojciec załatwił z władzami RGO, że mnie z bratem przyjęto do bursy RGO (Rady Głównej Opiekuńczej), jedynej polskiej instytucji, którą okupanci tolerowali w tzw. Generalnym Gubernatorstwie.. Ja byłem w bursie nr 2 na ul. Siennej.



Chłopcy z bursy nr 2; szósty od lewej w ostatnim rzędzie Janusz Paszyński

         Mój brat był w bursie nr 1 na ul. Senatorskiej na wprost kościoła św. Antoniego.



Chłopcy z bursy nr 1; piąty od lewej w ostatnim rzędzie Andrzej Paszyński

         Bursa zapewniała nocleg i wyżywienie. Były tam duże sale, łóżka z siennikami, gdzie spało nas po kilkunastu chłopców w jednej sali. Jedzenie było bardzo skromne, czarny chleb z marmoladą lub twarogiem, albo ze sztucznym miodem i lura, którą nazywano kawą. Na obiad jakaś zupa i na kolację też. Posiłki były więc dość skromne, ale w każdym razie nie przymieraliśmy głodem.
         Po znalezieniu się w Warszawie, po miesiącu czy po dwóch podjąłem dalszą naukę. Zacząłem chodzić do przedwojennego liceum fotograficznego na ul. Konwiktorskiej. W Gubernatorstwie nie było szkół ogólnokształcących. Poza szkołami podstawowymi Niemcy pozwolili na otwarcie tylko szkół zawodowych. Między innymi rozpoczęło działalność przedwojenne Liceum Fotograficzne, nazywała się to wtedy Szkoła Zawodowa Fotograficzna drugiego stopnia. Mieściła się w budynku na Konwiktorskiej róg Zakroczymskiej. Ten dom ocalał, mimo że toczyły się tam zażarte walki w Powstaniu. W tym samym budynku mieściła się średnia szkoła graficzna na poziomie gimnazjum zawodowego, w której podjął naukę mój brat Andrzej. Jeździliśmy więc razem do szkoły. Moim "mistrzem" w szkole był znany fotografik, Marian Dederko.
         Jednocześnie zacząłem chodzić na komplety liceum ogólnokształcącego. Oczywiście, to było tajne liceum, zbieraliśmy się na tak zwanych "kompletach" w prywatnych mieszkaniach. To było Liceum im. Bolesława Limanowskiego. Liceum to, jak dowiedziałem się już po wojnie, nie miało przed wojną praw państwowych, a to dlatego, że nie było w tym liceum nauki religii. Stanowiło ono przed wojną własność PPS - Polskiej Partii Socjalistycznej.
         Latem 1942 r. skończyłem niemal jednocześnie 2-letnią szkołę fotograficzną i zdałem tajną maturę na kompletach licealnych. Po maturze zacząłem chodzić przez jakiś czas do Szkoły Rysunkowej Jagodzińskiego. Pod tą przykrywką działał pierwszy rok architektury Politechniki Warszawskiej. Równocześnie zacząłem pracować i dlatego musiałem przerwać naukę. Dopiero później, po roku trafiłem na tajne komplety Uniwersytetu Warszawskiego.
         Latem 1943 roku władze niemieckie zażądały usunięcia z burs starszych chłopców powyżej 16 lat. Prawdopodobnie bali się większych skupisk młodych Polaków. Obawy ich były na pewno uzasadnione, gdyż według mojego rozeznania - co najmniej siedemdziesiąt procent chłopców należało do różnych organizacji.
         W bursie byłem do połowy 1943 roku. Wtedy to - ponieważ przekroczyłem już wiek, do którego chłopcy mogli w bursie przebywać - musiałem bursę opuścić i z jednym z kolegów, Mirkiem Miciukiewiczem, zamieszkaliśmy na ulicy Mokotowskiej, gdzie znaleziono dla nas pokój sublokatorski.



Janusz Paszyński w 1943 r.

         Dzięki pomocy RGO Jędrek wraz z kilkoma innymi kolegami został umieszczony w fabryce odzieży R. Krauzego. Fabryka ta mieściła się na ulicy Waliców, ale szwalnia była w domu przy ulicy Marszałkowskiej 154, róg Królewskiej, na wprost Saskiego Ogrodu. Tam chłopcy pracowali i wspólnie mieszkali w jednym dużym pokoju mieszczącym się na trzecim piętrze, a należącym do wielopokojowego mieszkania, którego właścicielem był Robert Krauze. W zamian za pracę w szwalni dano im do dyspozycji gosposię, która im gotowała, usługiwała i prała.
         W tym czasie Jędrek nie tylko pracował, ale i uczył się, i to zarówno w szkole graficznej jak i na tajnych kompletach gimnazjum ogólnokształcącego. Brat mój miał duże zdolności rysunkowe i dlatego uczył się w szkole graficznej, gdzie jednym z nauczycieli był artysta-liternik Adam Połtawski. Z jego synem, Andrzejem Połtawskim, byłem po Powstaniu w niewoli. W szkole graficznej brat mój rozwinął swoje zdolności, szczególne osiągnięcia uzyskując w dziedzinie litografii - z zajęć w pracowni litograficznej miał zawsze najlepsze stopnie. Jesienią 1943 roku zaczął też chodzić do szkoły rysunkowej, mieszczącej się w gmachu Architektury Politechniki na ul. Koszykowej.



Andrzej Paszyński 1943 r.

         Mimo że byliśmy w dwóch różnych bursach, a potem też mieszkaliśmy osobno, to jednak utrzymywałem z Jędrkiem stały kontakt - co parę dni spotykaliśmy się u naszych rodziców, którzy mieszkali wtedy na Powiślu, na Tamce.
         Po zdaniu matury w 1942 r. zacząłem pracować. Po ukończeniu szkoły fotograficznej dyrekcja szkoły zaproponowała mi i mojemu koledze, Kazimierzowi Siwińskiemu, pracę w niemieckiej instytucji wojskowej w Wojskowym Instytucie Kartograficznym ("Kriegskarten - und Vermessungsamt"), który się mieścił w przedwojennym gmachu Wojskowego Instytutu Geograficznego w Alejach Jerozolimskich. Była to instytucja wojskowa, należąca do Wehrmachtu. Teraz mieści się tam służba topograficzna Wojska Polskiego. Pracowałem tam jako fotograf w dziale reprodukcji map, dział ów nazywał się fotochemigrafią. Zarobki były bardzo nędzne ale praca w takiej instytucji wojskowej dawała dość mocne "papiery", które mogły zabezpieczyć przed łapanką, przypadkowym zatrzymaniem lub wywózką do Niemiec. itp.
         Drukowano tam mapy tak zwane "setki", w podziałce jeden do stu tysięcy, przedwojennych polskich obszarów, w postaci tak zwanych Grossblattów - dużych, poczwórnych arkuszy. Sporządzano także mapy specjalne do użytku wojskowego, na przykład tak zwaną Milgeokarte czy też Panzerkarte. Panzerkarte to była mapa czołgowa w skali 1:100.000 z z zaznaczonymi niektórymi elementami ważnymi z punktu widzenia broni pancernej. Były np. aż cztery sygnatury odcieni koloru zielonego dla oznaczenia lasów wyróżnione ze względu na to czy czołgi mogą przez las przejechać z uwagi na zwartość drzew, grubość pni itd. Były tam również zaznaczone tereny podmokłe czy tereny piaszczyste gdzie czołgi mogły ugrzęznąć, podana też była nośność mostów...
         To moje zainteresowanie kartografią spowodowało, że nawiązałem kontakt z tajnym Uniwersytetem Warszawskim i zacząłem studia na tajnym uniwersytecie w zakresie geografii pod kierunkiem prof. Stanisława Lencewicza.
         W Warszawie działały wówczas dwa konspiracyjne uniwersytety: Uniwersytet Warszawski (a więc przedwojenny Uniwersytet Józefa Piłsudskiego) i drugi, Uniwersytet Ziem Zachodnich, zorganizowany przez profesorów Uniwersytetu Poznańskiego, wysiedlonych z Wielkopolski do Generalnego Gubernatorstwa.

         Inne były wojenne losy mojej współuczestniczki dziecięcych zabaw we włocławskim parku, Zosi, mojej przyszłej towarzyszki życia. Jej ojciec, Andrzej Dąbrowski, był naczelnikiem urzędu pocztowego we Włocławku. W roku 1931 lub 1932 został przeniesiony do Warszawy. Mieszkał tam wraz z żoną Marią i córką Zofią przez kilka lat. Później z Warszawy, w roku 1934 lub 1935, został przeniesiony do Białegostoku, już nie jako naczelnik jednego urzędu pocztowego, ale całego okręgu pocztowego na województwo białostockie. Oczywiście tam się znalazła również jego rodzina.



Zofia Dąbrowska wiosną 1939 r.

<

         We wrześniu 1939 r. Białystok został zajęty przez Niemców, Niemcy tam byli krótko, kilka dni, potem do Białegostoku weszli bolszewicy. Zaczęły się aresztowania. Podobno znajomi czy przyjaciele doradzali ojcu Zosi, żeby gdzieś się schronił. Odpowiedział, że przecież niczego złego nie zrobił, więc dlaczego miałby uciekać. Skończyło się oczywiście na tym, że przyszli po niego enkawudziści i aresztowali w domu. Był w więzieniu w Białymstoku a później został na wschód wywieziony, gdzieś do jakiegoś łagru w głąb Rosji, zdaje się na Syberię. Nigdy już stamtąd nie wrócił.
         Natomiast jego żona, Maria Dąbrowska, z córką Zofią, moją przyszłą żoną, zostały wywiezione w marcu albo kwietniu 1940 r. Wtedy była zorganizowana, pierwsza albo może druga z kolei, wielka wywózka Polaków z terenów włączonych w 1939 r. do Związku Radzieckiego. Wywożono głównie rodziny wcześniej aresztowanych. One obie znalazły się w tej grupie.
         Wywiezione zostały do Kazachstanu. Tam Zofia przebywała do 1946 r. Od samego początku, mimo że miała dopiero 14 lat, musiała ciężko pracować fizycznie. Nosiła worki ze zbożem na statki na Irtyszu. Matka Zofii ciężko zachorowała na gruźlicę. Dziewczyna nie chciała jej zostawić samej, dlatego nie zdążyła do Andersa, kiedy organizował on Wojsko Polskie na południu Związku Radzieckiego. Matka Zosi zmarła na jesieni 1942 r. Dziewczynka została zupełnie sama w obcym wrogim kraju. Dopiero na wiosnę 1946 r. wróciła do Białegostoku.



Janusz Paszyński

opracowanie:Maciej Janaszek-Seydlitz



      Janusz Paszyński
ur. 07.11.1924 we Włocławku
kprl pchor., żołnierz Armii Krajowej
ps. "Machnicki"
2 kompania, III Zgrupowanie "Konrad"
Grupa Bojowa "Krybar"





Copyright © 2012 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.