Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia harcerza Szarych Szeregów






Tadeusz Jarosz,
ur. 24.06.1929 we Lwowie
harcerz Szarych Szeregów
ps. "Topacz"
łącznik-drużynowy drużyny listonoszy
Harcerskiej Poczty Polowej



Ostatni okres tułaczki

         Wyzwolenie już blisko
         Skończył się marzec, minęły Święta Wielkanocne, dostawaliśmy już coraz bardziej odpowiedzialne prace, obrządzałem już konie w stajni, wymieniałem ściółkę w oborze, a nawet jechałem kosiarką na łąkę, aby nakosić trawy. W trakcie koszenia zdarzało się, że maszyna zgrzytnęła o coś, czy nawet zatrzymała się, a w trawie znajdował się bagnet czy nawet karabin, ewentualnie z ułamaną kolbą. To niektórzy dezerterzy niemieccy rzucali broń, przebierali się częściowo i udawali cywilów. Okazało się w międzyczasie, że znaleźliśmy się w kotle. Niemcy powysadzali mosty na rzece Ruhr, która w tym miejscu robi duże zakole i na kanale od wschodu. Postanowili się bronić na tak powstałej wyspie.
         Amerykanie nie mieli zamiaru się wykrwawiać atakując wprost, otoczyli i poszli dalej na wschód, a tutaj codziennie od wieczora do świtu prowadzili ostrzał artyleryjski i bombardowanie. W ciągu dnia, pracując w polu mogliśmy widzieć czołgi amerykańskie jeżdżące po szosie po drugiej stronie rzeki, w odległości kilkuset metrów od nas, ale ani oni się nie kwapili strzelać do pojedynczych cywili, ani Niemcy nie mając tu artylerii nie mogli nic im zrobić. Trwało to dobrych parę dni aż chyba 13 kwietnia, gdy byliśmy w polu przybiegła Frau Maria i zadyszana zapytała mnie "Thaddeus hast du schon Tommy's gesehen?" (Tadeusz, czy widziałeś już Tommich?). Tu muszę wyjaśnić "Tommy" to byli Amerykanie, a Rosjan nazywali "Iwans" i bali się ich bardziej, obawiali się żeby oni tu nie przyszli.
         Zapytałem "Tommy's - wo" (czyli gdzie?) odpowiedziała mi "Dort im Dorf, sie sind schon da" (Tam we wsi, oni tam już są). Uznając to za przyzwolenie abyśmy poszli ich tam zobaczyć, zostawiliśmy Marii narzędzia i pobiegliśmy. Gdy mieliśmy jeszcze kilkaset metrów do centrum wioski usłyszeliśmy kilka pojedynczych strzałów karabinowych, ale po chwili znów nastąpiła cisza. Gdy niedługo weszliśmy na rynek stwierdziliśmy, że jest całkiem pusto, ani białych flag ani też czołgów, czy samochodów amerykańskich nie widać. Kompletna cisza. Zaglądając tu i tam spotkaliśmy wreszcie jakiegoś starszego Niemca, który na moje zapytanie o Amerykanów odpowiedział, że byli tu, ale jakiś idiota strzelał do nich tu z tego strychu, więc zawrócili i pojechali znów za rzekę. Pomyślałem sobie, że Amerykanie oszczędzają życie swoich żołnierzy. Białe flagi mieszkańcy pościągali. Gdy powiedziałem to później Frau Marii pokręciła tylko głową, mrucząc coś o durniach.
         Najbliższej nocy mieliśmy "przyjemność" przeżyć jeszcze jeden silny ostrzał z artylerii, a następnego dnia, tj. 14 kwietnia już bez jakichkolwiek przeszkód czołgi amerykańskie wjechały do Überruhr. Zatrzymały się na chwilę na wprost naszego domu. Podeszliśmy do nich, próbując im łamaną angielszczyzną powiedzieć, że my jesteśmy Polacy. Okazało się, że jeden z nich był Polakiem z pochodzenia i coś niecoś rozumiał i mówił po polsku.

         I znowu wolni
         A więc po blisko siedmiu miesiącach znów jesteśmy wolni. Uczucie to było jednak całkiem inne niż 1 sierpnia w Warszawie. Ale przecież wojna się jeszcze nie skończyła, zwycięzcami się nie czuliśmy. Co teraz robić?. Właściwie można by zostawić naszych gospodarzy i robić co się nam żywnie podoba, czyli szukać jakichś innych rodaków, a może polskiego wojska. Do domu wracać na razie nie było można. Zastanawialiśmy się. Z drugiej strony przecież ci ludzie z dobrej woli nas przyjęli i być może uratowali nam życie. A teraz nas potrzebują, bo przecież w polu jest mnóstwo roboty. Postanowiliśmy więc, że na razie zostajemy i będziemy nadal pracować u nich, tyle że z dobrej woli i nie będziemy się musieli obawiać jakichś spotkań z żandarmerią czy policją niemiecką. Powiedziałem gospodarzom o moich rozważaniach i widać było, że im też kamień spadł z serca.
         Mogliśmy swobodnie poruszać się po okolicy i w chwilach wolnych od pracy korzystaliśmy z tego. Jednocześnie te parę tygodni przebywania w stosunkowo przyzwoitych warunkach, możliwość umycia się i zdrowe jedzenie cztery razy dziennie powodowało, że coraz bardziej nabieraliśmy sił, a moje wrzody na nogach, szczególnie prawej goiły się bardzo dobrze. Jednocześnie dzięki temu, że nasze przejście do w miarę normalnego życia i odżywienia odbywało się stopniowo, uniknęliśmy kłopotów i ciężkich chorób żołądkowych. U podobnych jak my ludzi, którzy nagle dorwali się do jedzenia obficie i często tłusto kończyło się to nieraz bardzo przykrymi objawami.
         Ponieważ czuliśmy się już wolni i pracowaliśmy bez przymusu, właściwie z własnej woli, to dzień faktycznego zakończenia wojny i kapitulacji Niemiec minął w zasadzie niepostrzeżenie.
         Trwało to wszystko około miesiąca. W międzyczasie miały miejsce śmieszne sytuacje, gdy do gospodarstwa przychodzili ludzie, Niemcy z miasta, gdzie robiło się wtedy głodno i prosili mnie Polaka abym zwrócił się do tatusia lub mamusi, myśląc o gospodarzach, aby dali im coś do jedzenia. Tak to się role odwróciły.
         W międzyczasie dowiedzieliśmy się, ze w odległej około 3 ÷ 4 kilometrów miejscowości Altendorf utworzony został niewielki obóz dla wyzwolonych obcokrajowców (tzw. DiPisow). Jednego więc dnia wybraliśmy się tam na rozeznanie. Był to nieduży obóz , chyba trzy lub cztery baraki, położony na zboczu góry. Przebywali tam ludzie rożnych narodowości: Polacy, Jugosłowianie, Francuzi. Spotkaliśmy tam również kilku kolegów z naszego dawnego transportu i wówczas dowiedzieliśmy się o dodatkowych "nieprzyjemnościach" jakich uniknęliśmy uciekając. Otóż cała ta grupa dzień lub dwa później, niedaleko miejscowości Hagen została zapędzona do kamieniołomu i uwolniona dopiero po ponad dobie po wkroczeniu Amerykanów.
         Okazało się również, że warunki w tym obozie nie są zbyt dobre, a i wyżywienie pozostawia wiele do życzenia. Tym niemniej mówi się o organizowaniu transportów, co prawda do Polski na razie nie.
         Po niedługim namyśle, kilka dni później zdecydowaliśmy się przenieść i zarejestrować w obozie. Została mi z tego czasu niewielka legitymacja - "DP index card".




D.P. Index Card


         Z naszymi gospodarzami rozstaliśmy się w całkowitej zgodzie, można by powiedzieć nawet w przyjaźni. Za ten okres pracy coś nawet nam zapłacili. Raz czy dwa nawet, już będąc w obozie poszedłem ich odwiedzić i pamiętam jak sam bauer Johann doił krowy, a ja uświadamiałem go wówczas, odnośnie naszej aktualnej polskiej sytuacji, że mamy dwa rządy - jeden w Londynie, a drugi w Warszawie o całkowicie różnych poglądach i o wynikających z tego dylematach.
         W tym też czasie w obozie odbywały się zapisy na wyjazdy do państw swojego pochodzenia lub do innych proponowanych krajów. O Polsce dalej nie było mowy. Wobec tego ja, jako możliwość wybrałem chyba Kanadę. Niektórzy z kolegów próbowali zabrać się "na dziko" razem z wyjeżdżającymi do kraju Francuzami.
         W tych dniach jeździliśmy też dwa razy do innych obozów położonych stosunkowo niedaleko m. in. do Solingen , gdzie jak się dowiedzieliśmy było sporo Polaków i Polek, m. innymi z Warszawy.
         Czas płynął, roboty właściwie nie było, rozjeżdżaliśmy się po okolicy na "zdobycznym" niemieckim motocyklu wojskowym, który Wacek, jeden z naszych kolegów doprowadził do stanu użytkowania, mieliśmy też zabawy, na które przyjeżdżali Amerykanie z pobliskiej jednostki, ale też urządzaliśmy bunty-demonstracje z powodu marnego wyżywienia. Pobyt taki na dłuższą metę nie miał sensu, toteż gdy w drugiej połowie czerwca rozeszły się wiadomości, że na własną rękę można pociągiem dojechać aż do Berlina zaczęliśmy brać to poważnie pod uwagę.

         Decyzja
         Wreszcie zapadła decyzja. Jedziemy do domu na własną rękę, nie jakimś większym transportem, ale małymi grupkami po 4 do 6 osób. Zdecydowało się na to ogółem kilkanaście osób. Nikomu nic nie mówiliśmy, nie rozgłaszaliśmy, w komendanturze obozu też nic nie meldowaliśmy. Po prostu spakowanie rzeczy, czego nie było wiele, zamknięcie drzwi izby w baraku i odmarsz. Planowaliśmy przejść pieszo po prowizorycznie naprawionym moście na drugą stronę rzeki Ruhr, do położonej tam niedaleko stacji jednego z przedmieść Essen, tam wsiąść w pociąg podmiejski jadący do Essen-Hauptbahnhof i tam wreszcie wsiąść już do pociągu dalekobieżnego jadącego przez Hannover i Stendal do Berlina, a co dalej to się zobaczy. Pierwsza grupka trzy lub czteroosobowa opuściła obóz chyba 1-go lipca. My z Witkiem, kilka lat od nas starszym Wackiem (nazwiska nie pamiętam) i przesympatycznym fryzjerem z Warszawy - Edkiem Kędziorą zdecydowaliśmy się wyruszyć kilka dni po nich.
         Jeszcze w przeddzień wyruszenia w drogę postanowiliśmy we dwóch z Wackiem pojechać na motorze i pożegnać się z okolicą. Ja po drodze wstąpiłem jeszcze do naszych gospodarzy w Überruhr aby się pożegnać, podziękować i z grubsza powiedzieć o naszych planach. Gdy już wracaliśmy do obozu, w miejscu gdzie droga szła dość stromo pod górkę, silnik motocykla "zaklekotał" nagle i zgasł. Zatrzymaliśmy się, Wacek próbował zapalić ponownie, ale tylko "kle, kle, kle" i nic. Poszliśmy więc dalej do obozu pieszo, pchając motocykl. Już na miejscu Wacek rozebrał jeszcze silnik i stwierdził, że tłok się chyba zatarł i pękł korbowód. Nic nie mógł zrobić, a więc na trawie przed naszym barakiem leżał bezużyteczny już złom naszego motocykla. Był to więc jeszcze jeden znak, że trzeba rozstać się z Zagłębiem Ruhry i ruszać do domu.

         W drodze do domu
         4-go lipca bardzo wczesnym rankiem, gdy dopiero szarzało opuszczaliśmy obóz. Wacek dla którego motocykl był oczkiem w głowie, jeszcze w ostatniej chwili podpalił te pozostające jego resztki, niemożliwe przecież do zabrania. Kiedy zeszliśmy już w dół ze zbocza i znaleźliśmy w pobliżu mostu, nad brzegiem rzeki obejrzeliśmy się do tyłu. W obozie w dalszym ciągu była cisza, tylko widać było płomień z dopalającego się motocykla. Z chwilą wejścia na most definitywnie opuściliśmy Altendorf, powróciliśmy znów w granice Essen zamykając jakby w ten sposób pętlę kilkumiesięcznego związanego z tym miastem okresu w naszym życiu. Zaczynał się nowy etap i nowy dzień, bo już na dobre świtało i wszyscy czterej chociaż o tym nie mówiliśmy mieliśmy nadzieję, że przyniesie nam tylko zmiany na dobre. Na mnie, ze względu na najlepszą znajomość języka i pewnego rodzaju łatwość orientacji w terenie spadła znowu rola przewodnika.
         Doszliśmy do stacji, czy raczej przystanku kolejowego. Pociąg do centrum, ciągnięty przez parowóz wkrótce przyjechał i trochę rozemocjonowani jechaliśmy do Dworca Głównego, który przecież znaliśmy dość dobrze z okresu gdy codziennie na niego, lub na jakiś boczny jego tor przyjeżdżaliśmy udając się do pracy w naszej odlewni. Sam dworzec miał wówczas kilka zadaszonych peronów i budynek - poczekalni i kas. Teraz podjeżdżamy do czegoś co zupełnie tego nie przypomina. Dawnego budynku i zadaszenia peronów nie ma, a same perony przypominają raczej jakieś wały gruzów. Nie możemy poznać dworca i okolicy. Z jednej strony trudno nam uwierzyć, że tak to wszystko zostało w ostatnim okresie zniszczone, ale z drugiej mamy swego rodzaju "Schadenfreude" mając w pamięci zniszczoną Warszawę. A jednak okazuje się taki jest obecny "Essen-Hauptbahnhof" i że stąd powinniśmy pojechać dalej.
         Pierwsza niespodzianka spotyka nas już przy próbie kupna biletów. Gdy podchodzę do okienka kasowego prosząc o cztery bilety do Berlina, przez Hamm, Hannover, Stendal okazuje się, że takich biletów pani nie może mi sprzedać. I to nie ze względu na moją narodowość, bo o to w ogóle nie pytała, tylko że do Berlina biletów w ogóle nie sprzedaje.
         Najdalej w kierunku wschodnim może mi sprzedać do Braunschweigu, czyli na linii bardziej na południe. Dobrze, kupuję. A kiedy będzie najbliższy pociąg w tamtą stronę? Nie wiadomo, trzeba czekać. Gdy wracam z tymi informacjami do moich współtowarzyszy są trochę zawiedzeni. Ale gdy po pewnym czasie już bliżej południa, wtacza się pociąg towarowo- osobowy, to znaczy jeden czy dwa wagony osobowe i reszta otwartych wagonów towarowych ze żwirem i węglem i dowiaduję się, że jedzie on gdzieś tam "durch Dortmund, Hamm und Bielefeld", czyli mniej więcej w zamierzonym przez nas kierunku i ładujemy się na jeden z tych otwartych wagonów. Jedziemy, raczej niezbyt szybko, usypiamy i wieczorem, a może już w nocy okazuje się, że stoimy na jakiejś stacji. To Soest, a więc zboczyliśmy trochę z zamierzonego kierunku. Wyładowujemy się i po pewnych perypetiach udaje się nam złapać jakiś transport wojskowy - amerykański, potem inny pociąg, który zawozi nas do Braunschweigu. Tak więc koło południa następnego dnia lądujemy w ośrodku dla DiPisów, zorganizowanym w jakimś dużym budynku niedaleko dworca. Tam spędzamy dobę, zjadamy kolację, myjemy się i planujemy dalszą drogę.
         W pewnym momencie przeżywam rozterkę, kusi mnie, aby wybrać się do położonego stosunkowo niedaleko na południe stamtąd Fallingbostel, czyli obozu, w którym przebywał mój brat. Koledzy odwodzą mnie od tego, bo "gdzie się będziesz sam włóczył, nie wiadomo czy go jeszcze tam znajdziesz". Ulegam tej argumentacji i zostaję z nimi. Wiele lat później okazuje się, że dobrze się stało, bo w tym momencie brata już tam nie było. Wędrował już z grupą kolegów do Polskiego Wojska, armii Andersa we Włoszech.
         Następnego dnia jedziemy do położonego niezbyt daleko na wschód Helmstedt, czyli ostatniego miasta w strefie amerykańskiej. Dalej pociągi nie jadą. Kolejna stacja Marienborn - to już strefa sowiecka. Dowiadujemy się, że podobno dalej można się dostać pieszo, przechodząc przez punkt kontrolny na autostradzie. Idziemy tam już większą grupą, ale Amerykanie nas nie przepuszczają.
         Nie ma żadnych wyjaśnień, ani podania powodów dlaczego. Po prostu przejście i przejazd autostradą zamknięte. Cóż robić, postanawiamy spróbować następnego dnia, i jak niepyszni wracamy na stację kolejową w Helmstedt. Nocujemy w stojących na bocznicy wagonach, aby rano gdy składy są przetaczane na peron, w pośpiechu ubierać się i wysiadać. Nie chcemy przecież jechać znów na zachód.
         W Helmstedt zbierała się coraz większa grupa Polaków, którzy chcieli wracać do Polski. Spotkaliśmy m. innymi dwóch z naszego obozu, którzy wyruszyli w drogę wcześniej (Marian Kajzer i Jagodziński). W innej z kolei grupie Witek spotkał swojego wujka, który był w innym obozie. Poszliśmy całą gromadą znów na autostradę i znów zostaliśmy odprawieni z kwitkiem, bez wyjaśnienia powodów. Granica zamknięta.

         Powrót na dworzec, nocleg w wagonach i tak w kółko. Jednego dnia, gdy po powrocie z granicy chcieliśmy pójść coś zjeść w położonym koło stacji barze, czy restauracji, spotkaliśmy grupkę oficerów z Polskiej Armii na Zachodzie, w tym również księży kapelanów, którzy przemawiali agitując, abyśmy nie szli do kraju. Argumentowali to tym, że w kraju rządzą komuniści, że nie zdajemy sobie sprawy co nas tam czeka. Ciesząc się ze spotkania polskich żołnierzy, jednak nie daliśmy się przekonać, co spowodowało, że samym nam nawymyślano od komunistów. Nic to nie pomogło. Wszyscy trwali w zamiarze powrotu do Polski nie kiedyś tam, ale już. Tego dnia wieczorem zostaliśmy wszyscy zakwaterowani w jakiejś hali fabrycznej na przedmieściach Helmstedt pozbawionej całkowicie maszyn i urządzeń. Tylko goła podłoga, dach i ściany. Spanie na jakichś deskach, na kolację i śniadanie następnego dnia jakieś nędzne zupy i chleb z rodzajem obrzydliwej kiełbasy niby serdelowej.
         Następnego dnia znów poszliśmy nad granicę stref. Po ponownym odprawieniu nas z niczym poszliśmy do pobliskiego lasu, gdzie rozłożyliśmy się w cieniu i rozważaliśmy co dalej. Jedni uważali, że trzeba pójść dalej, zresztą dość daleko, na południe bo tam podobno przepuszczają. Inni, że trzeba iść po prostu przez zieloną granicę na wschód, aż napotkamy posterunki sowieckie. Włócząc się przy tej granicy od kilku dni znaliśmy już dość dobrze miejsca posterunków amerykańskich i sposób poruszania się ich patroli. Jeździli zwykle Jeepami droga na skraju, nie zapuszczając się w głąb lasu. Ostatecznie nie doszło do uzgodnienia stanowisk. Podział nastąpił nawet w naszej grupie. Witek, za namową wujka powędrował na południe, ja wraz z Wackiem, Edkiem, Marianem i kilkunastoma innymi zdecydowałem się iść przez zieloną granicę. Tamta grupa odeszła, patrol amerykański przejechał, wstaliśmy więc i ruszyliśmy przez las jak się dało, zupełnie się nie kryjąc. Po pewnym czasie idąc dość blisko czoła grupy usłyszeliśmy "stoj, kt kto idiot". Niemalże chórem odpowiedzieliśmy "Polacy, idziemy do domu". Nastąpiła chwila ciszy, po czym "Nu dawajtie, dawajtie". Zbliżyliśmy się do tego sowieckiego żołnierza, prawie go otaczając i przyglądaliśmy się mu uważnie, a i on też lustrował nas wzrokiem.
         Można powiedzieć, że widząc przed paroma minutami ten uzbrojony patrol amerykański, trzy czy czteroosobowy poruszający się samochodem i teraz mając naprzeciw siebie tego pojedynczego żołnierza stojącego w środku lasu tylko z pepeszą na piersiach, w wytartym drelichowym mundurze, czerwoną gwiazdą na nędznej czapce, ale za to na piersiach z kilku połyskującymi medalami, przeżyliśmy po prostu szok. To tak wygląda sprzymierzona armia, która podbiła pół świata?
         Po krótkiej wymianie zdań, bez jakichkolwiek oporów żołnierz powiedział nam "iditie w etom naprawlieniu" wskazując ponadto kierunek ręką. Poszliśmy. Po kilkunastu minutach marszu znaleźliśmy się na skraju rynku miasteczka Marienborn, gdzie miało miejsce kolejne też szokujące, ale tym razem aż śmieszne zdarzenie. Gdy dochodziliśmy do rynku, po lewej stronie drogi, stał szereg około 20 żołnierzy, a przed nimi jeden, który sadowił się na motocykl i objeżdżał rynek dookoła. Prawdopodobnie taka była umowa, że każdy może objechać rynek tylko raz, a potem wsiada następny. Ale każdy z nich chciał być sprytniejszy od pozostałych i jadąc początkowo po zewnętrznym obwodzie rynku robił coś w rodzaju spirali zbliżając się do środka, aby zrobić jeszcze jedno koło. Widząc co się dzieje, z szeregu wyskakiwał jeden lub dwóch następnych żołnierzy, doganiali delikwenta i przewracali go wraz z motocyklem, dołożywszy mu przy okazji co nieco. Na motocykl wsiadał następny i zabawa powtarzała się dalej. Kontrast tych dwóch armii w ciągu tych kilkudziesięciu minut był niesamowity.
         Po chwili poszliśmy dalej i zostaliśmy ulokowani na noc w zabudowaniach jakiegoś pobliskiego majątku. Jutro miało się okazać co dalej. No i okazało się. Nie jakaś jazda pociągiem, samochodami, czy też wozami konnymi, ale marsz pieszy kilkadziesiąt, chyba 40 kilometrów do Magdeburga. Wędrowaliśmy cały dzień, właściwie przez nikogo niepilnowani. Na szczęście pogoda była niezła.
         Gdy doszliśmy do Magdeburga zobaczyliśmy po raz pierwszy jak wygląda miasto zdobyte przez armię sowiecką. Budynki, przynajmniej w tej części przez którą przechodziliśmy w zasadzie bez zniszczeń, ale opustoszałe. Kwartał dzielnicy mieszkaniowej, w którym mieliśmy się zatrzymać również niezniszczony, całkowicie puste mieszkania, ale na podwórku wewnątrz tego czworoboku trzypiętrowych budynków całe sterty mebli, o wysokości 4 do 5 metrów. Wszystko połamane. Okazało się, że to dzieło bojowców "krasnoj armii", którzy mieli tu swoje kwatery zaraz po zdobyciu miasta, a gdy ich przeniesiono gdzie indziej całe umeblowania dosłownie wyrzucali przez okna na dziedziniec. Znaczna część ludności cywilnej opuściła wcześniej swoje domy starając się przedostać na tereny zajęte przez zachodnich aliantów.
         Mieszkań więc mieliśmy do wyboru do koloru, a jakieś stoły, krzesła, łóżka czy chociażby materace trzeba było wygrzebać z tych połamańców. Ale jakoś się urządziliśmy i czekaliśmy na dalszy transport. Ponieważ listy na wyjazd sporządzane były budynkami, a wiadomo było, że nie wszystkich zabiorą jednym transportem, zamieszkaliśmy więc formalnie wszyscy czterej w dwóch miejscach, na dwóch możliwie oddalonych końcach tego osiedla. I tu i tam zapisani byliśmy wszyscy, ale faktycznie mieszkało po dwóch.
         I rzeczywiście opłaciło się to, bo jednej nocy przybiegł chyba Edek, że u nich już jest sygnał, że rano ludzie z tamtego budynku będą wychodzić na transport. U nas jeszcze nie było żadnych sygnałów. Błyskawicznie zebraliśmy się i pobiegliśmy do tamtego mieszkania, aby niedługo potem już wszyscy wędrować przez most na Łabie na drugą stronę rzeki, gdzie czekał już pociąg złożony z kilkudziesięciu wagonów towarowych z dymiącą lokomotywą. Niby coś podobnego jak przed 9-ciu miesiącami w Ursusie, ale jakże inaczej. Wagony otwarte, nikt nas nie popędza, nie bije, a poza tym wiemy, że tym pociągiem mamy dojechać do Polski. Podobno będziemy jechać aż do Szczecina.
         Około 7-mej rano pociąg ruszył, jechaliśmy przez Berlin, gdzie znów mieliśmy jak to się mówi "schadenfreude" patrząc jak był niesamowicie zrujnowany. Gruzy, ruiny, a my ich nie żałowaliśmy, tylko myśleliśmy, że to za Warszawę.

         Znowu w Polsce
         Po kilkunastu godzinach, od wyjazdu z Magdeburga, późnym popołudniem wjechaliśmy na tereny przedmieść Szczecina i zobaczyliśmy biało-czerwone flagi polskie. Maksymalna ich liczba była już na terenie samego dworca. Na każdym niemal słupie, na wiatach peronowych, wszędzie. Entuzjazm był niesamowity, wszyscy wiwatowali, ocierali ukradkiem łzy. A więc jesteśmy już w domu znowu, jak nam się wydawało w wolnej Polsce.
         Wyładowaliśmy się z wagonów, umoczyliśmy ręce w wodach polskiej już rzeki - Odry i pomaszerowaliśmy do budynków tzw. PUR-u, czyli Państwowego Urzędu Repatriacyjnego.
         Był to 25 lipca 1945 roku, niemal dokładnie rok od czasu gdy ostatni raz nocowałem w domu rodzinnym.
         Następnego dnia rano nastąpiła rejestracja. Zapisywano dokładnie kto, skąd, dokąd. Wystawiano różowego koloru karty repatriacyjne, które upoważniały nas do bezpłatnego przejazdu do określonego miejsca kolejami państwowymi.




Zaświadczenie z rejestracji w P.U.R.


         Teraz tylko trzeba było aby był ten jakiś pociąg i aby się do niego dostać. Na razie kazano nam czekać. Chodziliśmy więc po tym już naszym Szczecinie i oglądaliśmy. Choć sporo już było oczyszczone ze skutków wojny, to ogólnie widoki podobne jak w Magdeburgu. Sterty połamanych mebli na ulicach, nawet trochę tylko uszkodzone pianino na środku jezdni - skutek działalności oddziałów sowieckich. Ludzi niewiele, trochę już Polaków, którzy znaleźli się tu jeszcze w czasach niemieckich, czy też przesiedleńcy zza Buga, którzy przyjechali po wojnie. Niemców prawie się nie spotykało. Jednego dnia, gdy szliśmy po plantach głównej ulicy zaczepiła nas starsza kobieta pytając "Panowie, a wy skąd?". Jeden z kolegów odpowiedział "my z Warszawy, wywiezieni z powstania". Paniusia spojrzała na nas i wybuchnęła: "po coście tu wrócili, wszystkich was zamkną i wywiozą na Sybir. Wy nie wiecie co tu się dzieje". Więcej mówić nie chciała, ale dla nas było to kolejne już po Helmstedt ostrzeżenie. Nie wpłynęło to na zamianę naszych decyzji, choć trochę może podenerwowało.
         Tego jeszcze dnia byliśmy świadkami strzelaniny pomiędzy żołnierzami sowieckimi, którzy od chwili zdobycia byli panami tej ziemi, a żołnierzami polskimi, którzy w tych dniach miasto przejmowali. Przypadkowe pociski fruwały nad ulicą i naszymi głowami, a my musieliśmy na chwilę zrobić "padnij".
         Kilka dni później dostaliśmy informację, że na stacji Szczecin-Pogodno na południowym końcu miasta, będzie podstawiony wieczorem pociąg, który będzie jechał do Warszawy.. Wielka radość, to przecież ostatni etap naszej wędrówki. Zebraliśmy się więc jak najszybciej i pomaszerowaliśmy na stację. I znów pociąg jak pociąg, złożony częściowo z osobowych, częściowo z towarowych krytych, a częściowo otwartych wagonów. Chociaż pociąg był długi, ale ludzi jeszcze więcej. Wszędzie więc było tłoczno. Nam przypadł jeden z tych otwartych wagonów. Zanim pociąg ruszył, a trzeba przyznać, że stał dłużej niż to przedtem nam podano, nasi "przyjaciele sowieccy" po prostu rabowali. Podchodził jeden z żołnierzy do wagonu i mówił "...nu pan, budiem rewizju diełat" i chwyciwszy walizkę, plecak czy worek wyciągał go na peron. Stojący tam drugi wojak łapał taki bagaż i uciekał, a ci będący w wagonie mówili "widisz jewo ukrał", a przecież to tak było z góry zaplanowane. Gdyśmy się zorientowali o co chodzi, spontanicznie zorganizowała się samoobrona. W momencie gdy ruscy zbliżali się i chcieli wchodzić do jakiegoś wagonu, wszyscy jego pasażerowie, a także dwóch sąsiednich wagonów podnosiło głośny krzyk i ewentualnie nawet biegło z pomocą. Napastnicy na ogół odstępowali. I tak ten krzyk przenosił się z jednego końca pociągu na drugi. Tego rodzaju "zabawa" trwała dobre parę godzin, aż wreszcie pociąg ruszył. Jechaliśmy przez Krzyż, Poznań, Ostrów Wielkopolski, Kalisz, Łódź i wreszcie do Warszawy. Trwało to wszystko półtorej doby. Po drodze, chyba w Ostrowiu dostaliśmy coś do jedzenia i wreszcie 30-lipca czy też 31-lipca 1945 roku pociąg wtoczył się na stację Warszawa, wówczas Główna, a dawniej Towarowa, u zbiegu ulicy Towarowej z Alejami Jerozolimskimi. Peronów jako takich nie było, tylko podłużne wały z gruzu, całkiem podobnie jak na dworcu głównym w Essen.
         Wszystkich nas ogarnęło wzruszenie. Patrzyliśmy na to miasto zrujnowane jeszcze bardziej niż wtedy, gdy je musieliśmy opuścić.
         Na ulicę Towarową wyszliśmy razem we czterech: Edek, Wacek, Marian i ja. Marian pożegnał się pierwszy, szedł gdzieś na południowe Powiśle czy Czerniaków. My we trzech skierowaliśmy się na ulicę Wronią, w pobliżu ulicy Prostej, gdzie mieszkała rodzina Wacka. Było to bardzo blisko miejsca, gdzie w czasie zawieszenia broni, blisko dziesięć miesięcy temu, stałem za ostatnią naszą barykadą, gdy ludność cywilna mogła wychodzić. Teraz barykady już nie było, a w pobliżu w ruinach oficyny domu po parzystej stronie ulicy Wroniej - Wacek witał się z rodzicami. On już był w domu. My dwaj, to znaczy Edek i ja musieliśmy iść dalej na drugą stronę Wisły. Edek na Pragę, a ja na Saską Kępę.
         Wypiliśmy herbatę, którą nas ugoszczono w domu Wacka i poinstruowani, że musimy iść do drewnianego mostu tzw. wysokowodnego u wylotu ulicy Karowej - ruszyliśmy w dalszą drogę. Szliśmy dość szybko ulicami: Prostą, Świętokrzyską, Marszałkowską i Królewską dotarliśmy do Karowej i przez most przeszliśmy na drugą stronę Wisły. Idąc pamiętam, że cały czas porównywałem to co widziałem teraz z tym jak wyglądało to w chwili kapitulacji powstania. Z jednej strony przyjemnie było, że na ogół idziemy na poziomie ulicy, a nie po zwałach gruzu, ale z drugiej patrzyło się z żalem, że domy które wówczas jeszcze istniały obecnie zamieniły się w gruzy, lub sterczały wypalone kikuty ich ścian.
         Zaraz po przejściu mostu rozstaliśmy się z Edkiem, on szedł dalej na wschód, a ja wzdłuż wału przeciwpowodziowego przez tereny gdzie obecnie są przedpola Stadionu Narodowego, a wówczas były wysypiska śmieci - w stronę Saskiej Kępy.
         Byłem już zupełnie sam. Jeszcze nie wiedziałem, czy stoi nasz dom położony przecież tuż przy wale, a więc bardzo blisko Wisły, która przez 4 miesiące była linią frontu.
         Szedłem, minąłem zniszczony wiadukt średnicowej linii kolejowej, ruiny mostu Poniatowskiego i wyszedłem na Wał Miedzeszyński. Tu wszystko już było prawie jak dawniej. Jezdnia ulicy, chodnik i barierka od strony plaży nad brzegiem rzeki. Tyle, że całkiem pusto. Od chwili rozstania się z Edkiem nie spotkałem żywego człowieka. I w pewnym momencie, gdy minąłem już wylot ulicy Walecznych zobaczyłem idącego naprzeciw mnie młodego 12-13 letniego chłopaka. Wydawał mi się znajomy, to był chłopiec z sąsiedniego domu - Janusz Małynicz. On też mnie poznał i trochę jakby zdziwiony, powiedział "Tadek, to ty wracasz?". Odpowiedziałem "Jak widzisz wracam, a co tam u mnie w domu?". Powiedział mi "Idź, idź, dom trochę podziurawiony ale stoi, Mama i Teresa też tam są". Kilka kroków dalej mogłem już sam zobaczyć mój dom.
         Rzeczywiście podziurawiony dość solidnie, a na częściowo rozwalonym tarasie od strony Wisły, na rozciągniętych sznurkach suszy się bielizna. To mama, od chwili gdy tylko znalazła się z powrotem w domu, czyli od co najmniej kilku miesięcy bez przerwy coś tam wieszała, ażeby wracający chłopcy (ojciec i nas dwóch) już z daleka widzieli, że ktoś tam jest.
         Zbliżyłem się do domu i wszedłem na klatkę schodową, która była po stronie przeciwnej od Wisły. Jak na razie poza tym chłopakiem nie spotkałem nikogo. Powoli wchodziłem na pierwsze piętro. Zobaczyłem drzwi do mieszkania. Te same, tyle że połamane i pozbijane zwykłymi deskami. Stanąłem przed nimi i zapukałem. Raz i drugi. Po chwili, zza drzwi usłyszałem kroczki i głosik mojej 14-letniej wówczas siostry "Kto tam?". Odpowiedziałem "Tadeusz", ale drzwi się nie otworzyły tylko usłyszałem, że siostra biegnie w głąb mieszkania i woła "Mamusiu Tadeusz wraca", a ja wciąż stałem za drzwiami. Nie wpuściła mnie. Wypominałem jej to potem, serio czy w żartach - wielokrotnie. Mieszkanie było duże, częściowo jeszcze zrujnowane i nie w całości użytkowane, toteż chwila upłynęła, zanim Mama zdołała przybiec i otworzyć mi drzwi. Radość była wielka. Okazało się, że wrócił ojciec, który był w Berlinie, a teraz jest gdzieś w mieście, a o bracie wieści przyniósł jeden z jego kolegów, który widział go już po wyzwoleniu przez Amerykanów. Mama ubolewała jak ja źle wyglądam, a przecież od chwili naszej z Witkiem ucieczki, w trakcie marszu głodu, zdołałem co nieco przybrać na wadze.
         Mama przygotowała mi wodę do umycia się i szykowała jedzenie, a w międzyczasie wypytywała o to i owo. Na ogół nie byłem zbyt chętny do opowiadania, szczególnie gdy mnie ktoś do tego zmuszał, a ponadto byłem solidnie zmęczony. Ale w pewnym momencie mama się zainteresowała jak długo trwała ta moja powrotna wędrówka. Zapytała wprost "Tadziuniu, a kiedy wyście wyruszyli w drogę". Po krótkim zastanowieniu odpowiedziałem "4 lipca mamusiu". I w tym momencie przypomniał mi się mój sen. Przecież spełnił się w zasadzie w 100%. Przypomniały mi się też moje słowa, odkrzyknięte do mamy gdy wybiegałem 1 sierpnia 1944 roku, "do zobaczenia po wojnie mamusiu, po wojnie". I tak też się stało.
         Był wieczór 31-go lipca 1945 roku.



Tadeusz Jarosz

opracowanie: Maciej Janaszek-Seydlitz



      Tadeusz Jarosz
ur. 24.06.1929 we Lwowie
harcerz Szarych Szeregów
ps. "Topacz"
łącznik-drużynowy drużyny listonoszy
Harcerskiej Poczty Polowej





Copyright © 2016 SPPW 1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.