Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia sanitariuszki batalionu AK "Miotła" Haliny Jędrzejewskiej ps. "Sławka"






Halina Jędrzejewska-Dudzik,
ur. 19.10.1926 w Warszawie
kpr podchor., sanitariuszka AK
ps. "Sławka"
kompania "Jerzyki"
batalion "Miotła"
zgrupowanie AK "Radosław"
nr jen. 224292



Dzieciństwo

         Urodziłam się 19 października 1926 r w Warszawie. Moi rodzice: Mateusz Dudzik i Maria z domu Strzałka pierwotnie mieszkali w Milanówku, gdzie urodziła się moja siostra Wanda, starsza ode mnie o 6 lat, natomiast już w Warszawie urodziła się Danuta, starsza ode mnie o półtora roku. Ojciec pracował jako urzędnik w Ministerstwie Komunikacji, mama zajmowała się domem i wychowaniem dzieci.





rodzice Mateusz i Maria Dudzikowie


         W połowie lat 20-tych na Ochocie, w ramach spółdzielni, rozpoczęto budowę nowego osiedla w pobliżu placu Narutowicza. Moi rodzice byli członkami założycielami tej spółdzielni. Domy były budowane przy ul. Wawelskiej. Miały ciekawe rozwiązanie architektoniczne tworząc zamknięte pierścienie z wewnętrznymi podwórkami. Moi rodzice zamieszkali w budynku przy ul. Uniwersyteckiej 1, który kilkanaście lat później, w czasie Powstania 1944 r., stał się częścią powstańczej Reduty Wawelskiej. W tym domu urodziłam się ja i spędziłam w nim dzieciństwo i młodość aż do 1944 r. Później, po latach przerwy, udało mi się tu wrócić w końcu lat 70-tych.

         Dzieciństwo miałam szczęśliwe. Chodziłam do szkoły w pobliżu, bawiłam się z koleżankami w ogródku jordanowskim na ul. Wawelskiej. Po ukończeniu szkoły podstawowej poszłam do żeńskiego gimnazjum im. Juliusza Słowackiego przy ul. Wawelskiej.
         I kontynuowałam tam naukę w liceum, którego pierwszą klasę ukończyłam w 1939 r. Była to dobra szkoła, z tradycjami. Uczono nas w niej patriotyzmu. Pamiętam obchody z okazji święta 3 maja oraz niezwykłe uroczystości związane z rocznicą śmierci marszałka Piłsudskiego.
         Do tej samej szkoły chodziły również moje starsze siostry, była to pewna tradycja rodzinna. Najstarsza siostra Wanda, po ukończeniu liceum im. Słowackiego, podjęła studia na Uniwersytecie Warszawskim. W 1939 r. ukończyła już pierwszy rok archeologii i historii sztuki.

         Wakacje zawsze spędzałyśmy poza Warszawą. Z najmłodszych lat pamiętam jakieś podwarszawskie miejscowości, może to było w okolicach Świdra. W każdym razie była jakaś rzeczka, był piasek. Gdy byłam starsza, nasza rodzina wyjeżdżała na wakacje w bardziej odległe miejsca. Tata wyjeżdżał wcześniej i wynajmował mieszkanie. Ojciec po urlopie wracał do Warszawy i później nas jeszcze czasami odwiedzał. A my przez całe lato mieszkałyśmy na letnisku we cztery.



na wakacjach w Żegiestowie (autorka na ramionach ojca)

         Pamiętam dwa wakacyjne pobyty na Wileńszczyźnie. Raz mieszkaliśmy u jakiegoś sołtysa, który miał bardzo duży ogród. Za parkanem, w którym zresztą były dziury, tuż obok był las. Wychodziłyśmy z Danusią przez dziurę w płocie, chociaż mama prosiła, żeby tego nie robić. Chodziłyśmy po lesie, zbierałyśmy poziomki.
         Ja miałam taki nawyk, który mam do dzisiaj, że bardzo wcześnie wstawałam, budziłam się wcześnie. Było to pewnie uwarunkowane genetycznie, bo moja mama miała tak samo. Do dzisiaj pamiętam, jak o świcie wychodziłam przez okno wynajętego mieszkania, a mama już czekała na mnie z miseczką poziomek. Mam to po prostu w pamięci.

         Innym razem, też na Wileńszczyźnie, mieszkaliśmy w domu nad jeziorem, na pagórku. Z tyłu był las. Ścieżką schodziło się do jeziora, gdzie zawsze była łódź. Nam oczywiście nie było wolno samym z niej korzystać, ale Wanda od rana pływała po jeziorze. Myśmy z Danusią chodziły na spacerki do lasu. Towarzyszył nam pies, a nawet przez jakiś czas i pies i kot. Były to oczywiście zwierzęta gospodarza. One zwykle nam towarzyszyły do takiego miejsca w lesie, gdzie biegł strumyczek. Było to blisko domu. Dochodziłyśmy do tego strumyczka, z nami pies i kot. Potem kot wracał do domu, ale pies czekał na nas.
         Rodzice wiedzieli dokładnie, gdzie jesteśmy. Poza tym myśmy dobrze znały ten lasek. Bawiłyśmy się tam z Danką, urządzałyśmy przyjęcia. Pamiętam jak na dużych liściach były przygotowane poziomki i jagody dla całej rodziny. Siedziało się na mchu. Bardzo dobrze wspominam te wakacje. Mimo, że tam kiedyś zachorowałam i rodzice mieli straszny kłopot. Musieli sprowadzić lekarza. Dostałam szkarlatyny. Nie jest to wprawdzie ciężka choroba, ale w takiej sytuacji dość kłopotliwa, nadto tata szalał z niepokoju.
         Obie z Danusią bawiłyśmy się z miejscowymi dziećmi. Próbowałyśmy też pomagać miejscowym gospodarzom przy żniwach. Oni kosili zboże, układali snopki. A myśmy biegały w pobliżu i też usiłowały coś zrobić. Miejscowi gospodarze nie bardzo nam na to pozwalali. My próbowałyśmy uczestniczyć w ich życiu. Z Wandą w tym czasie nie miałyśmy zbyt dużego kontaktu. Ona była od nas o wiele starsza, co innego ją interesowało.
         Mama jeździła co tydzień z naszym gospodarzem na targ. Myśmy czekały z bijącym sercem, kiedy wróci. Wypatrywałyśmy z Danusią, kiedy się pojawi, bo zawsze nam coś fajnego przywoziła. Jakieś piszczałki, jakieś kurczaczki. A poza tym przywoziła świeże jedzenie, takie prawdziwe, z targu. Starczało go na kilka dni.

         W szkole im. Juliusza Słowackiego działały trzy dobrze zorganizowane drużyny harcerskie - Trójki: Czerwona, Czarna i Złota. Ja zapisałam się do "Czerwonej Trójki", Danka była w "Złotej".



harcerki z "Czerwonej Trójki"; pierwsza z prawej Halina Dudzik

         Latem 1939 roku wyjechałyśmy na obóz w Górach Świętokrzyskich. Miałam wtedy 12 lat. Moją zastępową była Irka Smoleńska, a drużynową Dzidka Gawińska, obie świetne dziewczyny.
         Obóz wspominam cudownie, jak bajkę. Oprócz naszej drużyny w sąsiedztwie było jeszcze kilka innych obozów. Pierwszy raz spędzałam wakacje w takich warunkach. Przyznam się, że w pierwszej chwili byłam trochę przerażona. Musiałyśmy same przygotować obóz, rozłożyć namioty. Chyba pomagali nam chłopcy, bo w odległości kilku kilometrów był obóz harcerski męski.
         Same przygotowywałyśmy posiłki. Pamiętam jak pewnego razu razem z koleżankami miałyśmy ugotować makaron. Miałyśmy ze sobą duży garnek, trzeba było przygotować ognisko. Robiłam to pierwszy raz w życiu. Bardzo się starałam. Nalałam wody do garnka, wrzuciłam makaron i zaczęłam gotowanie. Starannie mieszałam zawartość dużą łyżką. Po pewnym czasie zajrzałam do garnka i ze zdumieniem stwierdziłam, że makaron gdzieś znikł. Chyba ktoś go zjadł. Przyczyna była prozaiczna. Wrzuciłam makaron do zimnej wody i potem wszystko się rozgotowało. Dałam straszną plamę.
         W trakcie obozu brałyśmy udział w różnych grach, podchodach. Zdobywałyśmy sprawności. Przy wieczornym ognisku były wspaniałe gawędy. Nasza drużynowa zapraszała gości. Przychodziły inne drużyny z sąsiedztwa. Były dyskusje, śpiewy. Chłopcy z obozów męskich grali na jakiś instrumentach, chyba na harmonii.



na obozie harcerskim

         Z obozu wróciłyśmy 30 lipca 1939 r. Mama załamała ręce jak nas zobaczyła. Byłyśmy chude jak patyki, bardzo opalone. Pewnie trochę niedomyte, chociaż oczywiście myłyśmy się, nie było tak źle. Nie była to jednak kąpiel w wannie.
         A miesiąc później wybuchła wojna.



Halina Jędrzejewska-Dudzik

opracowanie:Maciej Janaszek-Seydlitz



      Halina Jędrzejewska-Dudzik
ur. 19.10.1926 w Warszawie
kpr podchor., sanitariuszka AK
ps. "Sławka"
kompania "Jerzyki"
batalion "Miotła"
zgrupowanie AK "Radosław"
nr jen. 224292





Copyright © 2013 Maciej Janaszek-Seydlitz. Wszelkie prawa zastrzeżone.