Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia wojenne


         Autor prezentowanej poniżej relacji miał w momencie wybuchu Powstania Warszawskiego 1944 r. trzy lata. Większość opisanych wydarzeń zawdzięcza opowieściom swojej matki.
         Niektóre z epizodów wbiły się głęboko w pamięć małego dziecka. Autor widzi je przed swymi oczami z wszystkimi szczegółami mimo upływu kilkudziesięciu lat.


Maciej Janaszek-Seydlitz



Jan Eljaszewicz,
ur. 29.10.1941 r. w Warszawie
cywilny uczestnik
Powstania Warszawskiego 1944


Mój Górny Czerniaków

         Był brzydki późnojesienny wieczór 1941 r. Bez przerwy z nieba spadały wraz z deszczem zimne przemoczone płatki śniegu. Wiatr wiał przenikając przez odzież i docierał aż do kości. Jednocześnie zacinał deszcz w twarze powracających do domu spóźnionych przechodniów. Od ul. Rozbrat i Łazienkowskiej słychać było szum pośpiesznie jadących samochodów. Co jakiś czas na zakręcie ul. Książęcej zaskrzypiał zakręcający tramwaj, wjeżdżający w ul. Ludną lub Czerniakowską. Od czasu do czasu słychać było strzał z niemieckiego karabinu. Nad miastem wisiał zawiesisty smog, cuchnący spalenizną dogasających po ostatnim nalocie bombowym resztek zgliszcz i spalonego prochu strzelniczego. Pomimo to wieczór był cichy i spokojny.
         Choć od napaści Niemiec na Polskę i początku okrutnej niewoli minęły dwa lata, odczuwało się wśród ludzi złość i rozdrażnienie. Mijający czas w tym przypadku nie zaleczył ran. Szczególnie w miastach dominował strach i jednocześnie chęć zemsty na najeźdźcy. Było to spowodowane często organizowanymi przez Niemców ulicznymi łapankami i masowymi rozstrzeliwaniami niewinnych ludzi. Żołdacy niemieccy przy okazji łapanek wyżywali się na bezbronnych ludziach, skrupulatnie realizując osobisty rozkaz Adolfa Hitlera i Heinricha Himmlera. Zatrzymanych w łapance ludzi bito więc bez skrupułów kolbami karabinów, kopiąc i przeklinając. Ludzie widząc, co im grozi, próbowali uciekać. Padały strzały. Ginęli bezbronni ludzie. Zdarzało się często, że oprawcy niemieccy w celu zastraszenia innych dokonywali egzekucji na miejscu.
         Łapanki kończyły się zazwyczaj przetrzymywaniem w areszcie w Alei Szucha lub na Pawiaku. Bardzo często zatrzymywani byli wywożeni na przymusowe roboty do Niemiec lub bezpośrednio do obozu koncentracyjnego. Rzadko zatrzymany w łapance na ulicy wychodził bez szwanku na wolność. Działo się tak, gdy rodzina i znajomi wykupili go od żandarmów. Miasto było smutne, zastraszone i głodne. Ludność Warszawy odczuwała poważny kłopot wynikający z braku żywności w sklepach i trudności z zakupem odzieży. Potęgowało to nienawiść do nieprzyjaciela. W takich warunkach dorastały małe dzieci i rodziło się nowe pokolenie warszawiaków. Taki sam los spotkał również mnie.
         Urodziłem się właśnie tego wieczora w ukochanym moim mieście Warszawie, na Górnym Czerniakowie przy ul. Przemysłowej pod numerem 7/9.




Jan Eljaszewicz z rodzicami 1944 r.

         Urodziłem się jako dziecko mające uśmierzyć żal i ból mojej Mamy po śmierci syna pierworodnego. Poród Mamy odbywał się w domu, a odbierała go przypadkowo zamówiona "akuszerka". Brat mój Andrzej - ochrzczony z wody - urodził się rok wcześniej w szpitalu przy ulicy Litewskiej w Warszawie, jako zdrowe, wesołe dziecko.
         Kiedy nadszedł czas wypisania ze szpitala Mamy z bratem, oznajmiono jej, że dziecko pozostanie jeszcze kilka dni w szpitalu dla uzyskania lepszej kondycji zdrowotnej. Pomimo sprzeciwu i płaczu, decyzja lekarzy i dyrekcji szpitala była ostateczna. Zezwolono Mamie na przychodzenie do brata w okresie godzin karmienia. Mama kilkakrotnie w ciągu dnia przyjeżdżała do szpitala karmić dziecko.
         Po dwóch dniach samodzielnego pobytu dziecka w szpitalu zauważyła, że staje się ono markotne, ospałe i ma zmiany na ciele. Wyjaśniono jej, że każde małe dziecko po jakimś czasie przechodzi okres kryzysowy. Przychodząc trzeciego dnia na ranne karmienie Mama zauważyła, że dziecko jest mocno opuchnięte, a ciało zaczyna podchodzić wodą, jakby było poparzone. Następnego dnia brat już nie żył. Po wojnie z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że w tym szpitalu w okresie okupacji przeprowadzano badania leków i szczepionek odpornościowych przeznaczonych dla żołnierzy SS walczących na różnych frontach. Zmarłe dziecko zostało oddane rodzicom.
         Brat pochowany został na Cmentarzu Bródnowskim w alejce (kwaterze), gdzie były chowane małe dzieci. Złośliwy los spowodował jednak, że nigdy nie mogłem przyklęknąć przy grobie brata, zapalić świeczki ani złożyć kwiatów. Podczas jednego spośród wielu bombardowań Warszawy na Cmentarz Bródnowski spadło kilka bomb i zostały zniszczone groby, m.in. grób brata. Po wyzwoleniu Warszawy była konieczność pilnego przeniesienia pochowanych zmarłych z terenów dzielnic miasta, gruzowisk, zgliszcz ulic i prowizorycznych grobów na miejsce stałego spoczynku. Zniszczona część cmentarza została wyrównana. Tam ciała niektórych ekshumowanych osób znalazły stałe miejsce spoczynku. Groby te nie zawierały już zapisów nazwisk osób uprzednio pochowanych.

Powstanie

         W Powstaniu Warszawskim Czerniaków wraz z Powiślem wszedł w skład walczących oddziałów na terenie II Rejonu Obwodu AK Śródmieście. Dowódcą zgrupowania był mjr Zygmunt Netzer ps. "Kryska". Zgrupowaniu przydzielony został do obrony rozległy teren wzdłuż brzegów Wisły, co zmusiło dowództwo do dokonania podziału całego terenu na trzy współdziałające pomiędzy sobą odcinki obrony.
         Pierwszy pododcinek bronił terenu zlokalizowanego pomiędzy ul. Łazienkowską i Górnośląską. Od strony północno-wschodniej pododcinek zamykała Wisła, a od strony zachodniej łączył się on ze Śródmieściem. Był dowodzony przez por. Leszka Skrzetuskiego ps. "Jelito". Był to jeden z najtrudniejszych pododcinków strategiczno-obronnych. Dlatego był bardziej zabezpieczony niż inne pod kątem obronnym, zarówno w kadrę oficerską, podoficerską, jak i podchorążych. Drugi pododcinek, który bronił pododdział por. Teofila Budzanowskiego ps. "Tum", swym zasięgiem obejmował teren od ul. Górnośląskiej do stojącego przy ul. Czerniakowskiej budynku Arcta. Przed nim stała barykada, dalej do gmachu ZUS, domu nr 26 na Solcu. Linię obronną trzeciego pododcinka stanowił gmach ZUS-u, część ul. Okrąg, Ludna i Książęca. Dowódcą pododcinka był ppor. Mieczysław Fajęcki ps. "Kwiatkowski".
         Walki zbrojne zgrupowania "Kryski" rozpoczęły się na placu Trzech Krzyży. Podobnie jak w innych obwodach miasta, nie zdołał on w pierwszym dniu Powstania opanować ważnych punktów oporu nieprzyjaciela. W tym rejonie było ich kilka, m.in. gmach Sejmu, Szpital Ujazdowski i Gimnazjum Batorego. Wynikało to przede wszystkim z braku niezbędnego uzbrojenia i amunicji. Już w pierwszych godzinach walki wskutek dotkliwego braku niezbędnego uzbrojenia i amunicji, pododdział II Rejonu nie był w stanie podejmowania nawet akcji zaczepnych, nie mówiąc o podjęciu ataku na nieprzyjaciela. W czasie przerw w walkach Powstańcy, narażając własne życie, zdobywali środki do walki, między innymi atakując znienacka żołnierzy niemieckich. Później Niemcy chodzili w grupach po przynajmniej dwóch, trzech żołnierzy.
         Po dokonaniu szczegółowego rozpoznania wydzielona grupa Powstańców z zaskoczenia atakowała magazyny uzbrojenia, żywności czy umundurowania w najsłabszym punkcie obrony. Przewożenia zdobytej, lub ukrytej broni dokonywano samochodami ciężarowymi, lub przenoszono ją kanałami. Dokonywano tego również przenosząc zaopatrzenie przez rumowiska domów do miejsca stacjonowania walczącego oddziału. Przewożenie amunicji i broni było bardzo ryzykowne, ponieważ na bardziej uczęszczanych zakrętach ulic stały niemieckie kontrole, przeglądające niemal każdy przejeżdżający pojazd. Niemieccy żołnierze kontrolujący pojazdy, dla własnego bezpieczeństwa, obsługę zatrzymanego pojazdy stawiali pod mur budynku pod nadzorem esesmana z ręcznym karabinem maszynowym gotowym do strzału. Pozostała załoga posterunku przeglądała pojazd. Powstańcy mieli różne sposoby ukrycia broni. Ukrywana była pod skrzynią samochodu, pomiędzy sprzętami gospodarstwa domowego i meblami w czasie rzekomej przeprowadzki w inne miejsce miasta itp. Każde podejrzane zachowanie lub próba ucieczki zatrzymanego groziło śmiercią.
         Mój ojciec, pełniący służbę przy barykadzie, jak większość Powstańców kilkakrotnie uczestniczył w przewożeniu broni z innych rejonów miasta. Koledzy z pododdziału żartowali, że jak grupa jedzie z nim, to na pewno powróci cało. Trzykrotnie wraz z towarzyszami walki stał pod murem przygotowany na rozstrzelanie, a w międzyczasie samochód był kontrolowany przez Niemców. Szczęście jednak mu dopisywało. Wracał tylko poobijany, gdyż esesmani przy okazji takich wypraw nie szczędzili mu "uprzejmości".
         Pewnego dnia po zatrzymaniu samochodu i kontroli na rogu ul. Górnośląskiej i Rozbrat Niemcy włączyli obsługę samochodu do składu tzw. "żywej osłony" - ludzi pędzonych na barykadę pod kule Powstańców. Na sygnał z barykady "Uciekać!" ludzie, wiedząc że i tak mogą zginąć, natychmiast rozpierzchli się na boki. Serie z barykady zatrzymały atak wroga. I tym razem szczęście dopisało, ludzie przeżyli, a atak został odparty. Oto przykład bohaterstwa odwagi i poświęcenia nie tylko pojedynczych osób, ale całych grup ludzi walczących z gnębiącym naród okupantem.
         Poza trzema pododdziałami, "Kryska" jako swój odwód miał pluton szwoleżerów ppor. "Wolfa", pluton ppor. "Lecha" sformowany z ochotników z Czerniakowa i pododdział saperów ppor. "Bolesława". Przy dowództwie była zorganizowana poczta powstańcza, kwatermistrzostwo, szpital polowy "Blaszanka", rusznikarnia i fabryka granatów przy ul. Przemysłowej. Fabryka wykorzystywała przynoszone przez Powstańców poniemieckie niewybuchy, z których produkowała własnej konstrukcji granaty zaczepno-obronne. Została także uruchomiona drukarnia wydawnicza "Arceta" przy ul. Czerniakowskiej 225, wydająca własną gazetę "Czerniaków w walce". Kolejnym zorganizowanym powstańczym szpitalem polowym był Szpital nr 2 w budynku szkolnym przy ul. Zagórnej 9. Uruchomione zostały dla potrzeb kompanii lub plutonów warsztaty rzemieślnicze. W sumie na terenie Górnego Czerniakowa powstały cztery powstańcze szpitale polowe.
         Pomiędzy Śródmieściem i Czerniakowem, pod gradem kul snajperów, ludność cywilna wykopała kilka rowów przelotowych umożliwiających stałą łączność dowództwa i sprawną pracę poczty polowej. Z narażeniem życia kobiety gotowały czarną kawę Powstańcom walczącym na barykadach i w punktach obrony. Z inicjatywy ludności dzielnicy powstało szereg zespołów ratowniczych gaszących pożary i przenoszących rannych do szpitali powstańczych. Dodatkowo zorganizowano kilka najbardziej niezbędnych dla ludności i Powstańców warsztatów usługowo-rzemieślniczych. Wszystkie działania odbywały się przy ciągłym ataku Niemców, nalotach bombowych i artyleryjskich. O zaciekłości walk, jakie miały tu miejsce, może świadczyć wielokrotne odbijanie Niemcom i tracenie na ich rzecz poszczególnych budynków lub fragmentów ulic dzielnicy. W jednym z pododdziałów walczył mój ojciec Henryk. Przypuszczam, że w pododdziale sformowanym z ochotników Czerniakowa.

Życie codzienne

         Budynek nasz od strony frontowej ul. Przemysłowa 7/9 wyglądał okazale. Podwórko było zamykane bramą. Od strony pustego placyku i ul. Łazienkowskiej teren podwórka był wygrodzony ogrodzeniem z siatki. Wszystko to tworzyło zamkniętą całość. Była to okoliczność bardzo sprzyjająca dla mieszkańców, gdyż następowało samoczynne przewietrzanie podwórka.
         Według opowiadania mamy, piwnice były bardzo małe, nie mieściły się w nich rodziny, a szczególnie te bardziej liczne. Koczowano przez cały czas na korytarzu. Było ciemno, panował ogromny zaduch przepoconych ciał i palących się świeczek. Z początku było światło i woda na parterze, później już nie. Jeśli ktoś miał coś do ugotowania, gotował z dużą ostrożnością na podwórku. Obserwujący okoliczny teren niemieccy snajperzy po zauważeniu przekazywali namiar i zaraz na podwórko wpadał pocisk.
         Udział ojca w walkach częściowo ograniczał nasze z nim kontakty i stwarzał ciągłe niebezpieczeństwo dla rodziny. Po zakończeniu służby na stanowisku obronnym każdy z walczących miał okresowo czas wolny na odpoczynek i kontakt z rodziną. Była to służba czuwająca. W tym czasie ojciec przychodził do nas do piwnicy, gdzie ukrywaliśmy się wraz z innymi mieszkańcami budynków.
         Ojciec, korzystając czasu na wypoczynek i uzgadniając z dowództwem opuszczenie terenu działań, starał się w różny sposób pozyskać dla nas żywność. Ryzykując własne życie, czołgał się po gruzach rozbitych budynków przesuwając przed sobą kubeł lub jakiś pojemnik, docierał do brzegu Wisły nabierał wodę i tą samą droga wracał do domu. Zlokalizowani na dachach budynków niemieccy snajperzy "gołębiarze", posiadający na broni sprzęt optyczny, strzelali do wszystkiego, co się ruszało. Trzeba było być bardzo ostrożnym i mieć dużo szczęścia, aby przemieścić się na taką odległość. Zdarzało się bardzo często, że w kuble z wodą po dotarciu do domu pozostawało zaledwie 1/4 zawartości. Korzystając z niezbyt dużej odległości naszego miejsca zamieszkania od Pól Mokotowskich, na których rosły ziemniaki i inne warzywa, ojciec również ryzykując życie, co jakiś czas przedostawał się tam czołgając. Były to otwarte przestrzenie, więc przeskakiwał pomiędzy wypatrzonymi osłonami terenowymi, przynosząc kilka nie dojrzałych jeszcze ziemniaków (był to sierpień - początek września).
         Z ziemniaków tych, niewielkiej ilości wody i kaszy manny, po ugotowaniu, ja i inne dzieci mieliśmy ciepły posiłek. Mama nie miałaby sumienia, aby nie podzielić zdobytego jedzenie pomiędzy inne dzieci, niejednokrotnie płaczące z głodu. Sama przeważnie jadła tylko czarny chleb i piła czarną kawę, które ojciec otrzymywał z kwatermistrzostwa pododdziału. Dzienna racja żywnościowa powstańca składała się z przydziału 200 gramów czarnego chleba i 1/2 litra czarnej kawy (gotowanej z cykorii). To musiało wystarczyć dla nas trojga osób przeważnie na cały dzień. Jak każda dobra gospodyni domowa, również i mama miała niewielkie zapasy żywnościowe.
         Niekiedy, gdy jego miejsce służby znalazło się niedaleko kwatermistrzostwa a pozostało trochę jedzenia, ojciec mógł otrzymać zupę. Zupę gotowały wyznaczone przez kwatermistrzostwo kobiety z artykułów żywnościowych, które pozyskali Powstańcy z przeszukiwanych ruin budynków, szczególnie piwnic, sklepów, magazynów itp. Przydział gorącej zupy otrzymywali przede wszystkim chorzy i ranni leżący w szpitalach, resztę dzielono wśród powstańczych pododdziałów - co zdarzało się bardzo rzadko.
         Mieszkaliśmy na czwartym piętrze od strony wschodniej, na końcu korytarza. Pewnego dnia Powstańcy dowiedziawszy się, że na stadionie Wojska Polskiego (obecnie stadionie Legii) odbędą się jakieś niemieckie uroczystości, wykorzystując sytuację, że z naszego okna był bardzo dobry wgląd na teren boiska, ostrzelali z karabinu maszynowego uczestniczących w uroczystościach żołnierzy. Niemcy nie spodziewali się ataku. W wyniku ostrzału ręcznym karabinem maszynowym zginęło lub zostało rannych wielu niemieckich żołnierzy i oficerów. Od tej pory w ciągu dnia i nocy mieliśmy stałą kontrolę tego fragmentu budynku. W nocy nawet szczyt budynku był podświetlany światłem z reflektorów stojących na boisku sportowym. Całodobowo był utrzymywany stały dyżur niemieckich "gołębiarzy". Każdy ruch poruszających się firanek w oknie czy wewnątrz mieszkania wywoływał ostre strzelanie snajperów.
         Mieszkający na tym samym piętrze i na tym samym korytarzu murarz zdradził Polskę - podpisał folkslistę. Musiał aktywnie działać na szkodę, ponieważ wkrótce namierzyło go dowództwo Armii Krajowej i wydało oddziałowi egzekucyjnemu rozkaz jego likwidacji. Egzekucja została wykonana wczesnym rankiem w jego mieszkaniu. Ten przypadek miał miejsce na początku września. Pozostałą rodzinę, żonę i dwoje dorastających dzieci, zabrano z kamienicy. Mieszkańcy kamienicy mieli obawy przed konsekwencjami ze strony niemieckiej. Jednak skończyło się na strachu i nikt z tego powodu nie stracił życia.
         Kolejnym zdarzeniem groźnym dla wszystkich mieszkańców kamienicy było wykonanie wyroku śmierci na folksdojczu przez grupę likwidacyjno-szturmową Armii Krajowej, dokonane na wprost wejścia do naszej kamienicy kilka dni po poprzedniej egzekucji. Bardzo to rozwścieczyło Niemców. Tym razem nie mieliśmy tyle szczęścia. Zebrano wszystkich mieszkańców na podwórku. Były krzyki niemieckich oficerów i bicie niewinnych ludzi, straszono likwidacją wszystkich mieszkańców.
         Walki w rejonie obronnym pododdziałów powstańczych były prowadzone z ogromnym poświęceniem. Walczono o utrzymanie każdego domu, podwórka, placu czy części ulicy, które w wyniku walk przechodziły z rak do rąk. Przejmujący swąd, a nawet smród rozkładających się ciał zabitych, leżących pod gruzami zwierząt, moczu, kału, dymu palących się resztek wyposażenia mieszkań, kurzu oraz spalonego prochu zatykał i spłycał oddech. Wszystko to spowodowało odruchy wymiotne. Z najbliższych podwórek i piwnic domów słychać było kościelne śpiewy i modlitwy ludności cywilnej. Ludzie wznosili prośby do Boga o pomoc i spowodowanie zakończenia tej okropnej, nierównej wojny. Słychać było płacz wystraszonych dzieci, jęki, wołania o pomoc rannych. To było piekło.

Egzekucja

         Niemcy, przejąwszy w wyniku walk odbity Powstańcom teren, w sposób szczególnie okrutny mścili się na ludności cywilnej. Oto jeden spośród wielu przykładów.
         Niedaleko kościoła przy ul. Solec, pomiędzy ul. Ludną a Wilanowską jest mały skwerek, na którym został postawiony głaz wspominający gehennę tamtych dni. Jest to pamiątka historii opowiedzianej kilka lat po zakończeniu wojny moim rodzicom przez kuzyna na spotkaniu rodzinnym u mojej babki, mieszkającej również po wojnie w Warszawie przy ul. Górnośląskiej 3.
         Niemcy w wyniku zaciekłych walk przejęli od Powstańców część ul. Solec wraz z kościołem. Był wczesny letni poranek. Sponad Wisły wznosiła się mgła, przez którą od wschodu przebijało się dosyć ciepło grzejące słońce. Lekki zefirek wiał od Wisły. Zapowiadał się piękny późnoletni dzień. Mój starszy kuzyn Brzeziński (nie pamiętam jego imienia) wraz z rodzicami i starszą siostrą udali się, jak zawsze w niedzielę, do kościoła przy ul. Solec, aby wysłuchać Mszy Świętej. Podczas celebracji przyjechali tam samochodami Niemcy, otoczyli kordonem wojska cały okoliczny teren, czekając na wyjście uczestników Mszy Świętej. Wszystkich uczestniczących w celebracji zgromadzili na pobliskim skwerku. Grupa wiernych była dosyć liczna i wynosiła znacznie ponad sto osób. Mszcząc się na bezbronnych cywilach za opór Powstańców, Niemcy z karabinu maszynowego ustawionego na skrzyni samochodu ciężarowego skierowali strzały w kierunku niczego nie przewidujących ludzi.
         Egzekucję przeżył jeden chłopiec - mój kuzyn, który dzięki zrządzeniu losu mógł opowiedzieć tę historię. Stało się tak dlatego, że był niskiego wzrostu: miał zaledwie jedenaście lat i był jak na swój wiek stosunkowo mały. Lecące kule przeleciały nad jego głową. Niestety, zginęła cała jego najbliższa rodzina i wiele innych osób. Matka, rażona pociskiem, upadając pociągnęła syna ku ziemi, zakrywając go jednocześnie własnym ciałem. Wystraszone hukiem wystrzałów dziecko, przywalone ciałem matki, zastygło w bezruchu.
         Kiedy przestał strzelać karabin maszynowy, Niemcy zajęli się dobijaniem rannych i konających. Nie wykonując żadnych ruchów, zalany krwią płynącą z ciała matki, chłopiec uznany został za nieżyjącego. Być może taka była wola Boga, aby przeżył. Po dokonaniu egzekucji oddział oprawców wsiadł do samochodów i odjechał, pozostawiając ciała zabitych.
         Kuzyn ze strachu przeleżał tak do wieczora. Widząc, że rodzice i siostra nie żyją, wyczołgał się spośród trupów. Szybko uciekając w kierunku Mokotowa, biegł w pobliżu linii brzegu Wisły wśród ruin i zarośli. Wielokrotnie padając ze zmęczenia i strachu, uciekał z miejsca tragedii. Zmęczony ogromnym wysiłkiem, zasnął w zaroślach. Wędrując dalej, gubiąc się w terenie, dotarł do wsi w okolicach Grójca. Trafił na porządnego człowieka, rolnika z tamtych terenów. Chłopiec opowiedział mu całą swoją historię. Człowiek ten zaopiekował się dzieckiem. Dał mu schronienie oraz odzienie po nieco starszych własnych dzieciach.
         Do czasu przejścia przez Wojsko Polskie walczące u boku Armii Sowieckiej z lewej strony Wisły na prawą chłopiec pracował u gospodarza, wykonując pomocnicze prace w gospodarstwie. Z Wojskiem Polskim szła znaczna grupa spotkanych po drodze dzieci-sierot i zagubionych w ferworze walk. Z nimi zabrał się również kuzyn i dotarł prawie do Berlina.
         Po wojnie Wojsko Polskie zaopiekowało się tymi dziećmi. Z grupy zebranych sierot utworzony został, na wzór dawnego Korpusu Rycerskiego, dziecięcy Korpus Kadetów. W Korpusie obowiązywał rygor wojskowy. Dzieci otrzymały odpowiednie wojskowe umundurowanie. Zostały zgrupowane w oddzielnych koszarach, gdzie nie tylko były uczone umiejętności wojskowych, lecz także przygotowywane do codziennego życia. Dzięki temu kuzyn posiadający zdolności muzyczne oprócz wykształcenia podstawowego, a następnie średniego, zdobył wykształcenie muzyczne. Uczył się i jednocześnie grał w Reprezentacyjnej Orkiestrze Korpusu Kadetów. Następnie jako wykształcony muzyk przez wiele lat grał w Reprezentacyjnej Orkiestrze Wojska Polskiego. Korpus Kadetów zakończył swoją działalność w połowie lat pięćdziesiątych XX w.

Ostatnie dni

         Z oddali słychać było jęki wystrzałów armatnich, a po kilku minutach wybuchy bomb w mieście. Trudna sytuacja ludności cywilnej sprowadziła na każde podwórko, do każdej bramy, kamienicy, symbole wiary i nadziei. W większych zgrupowaniach domów budowano symbole miłości do Boga w formie polowych ołtarzy, wystawianych obrazów świętych i wotów religijnych. Modlono się za najbliższych, którzy już zginęli od kul okupanta, zostali przysypani żywcem gruzami pod rozbitymi domami, za ludzi chorych, rannych, cierpiących i dzieci, prosząc Boga o pomoc i opiekę nad nimi. Modlitwy dosyć często przerywały naloty lotnicze oraz wybuchy bomb, a także serie strzałów z karabinów maszynowych. Z każdej strony słychać było zawodzenia pieśni i modlitwy, przesączone płaczem dzieci, jękami rannych i chorych. Przy każdym prowizorycznie zbudowanym ołtarzu palone były świece, kaganki, wykonane najczęściej własnym sposobem.
         Nad Warszawą ciągle unosił się duszący, nie pozwalający oddychać smog. Ludzie zmarli, zabici i wyciągnięci z gruzowisk byli chowani, gdzie tylko się dało, aby ich ciała nie były narażone na rozkład. Chowano ponownie w gruzach - miejscach oznakowanych, małych placykach, gdzie można było wykopać grób. Groby zaznaczano niejednokrotnie zbitymi dwoma kawałkami drewna, tworząc symboliczny krzyż. Modlili się wszyscy, nie bacząc na rodzaj wiary, czy wyznania. Każdy modlił się po swojemu, jak potrafił. Modląc się, choć na chwilę koili swój ból i cierpienie. Wiele osób nie wytrzymywało psychicznie. Oddzieleni od świadomości zagrożenia, podążali pod ogień niemieckich karabinów. Zdarzały się przypadli samobójstw. Ludność głodowała zmęczona i niewyspana, złamana fizycznie i psychicznie. Ratowali ją handlarze, którzy przynosili do miasta żywność, ryzykując własne życie - i oczywiście żądając za nią ogromnych cen.
         Murowane, kilkupiętrowe kamienice rozpadały się w proch jak domy z zapałek, tworząc wokół tumany kurzu swądu i dymu Znaczna część ludności cywilnej, w nadziei że Niemcy zgodnie z podpisanym układem nie będą atakować szpitali i kościołów, oznakowywała miejsca swego ukrycia symbolem czerwonego krzyża malowanym na dachu. Tak też się stało w naszym rejonie zamieszkania. Po alarmie obwieszczającym o kolejnym nalocie bombowym wiele osób ukryło się w ogromnym, trzynawowym kościele przy ul. Łazienkowskiej - na własną zgubę. Pomimo oznakowania kościoła na dachu dużym czerwonym krzyżem został zbombardowany niemal doszczętnie (po wojnie udało się część jednej nawy kościoła przy ul. Łazienkowskiej odbudować i tam przez wiele lat odprawiane były uroczystości sakralne). Przebywający w nim ludzie zginęli, częściowo rażeni odłamkami bomb, częściowo ginąc pod walącymi się murami świątyni i wskutek szalejącego na zgliszczach ognia. Budynki stojące po lewej stronie ul. Zagórnej były mocno zniszczone w wyniku niemieckich ataków artyleryjskich ukierunkowanych na Przyczółek Czerniakowski, gdzie Wojsko Polskie skierowało desant. Zaciekłość walczących w tym rejonie Niemców wynikała z pilnej konieczności zdobycia lewego brzegu Wisły w celu wstrzymania przewidywanego natarcia wojsk rosyjskich na Warszawę.
         Bombardowania z niemieckich samolotów swym zasięgiem objęły cały teren obronny Górnego Czerniakowa, począwszy od gazowni przy ul. Ludnej poprzez Okrąg, Czerniakowską, Zagórną, Solec, Rozbrat, Górnośląską, Fabryczną, Wilanowską i Łazienkowską. Przemysłowa od ul. Czerniakowskiej na skutek bombardowań legła w gruzach. Rozbita została fabryka spirytusu "Octówka". Całe szczęście, że Powstańcy kilka dni wcześniej ewakuowali powstańczy szpital polowy, tzw. "Blaszankę". Fronton budynku przy ul. Przemysłowej 7/9 był mocno uszkodzony. W jednej z piwnic ukrywaliśmy się my, z całą rodziną. Tu siedzieliśmy przez cały okres Powstania.
         We wrześniu mama zauważyła, że coraz częściej płaczę, trzymam się za brzuszek i niechętnie przyjmuję pokarm. Zauważyła, że w oddawanym przeze mnie kale są żyłki krwi. Mama była w rozpaczy. Dzięki znajomościom i wiedzy innych osób dotarła ze mną do lekarza szpitala powstańczego. Po zbadaniu mnie oraz sprawdzeniu mojego śluzu i kału stwierdził, że nie ma możliwości leczenia mnie. Otwarcie powiedział mamie, ze w obecnej sytuacji nie mam szans przeżycia, że moje dni są policzone. Stwierdził, że nie ma leków, aby mi w jakikolwiek sposób pomóc. Widząc ogromne zatroskanie matki zaproponował jej, aby ratując moje życie oddała mnie jego znajomemu bezdzietnemu małżeństwu, posiadającemu to same nazwisko, co i my. Wyjaśnił, że mąż to oficer Wojska Polskiego, który ma możliwości wywiezienia mnie z Warszawy i uratowania mi życia. Mama poczuła się urażona tą propozycją i odmówiła tej formy pomocy. Jak się później okazało, był to nawet dosyć bliski kuzyn - Andrzej Orwid Eljaszewicz, oficer Marynarki Wojennej i kurier Rządu Polskiego w Londynie.
         Zapłakana matka powróciła do piwnicy. Pani Dominiakowa - starsza wiejska kobieta, schorowana, niedowidząca, ledwie się poruszająca, kuzynka sąsiadów z piętra, która przypadkowo przyjechała do Warszawy, usłyszała płacz mamy. Zwróciła także uwagę na moje kwilenie i zainteresowała się, pytając, co się stało. Mama opowiedziała jej o mnie i mojej chorobie. Po chwili namysłu stara kobieta pocieszyła mamę, że będzie wszystko dobrze, niech tylko zrobi tak, jak ona jej poleci. Zaleciła, aby ojciec koniecznie kupił końskiego łoju, ile tylko będzie mógł. Łój ten należy wytopić. Będzie miał on konsystencję rzadkiej, brudnoszarej śmietany. Należy zlać go do butelki i przez bardzo długi czas podawać dziecku trzy razy dziennie, po jednej łyżeczce od herbaty. Nadmieniła, że płyn nie zgęstnieje, można będzie go nalewać na łyżeczkę. Po ogromnych kłopotach z zakupem łoju końskiego, udało się ojcu nabyć ten specyfik. Kupił go od przypadkowego znajomego - Powstańca, któremu niedawno padł koń. Ojciec dostał łój na zasadzie wymiany: 1 litr śliwowicy za łój. Wówczas tak najlepiej i najczęściej się handlowało. Wprawdzie łoju było stosunkowo niewiele, ale była to nadzieja dla mnie. Mama przetopiła łój i od tej pory regularnie przed posiłkiem dostawałem małą łyżeczkę tego drogocennego leku. Krwawienie z jelit po pewnym czasie znacznie zmniejszyło się. Mama zauważyła, że mniej płaczę i rzadziej trzymam się za brzuszek. Tego "eliksiru" starczyło nie tylko do końca Powstania, ale i podczas pobytu w obozie Dulag 121 w Pruszkowie.

Upadek powstania

         Po potężnym ataku artyleryjskim i samolotowym, bombardującym teren Górnego Czerniakowa, Niemcy przystąpili do zmasowanego ataku czołgami i piechotą. 23 września 1944 r., w 54. dniu Powstania, poddał się Górny Czerniaków, a wraz z nim upadła nadzieja na uzyskanie niepodległości i spokojnego wyjścia z piwnic. Ojciec dowiedział się o kapitulacji Czerniakowa od dowództwa oddziału wcześniej. Przyszedł pożegnać się z nami, nie wiedząc, czy jeszcze się kiedyś zobaczymy. Uzgodnili z mamą, że, jeśli któreś z nich przeżyje, to będzie czekało lub pozostawi wiadomość o sobie u ciotki mojej mamy mieszkającej na stałe w Milanówku. Ciotka mojej mamy Maria Słowińska już przed wojną i podczas okupacji niemieckiej miała tam niewielki sklep spożywczy.
         Gdy zawieszono białe flagi symbolizujące poddanie się, przez szeroko otwartą bramę na podwórze wpadli Niemcy, sprawdzając, czy nie ma Powstańców lub broni. Po półgodzinnym plądrowaniu wycofali się i zamknęli bramę, stawiając przed bramą kilku żołnierzy z bronią. Od strony ogrodzenia również postawili kilku uzbrojonych żołnierzy. Jeden z nich miał psa - niemieckiego wilka. Przez jakiś czas byliśmy zamknięci. Słychać było jeszcze walki w rejonie ul. Wilanowskiej i Czerniakowskiej.
         Po jakimś czasie otwarto bramę, przez którą wkroczyła liczna grupa Niemców. Przystąpili do plądrowania górnych pięter nieuszkodzonych budynków. W piwnicach pozostawiono mieszkańców. Sprawdzono, czy wszyscy mieszkańcy znajdują się w piwnicach, przeszukano mieszkania na wszystkich piętrach trzech budynków i wyniesiono zrabowane rzeczy. Następnie przystąpiono do sprawdzenia parteru budynków. Gdy niemieccy plądrownicy zakończyli wstępne działania i wycofali się do stojących na ulicy samochodów, na podwórze wpadła grupa esesmanów z Ukraińcami. Wypędzono wszystkich mieszkańców znajdujących się w piwnicach budynków na podwórko-studnię. Osoby wyglądające na zdrowe musiały wynosić ludzi rannych, chorych i starych. Niemcy poganiali, wypędzając wszystkich, nie szczędząc kolb karabinów, własnych pięści i butów.
         Podwórko zapełniło się mieszkańcami. Słychać było szum rozmów, płacz dzieci, jęki rannych i chorych. Ustawiano ludzi w odpowiednie miejsca, Osoby niechodzące, rannych i ciężko chorych ustawiano pod ścianami budynków. Mężczyzn w wieku średnim i starych, kobiety i dzieci kierowano do środka placu. Młodszych mężczyzn kierowano pod bramę. Bito wszystkich, nie patrząc, czy to są dzieci, czy chorzy, aby pokazać mieszkańcom, kto tu rządzi i jest panem. Było bardzo ciasno. Odczuwało się przejmujący smród zainfekowanych ran oraz niemytych przez wiele dni ciał. Sąsiadka pani Rogalska zaproponowała, aby odejść dalej, aż do ogrodzenia, zamykającego podwórko. Wszyscy wokół chętnie się zgodzili. Było tam znacznie więcej wolnego miejsca. To nas uchroniło przed śmiercią.
         Większość mieszkańców tłoczyła się bliżej bramy wyjściowej z podwórka. Po pewnym czasie żołnierze na określony sygnał wycofali się do klatek schodowych i poza bramę wyjściową. Bystre oko osoby stojącej w środku tłumu mogłoby zauważyć, że na dachach budynków stoją Niemcy trzymający w rękach granaty. Wszyscy niemal jednocześnie odbezpieczyli je i rzucili w dół, na stojących tam ludzi. Co się stało, nie sposób opisać ani sobie wyobrazić. Tego mogli dokonać tylko bandyci nie posiadający krzty sumienia. Wiele osób zginęło natychmiast, wiele potraciło ręce, nogi, powyrywało im wnętrzności, było wielu rannych. Wszędzie krew, kawałki odzieży, ludzkich ciał, kurz, dym, swąd palącego się ciała. Słychać było przeraźliwe jęki, wycie z bólu. Zakrwawieni ludzie bez rąk, uciekający w niewiadomym kierunku...
         To wszystko widziałem na własne oczy. Pozostanie to w mej pamięci do końca mych dni. Pisząc o tym, mam ciągle ten obraz w pamięci i łzy napływają mi do oczu. Choć jestem stary i wiele przeżyłem, nie mogę nad tym zapanować. My, stojący z dala - dzięki Bożej opatrzności na szczęście zbyt mocno nie ucierpieliśmy. Odwróceni tyłem do podwórka patrzyliśmy na teren rumowiska, jaki pozostał po wielkim trzynawowym kościele, stojącym od ul. Łazienkowskiej. Mama i sąsiadka bez przerwy modliły się do Matki Boskiej o ratunek. Z pewnością Bóg nas ochronił. Moją mamę odłamek granatu trafił w rękę nad ramieniem. Rana była dosyć duża, kość na szczęście nie została uszkodzona. Sąsiad został również uderzony odłamkiem granatu w rękę. U niego uszkodzony został tylko naskórek dolnej części przedramienia. Po oderwaniu części halki sąsiadka obwiązała ranę mamy, dosyć mocno uciskając, aby zatamować krew. Drugą częścią materiału przewinęła rękę mężowi. Mieliśmy szczęcie - przeżyliśmy.

Niewola

         Po kilku minutach od opadnięcia kurzu i opanowania paniki wśród żyjących, na podwórko wkroczyli Niemcy. Przecięli siatkę ogrodzenia odgradzającego część podwórka od placyku popularnie zwanego "babci ptaszek" (dlaczego? nie wiem). Kolbami karabinów przepędzali mieszkańców i mogących iść rannych poza ogrodzenie. Wiele osób nie chciało rozstać się z bliskimi rannymi, konającymi lub nieżyjącymi. Niemcy odrywali ich od siebie, bijąc przy tym, krzycząc i przeklinając. Wśród zabitych i rannych były dzieci i starcy.
         Na oczach wszystkich, w przenikliwym nieludzkim wyciu i płaczu, odbywały się dramaty i tragedie. Gdy byłem starszy, jeden z dramatycznych przypadków opowiedziała mi mama, a opowiadając - mimo że minęło wówczas już wiele lat - płakała. Chłopiec w wieku 10- 12 lat został silnie porażony odłamkiem granatu w brzuch. Skóra na brzuchu chłopca pękła, a z wnętrza wypłynęły jelita. Dziecko wraz z odzieniem trzymało wnętrzności własnymi rączkami, opierając się o matkę. Matka w szoku ciągnęła dziecko, poganiana kolbami bandytów. Chłopiec, jęcząc z bólu, płakał i prosił matkę, aby pozostawiła go, ponieważ każdy ruch powoduje u niego straszny ból. Błagał matkę, aby już go nie ruszała, ponieważ umiera i chce umrzeć w spokoju. Instynkt matczyny nie reagował. Dopiero silne uderzenia żołdaka kolbą zmusiły ją do upadku i upuszczenia ciała dziecka. Niemcy odciągnęli ją od konającego chłopca. Kopiąc ją, bijąc pięściami i przeklinając popędzili w stronę, gdzie formowany był konwój do wymarszu. Takich przypadków na tym podwórku było wiele.
         Ranni, chorzy, osoby nie mogące samodzielnie iść lub posiadające ograniczone możliwości poruszania pozostały na podwórku. Jak na ironię - było wówczas piękne jesienne popołudnie, zza zadymionego nieba przenikało słońce. Przyjemny powiew wiatru od Wisły odganiał smród miasta. Zdawało się, że idziemy na wycieczkę. Maszerując, a raczej utykając na rozbitych gruzowiskach domów, często przewracając się, płacząc i modląc, oddaliliśmy się nieco od miasta. Ponad miastem było widać dym, a w dole gdzieniegdzie pełzające płomienie ognia pomiędzy kikutami zrujnowanych domów. Miasto jakby malało, domy wciskały się w ziemię. Z oddali czuć było dym i kurz.
         Do prowadzonej grupy mieszkańców z Czerniakowa Niemcy dołączyli inne grupy schwytanych ludzi. Z coraz bardziej oddalającego się miasta słychać było seryjne strzały, krzyki, jęki. Wszyscy domyślali się, że Niemcy wymordowali pozostałych na podwórku mieszkańców naszego domu, którzy nie zdołali się zabrać z nami. Niektórzy ludzie nie mogli rozstać się z niewielkimi pakunkami, sprzętem stanowiącym cały ich majątek. Mieli również osobiste pamiątki. Dlatego maszerowali wolniej, nieco opóźniając przemarsz grupy. Z wygłodzenia, długiego braku ruchu ludzie padali na ziemię. Opóźniający marsz konwoju byli bici i kopani buciorami przez rozgniewanych Niemców. Wyczerpani musieli się podnosić i wlec między sobą słabszych. Osoby nie rokujące żadnych możliwości dalszego marszu były pozostawiane wraz z "opiekunem" - niemieckim żołnierzem. Kiedy grupa odeszła dalej, można było usłyszeć strzały z karabinu i zauważyć powrót żołdaka.
         Pędzono nas poprzez Mokotów, Pola Mokotowskie w kierunku Ochoty. Wąskie polne drogi były nierówne, wchodziły w plantacje rosnących łanów krzewów pomidorów i innych warzyw. Jak niemal okiem sięgnąć, wisiały - dawno niewidziane - czerwone lśniące kiście pachnących pomidorów. Wspaniały widok łanów pomidorów, ich nęcący zapach, mocno łechtał gardła zgłodniałych zmęczonych ludzi.
         Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Na jednym z odcinków drogi stała grupa Niemców i jacyś cywile. Być może byli to Niemcy, a może przedstawiciele Polskiego Czerwonego Krzyża. Na ustawionym długim stole w skrzynkach stały pomidory. W obecności stojącej całej grupy, Niemcy rozdawali dzieciom po jednym czerwonym pomidorku. Spragnione, głodne dzieci chwytały łapczywie pomidory. Rozważni rodzice wiedząc, co może się stać po ich zjedzeniu na pusty żołądek, zabierali je dzieciom i ukradkiem się ich pozbywali. Głodne dzieci nie rozumiały tego, często pomrukując, a nawet płacząc. Trudna i ciężka droga dla wycieńczonych ludzi chorych przedłużała się. Niemcy się bardzo denerwowali, że nie dotrą na czas do wyznaczonego celu tj. do pruszkowskiego obozu. Przypuszczam, że uzgodnili ze swoimi przełożonymi, iż z powodu znacznego opóźnienia przybycia do celu przenocują wraz z konwojowaną grupą więźniów w polu. I tak też się stało. Przetrzymano nas przez kilka godzin we wcześniej odpowiednio wybranym miejscu na postój. Pozwoliło to wielu osobom, szczególnie chorym i rannym, na odpoczynek.
         Zgrupowano więźniów w ciasnym kręgu otoczonym przez liczną grupę konwojujących. Pomimo ciepłego dnia, noc była chłodna. Ja - małe dziecko - z ogromnym zainteresowaniem zaciekawiłem się niewidzianym od wielu dni niebem. Było bezchmurne. Na jego firmamencie wisiało wiele gwiazd. Mnie jednak bardziej zainteresowały kolorowe przelatujące światełka, czerwone, zielone i żółte. Strasznie mi się podobały zawisające na niebie ogromne lampy. Tak to mi utkwiło w pamięci, że po latach zapytałem mamę, co to było. Wyjaśniła mi, że drobne przelatujące światełka to były rakiety wystrzeliwane przez Niemców, żółte to były pociski z karabinów wojskowych, a te duże żyrandole, tak ładnie świecące, to rakiety oświetlające teren miasta. Zmęczony oglądaniem i trochę zmarznięty, usnąłem. Nieprzygotowani do przebywania w nocy na otwartym powietrzu, w nieprzystosowanym odzieniu, przemarzliśmy wszyscy dosyć mocno. Dzieci z zimna płakały. Rodzice próbowali rozgrzać swoje pociechy, ogrzewając je własnym ciałem. Tak dotrwaliśmy do rana.
         Zerwano nas wcześnie, ustawiono w szyku marszowym i popędzono w kierunku Ochoty, do stacji Warszawa Zachodnia. Do wyznaczonego celu doszliśmy po godzinie dziewiątej. Wpędzono nas na bocznicę kolejową, gdzie podstawione były wagony towarowe przystosowane do przewozu bydła. Rozpoczął się załadunek przybyłego konwoju. Nie było jak wejść do wagonu. Ludzie nawzajem siebie podsadzali. Niemcy nie dali więźniom czasu na załatwienie własnych potrzeb, nawet nie było gdzie tego uczynić. Przy użyciu - jak zwykle - kolb karabinowych, rąk i butów przyspieszali załadunek, dopychając ludzi, gorzej niż bydło, do podstawionych wagonów. Wszędzie, z każdego wagonu słychać było krzyki, płacz dzieci, jęki ludzi starych i chorych. Jedni płakali z bólu i strachu, inni modlili się prosząc Pana Boga o pomoc. Z ogromnym trudem wreszcie zamknięto drzwi naszego wagonu. Nikt nie wiedział, co się stało z najbliższymi, pozostałymi na podwórku wśród budynków na ul. Przemysłowej.
         Co jakiś czas słychać było, jak zamykają się kolejne zasuwane drzwi. Wewnątrz wagonu było ciasno, nie było mowy o siedzeniu na podłodze. Ludzi rannych i chorych przesunięto pod ściany wagonu, aby mieli jakieś oparcie. Wagon miał w górnej części po obu stronach małe zakratowane okienka. Podczas jazdy pociągu był niewielki ruch powierza, ale tylko górą. Niewiele to pomagało zminimalizować zaduch wydychanego powietrza, a także woń spoconych ciał. Najgorzej miały małe dzieci i siedzący pod ścianami ranni i chorzy. Brakowało im powietrza, wprost dusili się.
         Moja mama przez prawie całą drogę, od domu przy ul. Przemysłowej do bocznicy kolejowej Warszawa Zachodnia, niosła mnie pomimo rannej, nieopatrzonej ręki. Ja - wówczas trzyletnie dziecko - nie byłem w stanie tak szybko iść i nie opóźniać marszu. Nie miało znaczenia, że moja mama miała widoczną ranę przedramienia: nie miała taryfy ulgowej, była bita i popychana. Tu, w wagonie również musiała mnie trzymać na rękach pomimo bólu ramienia.
         Po dokonaniu załadunku i podłączeniu wszystkich wagonów w skład, pociąg ruszył. Przejeżdżając przez kolejne stacje wystraszeni ludzie, nie wiedzący, dokąd jadą, chcieli powiadomić najbliższych o fakcie, że żyją i jadą w nieznane. Przez okienka wagonów rzucali kartki na perony mijających miejscowości z nadzieją, że ktoś je znajdzie i powiadomi ich rodziny. Jak mówili wyżsi panowie stojący i wyglądający przez okienko, na zewnątrz, przy każdych drzwiach wagonu, stał uchwycony żołnierz niemiecki. Pociąg jechał niezbyt szybko, często przystawał. Jechaliśmy bardzo długo. Nareszcie, pociąg po skręcających rozjazdach powoli zatrzymał się. Byliśmy na miejscu docelowym, na terenie Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego Pruszków.

Dulag 121 Pruszków

         Niemcy nie bez przyczyny wybrali to miejsce na obóz przejściowy Dulag 121. Decydujący wpływ na wybór tego miejsca miała niewielka odległość od Warszawy, bliskość torów kolejowych, duża przestrzeń zajmowana przez Zakłady, duże przestrzenie w halach produkcyjnych umożliwiające zlokalizowanie nawet sukcesywnie kilkuset tysięcy ludzi. W pierwszej wersji Niemcy założyli, że obóz będzie miał charakter przejściowy. Z góry założono, że pobyt więźniów nie będzie przekraczał trzech dni, później pięciu dni. Zdarzały się przypadki, że - z powodu braku miejsca w obozie i jego przepełnienia - przeładowywano ludzi w obozie od razu z jednego do drugiego transportu. Wiele niepotwierdzonych faktów wskazuje, że Niemcy w wyniku nieprzewidzianego dużego przeciążenia linii kolejowych na południu i zachodzie Polski, co blokowało tak bardzo potrzebne przewozy tranzytów wojskowych, mieli rozważać możliwość utworzenia w centrum kraju obozu zagłady w celu szybkiego pozbycia się niesubordynowanej mieszkającej tu ludności, szczególnie po wybuchu Powstania Warszawskiego.
         Na początku lat czterdziestych Niemcy przystąpili w Zakładach do realizacji produkcji naprawczej wagonów, szczególnie platform niezbędnych do przewozu sprzętu wojskowego, dostarczanego na front rosyjski. W późniejszym okresie, choć przez cały czas okupacji kontynuowano naprawy wagonów towarowych, ograniczyli się do wykonywania napraw w jednej hali. Ponieważ robotnikami byli Polacy, mocno zabezpieczano się przed zagrożeniem od zewnątrz, jak i atakiem wewnętrznym. Wokół ogrodzenia pobudowano szereg wieżyczek strzelniczo-obronnych. Również podobnego typu wieżyczki wybudowano wewnątrz hal produkcyjnych, przeciętnie po cztery na każdej z hal. W halach większych gabarytowo było ich znacznie więcej. W największej, Hali Napraw Wagonów Osobowych, było wybudowanych aż dwanaście wieżyczek. W hali Napraw Wag Towarowych wybudowano siedem w hali głównej i trzy w hali zalewni panewek. Podczas pracy robotników i pobytu więźniów na wieżyczkach strzelniczych całodobowo pełnili służbę niemieccy żołnierze z ręcznymi karabinami maszynowymi gotowymi do strzału.
         Narastające klęski na froncie wschodnim zmusiły Niemców do przygotowania się do ewakuacji. Zdejmowano z fundamentów maszyny, demontowano konstrukcje urządzeń dźwigowych. Pracownikom warsztatów w Pruszkowie odbierano co cenniejsze narzędzia zmechanizowane, pozostawiając tylko najniezbędniejsze do dokonywanych napraw, pakowano wszystko na wagony i wywożono na zachód. W lipcu 1944 r. błyskawiczny pochód Armii Radzieckiej, atakującej niemal na całym froncie wschodnim, a także nieudolna próba zamachu na Hitlera spowodowały ogromną panikę wśród Niemców. Ładowano na wagony wszystko, co posiadało większą wartość. Stosowano różne zachęty w stosunku do robotników polskich, dając im np. po jednym bochenku chleba żołnierskiego i po paczce margaryny, aby pracowali nawet w nocy ładując sprzęt na wagony. Namawiano rodziny kolejarzy polskich, aby wyjechały do Niemiec, zapewniając im wygodne miejsca w pociągu ewakuacyjnym. Wydawało się, że dzień wyzwolenia zbliża się. Wydarzenia przyjęły inny obrót. Po kilku dniach nieobecności powróciły do Pruszkowa niemieckie urzędy. W rejonie Pruszkowa rozlokowano oddział spadochroniarzy dywizji "Herman Goering", a w okolicach Żyrardowa dywizję pancerną SS "Wiking". Wyhamowanie wojsk radzieckich pozwoliło Niemcom na dalsze kontynuowanie grabieży.
         Powoli, koło za kołem, dojechaliśmy pociągiem w rejon biura dawnego Zarządu Warsztatów - charakterystycznego pałacyku ze spiczastą wieżą, wybudowanego z czerwonej cegły u schyłku XIX wieku. Tu była drewniana rampa. Pod nią podjeżdżał pociąg. Kolejno otwierano drzwi wagonów, z których wychodzili więźniowie. Nie wszystkie wagony z przywiezionymi więźniami mieściły się przy rampie. Znikoma część ludzi wychodziła z podstawionych wagonów na rampę, a inni musieli skakać z wagonu na ziemię. Konwojenci niemieccy ustawiali więźniów w szyk marszowy. Przy rozładunku nie obyło się bez bicia i przekleństw żołdaków.
         Segregacja odbywała się na terenie przesuwnicy kolejowej, w zależności od planowanego przeznaczenia więźniów. Towarzyszyły temu tragiczne sceny. Oddzielano mężów od żon i małych dzieci. Szczególnie mężczyzn z przeznaczeniem na wyjazd na roboty do Niemiec. Odbierano rannych od pozostałej rodziny. Oddzielnie ustawiano osoby młode, zdrowe, osobno matki z dziećmi, starców, osoby chore na noszach, Powstańców. Zasady segregacji były ustalone następująco: za niezdolne do pracy w Niemczech uznawane były matki z dziećmi do 15 lat, kobiety ponad 50-letnie, kobiety ciężarne od 6. miesiąca ciąży, chorzy i ułomni. Pozostali byli przeznaczani na wyjazd do Niemiec. Oddzielną grupę stanowili pracownicy zatrudnieni na kolei i tramwajarze. Byli oni wywożeni do Niemiec oddzielnymi wagonami i transportami kolejowymi. Segregację według tych zasad przeprowadzali nie lekarze, lecz urzędnicy wojskowi, bez uprzedzenia, z niesłychaną bezwzględnością.
         Płacz rozdzielanych ludzi, wyzwiska, krzyki, przeciąganie osób z powrotem, wywoływały dziką reakcję niemieckich żołdaków. Popychali, kopali i bili kolbami, pięściami, nawet kobiety i dzieci. Dokonujący segregacji ludzi nie uznawali zaświadczeń czy innych dokumentów, wyjaśniając, że do lekarza w tej sprawie będzie można się zgłosić na hali. W hali było to niemożliwe, ponieważ było tam stłoczonych zazwyczaj do 5000 ludzi. Dotrzeć do lekarza mogła niewielka tylko ilość ludzi, rzeczywiście chorych (?). Dokonywano także podziału zdolnych do pracy w Niemczech, oddzielnie mężczyzn i kobiet.
         Po ponownym sformowaniu w szyki marszowe poszczególnych ustalonych grup ludzi, jedna grupa za drugą przechodziły torowiskiem przesuwnicy do alei głównej obozu, a następnie rozchodziły się wraz z konwojującymi żołnierzami do wyznaczonej dla danej grupy hali. Każda z hal obozowych (fabrycznych) posiadała, dla ułatwienia w poruszaniu się, przydzielony numer, wypisany przy bramie wejściowej, dobrze widoczny z różnych miejsc dochodzących dróg lokalnych. Wszystkie hale dodatkowo były ogrodzone płotem wykonanym z drutu kolczastego. Ogrodzenie było ustawione w pewnej odległości od ścian hali. Ziemia w wydzielonym terenie była strasznie wyniszczona, zadeptana przez ludzi tak, że nie było nawet maleńkiego źdźbła trawy - a może głodni ludzie powyrywali je i zjedli? Hala przeznaczona do przebywania w niej Powstańców i osób podejrzanych o uczestniczenie bezpośrednio w Powstaniu, schwytanych z bronią w ręku, posiadała ogrodzenie podwójne. W alejce utworzonej pomiędzy drutami chodziły patrole wartownicze z bronią gotową do strzału. Hale ogrodzone pojedynczym ogrodzeniem były również patrolowane przez wartowników z bronią, lecz z mniejszą intensywnością i od zewnątrz. Osoby więzione w halach miały możliwość za zgodą przedstawicieli obozu chwilowego przemieszczenia się do innej hali, np. punktu zabiegowego i szpitalnego.
         My wszyscy: mama ze mną i rodzina państwa Rogalskich, wraz z grupą zostaliśmy wpędzeni do hali numer 5 - Napraw Wagonów Osobowych. Wchodząc do hali, zauważyliśmy wiele stojących osób. Ludzie stali wewnątrz hali, jak i na zewnątrz, pomiędzy wygrodzeniem kolczastym drutem. Od więźniów będących w środku dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w obozie w Pruszkowie. W środku, w hali, po betonowej podłodze płynęła śmierdząca brudna zmieszana z piachem maź. Wszędzie leżały szmaty, papiery, kawałki żelastwa. W ogromnej, zapuszczonej, zabrudzonej różnego rodzaju śmieciami, cuchnącej hali było dużo wymęczonych, brudnych ludzi. Bramy wjazdowe były pootwierane. Już dochodząc drogą do hali, czuć było z niej ogromny odór. Zarówno przybyli, jak i więźniowie już obecni, byli zagubieni, głodni, spragnieni, wycieńczeni fizycznie i psychicznie. Nikt z obsługi nie zwracał uwagi na dzieci. Słychać było z różnych stron spory ludzi o zajmowane miejsca w hali, wołania, krzyki zagubionych dzieci, płacze. Rzadziej słychać było rozmowy o charakterze religijno-patriotycznym.
         Pani Rogalska odeszła nieco od nas i po chwili, rozejrzawszy się po hali, zawołała nas i zaproponowała, aby szybko przejść pod jeden z filarów hali, gdzie było jeszcze trochę miejsca. Można tam było oprzeć się plecami o filar i ewentualnie kucnąć. O siedzeniu na betonowej podłodze nie było mowy z uwagi na znajdujący się na niej brud i mocz. Wszyscy - z różnych powodów - mieliśmy ten sam problem: bolała nas głowa.
         Wkrótce nadeszła pora obiadowa. Przypadkiem mama zauważyła, że jakiś mężczyzna niesie w menażce ciepłą zupę. Tym spostrzeżeniem podzieliła się z sąsiadami. Pan Rogalski postanowił dowiedzieć się, gdzie można dostać coś do jedzenia. Nie dotarł do miejsca wydawania posiłków, gdyż w międzyczasie zabrakło jedzenia. Dowiedział się, że posiłki są wydawane w południe w ustalonym miejscu przez pielęgniarki PCK czy RGO. Aby otrzymać zupę, trzeba mieć własne naczynie oraz sztućce.
         Stosując się do zaleceń pani Dominiakowej, mama trzy razy dziennie wydzielała mi porcje łoju. Na pewien czas zasypiałem, widocznie wówczas nie odczuwałem głodu, ale był to bardzo krótki moment.
         Zbliżał się wieczór. Mama spytała przechodzącego robotnika o wskazanie miejsca załatwiania potrzeb fizjologicznych. Wyjaśnił jej, że na początku obozu było kilka drewnianych, prowizorycznych ubikacji, lecz rozebrali je rabusie, a może zniszczyły się. Deski wykorzystano, łamiąc je na podkładki do siedzenia. Już od dawna te sprawy załatwia się wprost do kanałów rewizyjnych, niezależnie, czy kobiety, czy mężczyźni. Znajdują się one tam - wskazał ręką na tory, pomiędzy szynami kolejowymi. Kto musi, to tam idzie.
         Ranna w rękę, z brudnym, ociekającym osoczem z krwi, zasuszonym opatrunkiem, pod którym była bolesna rana, mama dopytywała się o pielęgniarkę. Nieprzemyta otwarta rana bardzo ją bolała. Była zaogniona i mocno zaczerwieniona. Wyjaśniono jej, że by uzyskać pomoc i opatrzyć ranę, trzeba udać się do punktu medycznego przy prowizorycznym szpitalu, gdzie są siostry PCK. By tam dotrzeć, trzeba mieć przepustkę lub zgłosić wyjście komuś z administracji hali. Było na to za późno.
         Tak minął nam pierwszy, niepełny dzień w obozie. Wszyscy byliśmy wyczerpani, głodni i zmęczeni. Gdy wychodziło się choćby na chwilę, ryzykowało się, że straci się dotychczasowe miejsce. Ludzie byli rozdrażnieni i wystraszeni. Na każdym kroku spotykano się z agresję i przemocą. Decydował ten, kto silniejszy lub ma pieniądze. W nocy i w dzień słychać było na terenie obozu pojedyncze strzały karabinowe, płacz dzieci, jęki i krzyki. Mama trzymając mnie na podkurczonych nogach, opierając się o słup nośny dźwigarowy, przesiedziała całą noc. Ja smacznie spałem, podobnie jak i córeczka państwa Rogalskich. Rano jednak płakałem i trzymałem się za brzuszek. Choroba dawała się we znaki.
         Następnego dnia polowaliśmy na jedzenie. Ktoś nas poinformował, że około godz. 12.00 będzie wydawany posiłek. Nie mieliśmy ani jednego naczynia, aby wziąć zupę. Znalezienie pojemniczka na terenie poza halą było niemal cudem. Mama próbowała pożyczyć jakieś naczynie, ale nie było o tym mowy. Kto miał naczynie, kilkakrotnie biegał po zupę, aby więcej zjeść. Przeważnie większość osób była w rodzinnych grupach. Naczynie więc było niezbędne i pilnowane jak skarb. Pierwszego posiłku nie zjedliśmy.
         Zdobycie naczynia stało się zadaniem pierwszej wagi. Na zmianę dwie osoby szukały wszędzie, gdzie tylko się dało. Jedna osoba dorosła musiała zostać z dziećmi oraz pilnować miejsca. Przed halą, z której wyjechała jakaś grupa więźniów do obozu lub na roboty do Niemiec, sąsiad znalazł blaszane pudełeczko po rybkach. Po umyciu i napełnieniu wodą z hydrantu, przyniósł je do hali. Jego żona namoczyła w wodzie chusteczkę i zmyła zakrzepłą krew z przedramienia chorej ręki mamy. Rana na szczęście była niegroźna. Zimny okład z mokrej chusteczki ostudził chore ciało i ramię mniej mamę bolało. Mając puszkę i wiedząc, gdzie jest hydrant, napiliśmy się wreszcie wody.
         Jeśli ktoś miał pieniądze, mógł od handlarzy obozowych kupić jedzenie, a nawet leki. Mama, chodząc i szukając puszki, modląc się i prosząc Boga o pomoc, w pewnej chwili zauważyła w krzakach pieniążek. Były to dwa złote. Zauważyła handlarza sprzedającego małe bułeczki. Spytała, ile kosztuje jedna sztuka, odparł: dwa złote. Ucieszona, kupiła bułeczkę. Razem z córeczką sąsiadów mieliśmy kolację. Tak minął obozowy dzień, w głodzie, niewyspaniu i zmęczeniu.
         Codziennie wywożono na cmentarz żbikowski średnio 7 w początkowym okresie działania obozu, a później 10-12 osób. Często wywożono samochodami ciężarowymi ludzkie ciała, które nie zawsze trafiały na okoliczne cmentarze. W początkowym okresie księża rejestrowali zgony ludzi, których można było zidentyfikować. Później tego zaprzestano. Ludzie umierali w obozie pruszkowskim podobnie jak na Zieleniaku w Warszawie: z braku najprostszej pomocy medycznej, złych warunków sanitarnych i z głodu. Zimno i zmęczenie odbijały się na zdrowiu wszystkich. Szczególnie wysoka śmiertelność występowała wśród dzieci, pozbawionych jakiejkolwiek pomocy. W przypadku porodów, z braku odpowiedniej opieki i warunków egzystencji niemowlęta przeważnie umierały. Przypuszcza się, że w różnych okolicznościach w obozie mogło zginąć około 3000 osób - noworodków, dzieci i starców, a także zastrzelonych bez powodu, podczas próby ucieczki i z powodu nieposłuszeństwa. Były także rozstrzeliwania grupowe, o czym świadczy m. in. obelisk stojący na gliniankach w Żbikowie.
         W obozie odczuwało się ciężar koszmarnej atmosfery, strach, potęgowany przez ciągłe niebezpieczeństwo i śmierć. Strzały z karabinów towarzyszyły nam przez cały dzień. Ludzie stali się obojętni na ustawiczny huk. Strzelano przy każdej okazji. Spotykało się przypadki postrzeleń, a dosyć często zabójstw w czasie ucieczki. Strzelano nawet przy pędzeniu do wagonów - na transporty.
         Kolejny dzień rozpoczął się myślą o zdobyciu obiadu, gotowanego przez PCK lub RGO. Posiłki wydawano najczęściej w południe. Przygotowywała je znaczna grupa osób, podzielona na szereg sekcji specjalistycznych. Przygotowanie posiłku dla tylu tysięcy osób było niemal niemożliwe, dlatego nie wszyscy mogli z niego skorzystać. Najczęściej korzystali ludzie młodzi, operatywni i silni, posiadający własne pojemniki. W pierwszych dniach obozu posiłek gotowano w sześciu ponad trzystulitrowych kotłach, o czym dowiedziałem się od znajomego, którego żona pracowała wówczas w kuchni. Wsad do ugotowania posiłku dla więźniów był dostarczany dobrowolnie przez okoliczną ludność, własnymi środkami lokomocji, z dobrej woli.
         Najtrudniejsze było dowożenie "obiadów" do hal i ich rozdawanie. Brak było środków transportowych na dostarczanie posiłków do hal. Noszono je w koszykach lub przewożono na kolejarskich wózkach, co niewiele ułatwiało pracę. Instynkt zachowawczo-samoobronny powodował, że więźniowie zapominali o takcie, kulturze osobistej i etyce. Chciano tylko przeżyć, ratując własne życie. Szczególnie młodzi więźniowie w niegodny sposób walczyli na słowa, a czasami i kuksańce szły w ruch, o upragnioną - przysłowiową - łyżkę gorącej zupy. Po pewnym czasie Niemcy pozwolili, by kilku mężczyzn pomagało w zabezpieczeniu ich wydawania. Mimo najofiarniejszej pracy, personel kuchni pracujący w dzień i w nocy nie był w stanie uczynić nic więcej. Do tych trudności należy dodać wałęsających się i węszących po wszystkich kątach żandarmów, ich krzyki, poszturchiwania, wymyślania. Zdarzało się, że i nawet strzelania - dla postrachu. I tu zdarzały się postrzelenia, a nawet poranienia śmiertelne.
         Korzystając ze znalezionej puszeczki, "posiłek" zjedli najpierw sąsiedzi, a było ich troje, więc trzeba było chodzić po zupę trzy razy. Następnie poszła mama, nakarmiła mnie, sama tylko jej spróbowała. Kiedy poszła po raz drugi, zupy już nie było.
         Wychodząc przed Halę Osobową, gdzie było wyznaczone miejsce wydawania posiłków, podnosząc głowę do góry i kierując wzrok w kierunku wschodnim, ponad dachami innych stojących w oddali hal produkcyjnych, zobaczyła w biały dzień nad Warszawą wiszący smog dymu i łuny pożarów. Umierało powoli, lecz z godnością, miasto - bohater, miasto dzieciństwa i wspomnień. Wraz z nim ginął dorobek całego życia niejednej tam zamieszkałej rodziny. Stojąc i patrząc w dal, niejedna osoba płakała, a spływające po twarzy łzy spadały na obozowy bruk.
         Trzeciego dnia sąsiadka dowiedziała się, że osoby chore, posiadające dokumenty stwierdzające chorobę, mogą stawić się przed komisją lekarską. Komisja w składzie dwunastu pseudo lekarzy mogła czasowo odroczyć wysyłkę do Niemiec, skierować na rekonwalescencję do szpitala. Mama, pozostawiwszy mnie z sąsiadem i ich córeczką, poszła wraz panią Rogalską dowiedzieć się, czy komisja nas przyjmie. Sąsiadka posiadała dokumenty stwierdzające, że wszyscy z jej rodziny są chorzy na gruźlicę, my natomiast nie mieliśmy żadnych zaświadczeń. W punkcie pracy komisji panie dowiedziały się, że osoby chore będą przyjmowane około godz. 9.00 rano następnego dnia.
         Korzystając z nadarzającej się okazji, rezygnując z miejsca przebywania w hali, stanęliśmy przed komisją lekarską. Jeden z rzekomych lekarzy wchodzących w skład komisji, obejrzawszy kenkartę mamy i zwróciwszy uwagę na jej wiek, nie zgadzał się na skierowanie nas do szpitala. Rozpoczęła się dyskusja wśród decydentów. Wykorzystując zamieszanie, siostra PCK doprowadzająca chorych przed komisję kazała nam przejść do grupy osób, skierowanych już do szpitala w Grodzisku Mazowieckim na okres rekonwalescencji.
         Po zakończeniu pracy komisji zostaliśmy skierowani wraz z całą grupą do prowizorycznego szpitala obozowego. Tu dopiero mama otrzymała fachową pomoc medyczną od sióstr PCK. Następnie przeniesiono nas do hali ambulatoryjnej, gdzie na podłodze można było usnąć i przenocować.

Szpital w Grodzisku Mazowieckim

         Piątego dnia pobytu w obozie wczesnym popołudniem załadowano grupę chorych na furmanki chłopskie, konwojowane przez żandarmów niemieckich, i przewieziono nas do stacji kolejki EKD (obecnie WKD). Tam stał skład kolejki z wyłącznym przeznaczeniem dla więźniów. Do niej nas załadowano i wraz z towarzyszami niedoli przewieziono do Grodziska Mazowieckiego. Po sformowaniu kolumny marszowej przeszliśmy piechotą do szpitala znajdującego się niedaleko stacji PKP. W szpitalu był ogólny chaos i bałagan, wynikający z przepełnienia. Było lepiej niż w obozie, można było usiąść, położyć się na podłodze, coś zjeść, a nawet trochę się umyć. Jednak strach przed wywózką na roboty do Niemiec nie zniknął. Wszędzie byli niemieccy strażnicy, gotowi do użycia broni. Nie leczona rana przedramienia mamy według oceny sanitariuszek wyglądała bardzo źle. Sanitariuszki, po konsultacji z lekarzem, kilkakrotnie przemywały ranę, wpuszczając jakieś leki. Przykurcz nóg spowodowany kilkudniowym przebywaniem w pozycji kucznej, także długotrwały brak leczenia rany przedramienia, ujemnie odbił się na zdrowiu mamy.
         Przemieszczający się front powodował, że wkrótce szpital musiał być ewakuowany. Wielu Niemców ze strachu uciekało, szczególnie kadra medyczna i wyżsi oficerowie. Któregoś dnia polecono chorym mogącym chodzić, aby się ubrali i przygotowali do wymarszu, dając im na to pół godziny. Podstawiono furmanki chłopskie, na które załadowano wytypowanych chorych rokujących szybki powrót do zdrowia i posiadających uszkodzone głównie kończyny dolne, a pozostali musieli poruszać się sami. Jak zwykle, osoby opóźniające marsz były bite kolbami karabinowym. Z obawy przed zbliżającym się frontem bardzo rzadko robiono przerwy na odpoczynek.

Wolność

         Prawdopodobnie w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego Niemcy pozostawili podwody wraz z ludzi nimi jadącymi. Nie wiedzieliśmy, co zrobią z nami. Na razie pędzono nas dalej. Coraz mniejsza stawała się grupa Niemców konwojujących nas w nieznane. Nie zwracali już zbytnio uwagi na chorych. Coraz częściej, przy bardziej korzystnych okazjach, w konwojowanej grupie ubywało więźniów. Również moja mama wieczorem, kiedy byliśmy pędzeni przez jakiś zagajnik, a może las, wyszła z konwoju, odeszła na bok niby rozbierając mnie do wysadzenia. Konwój maszerował dalej, nie zatrzymując się. Nikt również z konwojujących Niemców na nas nie czekał. Pozostaliśmy sami, nie wiedząc, gdzie jesteśmy. Po oddaleniu się konwoju mama, trzymając mnie na ręku, bez namysłu wskoczyła w zarośla i zaczęła biec co tchu w dal, nie zwracając uwagi na to, co się stanie. Ze strachu, zmęczenia i wysiłku - jak wielokrotnie opowiadała - nie pamiętała, czy ktoś wołał, lub czy za nami strzelali Niemcy. Nie pamiętała, jak długo biegła obijając się o małe drzewka, gałęzie i krzaki. Biegła, aby być dalej od traktu leśnego, którym nas pędzono. Cały czas w myślach gorliwie się modląc do Boga o pomoc. Spodziewała się, że Niemcy będą nas szukać, co byłoby trudne w lesie, szczególnie bez psa tropiciela i zbliżającej się nocy.
         Z ogromnego wysiłku i przeraźliwego strachu padła ze zmęczenia w jakieś zarośla. Wymęczony biegiem i szarpaniem mamy, ja również wspólnie z nią zasnąłem. Po przebudzeniu ruszyliśmy w dalszą drogę, nie wiedząc dokąd. Wczesnym rankiem dotarliśmy do stojącego na skraju lasu jakiegoś gospodarstwa, ściślej mówiąc - domostwa. Zostaliśmy niezbyt chętnie przyjęci przez gospodarzy. Obawiali się niemieckiej kontroli, co mogło być bardzo groźne dla ich rodziny. Poczęstowali nas jedzeniem: wspaniałymi suchymi kartoflami nie kraszonymi i polewką. Wreszcie, po tak długim czasie, jedliśmy coś smacznego, ja nawet dostałem trochę mleka. Po krótkiej, przeprowadzonej w drugim pomieszczeniu rozmowie z żoną, gospodarz zaprowadził nas do stodoły, gdzie była ukryta wykopana w ziemi piwnica, zakrywana od góry jakąś płytą i zasypywana słomą. Tu przesiedzieliśmy do wieczora, odpoczywając przed dalszą drogą.
         Ukrycie zabezpieczało obie strony przed niebezpieczeństwem ze strony Niemców. Puszczenie nas bez opieki zagrażało zarówno nam, jak i gospodarzom. Wypoczywaliśmy na miękkiej słomie. Ja miałem zastrzeżenia, gdyż był dzień, a tu było ciemno. Mama mi to jakoś wytłumaczyła, a zmęczenie i ciepło zrobiło swoje, i nie marudziłem. Wieczorem, gdy było już ciemno, przyszedł gospodarz, częściowo odkrył pokrywę, i dostaliśmy jeść.
         Właściciel gospodarstwa zaprzągł konia do fury, na której ułożone były snopki siana i słoma. Po zjedzeniu posiłku i otrzymaniu kilku ugotowanych ziemniaków na drogę ukryliśmy się w sianie i gospodarz odwiózł nas kilka kilometrów lasem w kierunku Warszawy. Tam wytłumaczył, jak mamy iść, aby ominąć Tomaszów Mazowiecki, podając jednocześnie nazwy miast, przez które powinniśmy iść.
         Szliśmy skrajem lasów lub wydeptanymi ścieżkami wzdłuż dróg, ukrywając się przed każdym jadącym pojazdem, często pytając ludzi wiejskich o drogę. Spaliśmy przeważnie po zagajnikach i lasach, w miejscach zagłębionych, nieco oddalonych od drogi, porośniętych krzewami i chwastami lub wysokim poszyciem leśnym, najczęściej wśród paproci. Noce były bardzo zimne. Mama ocieplała mnie własnym ciałem. Idąc polnymi dróżkami, niejednokrotnie niosąca mnie na ręku mama padała ze zmęczenia, niekiedy z powodu nierówności obijając wymęczone ciało. Byliśmy głodni i zmęczeni. Szliśmy szczęśliwi, że żyjemy, nie myśląc co będzie dalej.
         Po kilku dniach marszu dotarliśmy do jakiejś wioski pod Grodziskiem Mazowieckim. Jedliśmy mało, najczęściej nie zebrane owoce, warzywa, wysuszone jeżyny i ziemniaki pieczone na ognisku (jak trafiła się okazja i piekły je wiejskie dzieciaki). Mama systematycznie dawała mi, resztki już, przetopionego łoju końskiego. Wreszcie Grodzisk Mazowiecki. To miasto ominęliśmy od południowo-wschodniej strony, idąc w kierunku Podkowy Leśnej. Którędy mamy iść, aby nie natknąć się na Niemców, wytłumaczył mamie spotkany kolejarz. Polecił, aby iść najczęściej wzdłuż torów kolejki EKD.
         Wokół przystanku EKD Podkowa Leśna rósł las. Nikt nie oczekiwał na przyjazd pociągu. Do czasu przyjazdu kolejki ukryliśmy się za stojącym niedaleko przystanku barakiem. Nieszczęśliwy los sprawił, że do tego samego wagonu, co my, od tylnego pomostu przeszło dwóch żołnierzy niemieckich, o czymś rozmawiając. Nie weszli do środka wagonu. Zauważywszy nas, konduktor z narażeniem życia popchnął mamę na miejsce konduktora, a sam rozsiadł się obok wygodnie, niby że jest tak zmęczony, odchylając połeć płaszcza w taki sposób, aby nas zakryć. Niemcy, rozejrzawszy się po przedziale, nie widząc podejrzanych osób, przesiedli się na następnym przystanku do innego wagonu. Konduktor kazał nam wysiąść na przystanku Milanówek Graniczna ostrzegając, że jeżeli dojedziemy kolejką do końca, mogą nas zatrzymać Niemcy.
         Podziękowawszy za pomoc konduktorowi, mama wraz ze mną wysiadła tak, jak polecił. Zapytawszy przechodnia o drogę do targowiska, bez trudu dotarła wraz ze mną do swojej ciotki, która mieszkała przy ul. Dworskiej (obecnie Kościuszki), ciągnącej się wzdłuż targowiska miejskiego. Jaki los czekał pozostałe osoby z konwoju ze szpitala w Grodzisku Mazowieckim, nie dowiedzieliśmy się nigdy.
         Z rodziną Rogalskich spotkaliśmy się po wojnie. Po wojennej tułaczce powrócili do Warszawy i zamieszkali na Czerniakowie, w mocno zniszczonym budynku przy ul. Zagórnej. Do spotkania doszło przypadkowo poprzez moją babcię, która utraciwszy po wojnie mieszkanie przy ul. Solec, zamieszkała przy ul. Górnośląskiej 3. Dowiedzieliśmy się, że oni również uciekli z konwoju, podczas nocnego postoju zorganizowanego przez Niemców na leśnym dukcie.

Milanówek

         Ciotka mamy (siostra mojego dziadka) mieszkała w Milanówku od 1930 r., wraz z mężem i małym synem prowadząc niewielki sklep spożywczy, jednocześnie przy nim mieszkając. Zajmowała dwa małe pokoje z kuchnią. Pokoiki były bardzo małe, a tym samym ciasne, kuchnia jeszcze mniejsza. Z kuchni wchodziło się poprzez pomieszczenie magazynowe do sklepu z wyjściem na ul. Dworską. Ciotka prowadziła sklep zarówno przed wojną, jak i przez cały okres okupacji. Była osobą znaną i, jak na ówczesne czasy, zamożną. Dotarłszy do niej odczuliśmy, że niezbyt chętnie nas przyjęto w takim stanie, w jakim wówczas byliśmy. Okazało się wkrótce, że u ciotki zamieszkuje od lipca 1944 r. koleżanka z Warszawy, z mężem i dwojgiem dzieci.
         Pierwsze dni pobytu spaliśmy na podłodze w kuchni, wieczorem przygotowując legowisko do spania, a rankiem wcześnie wstając i sprzątając posłania, aby umożliwić poruszanie się po kuchni i udostępnić wejście do sklepu. Mama miała w Milanówku również koleżankę, która mieszkała z mężem niedaleko, przy ul. Dębowej (przy której była poczta), i która chętnie, co jakiś czas umożliwiała nam z mamą przenocowanie.
         Dopiero gdy w dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia, po rozwiązaniu oddziału powstańczego w Kampinosie, do Milanówka dotarł mój ojciec, ciotka zdecydowała się udostępnić nam na pewien okres część piwnicy gospodarczej. W piwnicy było małe okienko służące do wsypywania węgla, a na ścianie wewnętrznej był przewód kominowy. Ojciec uporządkował pomieszczenie: ułożył drewno i podsypał węgiel w taki sposób, aby można się było ukryć przed niemieckimi patrolami. Pozyskał tym samym miejsce na ustawienie piecyka do ogrzewania pomieszczenia. Zbił z desek prycze do spania, a po wyłożeniu słomą zrobił dla nas trojga wspaniałe łóżko do spania. Stół zastąpił stary blat osadzony na dwóch krzyżakach, do których ojciec dobił od dołu deskę, aby stół się nie ruszał. Krzesła zastąpiły dwa drewniane pieńki. Wieczorem pomieszczenie oświetlała świeca.
         Ojciec najmował się odpłatnie do pracy za osoby wyznaczone przez Niemców na przymusowe roboty, biorąc od nich dokument tożsamości (kenkartę). Na podstawie dokumentu zastępowanej osobie zaliczano wykonanie nakazu i roboczodniówkę. Pracując w zastępstwie za inne osoby, pozyskiwał środki na utrzymanie nas oraz zabezpieczał siebie, gdyż pracował dla Niemców, a oni nie sprawdzali dokumentu tożsamości osobie przybyłej na wykonanie przymusowej pracy. Żeby zgłosić się do pracy, musiał wstać bardzo rano. Niemcy bardzo wcześnie podstawiali samochody, wywożące ludzi do pracy w lasy otrębuskie. Najczęściej była to praca przy wywożeniu towarów z likwidowanego magazynu amunicji lub kopanie rowów przeciwczołgowych. Wracał z pracy bardzo późno. W ten sposób zarabiał na nasze utrzymanie.
         Mama, osoba bardzo zaradna i pracowita, widząc, że pieniędzy, jakie ojciec zarabia, nie starcza na życie, podejmowała się prania brudnej bielizny. Wykonywała tę pracę na podwórku, nie bacząc na chłód i niepogodę. Ja zawsze bawiłem się obok mamy.
         Któregoś dnia siąpił przejmujący deszcz. Mama ustawiła na stołku okrągłą balię i od rana prała otrzymaną bieliznę. Ja siedziałem pod balią wiedząc, że tam nie zmoknę. Niespodziewanie na podwórko weszli niemieccy żandarmi, szukający osób podejrzanych, bez dokumentów, lub posiadających kenkartę warszawską. Było ich trzech. Pamiętam do dzisiaj ich czerwone twarze, ogromne - tak mi się wówczas wydawało - hełmy i wiszące na łańcuchach blachy. Zobaczywszy mamę stojącą nad balią i mnie, wynędzniałego, wyglądającego z ciekawością spod balii, zatrzymali się. Najwyraźniej ruszyło ich sumienie. Nie pytając o nic mamy, zaczęli rozmawiać pomiędzy sobą. Jeden z nich, nachyliwszy się nad mamą, coś mówił, pokazując jej jakby trzy wysokości. Miał w oczach łzy. Odchylając się nieco w bok dyskretnie otarł łzy z oczu. Sięgnął do kieszeni płaszcza, wyjął z niej kawałek czekolady czy cukierka czekoladowego i dyskretnie mi podał. Coś powiedziawszy kolegom, odwrócił się i zaczął iść w stronę furtki. Nic nie mówiąc poszli za nim. Mama zrozumiała to w ten sposób, że i on pozostawił w domu troje małych dzieci i nie wie, co się obecnie z nimi dzieje. Musiał być dobrym człowiekiem, pomimo że służył w tak okrutnym wojsku. Takie zachowanie było przez władze niemieckie karane nawet rozstrzelaniem.
         W takich warunkach żyliśmy kilka miesięcy. Pewnego dnia z mojego powodu zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Biegałem wokół ojca, który rąbał drewno na opał dla ciotki i dla nas. Niechcący potrąciłem go w rękę. Ojciec, uderzając siekierą w pieniek, trafił zamiast w drewno we własny palec, który odciął z kością i polała się krew. Palec nie był całkowicie odcięty, wisiał częściowo na skórze. Trzeba było go amputować, czego dokonał lekarz w jeszcze istniejącym nieoficjalnym popowstańczym szpitalu przy ul. Grudowskiej w willi "Perełka". Z tej przyczyny nie mógł chodzić do pracy. Brak lekarstw potęgował ból i przedłużał powrót ojca do zdrowia. Było nam jeszcze bardziej ciężko.
         Mama szukała jakiejkolwiek pracy. Idąc ze mną na ręku ul. Dworską na wprost ulicy, która obecnie skręca na wiadukt kolejowy, weszła na właśnie zorganizowaną przez Niemców łapankę. Na zakręcie stał wówczas pokaźny piętrowy drewniak, w którym były od strony ulicy dwa lub trzy sklepy, między innymi szewca naprawiającego obuwie. Był to dzień targowy, było więc wielu przyjezdnych, handlujących wieśniaków. Do samochodów ciężarowych wpychano schwytanych mężczyzn. Nie zastanawiając się, mama chwyciła za rękę jednego z pędzonych mężczyzn, wciskając mu mnie. Niemcy, zajęci dopychaniem zatrzymanych, nie zauważyli tego incydentu. Mężczyzna zdezorientowany, co się dzieje, ciągnięty przez mamę, szedł za nią. Odszedłszy dosyć daleko i skręciwszy w inną ulicę, mama zabrała mnie mężczyźnie i, nic nie mówiąc, poszła w swoja stronę. Była bardzo odważna - uratowała go przed wywózka, a może i przed śmiercią. Zdarzały się również w Milanówku, nawet u schyłku wojny, przypadki rozstrzeliwania ludzi schwytanych w łapance. Przykładem niech będzie zbiorowa egzekucja, głównie mężczyzn, na targowisku przy ul. Dworskiej.
         Niemcy w łapankach organizowanych w tym czasie zatrzymywali przede wszystkim mężczyzn do pracy przy wywożeniu amunicji z magazynów uzbrojenia, który znajdował się w lasach otrębuskich, lub na roboty do Niemiec. Niemcy za wszelką cenę chcieli w jak najszybszym tempie przenieść magazyny uzbrojenia i amunicji na tyły własnych wojsk. Miała to być też przestroga dla osób nie wywiązujących się ze świadczeń na rzecz Niemiec.
         Kolejna łapanka, w której mama znalazła się wraz ze mną szukając pracy, była zorganizowana przez Niemców po drugiej stronie miasta - na wprost obecnego Urzędu Miasta, w obrębie ul. Mickiewicza i Literackiej. Z drugiej strony otwartego placu wybudowany był dom parafialny. Niemcy podstawili samochody ciężarowe, do których ładowano schwytanych. Mama zaryzykowała w podobny sposób, jak poprzednio, i tym razem znów się udało. Nigdy więcej nie widziała i nic nie słyszała o uratowanym mężczyźnie.
         Po kilku dniach, idąc do koleżanki mieszkającej za budynkiem poczty, obok sklepu szewca, mama usłyszała, że nagle ktoś zaczął krzyczeć i wołać ją. Był to pan, któremu pomogła wyjść z pierwszej łapanki. Wybiegł wraz z żoną podziękować za ratunek. W rozmowie dowiedzieli się od mamy, że jesteśmy z Warszawy i trafiliśmy tu poprzez obóz w Pruszkowie i szpital w Grodzisku Mazowieckim. Mama opowiedziała im również o naszych kłopotach wynikłych z powodu wypadku, jakiemu uległ ojciec. Pan zaproponował, że chętnie nam pomoże. Namówił mamę, by przyszła z ojcem, a on mu pokaże, jak naprawia się obuwie.
         Spotkanie z szewcem było dla wciąż chorego ojca pouczające i ciekawe. Praca nie była zbyt trudna i ciężka, mógł ją wykonywać bez większego wysiłku, mimo obciętego czwartego palca u lewej ręki. Żona szewca dała ojcu kilka starych drewnianych kopyt, służących do zelowania obuwia, oraz na początek trochę drewnianych szpilek i gwoździ. Ludzie ci skromni, nie za bogaci, w ten sposób chcieli wyrazić swą wdzięczność mamie, co świadczy o ich ogromnej kulturze osobistej i chęci niesienia pomocy innym.
         Tak przeżyliśmy koniec 1944 r. Ogromnym przeżyciem i zdziwieniem dla małego dziecka było wyzwolenie. Było też szokiem dla dorosłych. Pamiętam, jak w dniu 17 stycznia 1945 r. poszliśmy witać, stojąc koło szosy, wkraczające do miasteczka wojska radzieckie. Patrzyliśmy na kolumnę czołgów jadącą szosą w kierunku Grodziska Mazowieckiego, machając im na powitanie. Byliśmy świadkami niecodziennego wydarzenia, gdy jeden z czołgów, zjeżdżając nieco na pobocze, nie zwracając uwagi bądź celowo wjechał na stojącą furę, na której siedzieli uciekający Niemcy. Zmiażdżył na oczach wszystkich furmankę, wraz z siedzącymi na niej ludźmi i koniem. Pozostawił po sobie tylko plamy krwi i szczątki drewna. Nie zatrzymując się, pojechał dalej.

Po wojnie

         Po przejściu frontu ojciec rozpoczął poszukiwanie pracy. Przypadkowo, idąc ulicą w Milanówku usłyszał znajomy, wołający go głos. Oglądając się, zobaczył w oddali znajomą twarz swojego byłego profesora ze Szkoły Handlowej w Warszawie. Po krótkiej, miłej rozmowie o minionych latach rozmowa przeszła na obecną sytuację życiową. Profesor poinformował ojca, że oczekuje na podjęcie pracy na uczelni w Warszawie. Zapytał, co obecnie robi ojciec. Ojciec z ironią poinformował go, że przybija zelówki do butów. Wówczas profesor z uśmiechem zapytał go, czy w tej sytuacji nie widziałby się w roli magazyniera. W Milanówku RGO organizowała punkt dożywiania osób przybyłych z Warszawy, z obozów, oraz dla ludzi starych, kalekich i chorych. Magazynier winien jednocześnie być opiekunem obiektu, za co dostałby do stałego użytkowania mieszkanie.
         Ojciec zgodził się bez zastanowienia, wiedząc, że druga taka okazja może się długo nie przydarzyć, lecz wyjaśnił, że prócz kenkarty nie posiada żadnych dokumentów, ponieważ zaginęły lub spaliły się w piwnicy domu w Warszawie. Profesor pocieszył go, że jest wiele takich przypadków i, zgodnie z obwiązującym zarządzeniem, wystarczy poświadczone własnoręcznym podpisem oświadczenie dwóch świadków potwierdzających nazwisko bądź wykształcenie - fakt uczęszczania do tej samej szkoły lub uczelni. Poinformował ojca, że w Milanówku mieszka również inny wykładowca z uczelni, który z pewnością będzie go pamiętał. Po załatwieniu wszystkich formalności ojciec otrzymał zaświadczenie stwierdzające posiadane przez niego wykształcenie - z którego już nigdy później nie skorzystał. Mógł teraz zostać magazynierem i dozorcą jednocześnie.
         Po kilku dniach przeprowadziliśmy się do wielkiego, pustego budynku, z ogromnym, częściowo zakrzaczonym i nie ogrodzonym ogrodem. Był to dom przy ul. Żabie Oczko 1, zwany popularnie Willą "Maria". Gdy przybyliśmy do willi, sąsiedzi patrzyli na nas ze zdziwieniem. Przez wiele lat okupacji niemieckiej nikt do niej nie podchodził, ponieważ "coś straszyło". "Strachy" związane były z rzekomym zabójstwem żony, a następnie śmiercią właściciela. Początkowo naszym mieszkaniem była piwnica z dwoma dużymi zakratowanymi oknami od strony wschodniej. Ponieważ okna zagłębiały się w teren, wokół nich wymurowane były studzienki.
         Budynek i teren wokół niego były ciekawie rozwiązane architektonicznie. Willa swoim wyglądem imitowała formę klasycystyczną z charakterystycznym wgłębionym gankiem - tarasem, z dwoma kolumnami i z wnękami zlokalizowanymi po przeciwnych stronach ganku. Piękna, przestrzenna sala balowa z trzema kunsztownymi kryształowymi żyrandolami, zawieszonymi na łańcuchach miała dębową mozaikę, ułożoną na podłodze w sposób bardzo misterny i piękny. Taką samą dębową mozaiką były wyłożone wszystkie podłogi we wszystkich pomieszczeniach, oczywiście za wyjątkiem ubikacji i ogromnych pomieszczeń kuchennych. Na przeciwległych ścianach sali balowej bardzo ciekawie wyglądały oryginalne wgłębienia w ścianach z niszami, w których stały gipsowe, niemal naturalnej wielkości rzeźby. W sali był piękny, ogromny piec, mający ciekawe kolorystycznie, o bardzo bogatej ornamentacji, kafle i dwuczęściowe żeliwne drzwiczki. Mnie - małemu dziecku - bardzo podobały się misternie wykonane w nich ażurowe wzory. Na ścianach wisiało kilka ogromnych kryształowych luster. Podobne nisze, lecz z innymi rzeźbami były wykonane w "wewnętrznym" balkonie przy wejściu głównym budynku, od strony południowej. Przybudowany do niego był duży taras, również z betonowymi schodami wejściowymi do willi. Na wprost tarasu był wykonany przez dobrego specjalistę-ogrodnika ogromny, okrągły klomb z pięknymi, kolorowymi, misternie posadzonymi kwiatami, wokół którego z pewnością w przeszłości stawały kolaski i bryczki przywożące gości.
         W głębi ogrodu stała wybudowana z czerwonej cegły wozownia, wraz ze stajnią i niewielkim dodatkowym pomieszczeniem dla służby. Dalej widać było oddaloną o około 60 m, usytuowaną w obniżonym nieco terenie linię kolejową, po której przejeżdżały pociągi. Od strony linii kolejowej, z prawej strony, był wydzielony duży teren na warzywnik. Po przeciwnej stronie wozowni, w niewielkiej odległości, rósł sad owocowy. Rosły w nim piękne, duże jabłonie, grusze i wiśnie. Po smaku owoców można było wywnioskować, że są to wyselekcjonowane gatunki drzew owocowych.
         W dalszej odległości od sadu rósł las-park, a za nim była ogromna nie porośnięta polana. W późniejszym okresie czasu została w tym miejscu wybudowana Szkoła Podstawowa nr 3 w Milanówku. Dało się zauważyć, że kiedyś park był starannie pielęgnowany. Świadczyły o tym rosnące w nim piękne egzotyczne drzewa i krzewy, a w części leśnej potężne stare dęby. Nigdy i nigdzie nie widziałem tak ogromnej sosny, jaka rosła w tym parku. Obwód sosny był tak duży, że dopiero trzech dorosłych mężczyzn mogło ją objąć. Właśnie z tego terenu dla potrzeb rozbudowy kościoła w Milanówku wywieziono trzy ogromne głazy o wadze ponad 3-4 ton, o różnym pochodzeniu skalnym. Rozbite na drobniejsze elementy, wmurowano je w fundamenty przebudowywanego kościoła. Jeszcze do dzisiaj można je oglądać.
         Za torami kolejowymi widać było halę fabryczną z pięknej czerwonej cegły, a wokół niej inne budynki. Była to Fabryka Jedwabiu Naturalnego. Patrząc bardziej w prawą stronę, w głębi pola można było dostrzec bramki boiska piłkarskiego Klubu Sportowego "Jedwabnik". Tuż za nim płynął strumyk.
         W parku zbieraliśmy piękne borowiki i inne gatunki grzybów. Na polanie rosły piękne zajączki i - o dziwo - również rydze. Zapewne tak jak każdemu dziecku, najbardziej pozostały mi w pamięci miejsca zabaw. Takim miejscem było niewielkie usypane wzniesienie, będące podziemną piwnicą o sklepieniu łukowym, która została w celach izolacyjno-chłodzących obsypana grubą warstwą ziemi. Dla wcześniejszych właścicieli piwnica była miejscem przechowywania artykułów żywnościowych, tak jak dzisiejsza duża lodówka. Dla dzieci była to górka do biegania w lecie, a w zimie - do zjeżdżania na sankach. Ponieważ teren ogrodu był otwarty, przychodziło tu bawić się wiele dzieci z okolicy. Duże zainteresowanie wszystkich dzieci budziła też studnia, z dużym kołem zamachowym i korbą do kręcenia.
         Do nowego dozorcy przyjechała kilkuosobowa delegacja pod przewodnictwem prof. Gieysztora (o czym dowiedziałem się po latach). Ojciec podejmując pracę podpisał oświadczenie o zachowaniu tajemnicy oraz odpowiedzialności za znajdujący się w budynku sprzęt i wyposażenie. Ok. 1952 r., będąc w Muzeum Narodowym w Warszawie, zauważyłem wystawione tam obrazy, które kiedyś widywałem i dotykałem...
         Chodząc na strych, ojciec zabierał mnie, żeby zebrać wysuszoną pościel, a ja myszkowałem po strychu i zaglądałem w różne zakamarki. Przypadkowo zauważyłem, że w nieczynnym, celowo zatkanym przewodzie kominowym schowane są obrazy. Ojciec bardzo się na mnie o to gniewał, więc przez dłuższy czas nie mogłem ich obejrzeć. Gdy uległ wypadkowi, miał skomplikowane złamanie nogi, wszystkie obowiązki rodzinne i służbowe spadły na barki mamy. Pewnego razu mamę ktoś pilnie ze strychu wywołał. Prowadziła magazyn żywnościowy, więc szybko pobiegła na dół, zapominając zamknąć strych na klucz. Wówczas wyjąłem wszystkie obrazy i długa się im przyglądałem. Nie jestem w stanie określić, ile ich było. Miały różne wymiary, wszystkie były oprawione w ramy, przeważnie pozłacane. Bardzo mi się podobały. Następnie schowałem je tak, aby mama się niczego nie domyśliła, zamknąłem strych na kłódkę i zaniosłem mamie klucze. Trochę się zdenerwowała i szybko poszła sprawdzić - rzekomo, czy dobrze zamknąłem kłódkę.
         Później już sam kilkakrotnie chodziłem na strych, aby przewracać suszony kwiat lipowy. Latem było tam gorąco od pokrycia blachą, więc kwiaty lipy wspaniale wysychały. Lekarz zalecił ojcu picie naparu z suszonego kwiaty lipy z powodu kłopotów z nerkami, wynikłych z długiego leżenia na wznak. Nam również, zamiast napoju z cykorii, mama dawała do posiłków herbatkę z kwiatu lipowego.
         Gdy przyjechała komisja z Uniwersytetu Warszawskiego, która miała dokonać wizji lokalnej, zobaczywszy nasze warunki mieszkaniowe zadecydowała o przeniesieniu nas z piwnicy na parter budynku. Nowe mieszkanie było bardzo duże i bardzo wysokie. Pokój miał ponad 40 metrów kwadratowych, kuchnia - 25 metrów. W kuchni same paleniska kuchenne zajmowały prawie połowę pomieszczenia. Było ich kilka, był też ogromny, wmontowany w piec kuchenny zbiornik do podgrzewania wody wykorzystywanej do mycia brudnych naczyń, jak również do kąpieli. Pomieszczenia były bardzo wysokie, ponad trzymetrowe. W pokoju stał wielki, ponad dwumetrowej wysokości piec kaflowy wyłożony pięknie zdobionymi kaflami, zakończony rzadko spotykaną ornamentacją. Przez cały czas przeważnie przebywaliśmy w pokoju, tylko w lecie jedliśmy posiłki w kuchni. W zimie nie sposób było ogrzać tak wielkiego pomieszczenia - paliliśmy w żelaznym piecyku przyłączonym metalową rurą do pieca kaflowego.
         Po blisko dwuletniej chorobie związanej ze złamaniem nogi i wielokrotnymi operacjami, ojciec powrócił do zdrowia. Powoli życie rodzinne się stabilizowało. Mimo bolącej nogi, mama często pieszo chodziła na targ do Grodziska Mazowieckiego. Kupowała tam towary po niższych cenach, niż w sklepach w Milanówku. Żyliśmy skromnie, oszczędzając na zakupach odzieży, lecz godnie.
         Z Warszawy wyszliśmy tylko z tym, co mieliśmy na sobie. Po zakończeniu wojny ojciec od razu poszedł pieszo do Warszawy. Szedł prawie cały dzień. W piwnicy zrujnowanego budynku, w którym przebywaliśmy podczas Powstania, żadnych naszych rzeczy nie znalazł. Aby udowodnić mamie, że był w domu, przyniósł znalezione w zgliszczach skrawki jej sukni. Mama była kobietą elegancką i skromną. Była również osobą zaradną, pełną inicjatywy i energii. Ponieważ pensja mojego ojca nie starczała na skromne utrzymanie rodziny na godziwych warunkach, zmobilizowała go do przybudowania do tylnej ściany wozowni komórki, zbitej ze starych desek. Wycięto rosnące tam chaszcze dzikich bzów, a pozostałe samosiejki maskowały komórkę, osłaniając ją przed grasującymi złodziejami. W komórce chowała drób - przeważnie kilka kur, nieraz kilka kaczek. Mama zakupiła także kozę, która pasła się na zapomnianym i nie użytkowanym terenie biegnącym wzdłuż torów. Koza była żywicielką i jednocześnie, dla nas dzieci, atrakcją.
         Około roku 1952 do Milanówka przyjechała z Warszawy, w dwóch samochodach, komisja z prof. Gieysztorem na czele. Przedstawiła dokumenty uprawniające do uzyskania informacji o przechowywanych w budynku rzeczach i upoważniające do ich odbioru, po czym ojciec zaprowadził ją w miejsce przechowywania obrazów. Sprawdzono wszystkie obrazy na podstawie poprzedniego protokołu. Podpisano protokół przyjęcia i komisja z obrazami wyjechała. Od tej pory nigdy więcej nikt z nas nie rozmawiał na ten temat.
         Ojcu nikt nie powiedział nawet symbolicznego słowa "dziękuję" za narażanie życia swojego i rodziny podczas ukrywania bezcennych pamiątek narodowych. Po Milanówku krążyły wówczas bandy, np. schwytana i ukarana banda Wojdalskich z ul. Okólnej, a nie było telefonu ani innego środka łączności z milicją. Częste były napady na ludzi w ogrodach.
         Dobijano się do środka budynku, stosując różne metody. Dobrze, że nasz budynek miał na wysoki parter, a w oknach były wstawione stalowe kraty. Niejednokrotnie próbowano je przecinać oraz wyrywać drzwi, zabezpieczane na noc dwiema grubymi metalowymi kratami wsuwanymi w mur. Gdy zaczynał się zmierzch, z uwagi na grożące niebezpieczeństwo musieliśmy wchodzić do domu. Przypuszczano, że w domu coś cennego jest przechowywane, lecz w nocy nie było jak się do domu dostać. W dzień pilnował go wielki, groźny pies oraz - nieświadomie - pracownicy RGO i osoby przybywające na posiłki. Przekazywana przez wiele lat opowieści o strachach przestały działać na wyobraźnię ludzi - wszak my mieszkaliśmy w tym domu tak długo i nic nam się nie stało.

Jan Eljaszewicz

opracowanie: Piotr Śmiłowicz

redakcja: Maciej Janaszek-Seydlitz



Copyright © 2019 SPPW 1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.