Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia wojenne Janusza Paszyńskiego ps. "Machnicki", żołnierza Grupy Bojowej "Krybar"




Janusz Paszyński,
ur. 07.11.1924 we Włocławku
kprl pchor., żołnierz Armii Krajowej
ps. "Machnicki"
2 kompania, III Zgrupowanie "Konrad"
Grupa Bojowa "Krybar"



Niewola

         Kapitulacja miała miejsce na początku października, została podpisana 2 października i po dwóch dniach poszliśmy do niewoli niemieckiej. Opuściliśmy nasze kwatery na ulicy Szpitalnej - zbiórka batalionu pod dowództwem już wtedy majora "Krybara" była na ulicy Przeskok, między Szpitalną i Zgoda, i stamtąd przeszliśmy ulicami Zgoda i Złotą na drugą stronę Marszałkowskiej.
         Był tam wielki lej od bomby, na rogu Złotej i Marszałkowskiej, a może Złotej i Zielnej, już dokładnie nie pamiętam. Dalej szliśmy ulicą Złotą aż do Żelaznej. Ulica Złota nie była jeszcze tak bardzo zniszczona. Owszem, niektóre domy były uszkodzone, niektóre częściowo wypalone, ale były i domy zupełnie nienaruszone, nawet gdzie niegdzie w oknach były szyby.
         Później te domy wyburzono. Niemcy po kapitulacji niszczyli, albo później nasi pod Pałac Kultury. Był taki architekt Sigalin, który kazał niszczyć domy, które można jeszcze było odbudować. Np. pałac Kronenberga, tam gdzie jest teraz hotel Victoria na placu Małachowskiego. Francuzi chcieli go odbudować na swoją ambasadę, a Sigalin powiedział, nie bo to przypomina czasy burżuazyjne, nie pozwolił na to.
         Jak żeśmy tamtędy maszerowali, ludzie wychodzili z domów, bili nam oklaski, podawali jakieś paczuszki z jedzeniem, butelki z napojami - tak nas wtedy żegnano. Właśnie tam, przechodząc ulicą Złotą, spotkałem znajomego mojej mamy, pana Wacława Lachmana, który był przed wojną - a i po wojnie - znanym dyrygentem chórów męskich. Mieszkał na ulicy Sosnowej. Dał mi paczuszkę z jakimś jedzeniem na drogę.
         Na początku, na czele tej kolumny idących do niewoli powstańców szła wojskowa orkiestra. Była to chyba orkiestra złożona z muzyków z Konserwatorium Muzycznego. Było ich tam kilkunastu, może nawet około dwudziestu. Grali, pamiętam, marsza żałobnego Szopena. Pamiętam ich aż do momentu składania przez nas broni.
         Myśmy szli prawie na czele całej tej kolumny, na samym jej początku - zaraz za orkiestrą, bo nasze dawne Zgrupowanie "Krybar" stanowiło wtedy pierwszy batalion 36. pułku Legii Akademickiej AK. Pod koniec września przeorganizowano siły powstańcze w Warszawie. Utworzono korpus warszawski Armii Krajowej, podzielony na trzy dywizje - mokotowską, żoliborską i śródmiejską. Ta dywizja, którą utworzono w Śródmieściu, dywizja imienia Okrzei, składała się zdaje się z trzech pułków. Jednym z nich był właśnie nasz 36. pułk Legii Akademickiej. Jego dowództwo objął major "Róg", a pierwszym batalionem dowodził kapitan "Krybar".

         Z majorem "Rogiem" miałem pewną przeprawę w czasie Powstania. Gdzieś w połowie września przyszedł na inspekcję stanowisk na linii w rejonie szkoły Górskiego. Zapytał mnie:
         "Ile masz amunicji?"
         A akurat wtedy prosiłem chłopaka, którego zmieniałem, żeby mi zostawił amunicję, bo mam tylko 10 naboi do karabinu. On powiedział:
         "Nie, to są moje, przyślemy ci."
         Ale oczywiście nic nie przyszło. I akurat przyszedł "Róg". Ja mogłem powiedzieć, że mam 20 albo 50, ale co będzie, jeśli każe mi pokazać. Więc powiedziałem mu prawdę, że mam 10 sztuk.
         "A no to mało, muszę ci przysłać".
         I poszedł. Potem mnie opieprzył mój dowódca:
         "Jak tyś mógł tak meldować mjr "Rogowi", że masz tylko 10 naboi, jak to wygląda?"
         "No a co by było, gdyby mi kazał pokazać?"
         "Na pewno by nie kazał".

         Szliśmy do niewoliwarszawskimi ulicami, nasza kompania jako pierwsza zaraz za orkiestrą. Ja szedłem w jednym z pierwszych szeregów. Na rogu Żelaznej albo Towarowej i Alej Jerozolimskich spotkaliśmy pierwszych Niemców. Jakiś niemiecki oficer zwrócił się do nas z takim ironicznym stwierdzeniem:
         "Ihr habt kein lust mehr zum kämpfen" - "nie macie już więcej ochoty walczyć".
         Doszliśmy do placu Narutowicza. I tam na dziedzińcu Domu Akademickiego było składanie broni. Tak jak inni położyłem swój pistolet, zasalutowałem, i już później pod strażą prowadzono nas aż do Ożarowa, gdzie umieszczono nas w Fabryce Kabli.
         Po wyjściu z Warszawy powstańców i ludności cywilnej pozostały tylko groby. Zostało też kilkudziesięciu ludzi, tzw. Robinsonów Warszawskich, którzy przetrwali w ruinach aż do tak zwanego "wyzwolenia" przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 r.
         Do Ożarowa przyszliśmy dopiero późną nocą, do przejścia było kilkanaście kilometrów. W hali fabrycznej ktoś krzyknął, że można się umyć, bo jest woda. Były tam jakieś kadzie, ludzie zaczęli się tam pchać. Ja się też próbowałem tam dostać, ale całe szczęście się nie dopchałem. Rano, jak się zrobiło jasno, okazało się, że to była anilinowa farba, buraczkowego koloru. Ci biedni chłopcy, którzy skorzystali z tej "wody", cali się pomalowali, pozalewali ubrania. Jeszcze w obozie przez kilka tygodni, a nawet miesięcy, chodzili czerwono-fiołkowi. Ta farba nie schodziła. Było tak, póki nie dostali nowych mundurów, jakie nam przysłano do obozu.
         Tam byliśmy chyba dwie doby. Mimo, że teren był otoczony drutami, można było mieć kontakt z ludnością przez druty. Pamiętam, że miałem banknot 500 zł, tzw. górala i za to kupiłem jakiś baleron czy salceson, bochenek chleba. Były to okupacyjne "młynarki", jakie miałem przy sobie w czasie Powstania. Dzięki temu nie byliśmy głodni, jadąc do obozu, mieliśmy jeszcze trochę jedzenia.
         Pod koniec Powstania dostaliśmy żołd, chyba to było też po pięćset złotych oraz po dziesięć dolarów. Tych dolarów nie dostaliśmy do ręki, bo był jeden banknot studolarowy na dziesięciu. Wziął go nasz dowódca kapitan "Kazik", który jakoś się z nami rozliczył po wojnie.

         Potem wywieźli nas towarowymi wagonami, chyba po 60 czy 80 ludzi w wagonie. Nie było specjalnego tłoku, można było nawet usiąść. Jechaliśmy na zachód przez Poznań. Początkowo, jak ten pociąg zjechał na linię przez Sochaczew, to powiedzieli, że to dobrze, że nie przez Skierniewice, bo nie do Oświęcimia. Dojechaliśmy rano do Strzałkowa na linii jeszcze przed Wrześnią.
         Kazali nam wysiąść. Były tam kadzie z białą cieczą i kazali w tym zamoczyć ubrania i bieliznę, miało to być niby odwszenie. Ale czy to coś pomogło, nie wiem. Wtedy można też było się załatwić przy torach. Ale już wcześniej wycięliśmy w podłodze wagonu otwór, co umożliwiło załatwienie się. Ta operacja przy torach była o tyle skomplikowana, bo w sąsiednim wagonie jechały dziewczyny. W tej sytuacji wszyscy kucali obok siebie.
         Jechaliśmy przez Poznań i wieczorem dojechaliśmy do Zbąszynia. To była druga noc. Staliśmy kilka godzin w Zbąszyniu. Ponieważ to była przedwojenna granica, po dojechaniu tam zaśpiewaliśmy "Rotę". Niemcy bardzo się złościli, krzyczeli żeby być cicho:
         "Schweigen" - "milczeć".
         Potem przez Berlin dojechaliśmy, już nie pamiętam, czy tego samego dnia, czy następnego - do Fallingbostel. Fallingbostel to był duży obóz jeniecki, Stalag, mniej więcej w połowie drogi między Hanowerem i Hamburgiem. Tam już na nas czekała Abwehra. Zrobiono nam wszystkim rewizję, sfotografowano każdego, pobrali odciski palców i zamknęli w barakach oddzielonych podwójnym rzędem drutu kolczastego od reszty obozu. Odebrano nam wszystkie dokumenty. Otrzymaliśmy tylko blaszki z numerem jeńca i z nazwą obozu, jako jedyny znak tożsamości danej osoby. Odebrane mi wtedy moje osobiste dokumenty, wraz z legitymacją AK jakimś dziwnym trafem niedawno się odnalazły w Krakowie, w Muzeum Armii Krajowej.
         Właściwie cały czas byliśmy odizolowani, nie wiem dlaczego. Początkowo były z nami i dziewczęta - nasze koleżanki z Powstania, ale po kilku dniach wywieziono je do innego obozu. Po wojnie dowiedziałem się, że przewieziono je do Oberlangen. Potem młodocianych powstańców, do 16 roku życia, również zabrano do innego obozu.

         W Fallingbostel byli Amerykanie i Anglicy i bardzo dużo Francuzów. Byli też jeńcy - Polacy z 1939 r., zwani przez nas "wrześniowcami". Ponieważ byliśmy chronicznie głodni, "wrześniowcy: próbowali poratować nas, odstępując nam część swoich zapasów żywności, ale było ich niewielu w porównaniu do znacznie liczniejszych nas, akowców.
         Czasami udawało nam się nawiązać kontakt z jeńcami innych narodowości. Któregoś dnia próbowałem rozmawiać przez druty z Anglikiem, mimo że angielski znałem wtedy jeszcze dość słabo. Staliśmy po obydwóch stronach podwójnego rzędu drutów kolczastych. Były one oddalone od siebie o jakieś trzy metry, a przejściem między nimi przechadzał się niemiecki wartownik.
         Anglik chciał mi zrobić prezent i próbował przerzucić mi dwa papierosy, które zawinął w kawałek gazety. Niestety, rzucił za słabo i zawiniątko spadło między druty. Zauważył to wartownik, podszedł, podniósł papierosy. Schował je do kieszeni i zasalutował Anglikowi mówiąc z ironicznym uśmiechem:
         "Danke schön! - "Pięknie dziękuję".
         Na to Anglik ze złością odpowiedział:
         "You f...n German - "Ty p...y Niemcu"
         Zapytałem go wtedy:
         "I know what is
German, but I don't know what is the first word, what is f...n"
- "Wiem, co znaczy German, ale nie wiem, co znaczy to pierwsze słowo".
         Anglik wytłumaczył mi to obrazowo, robiąc znaczący ruch ręką.

         W Fallingbostel przebywałem prawie do końca grudnia. Potem kilkudziesięciu, a może kilkuset z nas przed Bożym Narodzeniem zabrano na tzw. komenderówkę. To była filia obozu Fallingbostel, ale poza obozem. Nas wywieźli do Hanoweru i tam skierowano nas do pracy. Umieszczono nas w samym Hanowerze w hali fabrycznej. jakiejś starej, nieczynnej już tkalni noszącej nazwę: "Linden-Weberei", gdzie spaliśmy. Codziennie rano ciężarówki zabierały nas do pracy do Missburga. To było przedmieście Hanoweru, gdzie mieściła się rafineria ropy naftowej i podobno wytwórnia sztucznej benzyny.
         Te fabryki były już zupełnie zbombardowane, tak że myśmy pracowali tylko przy odgruzowaniu. Spędziłem tam Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. To było dosyć nieprzyjemne, nawet bardzo, bo w dzień przylatywali Amerykanie. Amerykańskie samoloty bombardowały zakłady przemysłowe na przedmieściach Hanoweru, w tym "naszą" rafinerię. A wieczorem około godz. 20.00 były angielskie naloty dywanowe na śródmieście Hanoweru, tam gdzie spaliśmy. Tak, że można było oberwać i tu i tu od swoich.
         W tej sytuacji zdecydowałem z jednym z kolegów z Powiśla, Romanem Stanowskim "Zychem", że nie będziemy tu siedzieć. Wojna może się niedługo skończyć i będziemy próbowali dotrzeć do rodzin w Generalnej Guberni. Sama ucieczka i przygotowania do niej były dość łatwe. Trzeba się było zaopatrzyć w trochę marek. To nie było trudne, bo już wtedy dostaliśmy pierwsze paczki za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. W tych paczkach była między innymi kawa w proszku, wtedy pierwszy raz taką kawę rozpuszczalną zobaczyłem. Ta kawa była przedmiotem wymiany z Niemcami.
         Na terenie Missburga pracowali więźniowie z obozów koncentracyjnych, ale spotykaliśmy się też z cywilnymi Niemcami, z którymi prowadziliśmy swego rodzaju handel wymienny. Za kawę można było dostać chleb lub marki.
         W ramach przygotowań, na dzień przed ucieczką, zrobiłem sobie z koca coś w rodzaju owijaczy na nogi. W niewoli miałem tylko cienkie, płócienne drelichowe spodnie, te same, w których poszedłem do Powstania. A to była już surowa zima, początek stycznia, jeszcze przed wielką ofensywą sowiecką, która zaczęła się gdzieś w połowie stycznia. Z niemieckiego wojskowego koca, jaki dostałem po przyjściu do obozu, wyciąłem sobie paski i z nich zrobiłem owijacze na nogi.
         Uciekliśmy we dwóch z Romkiem Stanowskim, moim kolegą z Powiśla. Ale po dwóch dniach mnie złapano, jego później, bo on jeszcze dalej dojechał.

         Uciekliśmy rano. To był styczeń i było jeszcze zupełnie ciemno, kiedy do bramy tkalni, gdzieśmy spali, podjeżdżała ciężarówka, W bramie wszyscy wsiadali na tę ciężarówkę. Myśmy się we dwóch jakoś przecisnęli pomiędzy ścianą a bokiem ciężarówki i wyszliśmy po prostu na ulicę. Poszliśmy do dworca. Drogę dobrze znaliśmy, bo codziennie nas wożono koło głównego dworca kolejowego.
         Okazało się, że pociąg w kierunku wschodnim będzie dopiero po południu, więc żeby się nie włóczyć po ulicach … poszliśmy do kina. Byłem wtedy po raz pierwszy w czasie wojny w kinie. Pokazywano jakiś propagandowy film niemiecki,. Była to dość ciekawa kronika. Były w niej zdjęcia z walk w Ardenach, bo to było krótko po załamaniu się ostatniej grudniowej ofensywy niemieckiej na terenie Belgii. Były także zdjęcia z walk w Prusach Wschodnich i z Kurlandii i jakaś mowa Goebbelsa. Później wieczorem odjechaliśmy z Hanoweru. Kilkakrotnie trzeba się było przesiadać, jechaliśmy dość długo.
         Wreszcie dojechaliśmy do Magdeburga. Tam mój kolega "Zych" miał jakichś znajomych Niemców mieszkających w Magdeburgu. Miał ich adres i jakoś do nich trafiliśmy. Byli bardzo wystraszeni i chcieli się jak najprędzej nas pozbyć. Dali nam kilka kartofli do zjedzenia, po kawałku chleba, a także, co było dość ważne, kapelusze. Nie mieliśmy nic na głowę, poza moją powstańczą furażerką. Musiałem więc chodzić z gołą głową, mimo że był dość silny mróz.
         Poszliśmy znowu na dworzec w Magdeburgu, skąd mieliśmy odjechać dalej. Owi niemieccy znajomi "Zycha" dali nam jeszcze trochę marek tak, że mogliśmy kupić sobie bilety zdaje się, że do Brandenburga. Czekając na pociąg, zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie w poczekalni. Ulokowaliśmy się przy samych drzwiach na peron, tak żeby w razie jakiejś kontroli można było się wymknąć.
         Ale niestety właśnie tymi drzwiami od peronu weszli jacyś tajniacy, dwóch cywilów, i jako do pierwszej osoby podeszli do mnie i zażądali dokumentów. Do mnie pierwszego podeszło dwóch facetów w cywilu:
         "Dokumenty".
         Nie miałem, oczywiście, nic poza blaszką z numerem jenieckim, którą pokazałem.
         - A co ty tu robisz?
         - Ano jestem z obozu"
         - A gdzie twój wachman?
         - Ano był tu gdzieś.
         - No to chodźmy go szukać, gdzie on się podział?
         Łaziliśmy chyba z dwadzieścia minut po peronach. Wreszcie jeden z Niemców powiedział:
         - "Mensch, das stimmt alles nicht" - "nic się tu nie zgadza".
         I tajniacy zaprowadzili mnie do komisariatu policji dworcowej i stamtąd rano odstawiono mnie do więzienia w Magdeburgu. Miałem szczęcie. Były bowiem wypadki, gdy jeńca wojennego, który uciekał, złapano poza obozem, policja przekazywała SS i kierowano go do obozu koncentracyjnego, gdzie szanse przeżycia były właściwie minimalne.
         W moim wypadku, nie wiem dlaczego, tego nie zrobiono. W tym więzieniu znowu pobrali mi odciski palców i sfotografowali. Posłali to do Fallingbostel, żeby sprawdzić, czy zgadzają się moje dane. Mimo że to już był prawie koniec wojny, styczeń czy może nawet początek lutego 1945 roku, to jeszcze na tyle wszystko funkcjonowało w Niemczech, że po 3 tygodniach przyszła odpowiedź. Wynikało z niej, że jestem tym za kogo się podaję.
         Wtedy przekazali mnie z powrotem władzom wojskowym. Jako jeniec wojenny podlegałem jurysdykcji władz wojskowych. Do więzienia przyszedł żandarm niemiecki z blachą Feldgendarmerie i przez most na Łabie przeprowadził mnie do koszar. Kiedyśmy tam doszli, powiedział tylko:
         "Hier war auch dein Pilski" - "Tu był też i twój Piłsudski"
         Byłem w swoim cywilnym ubraniu, bo nie mieliśmy jeszcze wtedy żadnych sortów mundurowych. Wobec tego pierwszą zaraz rzeczą, jaką zrobiono, wymalowano mi na palcie, na swetrze, nawet na koszuli, białą olejną farbą, ogromne litery KG (jako skrót od słowa Kriegsgefange, to znaczy jeniec wojenny).
         Zamknęli mnie w jakiejś wyziębionej celi, gdzie stało kilka prycz, a także żelazny piecyk, tak zwana "koza". Żołnierz, który mnie tam przyprowadził, powiedział:
         "Jeżeli cokolwiek tu spalisz, to zostaniesz rozstrzelany".
         Oczywiście, nie miałem co spalić, najwyżej deskę z owych prycz, zresztą i tak nie miałem zapałek. Chodziłem więc po celi, żeby się trochę rozgrzać, a były wówczas dość silne mrozy.
         Jednak po paru godzinach ten sam żołnierz przyszedł z naręczem drew, rozpalił ogień w piecyku, usiadł koło mnie i zaczął opowiadać o sobie. Pochodził z Kolonii, dom jego został zbombardowany, cała rodzina była w jakimś obozie dla uciekinierów pod Poznaniem. Wyciągnął fotografię żony i dzieci, zaczął o nich opowiadać, niemal się przy tym rozpłakał. Spędził ze mną prawie cały wieczór na tej rozmowie.
         W tych koszarach byłem przez 2 doby i później zawieźli mnie też z wachmanem, do innego obozu.. Najpierw jechaliśmy koleją szerokotorową, potem wąskotorową To był obóz Altengrabow XI A, Fallingbostel był XI B.

         Przekazano mnie znowu władzom wojskowym, bo jako jeniec wojenny podlegałem jurysdykcji wojska (Wehrmachtu). Tam było coś w rodzaju sądu polowego. Było trzech Feldfebli - sierżantów. Zorientowałem się, że jeden z nich był czymś w rodzaju obrońcy, jeden oskarżycielem, a trzeci chyba przewodniczącym owego gremium. Ów przewodniczący zresztą cały czas drzemał. Najpierw było przepytywanie, gdzie ja byłem, czy mi ktoś pomagał. Później obrońca powiedział, że jeniec wojenny ma prawo uciekać, zgodnie z konwencją genewską, i nie powinien być za ucieczkę karany, poza karą dyscyplinarną za nie stawienie się na apelu wieczornym.
         Za to "oskarżyciel" powiedział, że przewinieniem jest nie tylko niestawienie się na apelu, ale też odmowa pracy fizycznej, a co najważniejsze - kradzież koca i jego zniszczenie. Jak się okazało, na owijaczach wyciętych przeze mnie z koca, był stempel z hitlerowską orłem ze swastyką. Jak to wykryto, oskarżyciel powiedział, że to jest niszczenie mienia Rzeszy Niemieckiej "Vernichtung des Eigentums des Grossdeutschen Reiches" - "zniszczenie mienia Wielkoniemieckiej Rzeszy". Wobec tego przewodniczący ogłosił wyrok: dwa dni aresztu za niestawienie się do pracy i dwa tygodnie dodatkowo aresztu za zniszczenie wojskowego niemieckiego koca. Cała ta procedura trwała najwyżej dziesięć minut, poczym zamknięto mnie w obozowym areszcie.
         Areszt był urządzony w stajniach kawalerii pruskiej chyba z końca XIX w. Stajnię podzielono murowanymi ściankami na cele, ale tylko do wysokości jakichś 2,5 m., wyżej do stropu było zadrutowane, ale można było wejść na pryczę i zobaczyć tego, kto siedział naprzeciwko. Było to w lutym 1945 r.
         W areszcie był taki system, że zupę dostawało się co 3 dzień, a w pozostałe dnie lurę "kawę" i kawałek chleba. Ale ponieważ na komenderówce w Hanowerze dostaliśmy pierwsze paczki Czerwonego Krzyża, miałem ze sobą kawę rozpuszczalną w proszku i jakieś inne rzeczy. Dałem w areszcie niemieckiemu wachmanowi kawę. On w zamian przyniósł mi bochenek chleba i codziennie dawał mi zupę. W ten sposób jakoś przeżyłem dwa tygodnie aresztu w zimnej, nie opalanej celi.
         Z aresztu nie trafiłem wprost do polskich baraków, ale najpierw do karnej kompanii. Tam byłem jako jedyny Polak jeszcze przez 2 tygodnie. Głównie byli tam Francuzi i Belgowie. Nauczyłem się wtedy trochę nowych słów i zwrotów francuskich, ale kiedy pierwszy raz znalazłem się we Francji miałem pod tym względem kłopoty, szczególnie w obecności pań. Język, który poznałem, był bowiem językiem "obozowym" pełnym wyrażeń niecenzuralnych. Moi francuscy przyjaciele określili go jako la langue de corps-de-garde (język koszarowy).
         W kompanii były trzy razy dziennie apele. Zabierali nas do kuchni obozowej na obieranie kartofli, ale ja byłem tam tylko raz. To się opłacało, bo można było w kieszeniach przynieść kartofle czy marchew. W kompanii było też sporo Włochów. Niemcy przywieźli sporo aresztowanych Włochów, którzy nie mieli statusu jeńców wojennych, tylko osób internowanych. Po kapitulacji Włoch rozbroili ich i zabrali z frontu wschodniego. Byli najpierw w obozie w Białej Podlaskiej, potem w Częstochowie a potem przywieziono ich do Altengrabowa. To byli włoscy oficerowie. Z niektórymi nawiązałem bliższe kontakty. Ci Włosi byli bardzo sympatyczni. Byli w gorszej sytuacji niż my, bo nie dostawali paczek Czerwonego Krzyża. Paczek nie dostawali też jeńcy sowieccy, bo Związek Radziecki nie podpisał konwencji genewskiej. Jeńcy sowieccy byli stale głodni.
         Mojego kolegę też złapali, tylko w kilka dni później. Zdaje się, że zdołał dojechać do Berlina. Stamtąd przewieźli go z powrotem do Fallingbostel i tam był już do końca wojny.

         Z Altengrabow nie brali mnie już na żadną komenderówkę, bo byłem podejrzany, że będę próbował następnej ucieczki. Na moich dokumentach wielkimi literami napisano :FD, to podobno oznaczało Fluchtverdächtig, czyli "podejrzany o ucieczkę".
         3 maja obóz został wyzwolony. Poszliśmy na mszę z okazji święta 3 maja, trzy oddziały polskie. Najliczniejszy był batalion powstańczy. Mieliśmy już wtedy mundury, dostaliśmy sorty mundurowe - battledressy brytyjskie i amerykańskie trencze Te mundury amerykańskie były ponoć jeszcze z okresu pierwszej wojny. Prócz akowców byli Polacy, którzy przebywali w niewoli od września 1939 r., była też grupa Polaków, którzy dostali się do niewoli już w czasie wojny, między innymi spadochroniarze spod Arnheim.
         Mszę odprawiał na boisku ksiądz kapelan Francuz. Gdy wróciliśmy do naszych baraków, przed komendanturą nie było już Niemców, tylko amerykańskie jeepy i pojazdy opancerzone. Wachmanów wyprowadzili z komendantury Amerykanie pod bronią, wsadzili na ciężarówkę i gdzieś ich zabrali.
         Później przez cały dzień przyjeżdżały z Magdeburga amerykańskie ciężarówki i zabierały jeńców. Powiedziano, że pierwszeństwo mają Amerykanie, Brytyjczycy, Kanadyjczycy. Ale właściwie każdy, kto wsiadł na ciężarówkę, był zabierany. Zostawili nam broń po Niemcach i ostrzegli, że przechodzą tędy jakieś oddziały SS i mogą nas zaatakować. SS-mani uciekali ze wschodu na zachód. Bali się, że dostaną się do niewoli sowieckiej.
         Na drugi dzień zabrano nas do Magdeburga. Tam zakwaterowano nas w jakimś szkolnym budynku. Zabrano nam ciuchy, w które byliśmy ubrani i kazano spalić bo były zawszone. Dali nam nowe mundury. Dano nam paczki żywnościowe. Była również stołówka z amerykańskim jedzeniem wojskowym.



Janusz Paszyński po wyzwoleniu z obozu; maj 1945 r.

         Ja długo tam nie byłem, bo Amerykanie na podstawie jakiś zawartych dużo wcześniej układów mieli przekazać teren Rosjanom. Kto chciał, mógł zostać, kto chciał, mógł wyjechać z Amerykanami. Przyjechał tam zresztą oficer z II Korpusu, który powiedział, że kto chce może jechać do Włoch do Porto San Giorgio, gdzie kwaterował II Korpus gen. Andersa.
         Ja zdecydowałem, że wrócę jak najprędzej do kraju. Można było zostać na Zachodzie, pojechać do Włoch, do drugiego korpusu. Na moją decyzję wpłynęły względy rodzinne. Rodzice byli sami. Brat przypuszczałem, że był w obozie koncentracyjnym w Gross Rosen koło Wrocławia. Podejrzewałem, że mógł w tym obozie zginąć, co zresztą jak się później okazało, miało miejsce. Nie chciałem rodziców zostawiać samych. Mój ojciec urodzony był w 1882 r. a więc miał już sześćdziesiąt kilka lat.



Janusz Paszyński

opracowanie:Maciej Janaszek-Seydlitz



      Janusz Paszyński
ur. 07.11.1924 we Włocławku
kprl pchor., żołnierz Armii Krajowej
ps. "Machnicki"
2 kompania, III Zgrupowanie "Konrad"
Grupa Bojowa "Krybar"





Copyright © 2012 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.