Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia harcerza Szarych Szeregów






Tadeusz Jarosz,
ur. 24.06.1929 we Lwowie
harcerz Szarych Szeregów
ps. "Topacz"
łącznik-drużynowy drużyny listonoszy
Harcerskiej Poczty Polowej



Wojna

         Wybuch wojny
         Wczesnym rankiem 1-go września kiedy jeszcze smacznie spaliśmy przed wstaniem i przygotowaniami do pierwszego dnia nowego roku szkolnego, obudziły nas nagle ryki silników samolotowych i coś jakby głośne klekotanie oraz pojedyncze silne huki. Dosłownie wyskoczyliśmy z łóżek. Ojciec, który w pierwszej chwili słysząc tylko ryk tych silników zawołał do nas "to ćwiczenia", wybiegł na balkon i gdy zobaczył nurkujące w kierunku mostu samoloty, a potem usłyszawszy odgłosy bomb zawołał "to wojna, szybko do piwnicy", a także włączył radio.
         Zanim zdążyliśmy się jako tako ubrać, pierwszy impet nalotu minął, a z głośnika radia usłyszeliśmy komunikat. Rozpoczynał się mniej więcej tak: "Dziś nad ranem około godziny 5:30 wojska niemieckie łamiąc pakt o nieagresji w wielu miejscach przekroczyły granice Polski. Jednocześnie z powietrza zaatakowana została Warszawa i inne miasta..." A więc wojna wybuchła, nie idziemy dziś do szkoły, wszystko będzie inaczej. Jak? Z tego sobie sprawy nie zdawaliśmy i to nie tylko my, dzieci i młodzież, ale chyba także i duża część starszych. Panowała jeszcze atmosfera, że "nasz drogi, dzielny wódz", że "nie oddamy ani guzika..." i tak dalej. Z głośników radiowych wciąż płynęły komunikaty "Uwaga, uwaga nadchodzi Ko-ma 42...", albo "Uwaga, uwaga, ogłaszam alarm dla miasta Warszawy...", albo "Uwaga, uwaga, przeszedł..." i inne tym podobne.
         Wrzesień 1939 roku był piękny, słoneczny i upalny, a z tego błękitnego pięknego nieba zamiast deszczu spadał na ziemię grad bomb. Początkowo można było jeszcze obserwować walki myśliwców polskich z niemieckimi bombowcami, ale po kilku dniach niebo zostało już całkowicie opanowane przez niemieckie lotnictwo.
         Coraz rzadziej też odzywała się polska artyleria przeciwlotnicza, bądź to w wyniku zniszczeń, bądź z braku amunicji. Władze państwa opuszczały Warszawę, życie stawało się coraz trudniejsze, coraz więcej było zniszczeń od spadających bomb. Jednocześnie nadchodziło coraz więcej wiadomości o postępach wojsk niemieckich i cofaniu się naszych wojsk. W tamtych czasach niewiele jeszcze z tego rozumiałem, toteż nie chcę i nie mogę wdawać się w dywagacje dlaczego i kto winien, czy byłoby lepiej gdyby to lub tamto. Mogę tylko po prostu wspominać.
         Pamiętam entuzjazm, jaki zapanował na wieść, że Anglia i Francja, związane z Polską paktami międzynarodowymi wypowiedziały wojnę Niemcom, że już nie jesteśmy sami. Pamiętam też przekazywane z ust do ust pogłoski, że nasze wojska wkroczyły do Prus Wschodnich i jednocześnie wieści, że zajęte przez Niemców zostało w znacznej części Pomorze, ale Westerplatte wciąż się broni.
         5-go, lub 6-go września pułkownik Umiastowski ogłosił apel, aby wszyscy mężczyźni w wieku lat 15 do 50 opuścili Warszawę i udali się na wschód (pieszo). Z naszej rodziny dotyczyło to ojca i mego starszego brata Władka. Po krótkiej naradzie rodziców zapadła decyzja. Ojciec i brat wyjdą aby gdzieś tam dostać się do wojska, a my, to znaczy mama, moja siostra i ja, zostajemy w Warszawie.
         Ojciec i brat nie uszli daleko, zawędrowali gdzieś do Karczewa czy Garwolina i następnego dnia byli już z nami. Na drogach panował horror, od czasu do czasu ostrzał z samolotów, nie bardzo było wiadomo dokąd iść i po co, do napotkanych oddziałów ich nie chcieli przyjąć, więc ojciec zdecydował, że wracają. Niedługo po ich powrocie rodzice podjęli decyzję, że ze względów bezpieczeństwa (położenie domu zbyt blisko mostu), przenosimy się na ulicę Zakopiańską 9, do domu państwa Kowalskich i Hojarczyków, którzy w ramach transportów ewakuacyjnych wyjechali z Warszawy. Cały dom był pusty. Zabraliśmy ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy osobiste, ale jak się wkrótce okazało był to tylko krótkotrwały przystanek.
         Wojska niemieckie coraz bardziej zbliżały się i to nie tylko z zachodu, ale również od północnego wschodu i wschodu stopniowo otaczając Warszawę.
         Wobec opuszczenia miasta przez władze państwowe i najwyższe dowództwo wojskowe całkowitą władzę przejął Prezydent Warszawy, Stefan Starzyński, który został Komisarzem Cywilnym. Próbował koordynować wszystkie działania i często przez działające jeszcze wtedy radio przemawiał do ludności.
         Pamiętam ten jego coraz bardziej chrypiący głos. Powiedział, że Warszawa będzie się bronić, starał się podtrzymywać mieszkańców i żołnierzy na duchu, pomimo że sytuacja była coraz trudniejsza. Pierścień niemiecki wokół miasta coraz bardziej się zaciskał.
         Po dwóch dniach pobytu na Zakopiańskiej kolejna decyzja, wychodzimy z Warszawy. Udajemy się do Radości, gdzie na tzw. Zbójnej Górze, kuzyni ojca Hala i Olek Bachulscy mieli swój niewielki drewniany dom, w którym zwykle spędzali wakacje. Tam powinno być bezpieczniej - trochę na uboczu, w lesie.
         Podobną decyzję podejmują znajomi rodziców jeszcze ze Lwowa, państwo Poniżowie, mieszkający w tym czasie w pobliżu na ul. Genewskiej 9. Chcą się ulokować też gdzieś tam w Radości. Wychodziliśmy nocą przez ul. Zwycięzców i dalej przez pola i łąki w kierunku południowo-wschodnim. Tu pierścień niemiecki jeszcze nie jest zamknięty. Ojciec rozpoznaje drogę, idzie przodem, Władek prowadzi rower, na który władowane są walizki z całym niewielkim dobytkiem, potem ja z małym plecakiem, a na końcu mama coś tam niosąc i prowadząc za rękę moją młodszą siostrę Teresę. Czwórka Poniżów idzie za nami. Nasz jamnik Dickuś biega dookoła, podniecony, ciągle węsząc i czasami poszczekując. Idziemy wzdłuż jakiegoś rowu, chyba melioracyjnego, a po prawej stronie od pewnego czasu ciągnie się płot z siatki.
         Atmosfera napięta, z rzadka ukazują się jacyś ludzie, czasem gdzieś błyska jakieś światełko, latarka. Z miejsca odzywają się głosy, a raczej szepty, że to pewnie dywersanci dają znaki samolotom niemieckim. Pies wciąż biega dookoła i nagle okazuje się, że biegnie po drugiej stronie płotu, który tymczasem zakręca w prawo. My idziemy naprzód coraz bardziej się od niego oddalając. Pies szaleje, rozpaczliwie zaczyna kopać pod płotem, ale nie bardzo daje sobie radę, piszczy, wyje myśląc żeśmy go specjalnie zostawili.
         Orientujemy się w sytuacji. Wracać się do początku płotu to bez sensu, ojciec trochę zdenerwowany mówi "zostawcie, idziemy". W tym momencie mój brat rzuca na ziemię rower z bagażami, błyskawicznie wspina się i przeskakuje płot.
         Łapie psa, który liże go z radości i przerzuca go na naszą stronę, a potem sam wspina się z powrotem. Wszystko to odbywa się błyskawicznie, rodzice nawet nie zdążyli zareagować. Idziemy dalej. Po paru godzinach skręcamy w lewo, jakieś zabudowania, tory kolejki wąskotorowej, droga i linia kolejowa (Warszawa-Otwock), którą też przekraczamy. Kompletna cisza, nie ma żywego ducha.
         Jest już nad ranem, zaczyna się przejaśniać. Zatrzymujemy się na niewielkiej polance, na skraju lasu. i ojciec idzie naprzód znaleźć dom Bachulskich. To chyba już radość, z nazwy i z sytuacji. Nie wiem co robi mama, chyba czuwa, ale my dzieci natychmiast usypiamy po prostu na ziemi.
         Po pewnym czasie rodzice budzą nas. Zbójna Góra i dom Bachulskich są już dosłownie o kilkaset metrów. Idziemy. Uprzedzeni przez mego ojca już na nas czekają. Jest ciocia Hala, Krysia, Wanda, Jurek i najmłodszy Marek. Wujka Olka nie ma, jako pracownik Archiwum został w Warszawie. Tak więc jest ich pięcioro i nas pięcioro, czyli razem 10 osób plus pies a właściwie dwa psy, (Bachulscy również mają psa), które teraz muszą się pomieścić razem w niewielkim domu. Oczywiście ciasno, ale cóż zrobić. Państwo Poniżowie ulokowali się niedaleko, u jakichś swoich dość przypadkowych znajomych. Wkrótce okazuje się, że był to ostatni moment na wydostanie się z Warszawy.
         Następnego dnia pierścień okrążenia został całkowicie zamknięty. Tutaj w Radości dość na uboczu na Zbójnej Górze na razie wojsk niemieckich jeszcze nie było. Nasi, polscy żołnierze tu i ówdzie się pokazywali, budowali okopy, szykowali się do obrony. Tak trwało przez kilka dni, a że pogoda była ładna bawiliśmy się w dużym ogrodzie. Cała młodzież, a właściwie dzieci była w podobnym wieku. Najstarsza Krysia miała 16 lat, a najmłodszy Marek Bachulski 8 lat, u nas Władek miał 15 lat, a najmłodsza Teresa 8 lat. Pozostali mieścili się w tym przedziale. Gdyby nie wojna i co nieco głodno - byłoby ok.
         Odgłosy wojny słychać było z daleka, od strony Warszawy, która ciągle się broniła. Jednego dnia ojciec potknął się na schodach i stłukł swoje jedyne "cwikiery". Innych nie miał. Był więc nieszczęśliwy, o naprawie w tamtej sytuacji nie było mowy. Ażeby się jakoś ratować pozbierał więc te kawałki i postanowił posklejać. Na szczęście nie były one zbyt drobne i znaleźliśmy wszystkie, a potem po ułożeniu na stole ojciec okleił je dookoła obwódką z pasków białego papieru. Wyglądało to trochę śmiesznie, bo środkowa część szkła niepozaklejana była stosunkowo nieduża, a ponadto na połączeniu części występował efekt rysy, ale zawsze mógł cos widzieć.
         Niemalże następnego dnia po tym zdarzeniu, wcześnie nad ranem usłyszeliśmy silne odgłosy bliskiej strzelaniny, jakiś polski motocykl wojskowy przemknął po drodze obok domu, parę huków chyba granatów i nastąpiła chwilowo cisza.
         Wszyscy byliśmy wewnątrz w domu, tylko mama poszła akurat do ubikacji, czyli do stojącej w ogrodzie tzw. "sławojki". Domy te nie były skanalizowane i "za potrzebą" trzeba było iść na zewnątrz. W tym czasie drogą, obok domu szedł patrol niemiecki, z oficerem. Przypuszczalnie tropili polskich żołnierzy, którzy po potyczce wycofali się w stronę Warszawy. Niemcy chcieli sprawdzić ten dom, stojący dość blisko miejsca walki. Furtka wejściowa była zamknięta, pies ujadał, zaczęli więc szarpać za klamkę i krzyczeć. Zastrzelili psa Bachulskich, który biegał w ogrodzie i szczekał. Wszyscy w domu siedzieliśmy w kompletnej ciszy, dosłownie wstrzymaliśmy oddech. Trzymaliśmy za pysk Dicka, aby nie zaszczekał. Mama siedząc w ubikacji zastanawiała się co ma robić. Starać się przeczekać czy też wyjść.
         Coraz gwałtowniejsze dobijanie się i krzyki Niemców, a także obawa o ich jeszcze gwałtowniejszą reakcję, może ostrzelanie domu, doprowadziły do tego że Mama wyszła z ubikacji i powoli szła w stronę domu, będąc widoczną od furtki. Usłyszała "Komm, komm, öfnnen" (Chodź, chodź, otwierać) i wyraźne przyzywające ją gesty. Zbliżała się do furtki mówiąc głośno po polsku "nie rozumiem", choć na tyle znała niemiecki, że wiedziała o co chodzi. Rozkładała przy tym ręce. Wówczas oficer odezwał się po francusku "Parlez vous francais?" Dłużej udawać nie mogła. Podeszła, otworzyła furtkę i wyjaśniła Niemcom, że nie ma tu żołnierzy. Weszli z mamą do środka. Zobaczyli dwie kobiety i siódemkę dzieci. Oficer kazał żołnierzom z bronią rozejrzeć się po domu, robili to dość delikatnie, Władek trzymał w tym czasie naszego Dicka, bojąc się aby nie spotkał go los taki sam jak psa Bachulskich.
         Mama mówiła oficerowi, nadal po francusku, że w domu jest jeszcze chory mąż. Ojciec, który będąc na pięterku słyszał i rozumiał rozmowę zdecydował się zejść na dół. Cicho, powoli podszedł do schodów i nie całkiem ubrany ukazał się u ich szczytu. Oficer sięgnął po pistolet, ale trzymając go w ręku zapytał po francusku "Dlaczego nie w wojsku?" Mama błyskawicznie, ale spokojnie odpowiedziała "ponieważ ma chore oczy". Poklejone "cwikiery" ojca mogły robić wrażenie, że jest on po prostu prawie całkiem ślepy i oficer dał temu wiarę. W między czasie żołnierze rozejrzawszy się po domu stwierdzili, że nic nie ma i wszyscy razem opuścili dom, a my odetchnęliśmy z ulgą. Najgorsze bezpośrednie zagrożenie minęło, ale zrozumieliśmy że oto straciliśmy wolność, znaleźliśmy się pod okupacją, a co będzie dalej nie wiadomo.
         Wszyscy się pocieszaliśmy, że to tylko na krótko, ruszą alianci i znów będziemy wolni. Ale niestety, zaledwie kilka dni później usłyszeliśmy w radio wiadomość, że od wschodu na teren Polski wkroczyły wojska sowieckie. Warszawa broniła się jeszcze przez 10 dni i wreszcie 28 września nastąpiła kapitulacja miasta. To był już naprawdę początek czarnej nocy okupacyjnej.
         W dwa, czy trzy dni później rodzice podejmują decyzję, wracamy do domu, do Warszawy. Ale co tam zastaniemy? Kupy gruzów, zgliszcza, czy może dom stoi.

         W zrujnowanym mieście
         Do Warszawy wracaliśmy na dwie raty, najpierw ojciec z bratem, a w kilka dni później mama ze mną i z siostrą. Wracamy gdzieś tam wynajętą furmanką. Jedziemy wzdłuż ulicy Grochowskiej, potem Zieleniecką i dojeżdżamy do Saskiej Kępy. Wszędzie po drodze spotykamy domy zburzone lub spalone ze sterczącymi tylko kikutami kominów, a tam gdzie mury jeszcze stoją to często dachy bez pokrycia i wszystko, dosłownie wszystko bez szyb. Potłuczone szkło chrzęści pod końskimi kopytami. Robi to deprymujące wrażenie. Jadąc furmanką ciągle wypatrujemy naszego domu.
         Wreszcie jest, stoi, chociaż zupełnie bez szyb i z dwiema wielkimi dziurami od pocisków od strony północnej, ale jest. Wewnątrz częściowo zniszczona klatka schodowa i zburzona ściana pomiędzy schodami, a największym pokojem naszego mieszkania. Tam właśnie w wielkiej szafie znajdowało się kilkadziesiąt pudeł ze zbiorami motyli naszego ojca. Było to jego hobby, z którego nie zostało dosłownie nic, tylko rozproszone wszędzie szpileczki, na których te eksponaty motyli były poprzypinane. Odłamki pocisku powbijane były w kilku miejscach, w wielkie biurko ojca, w ściany, w sufit. Drugi pocisk trafił z tej samej strony budynku, piętro, czy dwa piętra wyżej. Ale budynek stał, więc można się było ulokować i zabrać po trochu do sprzątania. Ojciec i brat już to częściowo zrobili. Brak szyb na razie nie szkodził.
         Przed wybuchem wojny mama na wszelki wypadek przygotowała trochę zapasów żywności. Niestety, gdy wróciliśmy, w częściowo rozbitym domu nic już nie było. Ktoś inny się nimi pożywił. Zginęły też różne inne rzeczy jak pościel (kołdry i poduszki), częściowo zastawa stołowa i trochę ubrań. Ale co najważniejsze byliśmy wszyscy razem, cali i zdrowi.
         Mogliśmy sobie na szczęście tylko wyobrażać co mogłoby się stać, gdyby rodzice nie zdecydowali się opuścić naszego mieszkania. Początkowo niebyło gazu, nie było wody, nie pamiętam dokładnie jak było z prądem, ale przez pewien czas też go nie było. Ale powoli, powoli wszystko zaczęło się w miarę normalizować, miasto powracało do życia w tych nowych, trudnych i prymitywnych warunkach. Ażeby kupić sobie coś do jedzenie trzeba było się porządnie wystać w kolejkach i to należało do nas, to znaczy do mnie i mojego brata, Tereska chyba wówczas jeszcze nie brała w tym udziału.
         Powoli dochodziły wiadomości o losach rodziny i znajomych. Dowiedzieliśmy się, że w czasie bombardowania Lublina zginęła moja babcia Władysława Jaroszowa i sześcioletni Marek Kuncewicz, starszy synek mojej chrzestnej mamy, cioci Heli. Jej drugi synek, dwuletni Olgierd był ciężko ranny. Ciężko ranny był również wuj Czesław Dernałowicz, mąż cioci Irki. W niewoli niemieckiej znalazł się wujek Jurek Boguski - major służby czynnej, a w niewoli sowieckiej podporucznik rezerwy Olek Jarosz, który potem zresztą zginął zamordowany w Charkowie. Zginęło też lub znalazło się w niewoli szereg innych znajomych i bliskich.
         Nastała jesień i zbliżała się zima. Trzeba było myśleć o oszkleniu okien, zamurowaniu dziur w ścianach i wreszcie o jako takim ogrzewaniu mieszkania.
         Centralne ogrzewanie było nieczynne. Oszklenie okien w naszym mieszkaniu było stosunkowo łatwe, ponieważ ze względu na podział skrzydeł okiennych szprosami na małe powierzchnie (około 25cm x 40cm), wystarczyły małe kawałki szkła, a więc można je było wykroić nawet z odpadów. Tyle tylko, że trzeba ich było bardzo dużo.
         Początkowo więc niektóre fragmenty okien zabijane były dyktą. Cegłę i cement do zamurowania dziur ojciec kupił gdzieś na dworcu wschodnim. W dwóch pokojach pojawiły się przenośne (w ramach z kątowników na nóżkach) małe piece kaflowe, a w kuchni przenośna, dwufajerkowa kuchenka, tak zwana "koza". Do spania, początkowo zresztą na podłodze, przykrywaliśmy się czym się dało, ja na przykład pamiętam, że spałem przykryty złożonym na pół dywanem. Ciężkie to było, gniotło, a więc i ciepło się robiło. Woda w kranach pojawiła się stosunkowo szybko, co było bardzo ważne.
         Na mieście pojawiło się coraz więcej obwieszczeń - afiszy w języku polskim i niemieckim przypominających Polakom czego nie wolno i co mają oddać (np. aparaty radiowe).
         Jednocześnie na tych afiszach pojawiły się w mniejszych rozmiarach różnej treści naklejki świadczące o tym, że Polacy tak łatwo się nie poddają. Na przykład taka: "Marszałek Piłsudski powiedział - a my was w dupie mamy".
         Stopniowo dowiadywaliśmy się, że coraz więcej rzeczy jest tylko dla Niemców ("Nur für Deutsche"). Dotyczyło to na przykład największych i najpiękniejszych parków w Warszawie, jak Łazienki czy Ogród Saski, w tramwajach i pociągach były wydzielone przedziały, czy też całe wagony, były tez tylko dla Niemców specjalne sklepy.
         Szkoły zaczęły działać, co prawda w miarę normalnie tylko szkoły powszechne (klasy 1-7), a wyżej tylko szkoły zawodowe. Gimnazja, licea i wyższe uczelnie zostały zamknięte. Rozpoczynała się nauka na tajnych kompletach. Nieczynne były teatry, kina. Niemcy aresztowali prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego, który tak dzielnie się zachował w czasie oblężenia Warszawy. Dla nas młodzieży, podstawową rozrywkę stanowiła gra w piłkę gdziekolwiek się dało, a także spacerowanie po niektórych dostępnych jeszcze parkach, skwerach, pustych placach, miejscach gdzie wykopane były rowy przeciwlotnicze, gdzie znajdowaliśmy porzucone lub słabo ukryte przez rozbrajających się żołnierzy broń i amunicję. Znalezione rzeczy, ewentualnie po owinięciu w jakieś szmaty zakopywało się staranniej, często w wygrzebanych dziurach w ścianach rowów lub okopów licząc, że kiedyś przecież może się to przydać. Nie była to jednak zbyt bezpieczna "zabawa", bo oprócz tych co ukrywali znaleźli się i tacy co donosili o tym Niemcom.
         Pamiętam, że takim miejscem był duży niezabudowany teren, a właściwie łąka obok placu Przymierza, Paryskiej i Zwycięzców, na którym były rowy przeciwlotnicze. W ich ścianach ulokowane zostały spore zapasy uzbrojenia, ale pewnego dnia ktoś wydał to Niemcom, Niemcy zrobili "nalot" na to miejsce i wszystko wykopali. Na szczęście nikogo nie złapali na gorącym uczynku.
         Na tych samych skwerach i placach, obok lub nawet w dawnych rowach przeciwlotniczych i okopach znajdowały się po zakończeniu oblężenia Warszawy liczne tymczasowe groby, z których ciała były stopniowo ekshumowane i przenoszone na właściwe cmentarze. Wszystkie szpitale w mieście były zapełnione, w większości rannymi zarówno cywilami jak i żołnierzami. Tych ostatnich starano się chronić i jak tylko się dało ukrywać, aby nie zostali przez Niemców zabrani do obozów jenieckich.
         Niemcy wydali rozporządzenie, że oficerowie rezerwy Wojska Polskiego powinni się zgłaszać i rejestrować. Oczywiście znaczna większość, w tym i nasz ojciec nie podporządkowała się tym zarządzeniom.
         Ruszała, tam gdzie to możliwe komunikacja miejska. Powstawały różne niemieckie urzędy okupacyjne czy też administracyjne polskie pod nadzorem niemieckim. Powstawały też, za przyzwoleniem Niemców polskie organizacje pomocy społecznej, np. S.K.S.S. (Stołeczny Komitet Samopomocy Społecznej) później zresztą zreorganizowany i czynny pod nową nazwą RGO (Rada Główna Opiekuńcza), nie tylko w Warszawie ale na terenie całej Generalnej Guberni.

         Okupacyjna codzienność
         Niemcy zarządzili wprowadzenie godziny policyjnej, która obowiązywała z niewielkimi zmianami przez cały okres okupacji. Poruszanie się po mieście w nocy było możliwe tylko za specjalnymi przepustkami. Niedozwolone było również, bez odpowiednich dokumentów przemieszczanie się z miejscowości do miejscowości poza pewną odległość. Część zajętych ziem polskich (Pomorze, Wielkopolska, Śląsk, północne Mazowsze) została włączona do Reichu, a na pozostałej części utworzono "General Gouvernement" , czyli Generalną Gubernię - oczywiście pod zarządem niemieckim. Państwo Polskie zdaniem Niemców i Rosjan przestało istnieć na mapie Europy.
         Polskie wydawnictwa i gazety były zamykane, za to pojawiła się tak zwana "gadzinówka", czyli wydawana przez Niemców gazeta w języku polskim pod tytułem "Nowy Kurier Warszawski", wśród Polaków często złośliwie i ordynarnie nazywana "szmatławiec" lub po prostu "KurWar".
         Niemcy zarządzili rejestrację, a następnie przenoszenie się Żydów do wyznaczonego obszaru miasta, tzw. Getta. Wszyscy Żydzi musieli nosić opaski z tzw. gwiazdą Dawida.
         Coraz częściej słyszało się o dokonywanych przez Niemców aresztowaniach, ale jednocześnie coraz szerzej rozwijała się działalność konspiracyjna, zarówno polityczno-wojskowa jak i oświatowa w postaci tajnych kompletów gimnazjalnych i licealnych, a nieco później również i wyższych uczelni. Pojawiały się również tajne gazetki, przekazywane z rąk do rąk wśród zaufanych ludzi. Zaczynało się konsolidować i działać na coraz szerszą skalę Polskie Państwo Podziemne, choć w tamtych czasach nikt tego jeszcze tak nie nazywał, a ponadto nie zdawał chyba sobie jeszcze sprawy, że taka sytuacja będzie musiała trwać blisko sześć lat.
         Rodzice moi, którzy przed wojną pracowali na państwowych posadach zostali nagle całkowicie bez środków do życia. Ojciec, który był inżynierem budowlanym nie mogąc wrócić do budowy lotniska, rozpoczął działalność na własną rękę zakładając wraz z dwoma kolegami przedsiębiorstwo budowlane. W zasadzie przez cały okres okupacji były to odbudowy i mniejsze lub większe remonty. Materiały w dużej mierze pochodziły z rozbiórek.

 

Ausweis Ojca, 1944 r.


         Mama, przed wojną nauczycielka gimnazjalna zatrudniła się głównie na kompletach dwóch gimnazjów: męskiego im. Staszica, gdzie uczyła już przed wojną i żeńskiego im. Żmichowskiej, a ponadto częściowo również dla uzyskania oficjalnych papierów uczyła w Szkole Powszechnej p. Kazimiery Rogalskiej i w tzw. Szkole Gospodarczej, która stanowiła oficjalną przykrywkę dla klas gimnazjalnych przy tej szkole.




Mama na tarasie w Warszawie, wiosną 1943 roku


         Nie było łatwo, biorąc pod uwagę, że mieli nas trójkę, a ponadto musieli pomagać niektórym osobom z rodziny, którzy znaleźli się w jeszcze trudniejszych sytuacjach.




Brat - Władysław Jarosz, wiosną 1943 roku


         Brat mój, Władek po zdaniu tzw. małej matury na tajnych kompletach w 1940 roku, rozpoczął naukę w Państwowej Szkole Architektury, a potem od jesieni 1942 jako technik zaczął pracować w PZUW (Państwowy Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych) i rok później zaczął studiować na tajnym Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.




Ja - Tadeusz Jarosz wiosną 1943 roku


         Ja i moja siostra Teresa byliśmy uczniami Szkoły Powszechnej im. St. Moniuszki, w której zresztą mama uczyła i ukończyliśmy w tej szkole 7 klas, ja w roku 1942, a Tereska tuż przed powstaniem w roku 1944.




Moja siostra Teresa Jarosz, wiosną 1944 rok.


         Od jesieni 1942 roku, po ukończeniu oficjalnie siódmej klasy szkoły powszechnej, czyli podstawowej, a właściwie nieoficjalnie programu przedwojennej 1-szej klasy gimnazjalnej, byłem już uczniem drugiej klasy tajnych kompletów gimnazjalnych gimnazjum im. Stanisława Staszica.
         Cała klasa podzielona była na trzy równoległe komplety (tzw. komplet Jarosza, komplet Brzeskiego i komplet Przewłockich) liczące po około 8 osób każdy, a nauka odbywała się w prywatnych mieszkaniach nauczycieli lub uczniów. Np. nasz komplet miał lekcje rotacyjnie w 5-ciu miejscach, przy czym czasem nawet w ciągu jednego dnia w 3-ch różnych lokalach. Krążyliśmy więc po tej Warszawie co niemiara.
         W naszym mieszkaniu na Saskiej Kępie, przy ulicy Obrońców 1 m 2 ruch był przez cały dzień. Kolejne grupy młodzieży wchodziły i wychodziły. Jednocześnie, po ukończeniu szkoły powszechnej, zgodnie z rozporządzeniami okupantów musiałem już podlegać szkoleniu zawodowemu, a więc powinienem pracować i uczęszczać do odpowiedniej obowiązkowej szkoły zawodowej (Berufspflichtschule). W takiej szkole zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu, a pozostałe cztery dni miały być przeznaczone na pracę, czyli praktyki.
         Oczywiście chodziło o to, że taka legitymacja szkolna plus legitymacja lub zaświadczenie firmy, w której się przynajmniej rzekomo pracowało, w przypadku młodocianej osoby zastępowały "Arbeitskarte", którą trzeba się było legitymować w przypadku zatrzymania w ewentualnej łapance. Gdyby tak rzeczywiście pilnie pracować i uczyć się w obowiązkowej szkole, to oczywiście nie pozostawało by już czasu na komplety i inne zajęcia, a więc m. inn. na rozrywkę i konspirację. A przecież o to właśnie okupantowi chodziło. Ażeby się jakoś nie dać wymyślano rozmaite tricki.
         I tak na przykład w moim przypadku, kiedy po ukończeniu szkoły powszechnej dostałem wezwanie do Arbeitsantu (Urzędu Pracy) na ulicy Kredytowej w Warszawie, rodzice przy moim udziale wymyślili, że dalszą naukę będę pobierał w Konserwatorium Muzycznym. Słuch miałem niezły, na fortepianie trochę już grałem, a więc pozostawało tylko przekonać urzędników władz okupacyjnych, że to jest właśnie to co potrzeba. Urzędnikowi nie bardzo się to podobało, tłumaczył, że co to za zawód - muzyk, że lepiej byłoby coś bardziej konkretnego. Mama, która wówczas tam ze mną była tłumaczyła, że mam zdolności muzyczne, że jestem wątły i do pracy fizycznej nie bardzo się nadaję (rzeczywiście byłem dość drobny i bardzo chudy) i wreszcie jakoś go przekonała. Zostałem zarejestrowany jako przyszły muzyk - uczeń konserwatorium. Teraz trzeba było jednak, żeby mnie tam przyjęli.
         Niestety takich mądrych, czy też sprytnych było wielu i dostać się do konserwatorium wcale nie było łatwo, a szczególnie już np. do klasy fortepianu, na co ewentualnie liczyłem. Przecież byli też tacy co naprawdę uważali to za swoją przyszłość i chcieli się w tym kierunku kształcić.
         I znów trzeba było kombinować, np. jeden z moich kolegów (Michał Gutt) wykorzystując różne znajomości rodziców dostał się wreszcie i miał się (na niby) kształcić w grze na flecie. Mnie to zupełnie nie odpowiadało. Trzeba było szukać innych sposobów.
         Tak więc po wakacjach, po rozmowach i rozmyślaniach w domu zdecydowaliśmy - wspólnie z rodzicami - coś całkiem innego. Zostanę zapisany do Stolarsko-budowlanej obowiązkowej Szkoły Zawodowej (Berufspflichtschule für Bauwesen), która mieściła się przy ul. Chmielnej, róg Wielkiej w Warszawie.
         Praktykę miałem odbywać w firmie mojego ojca (Biuro Techniczno-Budowlane) i takie też zaświadczenie, w języku polskim i niemieckim otrzymałem. Pozostawało więc tylko przekonać panów z "Arbeitsamtu" o zmianie przydziału. Jak się okazało żadnych kłopotów z tym nie było. Urzędnik (chyba volksdeutsch - czyli człowiek, który zadeklarował narodowość niemiecką) był niemal zachwycony, że wybraliśmy wreszcie taki konkretny zawód. Miałem się więc rzekomo kształcić w zawodzie: stolarz budowlany. Do tej zresztą szkoły, tylko w specjalności murarz zapisany był również mój kolega z kompletów Michał Czerniak.
         O budownictwie jakieś pojęcie miałem bywając z ojcem - inżynierem na budowach i przeglądając plany, a także oglądając prace starszego o pięć lat brata, który kształcił się w zakresie architektury i będąc w tym czasie w ostatniej klasie Szkoły Budowlanej, mieszczącej się w jednym ze skrzydeł gmachu Pałacu Staszica, przygotowywał się do dyplomu technika.
         Ażeby zarobić trochę pieniędzy robiliśmy wówczas z bratem (z drewna w odpowiedniej skali) modele okrętów wojennych, a czasem samolotów polskich i niemieckich, które jeden z moich przyjaciół (Zbyszek Kruszewski) sprzedawał w sklepach, oczywiście dostając z tego pewien procent. Trzeba powiedzieć, że modele były ładne i miały powodzenie, więc Zbyszek poganiał nas nieraz.
         Tak więc na nadmiar czasu wolnego nie narzekałem, biorąc jeszcze pod uwagę, że trzeba było napalić w piecu, obrać ziemniaki i inne jarzyny, czy też popracować trochę na działce, z której przynajmniej część tych dóbr pochodziło, a także czasem postać w kolejkach po różne zakupy.
         Jednocześnie w tym samym okresie byłem ministrantem w naszym parafialnym kościele, gdzie dosłużyłem się funkcji wiceprezesa kółka ministrantów. Od czasu do czasu śpiewałem też w chórze. Swoją praktyczną znajomość, a może i "żyłkę" do zajęć stolarskich wykorzystałem w tym czasie robiąc składaną podstawkę pod mszał, która służyła w kościele przez parę lat.



Tadeusz Jarosz

opracowanie: Maciej Janaszek-Seydlitz



      Tadeusz Jarosz
ur. 24.06.1929 we Lwowie
harcerz Szarych Szeregów
ps. "Topacz"
łącznik-drużynowy drużyny listonoszy
Harcerskiej Poczty Polowej





Copyright © 2016 Maciej Janaszek-Seydlitz. Wszelkie prawa zastrzeżone.