Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia wojenne Janusza Paszyńskiego ps. "Machnicki", żołnierza Grupy Bojowej "Krybar"




Janusz Paszyński,
ur. 07.11.1924 we Włocławku
kprl pchor., żołnierz Armii Krajowej
ps. "Machnicki"
2 kompania, III Zgrupowanie "Konrad"
Grupa Bojowa "Krybar"



Konspiracja i więzienie

         Z konspiracją zetknąłem się po raz pierwszy latem 1941 r., zupełnie przypadkowo. Był to koniec czerwca, w chwili wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Zapanował radosny nastrój, że dwaj nasi wrogowie wzięli się za łby. Mówiło się wtedy: "Niech się nawzajem pozagryzają, tak żeby im tylko ogony zostały". Młodzi ludzie chcieli gdzieś działać, walczyć z wrogiem. Nie interesowało ich specjalnie jaki charakter polityczny ma organizacja, z która nawiązywali kontakt. W pewnym sensie było to dziełem przypadku. W Warszawie działało wiele różnych organizacji podziemnych, ja trafiłem przez kolegów ze szkoły fotograficznej do organizacji o nazwie Konfederacja Narodu. To była w pewnym sensie kontynuacja przedwojennej "Falangi" kierowanej przez Bolesława Piaseckiego, ale wyzbyła się wszystkich elementów antyżydowskich czy antysemickich. Oczywiście z początku o tym nie wiedziałem. Pierwszą przysięgę składałem na początku 1942 r.
         Przyjąłem pseudonim "Machnicki". Tego pseudonimu już potem nie zmieniałem. Machnicki wziął się stąd, że w tym czasie bardzo mi się spodobała przeczytana nowela Stefana Żeromskiego "Wszystko i nic", gdzie występuje Kazimierz Machnicki, przyjaciel, współtowarzysz Rafała Olbromskiego, konspirator z okresu Królestwa Polskiego, przed wybuchem Powstania Listopadowego, razem z Łukasińskim należący do tajnego Towarzystwa Patriotycznego. Zapamiętałem, że w tej noweli Machnicki opowiada Olbromskiemu jak został aresztowany przez carskich żandarmów i jak go na śledztwie wypytywali. Odpowiadał im wtedy tak: "Albo rzecz o którą mnie pytacie, jest mi nieznana i odpowiedzieć nie mogę, albo jest mi znana i odpowiedzieć nie chcę". Jakoś przetrwał to śledztwo. Później, kiedy mnie Niemcy aresztowali i byłem na przesłuchaniu na Pawiaku i w Alei Szucha, przypominałem sobie to, co Machnicki opowiadał.
         W Konfederacji Narodu było szkolenie wojskowe, uczono posługiwania się bronią. Nie było karabinu, tylko jakiś pistolet. Później zapisano mnie z kolegą z tego oddziału do tajnej podchorążówki. Miałem wtedy 17 lat, ale byłem już po maturze. Na początku 1943 r. rozpocząłem uczęszczać na kursy podchorążówki, jedynej podobno na terenie Warszawy, nie piechoty, ale artylerii. Oczywiście z żadną armatą ani działem nie miałem do czynienia, ale trochę teorii artyleryjskiej się nauczyłem. Dowiedziałem się, co to jest "tysiączna", co to jest "kąt celowania", "kierunek dozorczy", jakie czynniki wpływają na krzywą balistyczną. Później mi się to zresztą przydało.
         Pamiętam doskonale, jak na pierwszej zbiórce, było nas siedmiu, kazano nam nauczyć się na pamięć bardzo pięknego wiersza Lechonia "Polonez artyleryjski". Ten wiersz do dzisiaj pamiętam.

         To major Brzoza kartaczami w moskiewskie pułki wali!
         Siew pada w ziemię szrapnelami
         I dym, i grom, i burza z nami,
         Piekielny deszcz ze stali,
         Na firmamencie chmury chmurzą
         Brunatne z armat dymy.
         Raz po raz ziemia jęknie burzą,
         Ślepia się dziko armat mrużą,
         Przy których my stoimy
         Od ognia czarni, dymem syci
         I wiecznie czuwający.
         Armaty - grom i ból i wici -
         Bateria ryknie w głos, gdy chwyci
         Wasz szept zmartwychwstający.
         Miarowo dudni, z cicha, z cicha,
         Bez przerwy, bez ustania!
         Na miły Bóg! Czy ziemia wzdycha?
         To artyleria nasza licha
         Dziś puka od świtania.
         To major Brzoza kartaczami w moskiewskie pułki wali!
         Czy przeciw nam wy, czy też z nami?
         Gadamy do was kartaczami.
         Nie dusi dym i krew nie plami
         I jeno ogień pali.
         Za nami będą mówić ciszą,
         I łzami, i modlitwą...
         Armatom ognia!! Niechaj dyszą!
         Hej! Ognia! Ognia! Słyszą, słyszą, Że w bitwie idziem bitwą.

         Konnicy koniem, zbrojną ręką
         Po swoje iść piechocie,
         Jaką grał Bem pod Ostrołęką,
         Taką nam zagrać dziś piosenkę
         I w pułk moskiewski rozwinięty
         Chrzest słać, piekielny chrzest i święty
         Kapłanom przy robocie.
         Dudni nam ziemia, dudni, dudni,
         Radujcie się, majorze!
         Tako się Polska nam rozcudni,
         Gdy skwarny przyjdzie czas południ
         Na nasze krwawe zboże.
         Słyszycie? Z cicha, z cicha, z cicha,
         Warkotem, bez ustania.
         Na miły Bóg! Czy ziemia wzdycha?
         Pułk się z pułkiem w śmierć przepycha
         To artyleria nasza licha
         Dziś puka od świtania.
         Ani się pyta, kto dziś z nami,
         Bateria wściekłej stali.
         To major Brzoza kartaczami w moskiewskie pułki wali!


         Byłem również roznosicielem prasy podziemnej wydawanej przez Konfederację Narodu. To były różne tytuły, pamiętam że było takie pisemko dla młodzieży "Młodzież Imperium". Było też pismo "Sztuka i Naród". Tam publikowali poeci Baczyński, Gajcy, Stroiński, cała plejada poetów z tego okresu. Ja chodziłem po te pisemka do lokalu konspiracyjnego na Rynku Starego Miasta. W jakiejś oficynie po tej stronie, gdzie jest winiarnia Fukiera, był lokal konspiracyjny Konfederacji Narodu i tam otrzymywałem prasę do roznoszenia pod wskazane adresy. Tam właśnie też zbierali się ci poeci. Trudno było zapamiętać ich twarze, a nawet je zobaczyć, bo pokój, w którym się zbierali, był tak zadymiony od papierosów, że niewiele było tam widać. Z roznoszeniem pisemek nie miałem na szczęście żadnych trudności. Miałem kilka adresów, których musiałem się nauczyć na pamięć, i tam nosiłem te gazetki.
         Niestety w drugiej połowie 1942 roku była w Konfederacji Narodu jakaś większa "wsypa" i kazano nam zerwać wszystkie kontakty konspiracyjne. Wtedy przez kilka miesięcy, nie miałem żadnego kontaktu. Później jeden z kolegów z kompletów licealnych zaproponował mi włączenie się do innego organizacji, to już była Armia Krajowa. Była to grudzień 1942 r. 6 grudnia, w niedzielę, złożyłem już po raz drugi przysięgę, tym razem już jako żołnierz Armii Krajowej. Odbywało się to tym razem w konspiracyjnym lokalu na ulicy Wielkiej, gdzieś między Złotą a Świętokrzyską,. Pseudonimu nie zmieniłem.
         Pracowałem wtedy już w Wojskowym Instytucie Kartograficznym. Oczywiście zameldowałem o tym mojemu dowódcy konspiracyjnemu, którego znałem tylko z pseudonimu. Nie miał żadnych zastrzeżeń, co do mojego miejsca zatrudnienia. Mało tego, okazało się, że praca w tym instytucie była bardzo korzystna i potrzebna ze względu na możliwość dostarczania pewnych informacji władzom konspiracyjnym.
         Mój dowódca zapytał czy mam możliwość wynoszenia stamtąd wykradzionych map topograficznych. Odpowiedziałem twierdząco. Nawiązałem kontakt z polskimi kolegami i znajomymi pracującymi w magazynie map. Wśród nich był kpt. Włodarczyk, który został przez Niemców aresztowany w 1944 r. i zamordowany podczas śledztwa w Alei Szucha. Rozpocząłem systematyczne dostarczanie "zamówionych" map do tzw. "Schroniska". Był to kryptonim Służby Geograficznej przy Komendzie Głównej Armii Krajowej. Szefem "Schroniska" był pułkownik Mieczysław Szumański przedwojenny oficer Wojskowego Instytutu Geograficznego. Już po wojnie nawiązałem kontakt z jego synem, Jerzym Szumańskim, brał on udział w Powstaniu na Mokotowie. Mieszka obecnie we Francji i co roku spotykamy się albo w Polsce albo we Francji. W "Schronisku" działało kilku geografów, przedwojennych oficerów służby geograficznej Wojska Polskiego, ale także geologowie: profesor Edward Rühle i profesor Zbigniew Różycki, późniejszy dyrektor Instytutu Geologicznego.
         Dostawałem zestawienie cyfr, 4-cyfrowe liczby. Te cztery cyfry oznaczały współrzędne mapy, dwie pierwsze to był tzw. pas, dwie drugie to był słup. Oznaczały położenie danego arkusza mapy, który był aktualnie potrzebny i który należało postarać się wykraść z instytutu.
         Mapy wynosiłem w ten sposób, że okładałem się nimi na piersiach pod koszulą albo obwiązywałem nogi takimi arkuszami mapy. Zanosiłem je do księgarni Gebethnera i Wolfa, która mieściła się na ul. Zgoda przy Sienkiewicza, tam gdzie mniej więcej jest teraz księgarnia Nike. Ten budynek został zburzony.
         Pracując w instytucie miałem również możność notowania, co mi polecono, ruchu map, tzn. jakie mapy są drukowane i jakie mapy są wysyłane, ewentualnie w jakiej ilości pod różne adresy. Pamiętam, że kiedyś przyszedłem do księgarni i powiedziałem, że niestety tych map, na które było zapotrzebowanie nie udało mi się dostać, natomiast przynoszę dane dotyczące drukowanych map.
         Pan, który odbierał ode mnie informacje, nie był on zresztą pracownikiem firmy Gebethner i Wolf, a tylko tam przychodził w celach konspiracyjnych, powiedział mi tak: "Tym, że Pan tych map nie przyniósł, niech się tak bardzo Pan nie przejmuje, bo te mapy idą tu blisko do lasu. Natomiast te informacje są o wiele ważniejsze i one idą bardzo daleko."
         Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, ale po wojnie dowiedziałem się, że były to informacje przekazywane przez kontrwywiad Armii Krajowej drogą radiową aż do Londynu i okazywały się przydatne, bo na tej postawie można się było zorientować, jakie kierunki, czy jakie tereny interesują wojskowe władze niemieckie i gdzie ewentualnie przygotowywana jest ofensywa.
         Pamiętam, że były drukowane wtedy, to był przełom 1942/43, mapy terenów Bliskiego Wschodu: Turcji, Iraku, nawet Iranu i Afganistanu. Widocznie Niemcy liczyli się z tym, że po upadku Stalingradu i zajęciu Kaukazu będą mogli kontynuować swoją ofensywę na Bliskim Wschodzie, dążąc do ewentualnego połączenia się z Japończykami.
         Kilkanaście lat po wojnie przypadkowo spotkałem owego człowieka, któremu przekazywałem te mapy i informacje. Był to profesor Edward Rühle, po wojnie dyrektor Instytutu Geologicznego. W "Schronisku" działał także inny geolog, profesor Zbigniew Różycki, również jeden z powojennych dyrektorów Instytutu Geologicznego.
         Działalność "Schroniska" opisał historyk, Bogusław Krassowski, który w latach sześćdziesiątych pracował w służbie topograficznej Wojska Polskiego. Napisał on też książkę pod tytułem "Polska kartografia wojskowa w latach 1918-1945". Niestety, ta książka istnieje zaledwie w kilku egzemplarzach, cały jej nakład został zniszczony już po wydrukowaniu w latach siedemdziesiątych. Powodem tego było jakoby to, że z tekstu wynikało, iż przedwojenne polskie władze wojskowe przygotowywały mapy obszarów na zachodzie graniczącej z Polską części Niemiec, a więc Prus Wschodnich, Pomorza, całego Śląska... Nie było natomiast żadnych przygotowań w tym zakresie w odniesieniu do terenów położonych poza naszą granicą wschodnią. Nie podobało to się bardzo ówczesnym komunistycznym władzom, bo zaprzeczało głoszonej teorii, że to Polska przygotowywała agresję na Związek Sowiecki. Z tego powodu rozkazano zniszczyć cały nakład tej książki. Zachowało się tylko niewiele egzemplarzy, biblioteka Instytutu Geografii Polskiej Akademii Nauk, w którym to instytucie pracowałem, ma jeden egzemplarz, ale jedynie w postaci odbitki kserograficznej.
         Wynoszenie przeze mnie map z Instytutu odbywało się w zasadzie bez przeszkód. Czasami były kontrole przy wyjściu, ale miałem dość dobre stosunki z niektórymi żołnierzami niemieckimi - byli wśród nich także Austriacy oraz Niemcy z Sudetów. Pamiętam takie zdarzenia, gdy jeden z nich, wiedeńczyk, podszedł do mnie i powiedział: "Herr Paszyński, heute nichts na lewo wynoszycz, eine Kontrolle ist da". Oczywiście nie wiedział, że wynoszę mapy, ale domyślał się, że wykradamy chemikalia fotograficzne, które sprzedawaliśmy w pobliskim sklepie fotograficznym, aby podreperować nasz bardzo skromny budżet, z którego nie można było wyżyć.
         11 listopada 1943 r. moja działalność została przerwana aresztowaniem. Aresztowanie było trochę przypadkowe. Policja niemiecka robiła rewizję w mieszkaniu, w którym z jednym z kolegów, wspomnianym Mirkiem Miciukiewiczem, odnajmowaliśmy sublokatorski pokój. I przy okazji znaleźli w tym mieszkaniu jakieś trefne materiały. Dowiedzieli się, że jeden z tych sublokatorów pracuje w Instytucie Kartograficznym. Przyjechali tam po mnie, zrobili ścisłą osobistą rewizję i zabrali mnie pobitego i skutego kajdankami do siedziby Gestapo w Alei Szucha.
         Trzeba trafu, że tego dnia miał być wykład z geografii czy geologii na tajnym uniwersytecie i miałem przy sobie zeszyt z notatkami z poprzednich wykładów. Niemcy ten zeszyt znaleźli przy mnie, a ponieważ były tam różne rysowane przekroje geologiczne, jakieś rysunki form terenu, doszli do przekonania, że są to notatki z terenoznawstwa z tajnej podchorążówki. Na śledztwie zostałem bardzo pobity, żądali żebym wydał nazwiska kolegów czy dowódców tej podchorążówki, do której miałem ponoć należeć. Dostałem kilka razy pięścią w łeb, a nawet pobili mnie po plecach i po głowie jakąś gumową, twardą pałką, bo chcieli wymusić, bym się przyznał, że jestem słuchaczem tajnej podchorążówki i bym wydał nazwiska dowódcy i kolegów. Na owym zeszycie z notatkami z wykładów geografii, który mi się jakimś cudem do dziś zachował, są jeszcze plamy od krwi, kapiącej z rozbitych warg czy może z nosa podczas przesłuchania. W czasie przesłuchań cały czas przypominałem sobie owe powiedzenie Machnickiego, od którego przybrałem swój pseudonim. Pozwalało mi to przetrwać przesłuchania.
         W czasie rewizji w naszym pokoju mieszkalnym Niemcy znaleźli jeszcze mapę, noszącą napis: Kriegskarten - und Vermessungsamt Warschau - Nur für den Dienstgebrauch" ("Tylko do użytku służbowego") - taką uwagę miały zresztą wszystkie mapy drukowane w Instytucie. Nie była to jakaś szczegółowa mapa topograficzna, lecz mapa całej europejskiej części Rosji, od Warszawy aż po Ural, w skali jeden do kilku czy może nawet kilkunastu milionów, a więc mapa typowo przeglądowa.
         Wyniosłem ją z Instytutu na prośbę czy raczej sugestię mojego współlokatora po to, byśmy mogli śledzić aktualny przebieg linii frontu wschodniego, który wtedy dochodził do Dniepru i stopniowo zbliżał się już do przedwojennej granicy polsko-sowieckiej. Sprawa mogła być o tyle niebezpieczna, że mniej więcej w tym samym czasie miały miejsce w Instytucie aresztowania Polaków, głównie wśród uczniów tak zwanego "kursu kartograficznego", zorganizowanego przez kierownictwo Instytutu, bo Niemcom brakowało fachowych sił do kreślenia map.
         Jedną z uczestniczek tego kursu była moja "sympatia" Renia (Regina) Huppenthalówna. Zginęła w czasie Powstania - umarła z głodu w podziemiach Muzeum Narodowego, gdzie Niemcy trzymali bez jedzenia i picia kilkadziesiąt osób wygnanych z pobliskich domów.
         Te aresztowania wśród uczestników owego kursu były prawdopodobnie związane z wykradaniem map - aresztowano bowiem także i mojego "dostarczyciela" map, zatrudnionego w magazynie, Władysława Jędraszkiewicza. Jednakże gestapowcy, którzy mnie przesłuchiwali, nie połączyli jakoś mojej sprawy z tamtą, prawdopodobnie obie te sprawy były prowadzone niezależnie od siebie przez dwa różne zespoły czy komórki nie informujące się o tym nawzajem
.          Już po moim wyjściu z Pawiaka dowiedziałem się, że na temat owej znalezionej u mnie mapy gestapowcy porozumiewali się z szefem Instytutu, był nim wtedy Oberst (pułkownik) Schiller. Ten sprawę zbagatelizował mówiąc, że jest to mapa przeglądowa i właściwie ogólnie dostępna, nie zawiera bowiem żadnych danych o charakterze wojskowym ani innych tajemnic. Powiedział mi o tym osobiście, kiedy po zwolnieniu wróciłem do pracy w Instytucie.
         To, co mnie ocaliło, to było zaświadczenie szefa instytutu pozwalające mi na korzystanie z biblioteki uniwersyteckiej, która wtedy nazywała się Państwowa Biblioteka w Warszawie ("Staatsbibliotek Warschau") i w zasadzie była dostępna tylko dla Niemców. Na podstawie takich zaświadczeń wydanych przez władze niemieckie, niektórzy Polacy mogli także z tej biblioteki korzystać. To było nawet dobre z tego względu, że nie tylko mogłem wypożyczać książki z zakresu geografii dla siebie, ale także dla kierownika tajnych studiów geografii profesora Stanisława Lancewicza, który prowadził własną tajną działalność naukową i czasami potrzebował jakiejś pozycji bibliograficznej.
         Praca w Instytucie trwała wtedy od siódmej rano do piątej popołudniu, a o piątej zaczynały się wykłady na tajnym uniwersytecie - odbywały się one dwa razy w tygodniu. Zwróciłem się więc do szefa Instytutu z prośbą o zezwolenie, bym mógł w owe dni wychodzić o pół godziny wcześniej. Nie bardzo wierzyłem, że to się uda, jednak ku mojemu zdziwieniu on się na to zgodził, ale przedtem zapytał o powód. Odpowiedziałem, że chcę się dokształcać w zakresie kartografii w bibliotece. No i dał mi odpowiednie zaświadczenie do owej Staatsbibliothek Warschau. Zachowało się ono do dzisiaj - odnalazłem je niedawno w archiwum Biblioteki UW.



Zaświadczenie dla Państwowej Biblioteki w Warszawie

         To zaświadczenie niemieckiego szefa instytutu według mnie okazało się bardzo przydatne. Na śledztwie konsekwentnie tłumaczyłem się, że uczę się w dalszym ciągu kartografii aby uzupełnić swoje wiadomości fachowe. Gestapowcy podobno z szefem instytutu kontaktowali się telefonicznie czy nawet osobiście byli u niego i on potwierdził, że rzeczywiści takie zaświadczenie mi wydał po to żebym mógł dokształcać się we własnym zakresie w dziedzinie kartografii.
         Co było rzeczywistym powodem zwolnienia mnie, to trudno powiedzieć. Moja mama sprzedała jakieś swoje kosztowności i przekazała znaczą sumę pieniędzy jakiemuś Niemcowi, który miał ponoć możliwości wykupienia za łapówkę więźniów z Pawiaka. Był to podobno niemiecki pułkownik, czy może nawet generał, Karl Sattenbotel. Starania robił również mój ojciec za pośrednictwem księdza Trzeciaka, proboszcza parafii św. Antoniego, który miał podobno dobre stosunki z Niemcami z racji swojej przedwojennej działalności antysemickiej, co zresztą nie przeszkodziło, że w czasie Powstania Niemcy go zamordowali.
         Wydaje mi się, że jednak najważniejsza była interwencja szefa instytutu, który później mi powiedział, że on z tymi gestapowcami rozmawiał i powiedział im: "Wojsko czeka pilnie na mapy frontu wschodniego, a wy mi ludzi z Instytutu aresztujecie i nie ma możliwości ich zastąpienia."
         Przesiedziałem w więzieniu prawie pół roku. Przez cały czas przebywałem w izolatce, w pojedynczej celi. Po zabraniu mnie z Instytutu, najpierw cały dzień przesiedziałem na Szucha w tak zwanym "tramwaju". Była to cela wielkości pokoju z dwoma rzędami krzeseł pod ścianami. Więźniowie siedzieli tam jeden za drugim tyłem do kraty odgradzającej "tramwaj" od korytarza. Dopiero wieczorem zabrano mnie stamtąd na Pawiak. Przez dwa tygodnie przebywałem w podziemiach na tak zwanej kwarantannie. To był oddział chyba siódmy. Od samego początku byłem sam w celi; później przenieśli mnie na górę, na piąty oddział. Mimo że mury były grube, jednak można było czasami porozumieć się, przy zachowaniu najwyższej ostrożności z sąsiednią celą. Przez pewien czas, w celi sąsiadującej z moją siedział Anglik, nazywał się Pickman czy może Hickman. Był on jeńcem wojennym, uciekł z niewoli i ukrywał się w Warszawie. W noc sylwestrową gestapowcy powiesili go w jego celi. Pomimo grubych murów słychać było wrzaski pijanych Niemców, szamotaninę i jego przedśmiertne rzężenie.
         W nocy często słychać było strzały. Publiczne egzekucje skończyły się po wykonaniu wyroku na Kutscherę, ale w dalszym ciągu były rozstrzeliwania w getcie. Były do tego stopnia częste, że któregoś dnia na całym oddziale - nie wiem, ilu nas było w tych pojedynczych celach, tych cel było na oddziale kilkadziesiąt - zostało nas może z dziesięciu, a resztę zabrano na rozwałkę.
         Siedząc na Pawiaku można było napisać raz na jakiś czas kartkę do rodziny, ale trzeba było napisać po niemiecku. Dostawałem też z domu paczki za pośrednictwem tak zwanego Patronatu. Nie pamiętam, gdzie on się mieścił - tam przyjmowano paczki dla więźniów. Dwa czy trzy razy dostałem od rodziny taką paczkę żywnościową. Z Patronatu dostałem też w wigilię kopertę z maleńkim opłatkiem, a na kopercie był nadrukowany rysunek, przedstawiający Matkę Boską z Dzieciątkiem w… celi więziennej, na tle zakratowanego okienka.



Matka Boska więzienna

         Ten obrazek udało mi się wynieść z Pawiaka, zachował mi się do dziś. To był bardzo ciężki okres, ta ostatnia zima przed Powstaniem 1943/44 była tragiczna z tego względu, że co parę dni miały miejsce publiczne egzekucje. Z Pawiaka zabierano więźniów i rozstrzeliwano na ulicach Warszawy. Kiedyś z łaźni prowadzono nas z powrotem do cel i przypadkowo zobaczyłem, jak więźniów tylko w bieliźnie ładowano na ciężarówkę i wywożono "na rozwałkę". A poza tym stale były egzekucje na miejscu, nie na samym Pawiaku, tylko po drugiej stronie ulicy. Tam były wypalone domy getta i w tych ruinach Niemcy rozstrzeliwali bardzo często więźniów Polaków.
         W marcu 1944 r. dowiedziałem się, że zostanę zwolniony. Przewieziono mnie z Pawiaka w Aleję Szucha. Gestapowiec, inny niż ten, który mnie przesłuchiwał po dłuższym poszukiwaniu w szufladzie biurka, odnalazł zaświadczenie potwierdzające moje zwolnienie. Jak się okazało, zostało ono wystawione już w połowie stycznia.



Przepustka potwierdzająca zwolnienie z Pawiaka

         W tej sytuacji Niemiec wyprowadził mnie osobiście z budynku Gestapo i doprowadził mnie do "wachy" przy ul. Litewskiej. Przekroczyłem posterunek, byłem wolny.
         Jednakże mój dowódca akowski powiedział mi, żeby absolutnie zerwać wszelkie kontakty, bo mogłem być zwolniony, wypuszczony "na wabia". Była to tak zwana kwarantanna polegająca na tym, że nie mogłem utrzymywać żadnych kontaktów konspiracyjnych.
         Wróciłem do pracy w Instytucie, ale nadal też chodziłem na wykłady geografii mniej więcej do początków czerwca. Dopiero na krótko przed wybuchem Powstania, przez mojego znajomego, Franciszka Rajcherta, nawiązałem kontakt z AK, tak że 1 sierpnia znalazłem się na Powiślu.

         Mój młodszy brat Andrzej miał mniej szczęścia. Jak wcześniej wspomniałem, mieszkał on z kilkoma kolegami w mieszkaniu na ulicy Królewskiej, róg Marszałkowskiej, pracowali wszyscy w firmie odzieżowej "Robert Krauze", do której właściciela należało również mieszkanie. Charakterystyczny jest fakt, że Robert Krauze przyjął chłopców do swego mieszkania, wiedząc, że wszyscy są w konspiracji. Nazwisko i imię jego wskazywałoby, że był on pochodzenia niemieckiego i na pewno to pomogło mu prowadzić szwalnię w okresie okupacji. Ale był Polakiem.
         To właśnie w fabryce R. Krauzego na Walicowie miała miejsce koncentracja oddziałów "Parasola" przed godziną "W", a syn Roberta Krauzego był jednym z żołnierzy tego harcerskiego batalionu.
         W pokoju na trzecim piętrze mieszkało 6 chłopców. Trzech z nich należało do jednej drużyny 119 plutonu pionierów ZWZ na Starym Mieście, mój brat z kolegą był w "Szarych Szeregach". Wiele szczegółów świadczy o tym, że mój brat należał do "Agatu", z którego wywodził się powstańczy batalion "Parasol". Jędrek pierwszy nauczył nas - jeszcze jesienią 1942 roku - piosenki "Nie damy popradowej fali", do której to melodii, już w czasie Powstania, - Józef Szczepański "Ziutek" napisał słowa słynnego "Pałacyku Michla", znanej piosenki "Parasola".



Andrzej Paszyński z kolegą Januszem Zdziarskim - 1943 r.

         W tym samym mieszkaniu, w sąsiednim pokoju mieszkała znana powieściopisarka, pani Maria Rodziewiczówna. Miała ona wówczas około osiemdziesięciu lat. Kilkakrotnie chłopcy rozmawiali z nią, wiele razy pomagali pani Rodziewiczównie wejść na trzecie piętro, gdyż bardzo często psuła się winda.
         Pewnego razu, w czasie czyszczenia broni w mieszkaniu, wypalił im pistolet. Kula przebiła szafę i utkwiła w ścianie dzielącej ich pokój od pokoju pani Rodziewiczówny. Na drugi dzień, gdy wrócili ze szkoły, pisarka poprosiła ich do siebie. Zwróciła im uwagę, że zbyt głośno - jak na konspiratorów - rozmawiają, że zebrania i zbiórki nie powinny zawsze odbywać się w tym mieszkaniu, że trzeba ostrożnie obchodzić się z bronią.
         Później przepięknym literackim językiem mówiła o walce z Niemcami, o Ojczyźnie, o polskich bohaterach. Na zakończenie otrzymali od niej wiersz pod tytułem "Dywizjon 303", który napisała pod wrażeniem przeczytanej książki pod tym samym tytułem Arkadego Fiedlera, wydanej konspiracyjnie. Niestety, kartka z tym wierszem, przechowywana przez jednego z chłopców, zniszczyła się zupełnie w czasie przeprawy przez rzekę podczas potyczki już w oddziale partyzanckim.
         6 czerwca 1944 roku, wkrótce po lądowaniu aliantów w Normandii, a więc na dwa miesiące przed wybuchem Powstania, nastąpiła wpadka. Niemcy przyszli do mieszkania w nocy, znaleźli broń i jeszcze inne jakieś obciążające rzeczy. Aresztowano trzech chłopców, którzy wtedy tam nocowali, w tym mojego brata. W trakcie aresztowania strasznie ich pobito. Kiedy byłem nazajutrz w tym pokoju, by zabrać rzeczy Jędrka, to zastałem jeszcze kałużę krwi na podłodze i świeże plamy krwi na ścianach. Pozostali chłopcy ocaleli tylko dzięki temu, że tej nocy byli na dyżurze przeciwlotniczym w miejscu pracy, w szwalni firmy "Robert Krauze", mieszczącej się tylko dwa piętra niżej niż ich mieszkanie. To, że uniknęli późniejszego aresztowania zawdzięczali również bohaterskiej postawie trzech aresztowanych, którzy mimo że zostali przez gestapowców skatowani jeszcze w mieszkaniu za to, że nie chcieli im zdradzić miejsca pobytu pozostałych. Tej samej nocy przesłuchano również innych lokatorów z mieszkania, między nimi i Marię Rodziewiczówną.
         Co było rzeczywistym powodem tego aresztowania, do dziś nie dało się ustalić. Są pewne poszlaki wskazujące na to, ze zostali oni wydani w ręce gestapowców przez dozorcę domu. Skądinąd wiadomo, że chłopcy z 119 plutonu brali udział w rozbrajaniu pojedynczych niemieckich żołnierzy; być może, po jednej z takich akcji mógł ktoś pójść ich śladem i tym sposobem trafić do ich mieszkania.
         To, że chłopcy mieli broń w chwili ich aresztowania, wynika też z tego, co mówiła mi matka jednego z nich, Janusza Zdziarskiego. Robiła ona starania o uwolnienie syna, gdzie tylko było można. Trafiła do jakiegoś oficera Gestapo, o którym mówiono, że może za pieniądze coś załatwić i że dzięki danej mu łapówce wypuszczeni zostali jacyś ludzie z Pawiaka. Ale on, zapoznawszy się ze sprawą, powiedział jej: "Moja pani, ja mogę dużo rzeczy zrobić, nawet kogoś zwolnić, ale jeśli ktoś miał broń i był bandytą, to nic z tego nie będzie, bo to jest już poza moimi możliwościami".
         Janusz Zdziarski, zginął na Pawiaku jeszcze przed wybuchem Powstania. W końcu lipca miał miejsce bunt więźniów na jednym z oddziałów Pawiaka i wszystkich więźniów z tego oddziału Niemcy wtedy rozstrzelali. Wśród nich był Janusz Zdziarski.
         Cenną pamiątką, jaką mam po Jędrku, jest gryps przysłany przezeń z Pawiaka, gdzieś w połowie lipca 1944 roku. Szczególnie wzruszające są tam słowa jego troski o kolegów, z którymi mieszkał, a którzy uniknęli aresztowania, o czym nie wiedział. Mimo że sam był w więzieniu, to jednak martwił się o to, czy ci koledzy zdołali się przed aresztowaniem uchronić.



Gryps Andrzeja z Pawiaka

         Mojego brata wywieziono 30 lipca, w niedzielę rano, na dwa dni przed wybuchem Powstania, ostatnim transportem z Pawiaka do obozu koncentracyjnego w Gross-Rosen, na Dolnym Śląsku (niedaleko Wrocławia). Był to bardzo duży transport, liczący kilkuset więźniów. Prawie wszystkich więźniów wywieziono wtedy z Pawiaka - na miejscu zostało już bardzo niewielu.
         Ten transport odbywał się w okropnych warunkach. Wieźli ich przez cztery dni na odcinku z Warszawy do Skierniewic nie otwierając wagonów, a byli tak ściśnięci, że nie było mowy o tym, żeby można było usiąść, tylko wszyscy stali. I wielu się po prostu z braku powietrza podusiło, tak że jak otworzyli wagony dopiero po czterech dniach w Skierniewicach, to jedna trzecia więźniów już nie żyła z braku wody i tlenu.
         Jędrek przeżył jakoś ten transport i dostał się do obozu w Gross-Rosen. Wiem, że był później na "komenderówce" w Brieg (Brzeg). Tam więźniowie budowali lotnisko. Cały obóz został ewakuowany z Gross-Rosen w lutym 1945 roku, kiedy zbliżał się front wschodni. Również ta ewakuacja odbywała się w tragicznych i okropnych warunkach - tym razem zimą, ale za to w odkrytych wagonach "węglarkach". Jechali na stojąco kilka dni do Leitmeritz (Litomierzyce) w Czechach - tam także był wielki obóz koncentracyjny.
         Wiedzieliśmy że Jędrek był w Gross-Rosen, bowiem napisał on stamtąd do naszych znajomych do Włocławka. Do Warszawy oczywiście pisać nie mógł, bo było już Powstanie, a potem całą ludność z Warszawy wypędzono. Napisał więc do znajomych we Włocławku, a ci dali znać moim rodzicom, którzy po Powstaniu znaleźli się najpierw w Milanówku, a później w Łowiczu. Do końca wojny nie wiedzieliśmy jednak, co się dalej z nim stało.

         A w Warszawie zbliżał się 1 sierpnia 1944 r. Za kwartał miałem skończyć 20 lat.



Janusz Paszyński

opracowanie:Maciej Janaszek-Seydlitz



      Janusz Paszyński
ur. 07.11.1924 we Włocławku
kprl pchor., żołnierz Armii Krajowej
ps. "Machnicki"
2 kompania, III Zgrupowanie "Konrad"
Grupa Bojowa "Krybar"





Copyright © 2012 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.