Powstańcze relacje świadków

Wspomnienia sanitariuszki harcerskiego batalionu AK "Wigry" Janiny Gruszczyńskiej-Jasiak ps. "Janka"




Janina Gruszczyńska-Jasiak,
ur. 11.12.1922 w Warszawie
sanitariuszka AK
ps. "Porzęcka", "Janka"
drugi pluton kompanii szturmowej
harcerski batalion AK "Wigry"



Pruszków

         Zjawiają się Niemcy i kolejarze. Pociąg rusza. Podróż trwa długo. Zatrzymujemy się kilka razy w polu, wreszcie wysiadamy. W ciemnościach z trudem rozróżniamy kontury jakichś wielkich hal fabrycznych. Stoimy koło płotu, nie wiedząc co ze sobą począć. Zjawiają się miejscowi młodzi ludzie, którzy objaśniają nam, że jesteśmy w Pruszkowie, na terenie obozu przejściowego, mieszczącego się w halach warsztatów kolejowych. Rannych podwozi wóz konny, ale właśnie niedawno odjechał.
         Po raz ostatni biorę Jurka "na barana" i idziemy przed siebie. Dostrzegam szeroko otwarte wejście do jakiegoś budynku, więc bez namysłu wchodzę do środka. W pomieszczeniu panują ciemności i przejmujący chłód. Wydaje się zupełnie puste. Ktoś zapala ogarek świecy, inny zapałkę i w tym nikłym świetle dostrzegam pod ścianami skulone postacie. Odnajdujemy p. Faryaszewską, rannego kolegę Jurka - Leszka (który jechał na wózku) i wszyscy razem przysiadamy pod ścianą. Po chwili zęby zaczynają nam szczękać z zimna i zmęczenia. Ciało ogarnia lodowaty chłód. Jak przetrwać tę noc?
         Przypominam sobie, że przy wejściu do hali leżały płyty wiórowe. Zawsze lepsze to niż wilgotny beton. Idziemy z "Wisią" na poszukiwania. Dźwigamy właśnie płytę "na posłanie", gdy nagle wysuwa mi się ona z przemęczonych rąk. Z głośnym okrzykiem i śmiechem odskakuję do tyłu, aby nie spadła mi na nogi. W tej chwili słyszę za sobą okrzyk radości. Ktoś zarzuca mi ręce na szyję.
         To Basia ! Nareszcie znalazłyśmy się. Całujemy się i cieszymy niezmiernie. O ile łatwiej znosić niedolę wraz z przyjacielem, a Basia to wspaniały człowiek, najofiarniejsza z ofiarnych, bezgranicznie dobra i serdeczna.
         Ucieszone spotkaniem, wspólnie przygotowujemy legowisko z płyt i układamy się pokotem, ciasno, jedno przy drugim, aby ochronić się przed zimnem. Ktoś, bodajże Leszek, ma kurtkę, którą w szóstkę nakrywamy się z wierzchu. Nakrycie to przesuwa się bezustannie, ponieważ każdy ciągnie je w swoją stronę, wreszcie zapadamy w kamienny sen.
         Przebudzenie nie jest przyjemne. Jestem tak zesztywniała i obolała, że nie mogę podnieść się o własnych siłach, Basia po- maga mi stanąć na nogi. Od razu jednak przystępujemy do działania, kombinując, jak tu wydostać się z obozu. Po paru godzinach zbierania informacji i rozmów, mamy już pewne osiągnięcia. Jurek i Leszek, jako ranni, zostali zapisani na listę i pojadą do szpitala pod Warszawą. Pojedzie z nimi również "Wisia", najsłabsza fizycznie z naszej trójki.
         Ubieram "Wisię" w mój biały kitel i przy wydatnej pomocy uczynnych polskich pielęgniarek zapisujemy ją jako sanitariuszkę, aby mogła towarzyszyć obu rannym. Po serdecznym pożegnaniu "Wisia", Jurek i Leszek odjeżdżają do szpitala, a my z Basią wyruszamy na zwiedzanie obozu. Jesteśmy potwornie głodne, głód dosłownie skręca nam kiszki. Gdzie by tu dostać coś do zjedzenia, zastanawiamy się wspólnie. Jakoś niepostrzeżenie znalazłyśmy się pod barakiem kuchennym, Z okna wychyla się pucołowata słowiańska twarz. Rosjanin rozgląda się bacznie dookoła, a potem pyta:
         - "Dzieuszki, a supu chatitie?"
         Kto by nie chciał zupy! Jesteśmy zachwycone propozycją; okazuje się jednak, że kuchcik nie może nam dać żadnego naczynia. Gdzie by tu zdobyć jakąś miską lub garnuszek? W obozie garnuszek, łyżka, miska, to drogocenne przedmioty, których strzeże się jak oka w głowie. Nie ma więc nadziei, by ktoś zechciał nam je wypożyczyć.
Z         martwione idziemy właśnie koło ogromnych dołów kloacznych, nad którymi leżą oparte na krzyżakach długie drągi, chroniące przed utonięciem w nieczystościach, kiedy dostrzegamy zagrzebaną w piasku puszkę po konserwach. Puszka jest zupełnie zardzewiała i zgięta z jednej strony, pewnie ją ktoś przydeptał. Podnosimy ją, oglądamy przez chwilę ze wstrętem, ale potem zapewniając się wzajemnie, że jest przecież jeszcze zupełnie dobra, a co najważniejsze - duża. Biegniemy pod kran, żeby ją nieco odszorować piachem. Nasze starania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Puszka jest tak przeżarta rdzą, że prędzej zrobimy w niej dziurę, niż ją odmyjemy.
         - "Jest już przecież czysta" - wmawiamy sobie i biegniemy po zupę. Kuchcik dotrzymuje słowa, pyta tylko, czy w pobliżu nie widać "Germańca", a potem nalewa aż po wręby wspaniałej pomidorowej zupy. Pijemy najpierw płyn podając sobie naczynie z rąk do rąk, potem palcami wyciągamy rurki makaronu. To było wspaniałe! Zaspokoiwszy nieco głód, podniesione na duchu, wracamy do naszej hali.
         Właśnie ma się odbyć przegląd lekarski. Ludzie ustawiają się w długą kolumnę. Niemiecki lekarz w mundurze, wraz z polskim personelem, rozdzielają przesuwającą się do przodu kolejkę na ,dwa nurty: na prawo i na lewo. My trafiamy na prawo, do starców, chorych i rannych.
         Basia podaje się za chorą na gruźlicę, ja mam górną część twarzy siną i zieloną, białka oczu natomiast czerwono-fioletowe, gdyż od wybuchu popękały mi w oczach naczynia krwionośne. Przeżycia ostatnich dni sprawiły, że obie wyglądamy niesamowicie. Wraz z panią Faryaszewską zostajemy skierowane do sali na pierwszym piętrze, gdzie mamy oczekiwać na transport do Szymanowa.
         Panią Faryaszewską widywałam kilkakrotnie na Starym Mieście, ale poznałam ją dopiero poprzedniego dnia, w piwnicy na Kilińskiego 1, gdzie zastałyśmy ją dyżurującą przy rannej przyjaciółce jej córki Ewy. Ewa Faryaszewską wraz z ową koleżanką i jej mężem zabezpieczali staromiejskie zabytki (Kazimiera i Leszek Świderscy). Eksplodujący granat zabił Ewę, męża koleżanki, a ją ciężko ranił. Pani Faryaszewska, również ranna w nogę, zaopiekowała się dziewczyną i pozostała z nią w naszym szpitaliku, a potem towarzyszyła jej na Długiej 7.
         Spotkana ponownie w Pruszkowie, pani Faryaszewską okazała nam wiele serca. Kiedy zostałyśmy tylko we dwie z Basią, podała nam adres swoich krewnych państwa Grochowskich, zamieszkałych w Pruszkowie przy ul. Drzymały 4, a potem wyciągnęła pieniądze i wręczyła każdej z nas po 500 zł, abyśmy miały na najpilniejsze wydatki.
         Później, przez cały czas naszego pobytu w obozie we Wrocławiu, utrzymywała z nami kontakt, pisząc karty, podtrzymując nas na duchu i przysyłając paczki, mimo że sama była w ciężkich warunkach materialnych, ponadto .miała kłopoty z nogą, którą trzeba było operować. Jej też w dużej mierze zawdzięczamy powodzenie naszej ucieczki z obozu we Wrocławiu, ponieważ podała nam adresy swojej rodziny w Sosnowcu (państwa Strokowskich) i Krakowie, a oni w tej ucieczce okazali nam wiele pomocy.




List p. Ireny Faryaszewskiej


         Pani Faryaszewska została przez komisję zapisana na wyjazd na teren Generalnej Guberni. My z Basią oczekiwałyśmy na opuszczenie obozu w Pruszkowie przez wiele godzin. Było już późne popołudnie, kiedy kazano nam ustawić się w kolumnę. Niestety, w tym momencie rozpadał się potworny deszcz. Woda ciekła strumieniami, jakby ktoś wylewał ją wiadrem na nasze biedne głowy. Przemoczone do gołej skóry, stałyśmy przed halą, tuląc głowy w ramionach, jednakże na widok ojca z synkiem trzymających nad głowami miednice, ojciec dużą, a syn malutką, wybuchłyśmy niepohamowanym śmiechem.
         W końcu zjawiła się siostra PCK z listą i poprowadziła nas do bramy. Tu nowa trudność - przepuszczono wszystkich z wyjątkiem mnie, gdyż nie miałam kennkarty (spłonęła wraz z kolegami na Drugiej 7). Basia, przylepiona po drugiej stronie do ogrodzenia, dawała mi rozpaczliwe znaki, a ja nie wiedziałam co począć. Po pewnym czasie jednak udało mi się prześlizgnąć przez bramę. Pielęgniarka odprowadziła nas kawałek drogi, a potem puściła wolno. Ale gdzie tu się podziać? Zapadał wieczór, byłyśmy mokre, zmęczone, zziębnięte. Skierowałyśmy nasze kroki do RGO, gdzie w kącie sali, na słomie, spędziłyśmy tę pierwszą noc na wolności.
         Rano przyszła córka państwa Grochowskich i zabrała nas do siebie. Tam spotkałyśmy się z panią Faryaszewską. Patrzyłyśmy zdumione na całe szyby w oknach, stół nakryty obrusem, noże, widelce, talerze. To był inny świat, który przestał dla nas istnieć, zdawało się przed wiekami. Wreszcie mogłyśmy się umyć. Przygotowano nam czyste łóżka.
         Basia dostała temperatury, więc prędko skorzystała z zaproszenia i położyła się, ja natomiast poczułam się w obowiązku przynieść konewkę wody ze studni, gdyż p. Grochowska zaofiarowała się uprać nasze rzeczy. Niestety, siły opuściły mnie i aby nie upaść - przysiadłam na schodach. Za chwilę i ja znalazłam się w łóżku.
         Na drugi dzień obudziłyśmy się bardzo późno. W czasie śniadania przybiegła sąsiadka z informacją, że Niemcy urządzili łapankę na warszawiaków, ulice są obstawione i kontrolują dom po domu. My, naprawdę chore, a do tego jeszcze oficjalnie zwolnione z obozu, postanowiłyśmy zaryzykować i pozostać w łóżkach. Zresztą byłyśmy tak zgnębione i zrezygnowane, że było nam wszystko jedno, co się z nami stanie.
         Kiedy do mieszkania wkroczyli Niemcy, nie pomogły jednak żadne tłumaczenia. Basia miała warszawską kennkartę, ja nie miałam żadnych dokumentów, a sam nasz wygląd wskazywał, skąd przyszłyśmy. Trzeba było wstać, ubrać się i podążyć za Niemcem, który nas oczekiwał.
         Pani Grochowska zdążyła nas przyodziać w jakieś letnie sukienki, zrobiła zawiniątko z prowiantem. Kiedy znalazłyśmy się w punkcie zbornym, przybiegł jeszcze p. Grochowski i przyniósł mi swoją kurtkę. Niejednokrotnie serdecznie wspominałam go, wdzięczna za ten dar, gdyż ta kurtka stanowiła moją jedyną ochronę przed mrozem przez całą srogą zimę 1944-1945.
         Znowu zaprowadzono nas do hal, podzielono na grupy i już nocą załadowano do wagonów towarowych. W naszym wagonie było czterdzieści kobiet w różnym wieku. Na drogę dostałyśmy po bocheneczku chleba i miseczkę marmolady na cały wagon. Drzwi zaryglowano i przy akompaniamencie płaczu i krzyku pociąg ruszył w nieznane. Na czwarty dzień dojechałyśmy do Wrocławia i wysiadłyśmy na bocznicy "Famo-Werke" Breslau.


Janina Gruszczyńska-Jasiak




      Janina Gruszczyńska-Jasiak,
ur. 11.12.1922 w Warszawie
sanitariuszka AK
ps. "Porzęcka", "Janka"
drugi pluton kompanii szturmowej
harcerski batalion AK "Wigry"




         P.S.

         Dalsze losy Janiny Gruszczyńskiej ps. "Janka" są opisane w relacji Barbary Gancarczyk ps. "Pająk" w rozdziałach: "Obóz, ucieczka" i "Powrót".
         Po powrocie w lutym 1945 r. do Warszawy podjęła pracę w Biurze Odbudowy Stolicy. Po ukończeniu studiów na SGH wyjechała na Wybrzeże (Gdynia, Szczecin), gdzie pracowała w przedsiębiorstwach żeglugowych. Aktualnie mieszka w Poznaniu.

         Z prawdziwą satysfakcją dowiedziała się, że trzem rannym chłopcom z batalionu "Gustaw" wyniesionym przez nią i Basię Gancarczyk z oficyny domu przy ul. Kilińskiego 3, udało się wydostać ze Starego Miasta udało się wydostać ze Starego Miasta. Jeden z nich zmarł w podwarszawskim szpitalu, a dwaj pozostali: strz. Tadeusz Wegner ps. "Kruk" i kpr. Andrzej Duma ps. "Kresowiak", przeżyli wojnę.





legitymacja honorowej odznaki Środowisk "Gustaw-Harnaś"


         2 września 1945 r., w pierwszą rocznicę uratowania go ze Starego Miasta, Jerzy Szymański ps. "Ikar" wręczył Janinie Gruszczyńskiej ps. "Janka" kwiaty z załączonym biletem wizytowym z podziękowaniem.






Bilet wizytowy "Ikara"


         Za odwagę i męstwo Janina Gruszczyńska-Jasiak ps. "Janka" została odznaczona Krzyżem Walecznych. Posada również odznaczenia: Krzyż Kawalerski Odrodzonej Polski, Krzyż Armii Krajowej, Warszawski Krzyż powstańczy, Krzyż Partyzancki, Medal za Warszawę.

         Towarzystwo Lekarskie Warszawskie za męstwo i poświęcenie nadało jej medal Digno Laude dla żołnierza Powstańczych Służb Sanitarnych.








Medal Digno Laude (Godnemu Chwały)


opracowanie:Maciej Janaszek-Seydlitz



Copyright © 2015 SPPW1944. Wszelkie prawa zastrzeżone.