Powstańcze relacje świadków


         Zapraszam do lektury relacji Barbary Rumianek z d. Chrzanowskiej.
         Rodowita warszawianka, całe życie mieszka w prawobrzeżnej Warszawie na Bródnie. W czasie II wojny światowej była kilkuletnią dziewczynką. Jej wspomnienia dają ciekawy obraz zniewolonego miasta widzianego oczami małego dziecka.

Maciej Janaszek-Seydlitz









Barbara Rumianek z d. Chrzanowska,
ur. 08.09.1935 w Warszawie


Moje wojenne dzieciństwo

         Moja rodzina od pokoleń mieszkała na warszawskim Bródnie. W okresie przedwojennym była to peryferyjna dzielnica prawobrzeżnej Warszawy, kilkaset metrów od mojego domu przebiegała granica miasta.
         Bródno było znane z dwóch powodów: olbrzymiego węzła kolejowego i dwóch wielkich cmentarzy - katolickiego i żydowskiego. Była to raczej biedna dzielnica, zamieszkała głównie przez rodziny kolejarzy i tramwajarzy. Była usytuowana w pobliżu fortów wojskowych, co do końca XIX w. skutkowało zakazem budowy murowanych domów. Większość zabudowy składała się więc z niewielkich drewnianych domków, przypominających swym charakterem tzw. "świdermajery" z linii otwockiej (nazwa wymyślona przez Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego dla drewnianych, bogato zdobionych, domów letniskowych z obszernymi werandami). Pierwsze tego typu domy zbudował po obu stronach Świdra, w latach 80-tych XIX w., artysta malarz Elwiro Michał Andriolli.
         Od zachodu za ul. Odrowąża i Białołecką był skomplikowany system torów kolejowych, parowozownia i warsztaty kolejowe. Pracowało tam wielu mieszkańców Bródna. Od wschodu, za granicą miasta rozciągały się ziemie dużego gospodarstwa rolnego tzw. Agrilu.

         Mój ojciec Marian Chrzanowski ożenił się z mamą, Janiną Chrzanowską z d. Sitek 20 maja 1934 r.


nasze zdjęcie rodzinne 1936 r.;
od lewej żona brata mamy Helena, jej mąż Henryk Sitek, mój ojciec Marian Chrzanowski, moja matka Janina, ja, moja babcia Maria, mój dziadek Jan Sitek

         Urodziłam się 8 września 1935 r., nadano mi imiona Barbara Maria. 25 września 1938 r. urodziła się moja młodsza siostra, Elżbieta Wanda. Niestety, 10 lipca 1940 r. moja siostra zmarłą na zapalenie opon mózgowych.


siostry: od lewej: Barbara i Elżbieta Chrzanowskie; 1939 r.

         Mieszkałam w murowanym, piętrowym domu przy ul. Sądowelskiej 10 róg Siedzibnej 51. Budowę domu rozpoczął w 1936 r. mój dziadek. Całkowite wykończenie domu przerwała wojna, budowę ostatecznie ukończono w 1946 r.


nasz rodzinny dom

         Na parterze mieszkali dziadkowie z synem, bratem mojej mamy. Na I piętrze, w pokoju z kuchnią, olbrzymim tarasem i łazienką mieszkała moja rodzina. Niestety, aktualnie dom już nie istnieje. Na jego miejscu wybudowano wieżowiec pod adresem Rembielińska 3/5.
         Po zmianach granic miasta i nowym projekcie architektonicznym okolicy, z mapy miasta zniknęły dwie ulice: nasza Sądowelska i położona na wschód od niej graniczna wówczas Wąsowska. Ulice położone na zachód od nas zachowały się, przynajmniej z nazwy.
         Nasz dom stał dosłownie na peryferiach Warszawy. Jeden plac od nas było już Stare Bródno. My mieszkaliśmy na Nowym Bródnie. Tu gdzie teraz jest zakręt z Matki Teresy w Rembielińską, stał nasz dom.

          
fragmenty map Bródna; po lewej mapa z 1939 r., po prawej mapa współczesna;
na starej mapie zaznaczono miejsce, gdzie stał nasz dom

         W 1939 r. zabudowa koło nas nie była zbyt gęsta. Na Wąsowskiej stał w zasadzie jeden dom, na Sądowelskiej było ich kilka. W odróżnieniu od większości domów na Bródnie, w naszym rejonie były to w zasadzie domy murowane.
         Poprzeczna do naszej i większa ul. Julianowska była utwardzona aż do ul. Wąsowskiej, równoległa do niej Siedzibna była utwardzona kawałek za ul. Bolesławiecką. Na pozostałych ulicach w naszej okolicy były piachy utrudniające dojazd samochodom. Na Sądowelskiej za Siedzibną, w kierunku muru cmentarnego, zabudowa była w zasadzie drewniana.
         Na południe od naszej ulicy ciągnął się mur cmentarny. Przed nim wznosiły się piaskowe górki, szerokie na około 150 metrów, wysokie pod 2-3 piętro i porośnięte ostrą, szeroką trawą. Były to pozostałości starorzecza Wisły i stanowiły miejsce dla dziecięcych zabaw. Zimą to była cudowna rzecz, bo jak sankami zjechało się z jednej góry, to się z rozpędu wjeżdżało na drugą górkę. Zabawa była bardzo dobra. Często bawiliśmy się tam też w wojnę albo podchody. Do zabawy w wojnę koledzy wystrugali nam z kawałków drewna pistolety. Strzelało się z nich na gumkę, tak jak z procy. Pierwsze lata dzieciństwa były więc wspaniałe.
         Z górek można się było łatwo dostać na stosunkowo szeroki cmentarny mur, który był doskonałym miejscem do zabawy w berka. Co pewien czas były na nim ułożone podwójne płyty, które umożliwiały wyminięcie się. Z muru można było się również łatwo dostać na cmentarz. Po drugiej stronie muru pracownicy obsługi cmentarnej, mieszkający na ul. Bolesławieckiej, zrobili z płyt rodzaj schodków umożliwiających wejście i zejście z muru na teren cmentarza.

*

         Ojciec mój pracował w Dyrekcji Tramwajów Miejskich przy ul. Młynarskiej na Woli. Pracę w tramwajach podjął bardzo wcześnie, po ukończeniu szkoły im. Michała Konarskiego przy ul. Okopowej oraz podjęciu nauki w szkole inżynierskiej Wawelberga i Rotwanda. Był zatrudniony na stanowisku instruktora dla motorniczych oraz kalkulatora. Mama zajmowała się domem i wychowaniem dzieci.
         Wszystko zmieniło się 1 września 1939 r. Miałam wtedy 4 lata. To wręcz niesamowite, jak pewne wydarzenia z okresu wojny i okupacji wryły się w pamięć dziecka. Pamiętam je z wszystkimi szczegółami do dzisiejszego dnia, mimo że upłynęło już kilkadziesiąt lat.

*

         Był początek września 1939 r., gdzieś 6 lub 7 września. Mama stała ze mną na podeście przed domem i pokazywała lecący samolot. Miała na ręku moją roczną siostrzyczkę, mnie trzymała za rękę. Pilot lecącego nisko niewielkiego dwupłatowca musiał nas chyba zobaczyć i otworzył ogień z karabinu maszynowego.
         Mama zareagowała odruchowo, pchnęła mnie do tyłu i sama przewróciła się do tyłu w drzwiach. Całe szczęście, że praktycznie stałyśmy przy wejściu do domu. To nas ocaliło. Na ścianie domu, którego teraz już nie ma, pojawiła się złowieszcza smuga. To był ślad po serii pocisków.

*

         Następne zdarzenie dotyczyło już drugiej połowy września. Dom, w którym mieszkaliśmy, był murowany i miał żelbetonowe sklepienia. W związku z tym, kiedy się zaczęła wojna i bombardowania, sąsiedzi i znajomi przyszli schronić się do nas do piwnicy. Sąsiedzi mieszkali w małych drewniaczkach, budkach. Bródno było wprawdzie dzielnicą kolejarską, ale biedną. W większości była zabudowa drewniana. Myśmy mieli piękne piwnice, duże. Nie było w nich jeszcze podłogi, był tylko piasek. Dom, którego budowa, jak wcześniej wspomniałam rozpoczęła się w 1936 r., nie był całkowicie wykończony w 1939 r.
         W piwnicy było chyba ze dwadzieścia kilka osób ze swoim dobytkiem. Zrobiło się bardzo ciasno. Niemniej na tym piasku były rozłożone sienniki z pościelą i tam spędzało się noce i momenty bombardowań.
         Moja babcia była bardzo religijna, nie rozstawała się z różańcem. Chodziła, modliła się, a wieczorem obowiązkowo, przed pójściem do piwnicy, było odmówienie różańca. Żeby było bezpieczniej, różaniec odmawiany był w przedpokoju, który był z czterech stron obudowany. Z jednej strony była kuchnia, po dwóch stronach pokoje i klatka schodowa. Wszystkim się wtedy wydawało, że jest to najbezpieczniejsze miejsce w całym domu.
         Tego dnia, w trakcie wieczornej modlitwy ja byłam strasznie niespokojna. Byłam zresztą w ogóle dzieckiem bardzo ruchliwym, według współczesnej definicji z ADHD. Strasznie się kręciłam. Mama nie mogła wytrzymać, chciała mi dać klapsa, ale nie mogła mnie złapać. Oprócz mnie było tam jeszcze więcej dzieci, chyba razem piątka. Ja powtarzałam, żeby koniecznie iść na dół. Babcia zobaczyła, że to nie przelewki, że jej bardzo przeszkadzam. Zeszliśmy więc na dół do piwnicy.
         Jeszcze się dobrze nie rozłożyliśmy na siennikach, gdy poczuliśmy dwa potężne wstrząsy. Jeden po drugim, w bardzo niewielkich odstępach. W tym czasie, kiedy my byliśmy w piwnicy, mój tata z dwoma sąsiadami był na dachu, pełniąc ochronę przeciwlotniczą. Byli wyposażeni w kubełek wody i drugi kubełek z piaskiem oraz bosak, by jeśli spadnie bomba zapalająca, jak najszybciej ją unieszkodliwić.
         Tata usłyszał dwa wybuchy, strasznie się zdenerwował i zbiegł z góry. Dobiegł do parteru, spojrzał, nie ma drzwi. Po ciemku widział tylko jamę. Potem zobaczył, że nie ma żadnych ciał. Trochę się uspokoił, bowiem pierwotnie obawiał się, że będzie masakra, że wszyscy zginęli. Zszedł do piwnicy. My siedzieliśmy przy małych tzw. niewidymkach. Były to domowej roboty lampki podobne do lampek nagrobkowych, maleńkie znicze.
         Tata rozejrzał się po zejściu na dół i zaczął się histerycznie śmiać. Tak histerycznie, że wszyscy zdębieli, nie wiedząc, co się stało. A tata powiedział: "Weźcie chociaż jedno lusterko i zobaczcie, jak wyglądacie". Co się okazało: w piwnicach zawsze były zainstalowane lufty na sadze. Gdy nastąpił wybuch, te wszystkie lufty się otworzyły i sadze poszły na nas. Wyglądaliśmy jak Murzyni.
         Potem ustaliliśmy, co się wydarzyło. Do najmniejszego pokoju od strony południowej, od cmentarza, wpadł jeden pocisk. Rozbił on piec kaflowy, który ogrzewał przedpokój i pokój. Od strony wschodniej, gdzie znajdował się tzw. Agril, po wojnie PGR, wpadł drugi pocisk. Ten, który wpadł od strony południowej, rozbił piec i drzwi wejściowe na klatkę, dobrze, że nie przebił ściany klatki schodowej. Natomiast ten od wschodniej strony uderzył w ścianę w przedpokoju. Była tam jeszcze mała toaleta, pocisk przeleciał przez ścianę toalety i w następnej ścianie od strony pokoju zatrzymał się nie wybuchając. Było to w pewnym sensie szczęśliwe zakończenie, bo gdyby wybuchł jeszcze ten drugi, byłoby jeszcze większe zniszczenie. U góry w miejscu łączenia się ścian było tylko po jednej cegle. Cała ściana mogłaby się zawalić.

*

         W 1942 r. jako 7-latek poszłam do szkoły, Od razu do drugiej klasy. Chodziłam do szkoły nr 150 na Bródnie im. Mikołaja Kopernika z siedzibą przy ul. Białołęckiej 36, dziś Bartnicza 2. Był to zespół czterech szkół, największy na Bródnie, zbudowany w latach 30-tych, bardzo nowoczesny. Była tam łaźnia, przepiękne boisko. Teraz w 3 pozostałych budynkach mieści się Zespół Szkół nr 41.
         W czasie okupacji budynki szkolne zajął Wehrmacht, zajęcia szkolne odbywały się w różnych prywatnych lokalach, rozrzuconych po całej dzielnicy. Gdy wypadała jakaś większa uroczystość (mimo że była okupacja, niektóre święta były kultywowane), spotykaliśmy się w większej sali w budynku przy ul. Kiejstuta, gdzie obecnie znajduje się kino"Świt". Często występy uświetniała młoda tancerka ze skrzywionym kręgosłupem, Magdalena Bagińska, która przepięknie tańczyła. Po latach spotkałam się z nią w pracy.


świadectwo ukończenia 2 klasy szkoły podstawowej przez Barbarę Chrzanowską

         Na Kiejstuta były w zasadzie wyłącznie budynki drewniane. Między dwoma z nich, w pobliżu szkoły była niewielka przestrzeń, w której przez wiosnę, lato i wczesną jesień ukrywali się Żydzi. Gdzie spędzili zimę, tego nie wiem. Między nimi była dziewczynka o imieniu Róża, która chodziła razem z nami do szkoły. Ona była mało podobna do Żydówki. Nigdy nie chciała się przyznać, gdzie mieszka i skąd jest. Moja wychowawczyni prawdopodobnie wiedziała, kim jest Róża.
         Wychowawczynią a zarazem kierowniczką szkoły była pani Petronela Białas, pochodząca z patriotycznej rodziny z Krakowa. Prawdopodobnie wspomagała ona ukrywających się Żydów. Ukrywający się znajdowali się niedaleko od stacjonujących w budynkach na Białołęckiej 36 Niemców.
         Do szkoły chodziłam sama aż na drugi koniec Bródna. Mimo, że miałam tylko 7 lat, nikt mnie nie odprowadzał. Tata pracował, mama zajmowała się domem i chorymi dziadkami. Musiałam sama chodzić. Bardzo często przechodziłam przy budynkach szkoły na Białołęckiej i widziałam kwaterujących tam Niemców. Często zaczepiali młode dziewczyny. Ja byłam jeszcze na tyle małym dzieckiem, że na mnie nie zwracali uwagi.
         Obok nas, w sąsiednim domu, mieszkała przez całą okupację Żydówka z córką. Mimo, że nie wyglądała absolutnie na Żydówkę musiała się ukrywać. Wszyscy sąsiedzi o tym wiedzieli, ale nikt nic nie powiedział. Córka wyglądała na żydowskie dziecko, ale została ochrzczona. Rodzina, która ją adoptowała podała jej swoje dane personalne.

*

         Przy szkole na Białołęckiej był drewniany kościół Matki Boskiej Różańcowej. Zbierała się w nim cała dzielnica, wszyscy chętnie tam przychodzili na modlitwy. Działał tam bardzo prężnie ksiądz prefekt Józef Woźniak.
         Był to człowiek, który się w ogóle nie bał Niemców. On potrafił powiedzieć, będąc na ambonie, do tych którzy stali w kruchcie: "Podejdźcie tu bliżej, ja się was nie boję. Pokażcie się ludziom, kim wy jesteście".


ksiądz Józef Woźniak, po lewej Barbara Chrzanowska

         Ksiądz miał paszport watykański. W czasie okupacji bardzo często wyjeżdżał do Watykanu, a prawdopodobnie i po drodze załatwiał sprawy podziemne.
         W czasie okupacji ks. Józef Woźniak brał czynny udział w działaniach Armii Krajowej. Był kapelanem Armii Krajowej i Szarych Szeregów. Przekazywał pieniądze na zakup broni, organizował fikcyjne pogrzeby, podczas których przewożono w trumnach broń i amunicję na Cmentarz Bródnowski dla żołnierzy armii podziemnej.
         Był również poetą. Jako nagrodę za poezję dostał watykański kapelusz ze strusich piór. Zachowało się kilka jego utworów, ale trudno je wyciągnąć, są na Miodowej w archiwum.
         Pamiętam fragment jednej z ułożonych przez niego kolęd, która była bardzo lubiana i śpiewana.

         Do Betlejem choć rzecz trudna
         poszły wszystkie dzieci z Bródna
         i uklękły przed stajenką
         przed Jezuskiem i Panienką

              Dźwiga Bartek węgla worek,
              co go ściągnął w zeszły wtorek,
              idzie Basia choć nierada,
              z buraczaną marmoladą
         itd.


         Druga pieśń, która była długo śpiewana to:

         W udrękach mych płyną łzy.
         Wciąż jęki w niebo biją,
         O Pani spójrz wejrzeniem swym
         Na tę drużynę swoją."
         itd.


         Ksiądz Woźniak zapisał się chlubnie w konspiracji. U niego w pokoju na plebanii przetrzymywana była broń, bardzo często zbierali się konspiratorzy. Nie było to do rozpowszechniania ale wszyscy zdawali sobie z tego sprawę.
         Drewniany kościół Matki Boskiej Różańcowej został uszkodzony w 1939 r. i całkowicie spalony w 1944 r. Obecny, murowany kościół został zbudowany w latach 1957-1964.

*

         Bródno w czasie okupacji było dla Niemców bardzo ważną stacją przeładunkową, z parowozownią i dużymi warsztatami kolejowymi. Pracowało tu wielu mieszkańców Bródna. Pamiętam jak zawsze o 6 rano, moja sąsiadka ze specjalną emaliowaną miseczką do jedzenia, z kubeczkiem i łyżką, ubrana w drelichowe ubranie szła do pracy. Niemcy dawali pracownikom ubrania robocze.
         Poza zatrudnionymi polskimi robotnikami Niemcy korzystali z pracy więźniów i Żydów z getta. Przywoziły ich do warsztatów kolejowych specjalne żółto-zielone tramwaje. Ich przystanek był róg Palestyńskiej i Julianowskiej, tuż przy warsztatach.

*

         Tata z racji swojego stanowiska (kontrolera motorniczych) bardzo często, w niedzielę zabierał mnie i moją przyjaciółkę z jej bratem i obwoził tramwajem po Warszawie. Jechaliśmy na pierwszym pomoście, który był dla "Nur fur Deutsche". Ojciec w czapce kontrolerskiej, jeździł z nami jako troskliwy ojciec, nie mający co zrobić ze swoimi dziećmi.

*

         Pewnego razu wydarzyła się nieprzyjemna dla nas historia, która do dziś mi się śni. Przejeżdżaliśmy przez getto. Tramwaje starego typu, z otwartymi pomostami, które szły przez getto, miały zasuwane drewniane żaluzje w oknach. Drzwi do wagonów były zamykane. Na pomoście mógł być tylko motorniczy no i ewentualnie mój tata. Ale dla dzieci nie było przeszkód, żeby nie znaleźć jakiejś szpary, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Do dziś mam przed oczyma tych ludzi. Szkielety, po prostu szkielety, wyciągające ręce i patrzące, czy ktoś nie wyrzuci czegoś z tramwaju.
         Tramwaje były jeszcze dodatkowo zabezpieczane, żeby nic nie wyrzucać z wagonu, na stopniach stali żandarmi. Kiedy przyjechałam do domu, płakałam potem podobno przez dwa dni. Nie mogłam się uspokoić. Tata powiedział: "Więcej cię w okolice getta nie zabiorę".

*

         Innym razem jechaliśmy tramwajem Odrowąża i akurat Niemcy prowadzili z cmentarza żydowskiego, z kierkuta, z domu modlitewnego, kolumnę około 100 osób, był tam widać czyjś pogrzeb. Żydzi szli w kierunku getta w pasiakach, z opaskami z gwiazdą Dawidową. I też Niemcy absolutnie nie pozwolili, aby ktokolwiek się wychylał. Ludzie chcieli rzucać jakieś pożywienie.

*

         Dzięki tym tramwajowym wycieczkom poznałam starą Warszawę. Dzisiaj niektóre miejsca są takie nijakie, że po prostu serce się kroi, że to jest taka sztampa. Dawnej były różne domy i domki, było dużo zieleni. Było jakoś zupełnie inaczej, piękniej i ciekawiej.

*

         Kiedyś w 1943 r. trzeba było przewieźć z Bródna na Młynarską jakieś materiały. Nie mógł tego zrobić nikt z dorosłych, bo Niemcy często kontrolowali tramwaje i zatrzymywali podejrzanych. Mój szlachetny tata z mamą postanowili, że ja to przewiozę. Miałam wówczas 8 lat. Naszykowano mi koszyczek ze śniadaniem. Pamiętam jak dziś, była w nim litrowa butelka po wódce z brązowym olakowaniem napełniona herbatą.
         Mama poszła ze mną rano na przystanek przy Palestyńskiej, gdzie przychodziły specjalne żółto-zielone tramwaje, które dowoziły pracowników z getta i innych miejsc. Podeszła o umówionej godzinie do motorniczego normalnego tramwaju, był to chyba tramwaj numer 21. Przekazała mnie i mój koszyczek. A mnie powiedziała: "Pamiętaj, jeżeli cokolwiek będzie się działo, to mów do tego pana Tatusiu". Tramwaj ruszył.
         Dojechaliśmy do pl. Teatralnego. I tu się zaczęło. Wszystkich pasażerów Niemcy wyrzucili z tramwaju. Został motorniczy i ja. Na stanowisku motorniczego był specjalny trójnóg do siedzenia, aby pracownik nie męczył się staniem. Motorniczy usiadł na trójnogu, wziął mnie na kolana. Dołożył jeszcze mój koszyk i swoje śniadanie. Siedzimy.
         Trwało to kilka godzin. Niemcy przejrzeli wszystko w tramwaju. Podnosili do góry drewniane siedzenia. Zaglądali wszędzie. Ale nie podeszli do nas. Prawdopodobnie mieliśmy jakąś obstawę w tramwaju. Tak mi się wydaje z perspektywy czasu.
         Tata dostał telefon, jaka jest sytuacja na pl. Teatralnym, że wszyscy stoją pod murem. Gdy dojechaliśmy wreszcie na Młynarską, tata, ciemny blondyn, który miał wtedy 37 lat, obie skronie miał siwe. Osiwiał, czekając na mnie. Już mnie widział rozstrzelaną, zabraną. Od tamtej pory więcej mnie tam nie posyłali.

*

         Muszę zaznaczyć, że Cmentarz Bródnowski sprawował bardzo ważną rolę. Wszyscy, którzy byli zagrożeni przez gestapo uciekali tam i tworzyli jakby partyzantkę. Od strony Wincentego przy cmentarzu mieszkali SS-mani. Ale żaden z nich nie wszedł na cmentarz. Zdawali sobie sprawę, że jak wejdą, to już nie wyjdą.
         Często zdarzało się, że starsi wykorzystywali nas, dzieci do przekazywania informacji lub materiałów na cmentarz. Niemcy często stawiali wartę na jednej z tych piaskowych górek, aby obserwować, co się dzieje w okolicy. Na biegające dzieci nie zwracali uwagi.
         Ja kilkakrotnie byłam wysyłana przez swojego tatę na cmentarz. Pamiętam jedną aleję, była to aleja 64 B. Dostałam małe zawiniątko, które miałam zostawić na grobie, który ma płytę betonową. I jak zostawię, miałem uciekać, ale nie tą samą drogą, którą przyszłam, ale mam kręcić, żeby broń Boże nikt mnie nie zauważył. Mimo wszystko kolaborantów nie brakowało. Ponieważ poszłyśmy we dwie z moją przyjaciółką, byłyśmy mimo wszystko ciekawe. Zanim dostałyśmy się do następnej poprzecznej alei między grobami, spojrzałyśmy do tyłu. Tego, co zostawiłam na płycie już nie było. Prawdopodobnie płyta była przesuwana i ktoś siedział tam w środku.
         Takich zdarzeń było kilka.

*

         Było jeszcze jedno zdarzenie, które do dziś pamiętam. Chyba na rok przed powstaniem, w 1943 r., była wsypa u mojej ciotki, Janiny Chrzanowskiej, która mieszkała na Zielnej i była malarką. Skończyła studia wyższe w Akademii Sztuk Pięknych im. Wojciecha Gersona. Ciotka działała aktywnie w podziemiu. Często zbierali się u niej konspiratorzy. Bywał również Henryk Leliwa-Roycewicz dowódca batalionu "Kiliński".


po prawej moja ciotka, Janina Chrzanowska, 1937 r.

         Ciotce udało się jakoś wymknąć z kotła. Gestapo doszukało się jednak, że na Bródnie mieszka jej brat. Przyszli do naszego domu. Na szczęście, jak wspominałam wcześniej, u nas nie było jeszcze porządnych ulic. Brukowana była tylko ulica Julianowska i częściowo Siedzibna. A dalej była tylko droga żużlowa i piach. Samochód nie mógł dojechać, szło się po piachu. Żeby wejść na podwórko, trzeba było dojść od Siedzibnej, później zawrócić, by dojść do budynku. Ponieważ nie było u nas telefonu, tata nie mógł być ostrzeżony wcześniej.
         Kiedy zobaczył w oddali osobników w płaszczach i kapeluszach z piórkiem, zorientował się, o co chodzi. Równocześnie wiedział, że tak szybko nie wejdą do domu. Na dole drzwi są zamknięte, na górze też. Zanim ktoś z domowników otworzy po usłyszeniu łomotania do drzwi, ma trochę czasu. Zeskoczył z tarasu z I piętra. W naszym domu I piętro było tak wysokie, jak w innych domach II. Tata zeskoczył na piach i uciekł na cmentarz.
         A Niemcy w naszym domu zrobili kocioł. Trzymali ten kocioł chyba ze dwa dni. Gdy przyszli na górę, nie mogli się od mamy nic dowiedzieć. Zbili mamę potwornie, leżała zakrwawiona, posiniaczona w kuchni. Mnie zabrali do pokoju i próbowali przekupić cukierkami, czekoladą, różnymi opowieściami, abym coś powiedziała.
         Było ich czterech. Dwóch z nich mówiło doskonale po polsku. Siedzieli, grali w karty, w brydża, lub inną grę. Było lato, chyba czerwiec. Było bardzo gorąco. Niemcy otworzyli okna i drzwi na taras wychodzący na cmentarz. Mnie nie pozwolili się ruszyć z pokoju. Gdy chciałam iść spać, kazali mi się położyć na kanapie. Nie wolno mi było wyjść z pokoju. Bali się, że mogę uciec i kogoś ostrzec.
         Zaczął się wieczór. Normalnie wszystkich obowiązywało zaciemnienie. Na oknach trzeba było mieć opuszczone rolety z czarnego kartonu. Niemcy zlekceważyli zakaz. Otworzyli okna na oścież i zapalili cały żyrandol. Siedzieli, grali w karty, gadali ze sobą. W tym czasie z cmentarza do światła zaczęły przylatywać ćmy. Wpadły ze 3 lub 4, olbrzymie, takie jak mały palec u ręki.
         Gestapowcy wpadli na genialny pomysł, aby zmusić mnie do powiedzenia, co wiem. Zaczęli łapać te ćmy. Pierwszą ćmę wpuścili mi za sukienkę. Ja jeszcze dziś mówiąc o tych ćmach, mam dreszcze. Nie pomogło. Złapali więc jeszcze dwie ćmy i wsadzili mi je do buzi.
         Żebym nie mogła ich wypluć, przytrzymali mi jeszcze usta. Gdy zobaczyli, że zaczynam mdleć, że się coś ze mną dzieje, wreszcie mnie zostawili. Ja od tamtej pory, gdy mnie dotknie motyl lub ćma, dostaję dreszczy i do 40 st. gorączki. Czy to jest histeria, nie wiadomo. Ale tak cały czas reaguję, choć jestem już 80-latką.

*

         Zbliżał się koniec 1943 r. 8 grudnia moja babcia Maria obchodziła imieniny. Tata napisał dla niej wierszyk z tej okazji.

         W mroźny grudniowy poranek
         Obudził mnie głos łapanek,
         Biegły one z dużej dali,
         Wszyscy o pomoc wołali.

              Wiek , wiek przełomu
              Na świat pada dużo gromu.
              Któż z nas dziś nie jest bez winy
              Cha, licho, to dziś Babci imieniny


*

         Na Wielkanoc 1944, w kwietniu, u sąsiadów w malutkim murowanym domku przy Sądowelskiej za Siedzibną w kierunku cmentarza, konspiratorzy zrobili sobie odprawę i jajeczko. W małym pokoiku zebrało się ze 30 chłopa, w tym mój ojciec. Moja mama, żona właściciela domku, dwoje jej dzieci i ja staliśmy na czujkach. Wszystko odbywało się wieczorem.
         Niemcy podejrzewali, że coś się dzieje, ale nie mieli możliwości dojazdu samochodem po piachu. Następna ulica Julianowska była już brukowana. Podjechali więc samochodem od strony Julianowskiej i obserwowali. Domki stały raczej bardzo rzadko, między nimi były góry piachu, taka trochę pustynia. W związku z tym było doskonale widać ten domek sąsiadów.
         U nas na podwórku były jeszcze wtedy ułożone cegły, dom nie był wykończony przed wojną. Ja siedziałam w tych cegłach, mama leżała pod dosyć dużą, rozłożystą czereśnią, wieczorem nie było jej raczej widać. Sąsiadka leżała pod swoim domem, córka przy furtce, a syn leżał blisko domku, że tylko ręką musiał sięgnąć, by dać sygnał w parapet. Wszystko było więc dobrze obstawione.
         Gdy Niemcy podjechali i szukali reflektorami, od razu poszedł sygnał ostrzegawczy. I wtedy przez maleńkie okienko od strony cmentarza 30 chłopa, jeden po drugim, wyszło z tego domu. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że najpierw po drabinie musieli dostać się na stryszek, gdzie było to okienko. Po ich wyjściu było w domku tak sprzątnięte, jakby nikogo tam nie było. A oni po wyjściu przez okienko zeskakiwali na szopę i między domkami przemknęli na cmentarz. Tata wtedy nie wrócił do domu. Niemcy świecili reflektorami, ale ponieważ nic się nie działo uznali, że to fałszywy alarm.

*

         Od połowy lipca 1944 r. były częste naloty radzieckie i amerykańskie. W nocy piloci zrzucali flary, nazywaliśmy je żyrandolami. Widocznie w ten sposób oświetlali sobie cele. Na dość dużym terenie było tak widno, że można było igłę nawlec. Myśmy wszyscy schodzili wtedy do piwnicy.

*

         Rano 31 lipca 1944 r., w przeddzień rozpoczęcia powstania, tato jeszcze nocował w domu. Rano przyszedł pożegnać się ze mną. Tak jakby czuł, że to będzie nasze ostatnie spotkanie. Zdjął z palca pierścionek, włożył mi go na palec i powiedział: "Córeńko, pamiętaj o mnie i pamiętaj o tym, że jesteś Polką". Tak wyglądało nasze rozstanie. Ja od tamtej pory nie rozstaję się z tym pierścionkiem. Traktuję go jak talizman i on niejednokrotnie ostrzegł mnie i wybawił z kłopotów. Tak samo jak wiem, że tata mój czuwa nade mną, że wtedy kiedy mi się ma stać, jakieś nieszczęście, tata jest ze mną.
         Tata działał w konspiracji od początku okupacji. Służbę wojskową odbył w Grudziądzu, w szkole lotniczej. Zakończył ją w stopniu plutonowego. Był również aktywnym działaczem harcerskim. W kościele przy pl. Szembeka jest tablica poświęcona harcerzom walczącym w ruchu podziemnym, na której widnieje nazwisko ojca oraz jego brata Czesława Chrzanowskiego.
         W czasie Powstania Warszawskiego plut. Marian Chrzanowski ps. "Bizon" służył w 41 kompanii Wojskowej Służby Ochrony Powstania IV Rejonu "Zagończyk" I Obwodu AK "Radwan", włączonej 4 sierpnia 1944 r. jako 9 kompania do batalionu "Kiliński", a następnie w 167 plutonie 2 kompanii "Szare Szeregi". 5 września został ciężko ranny na ul. Marszałkowskiej i znalazł się w pobliskim szpitalu w Centrali PKO przy ul. Marszałkowskiej 134, gdzie tego samego dnia zginął podczas bombardowania.

*

         Moja ciotka, Janina Chrzanowska ps. "Nina" na kilka miesięcy przed powstaniem miała sen, że walczy w powstaniu, że zginie i gdzie będzie pochowana. Ona to wszystko namalowała i pokazała obraz tylko dwóm osobom: mojej matce i swojej najserdeczniejszej przyjaciółce. Nikt więcej o tym obrazie nie wiedział.
         5 września 1944 r. Janina Chrzanowska ps. "Nina", łączniczka batalionu "Kiliński", wybiegła na ratunek swojemu rannemu dowódcy ppor. Stanisławowi Wściubiakowi ps. "Jadźka i dostała serię z cekaemu. Zginęli oboje na Królewskiej 16. Razem ze swym dowódcą została pochowana we wspólnym grobie na ul. Próżnej 6.
         W czasie powstania jeden z kolegów od "Kilińskiego" przepłynął Wisłę. Od razu przyszedł do nas i przyniósł wiadomość, że ciotka i mój tata nie żyją. Po wyzwoleniu mama uznała, że może ujawnić tajemnicę ciotki. Powiedziała, że wie, gdzie jest pochowana "Nina" i opowiedziała całą historię. Nikt nie chciał wierzyć, że coś takiego mogło mieć miejsce. W tym czasie przyszła przyjaciółka ciotki i powiedziała: "To co, będziemy szukać "Ninki" na Próżnej 6".
         Ekshumacja nastąpiła pod koniec marca lub na początku kwietnia 1945 r. Koledzy zdecydowali, że oboje z dowódcą zostali włożeni do jednej dużej trumny i pochowani na Cmentarzu Bródnowskim przy głównej poprzecznej alei.

*

         Gdy w lewobrzeżnej Warszawie trwało powstanie, w prawobrzeżnej Warszawie była łapanka mężczyzn do kopania rowów. Wyciągano ludzi z mieszkań. Pamiętam taki moment, kiedy przyszedł do nas żołnierz niemiecki. Był to albo Ślązak, albo Pomorzanin. Przeszukiwał wszystkie mieszkania. Na podwórzu była komórka, był dół po wapnie, przykryty drewnianym fragmentem płotu. Pod tym płotem schował się jeden z naszych sąsiadów. On był mały, szczupły i jakoś się tam zmieścił. Ale wystawał mu na zewnątrz fragment buta. Niemiec popatrzył, pokiwał głową i powiedział: "Glupia chlopa". Odwrócił się, machnął ręką i poszedł. I sąsiad ocalał.

*

         Powstanie na Pradze trwało tylko 4 dni. Tata poszedł na powstanie do lewobrzeżnej Warszawy, my zostałyśmy na Bródnie. Niewiele wiedziałam w tamtym czasie na temat walk. Słychać było odgłosy karabinów maszynowych z terenu kolejowego. Mama mnie pilnowała, żebym nigdzie nie poszła. Pamiętam , jak w czasie powstania był od nas doskonały widok na Starówkę. Na te czarne dymy, na te czerwone łuny, na te pikujące samoloty. Wrażenie było potworne.
         Później dowiedziałam się, że w połowie sierpnia, niedaleko od nas na Golędzinowie spadł, zestrzelony przez Niemców, samolot Liberator południowo-afrykańskich sił powietrznych niosący pomoc walczącej Warszawie. Cała załoga zginęła.

*

         W połowie września 1944 Bródno zostało wyzwolone od Niemców. Nie było tu prawie walk. Poważniejsze walki toczyły się w niedalekich, położonych na północ Brzezinach, które kilkakrotnie przechodziły z rąk do rąk. Potem Niemcy wycofali się z naszego rejonu chyba w stronę Modlina.
         Po wycofaniu się Niemców Aleje Odrowąża, które były jedyną trasą przejściową z Bródna do centrum Pragi stały się bardzo niebezpieczne. Niemcy strzelali z cytadeli oddalonej w linii prostej z półtora kilometra przez Wisłę. Mieli tam snajperów i jeśli się ktoś pokazał w alejach, ginął. Cały transport był prowadzony przez cmentarz katolicki i kierkut.
         W czasie walk w Brzezinach stacjonował u nas polski oficer, kapitan a może major. Miał na nazwisko Popławski. Jego ordynans bardzo nam pomagał. Miał na nazwisko Hajduk. Organizował jakąś żywność widząc, że w domu jest pięcioro dzieci do wykarmienia. Jak było spokojniej, ze wsi Bródno przychodziła kobieta z bańkami z mlekiem.
         Jeść nie było co. Zamiast herbaty mama wykopywała korzonki z jabłonki. Te korzonki zaparzała. Dokąd jeszcze były liście, to parzyło się liście. Mama była bardzo oszczędna i przewidująca. Jeszcze w okupację zdobyła cukier i pamiętam jak dzisiaj, że w nieduży kieliszek od wódki wsypywało się cukier, a następnie dodawano do litrowej butelki przegotowanej wody i tym się później słodziło.
         Któregoś dnia mama ugotowała garnek rozwodnionego mleka, miała jakąś kaszę. Kończyła już gotowanie, gdy usłyszała charakterystyczny odgłos odpalanej niemieckiej "krowy". Gdy Niemcy je nakręcali, był bardzo charakterystyczny zgrzyt. Można się było również zorientować, w jakim kierunku będzie leciał pocisk, były różne tony dźwięku. Mama się zdenerwowała, złapała garnek i pobiegła do piwnicy. A w tym czasie ładunek uderzył w sąsiedni budynek i zmiótł całe piętro. Mama w garnku nie doniosła nam już kaszy tylko pełno śmieci, wapna. Wszystko się znalazło w naszym jedzeniu. Wszyscy: mama, babcia i matki pozostałych dzieci rozpaczały z powodu straty.

*

         Trzeba trafu, że tego samego dnia jakiś rosyjski żołnierz chciał się zabawić. Stanął po drugiej stronie ulicy i zobaczył wróbla siedzącego na żyrandolu na pierwszym piętrze w naszym domu. Zaczął do niego strzelać. Usłyszawszy strzały, wyskoczył na zewnątrz nasz znajomy ordynans, a za nim oficer. Mowa była krótka. Oficer powiedział: "Co masz za dużo amunicji? Amunicji nie ma, a ty masz za dużo." Postawił sołdata pod ścianą i załatwił sprawę.

*

         Rosjanie byli niesamowici. Wieczorami potrafili wpadać do piwnicy. Byli pijani i krzyczeli: "Czasy, czasy. Giermaniec". Kiedyś też wyciągnęli, ale nie z naszej piwnicy, dwie dziewczyny i zgwałcili.

*

         Po wycofaniu się Niemców na Bródnie czas się jakby zatrzymał. Na drugim brzegu Wisły dogasło powstanie, Niemcy zaczęli systematycznie dewastować miasto. U nas jeden po drugim płynęły dni. Było trochę niebezpiecznie w domu zamieszkałym tylko przez kobiety z dziećmi. Zdarzały się przypadki nachodzenia domowników przez rodaków-szabrowników, którzy włamywali się do domów i rabowali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. W naszym domu wszystko było pozamykane i pozabijane deskami. Nadeszła zima.

*

         17 stycznia 1945 r. mama usłyszała, że ktoś dobija się do domu od strony wschodniego tarasu. Poszła na pierwsze piętro, gdzie były powybijane okna i zaczęła wołać o pomoc. Zobaczyła, jak od wschodu, od Agrilu sunie łańcuszek ludzi, jak mrówki. Noc była księżycowa, była więc dobra widoczność. Szło ze 30 chłopa, żołnierzy w polskich mundurach. Powiedzieli, żeby nie krzyczeć, że są Polakami.
         Poprosili, aby wpuścić ich do środka, by mogli się ogrzać. Na zewnątrz był siarczysty mróz. Mama otworzyła drzwi na dole i do 25 m pokoju weszło 30 mężczyzn. A potem do pokoju wszedł oficer, pułkownik z ordynansem. Położył się na stojącym pod ścianą tapczanie i natychmiast zasnął. Ordynans wyrzucił z pokoju żołnierzy, żeby jego dowódca mógł się porządnie wyspać. Oficer spał jak zabity do rana. Nie można go było dobudzić.
         Mama była w drugim pokoiku, gotowała wodę na herbatę. Ordynans poprosił, żeby mu dała gorącej herbaty, bo bardzo zmarzł. Mama napełniła naczynie gorącą herbatą i wychodziła do drugiego pokoju. Moja cioteczna siostra kręciła się w pobliżu. W pewnej chwili nawinęła się mamie pod rękę tak nieszczęśliwie, że oparzyła sobie szyję gorącym płynem i zaczęła płakać.
         Adiutant, bardzo się tym przejął. Pobiegł do lekarza, wiedział gdzie go szukać. Przyniósł balsam Szostakowskiego na oparzenia, jakieś kremy, a następnego dnia powiedział, że załatwi siostrze zmianę opatrunku. Dowiedziałyśmy się wtedy również, że lewobrzeżna Warszawa została wyzwolona.
         Następnego dnia żołnierze opuścili nasz dom. Przed odejściem ordynans zwrócił się do mamy i powiedział: "Niech pani obejrzy dokładnie pościel i tapczan i wszystko to spali". Faktycznie, było tam jedno wielkie ognisko wszy. Mama nie mogła sobie na to pozwolić. Nie mielibyśmy pod czym spać, a na zewnątrz było 20 st. mrozu. Mama wyniosła wszystkie rzeczy na dwór i robactwo się wymroziło. Potem naniosła śniegu, wsadziła pościel do kotła i porządnie wygotowała.

*

         Dwa dni później poszłyśmy z mamą za Wisłę szukać grobu taty. Wiedziałyśmy, że tata zginął w gmachu PKO, na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Starsze osoby na pewno pamiętają ten budynek, przez lata wisiał tam olbrzymi plakat z bombą atomową. Nie pozwolono nam tam dotrzeć, wszędzie były napisy: "Miny, miny". Wróciłyśmy do domu. Potem mama poszła jeszcze raz, już sama. Chciała dotrzeć też do mogiły ciotki, która była w pobliżu.

*

         Dla nas wojna się w zasadzie skończyła. Ja kilka miesięcy wcześniej skończyłam 9 lat. Podjęłam naukę w szkole podstawowej. Najpierw uczęszczałam do szkoły podstawowej nr 150 im. M. Kopernika. Nauka, jak w czasie okupacji, odbywała się w mieszkaniach prywatnych, bo budynek szkoły był zaminowany. Potem chodziłam do szkoły podstawowej z internatem sióstr felicjanek przy ul. Azaliowej 10 w Wawrze. Następnie kontynuowałam naukę w liceum Prywatnej Żeńskiej Szkoły Heleny Rzeszotarskiej przy ul. Konopackiej 4.


licealistki z Rzeszotarskiej, w 1 rzędzie 2 od prawej Barbara Chrzanowska

         Po lekcjach w liceum często chodziłyśmy z koleżankami za Wisłę, w rejon staromiejskiego kościoła Jana Bożego, aby wziąć udział w odgruzowywaniu Warszawy. Ustawione w długi szereg podawałyśmy jedna drugiej wydobyte z gruzów cegły i układałyśmy je w zgrabne pryzmy. Nikt nas do tego nie zachęcał, odczuwałyśmy odruchową potrzebę zrobienia czegoś dla naszego miasta.
         W 1953 r. ukończyłam państwowe Technikum Handlowe Ministerstwa Handlu Wewnętrznego przy ul. Szpitalnej 5. W latach 1953-1956 podjęłam studia na SGPiS.

*

         W 1953 r. przypomniała znów o sobie wojna. Byłam na I roku studiów na SGPiS. Był to okres wzmożonej aktywności komunistów. Wszędzie szukano wrogów klasowych. Po pierwszym roku studiów zrobiono spęd wszystkich studentów na wydziale. Aktywiści publicznie zwrócili się do mnie:
         - "Co koleżanka Chrzanowska powie na temat swojego ojca?"
         - "A co ja wam mogę powiedzieć. Zginął w czasie powstania, walczył. Nic więcej nie wiem."
         A oni na to, że wszystko jest opisane w ulotce, ze szczegółami. I czy mogę coś jeszcze dodać.
         Powiedziałam na to:
         - "Co ja mam jeszcze dodać. Mój ojciec oddał życie, przelał swoją krew. I ja za to jestem winna? Owszem, był w AK. A gdyby zwyciężył system, z którego wywodził się ojciec - AK, a ojciec byłby w PPR, to spotkała by mnie ta sama historia?".
         Był wtedy wyświetlany bardzo głośny film "Grzesznicy bez winy". Stanęłam wtedy, pokiwałam głową i powiedziałam:
         - "Odkąd to dzieci cierpią za winy rodziców, jeżeli jedyną winą ojca było to, że walczył za ojczyznę."
         Zapanowała konsternacja, wszyscy pospuszczali głowy. I od tamtej pory dano mi święty spokój. Była ze mną druga koleżanka, która była w podobnej do mnie sytuacji. Gdy ją zapytano, rozpłakała się i powiedziała, że nic nie będzie mówiła. I ją wyrzucili ze studiów a ja zostałam.

*

         W latach 60-tych poznałam mojego przyszłego męża Andrzeja Rumianka ps. "Tygrys". Jako 16 letni żołnierz walczył w powstaniu w Zgrupowaniu "Róg" na Starówce. Okazało się, że w 1944 r. tego samego dnia, co mój ojciec, zginął w szpitalu Pekaowskim na Marszałkowskiej jego stryjeczny brat, Jerzy Rumianek ps. "Justyn", również z batalionu "Kiliński".
         Ciała mojego ojca i brata mojego męża nigdy nie zostały zidentyfikowane. Prawdopodobnie spoczywają w jednym z bezimiennych grobów na Cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli. Na tablicy na symbolicznej mogile żołnierzy batalionu "Kiliński" na wojskowym cmentarzu powązkowskim jedno pod drugim są umieszczone ich nazwiska - Marian Chrzanowski i Jerzy Rumianek oraz pseudonimy - "Bizon" i "Justyn".
         W Harcerskiej Poczcie Polowej służył także mój brat wujeczny Jerzy Piątkowski ps. "Witek", a w drużynie łączności 413 plutonu 9 kompanii batalionu "Kiliński" brat mamy, mój chrzestny ojciec, plut. Henryk Sitek ps. "Halicz".

*

         Przez całe swoje dorosłe życie kultywuję pamięć Powstania Warszawskiego 1944. Jestem członkiem Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego 1944, aktualnie pełnię funkcję jego wiceprezesa. Systematycznie biorę udział w spotkaniach z młodzieżą szkół warszawskich, którym przybliżam wiedzę o tamtych czasach.

Barbara Rumianek

opracowanie:Maciej Janaszek-Seydlitz



      Barbara Rumianek z d. Chrzanowska
ur. 08.09.1935 w Warszawie





Copyright © 2017 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.